31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

W oczach Prowadzącej mężczyźni byli odmienni. Uprzywilejowani w sposób, którego kobiety od dzieciństwa uczono nie kwestionować, jak książęta urodzeni po to, aby zdobywać, posiadać, przekraczać granice i nigdy nie musieć tłumaczyć się z tego, że przekroczyli je właśnie oni. Mężczyzna miał być kimś, komu świat ustępował miejsca; kobieta — kimś, kto powinien nauczyć się rozpoznawać moment, w którym należało zejść z drogi. Raphael dostrzegał tę myśl w jej spojrzeniu, choć nigdy nie wypowiedziała jej wprost. Była zbyt inteligentna, aby przedstawiać swoje przekonania w tak prostej formie. A jednak inteligencja, jak zdążył się przekonać, nie chroniła człowieka przed własnymi mitami. Można było być doskonale wykształconym, przeczytać tysiące książek, znać historię, filozofię, sztukę i języki, a mimo to nadal wierzyć w najbardziej dziecinne zasady świata. Że ojciec chroni. Że lekarz leczy. Że nauczyciel uczy. Że pieniądze zapewniają wolność. Że człowiek, który mówi spokojnym głosem, nie zamierza cię skrzywdzić. Raphael wiedział, że wszystkie te przekonania można było wyciągnąć z człowieka tak samo łatwo jak kamień z ziemi, jeśli tylko posiadało się wystarczająco dużo czasu i cierpliwości.
Jego świat był jednak całkowicie odmienny od świata Prowadzącej. I być może właśnie dlatego jej pogarda wydawała mu się czymś niemal wzruszającym. Nie znała mechanizmu, którego stała się częścią. Widziała bogactwo, ale nie rozumiała ceny. Widziała władzę, ale nie znała jej pochodzenia. Widziała człowieka, który posiadał wszystko, a więc — zgodnie z najprostszą logiką — musiał otrzymać wszystko w zamian za coś. Raphael natomiast wiedział, że w jego rodzinie nie istniało nic tak banalnego jak dar. Nawet narodziny były inwestycją. Dziecko nie przychodziło na świat po to, by być kochane. Przychodziło po to, by przedłużyć ciągłość. Nazwisko miało trwać, struktura miała trwać, Plan miał trwać. Człowiek był tylko kolejnym ogniwem. Przez lata zastanawiał się czasami, czy jego rodzice w ogóle wiedzieli, jak wyglądałoby dzieciństwo pozbawione przemocy. To pytanie było jednak absurdalne, ponieważ skąd miałby znać coś, czego nigdy nie doświadczył? Dziecko nie tęskniło za światłem, jeśli całe życie spędziło w ciemności. Mogło jedynie czuć nieokreślony ból oczu, gdy ktoś nagle otworzył drzwi. Raphael długo nie rozumiał, dlaczego pewne rzeczy bolały go bardziej niż inne. Dopiero jako dorosły pojął, że nie bolały go wydarzenia. Bolała różnica pomiędzy tym, czym mogły być, a tym, czym zostały.
Rok za rokiem, dekada po dekadzie był rzeźbiony w ogniu i stali. Jego umysł, jego ciało nie należały do niego. Należały do nazwiska, do rodziny, do tych, którzy mieli prawo określić, czym miało się stać. Główna metoda szkolenia była przy tym zadziwiająco prosta: Wychowanie. Nie trzeba było człowieka łamać każdego dnia, jeśli od pierwszych lat nauczyło się go, że własne odczucia były mniej wiarygodne niż głos autorytetu. Wystarczyło powtarzać odpowiednio długo, że inni wiedzieli lepiej. Dorośli. Rodzice. Wychowawcy. Lekarze. Terapeuci. Trenerzy. Kapłani. Każdy posiadał fragment prawdy, której Raphael nie miał prawa posiadać sam. W ten sposób uczono go zależności, a zależność była doskonalsza od kajdan, ponieważ człowiek nie próbował się z niej uwolnić. Raphael miał nie wiedzieć, co było dobre, a co złe — nie tylko dla innych, lecz przede wszystkim dla niego samego. To inni mieli określać jego granice. Inni mieli mówić, kiedy był zmęczony. Inni mieli mówić, kiedy był zdrowy. Inni mieli mówić, kiedy się bał. W końcu nawet jego własne ciało przestało być dla niego wiarygodnym świadkiem.


Miał pięć lat, kiedy po raz pierwszy zrozumiał, że prawda może być rzeczą zależną od hierarchii.
Samochód pędził drogą, a szyby były ciemne. Raphael siedział z tyłu, przyciśnięty pasem do siedzenia, i patrzył przez okno na krajobraz przesuwający się zbyt szybko, aby mógł zapamiętać szczegóły. W pewnym momencie zobaczył zwierzę na pastwisku.
- O, koń!
Mężczyzna siedzący z przodu milczał przez dłuższą chwilę. Wreszcie odwrócił głowę.
- Nie. To wielbłąd.
Raphael zmarszczył brwi.
- Ale… nie. To koń.
Mężczyzna patrzył na niego przez chwilę, po czym wychylił się przez siedzenie. Chłopiec poczuł nagły ból w skroni — od uderzenia męską dłonią oraz od drugiego o szybę auta. Świat na moment stał się jasny i rozmazany.
- To wielbłąd.
Raphael zamilkł i spojrzał ponownie przez szybę. Zwierzę nadal wyglądało jak koń, ale po kilku sekundach powiedział:
- Wielbłąd.
Mężczyzna odwrócił się.
- Dobrze.
To słowo było nagrodą. Nie prawda. Nie wiedza. Nie samodzielne rozpoznanie rzeczywistości. Posłuszeństwo.


Dopiero wiele lat później zrozumiał, że nie chodziło o zwierzę. Nie chodziło nawet o ból. Chodziło o zbudowanie w nim pewnego rodzaju wewnętrznej próżni, w której jego własny osąd mógł zostać zastąpiony cudzym. Człowiek, który nauczył się podważać własne oczy, miał być później gotów podważyć własną pamięć. Ten, kto nie ufał pamięci, zaczynał ufać temu, kto opowiadał mu przeszłość. A ten, kto pozwalał innym opowiadać sobie przeszłość, wcześniej czy później miał pozwolić im również opowiedzieć sobie, kim był.
Raphael był więc wychowywany nie tyle do posłuszeństwa, ile do niepewności. Lekarz mówił — wierzył. Terapeuta mówił — wierzył. Ojciec mówił — wierzył, ponieważ ojciec był głową rodziny, a głowa rodziny nie musiała przecież tłumaczyć swoich decyzji dziecku. Starszy przyjaciel mówił — wierzył, bo miał większe doświadczenie. Trener mówił — wierzył, bo znał ciało lepiej. Kapłan mówił — wierzył, bo przemawiał w imieniu czegoś większego.
Aż któregoś dnia Raphael odkrył najprostszy sposób, by przerwać ten nieustanny hałas cudzych głosów. Alkohol. Później narkotyki. Nie chodziło nawet o przyjemność. Przyjemność była dodatkiem, niemal przypadkowym. Najważniejsze było znikanie. Możliwość odsunięcia świadomości od własnego ciała, pozwolenia jej przepłynąć gdzieś obok wydarzeń, zamiast uczestniczyć w nich naprawdę. Dysocjacja była dla niego pierwszą formą wolności, choć oczywiście nie była wolnością wcale. Była kolejną zależnością. Tyle że tym razem zależność należała do niego.
Już jako dziecko zetknął się z substancjami, które miały uczynić go spokojniejszym, bardziej podatnym na polecenia, mniej skłonnym do zadawania pytań. W wieku trzynastu lat jego ciało znało już uzależnienie. Valencourtowie jednak nie pozwolili, aby ciało stało się słabe. Nawet jego nałogi podlegały kontroli. Musiał wyglądać perfekcyjnie. Musiał funkcjonować perfekcyjnie. Musiał pojawiać się przy stole bez drżenia dłoni, na przyjęciu bez śladów zmęczenia, podczas spotkania bez oznak tego, że jego organizm od dawna prowadził własną, wyniszczającą wojnę.
To było chyba najbardziej groteskowe ze wszystkiego. Nawet jego autodestrukcja musiała być elegancka.
Teraz, kiedy kucał przed Prowadzącą, widział w tym wszystkim odbicie własnej historii. Tej samej, którą przechodzili inni w idei Wielkiego Planu. Pozwalał jej wyczyścić okulary drobnymi, drżącymi dłońmi. Obserwował, jak ostrożnie zdejmowała je z jego nosa, jak przecierała szkła materiałem, a potem jak ponownie zakładała je na jego twarz. Ten gest był banalny. Niemal uprzejmy. A jednak Raphael dostrzegał w nim całą strukturę zależności: ręce kobiety, które wykonywały czynność dla mężczyzny; jego nieruchomość; jej ostrożność; niewypowiedziane pytanie, czy może zrobić to źle.
Mógłby powiedzieć jej, że nie musiała się bać. Nie powiedział. Kłamstwo byłoby zbyt łatwe. Słuchał jej słów, obserwując zmiany w tonie głosu, sposób, w jaki akcentowała końcówki, drobne zawahania pomiędzy jednym zdaniem a kolejnym.
Odpiszę, jeśli takie jest twoje życzenie. Ale ja naprawdę… naprawdę wolałabym zamiast tego obejrzeć Odyseję z Chujem. Proszę.
Przez twarz Raphaela przemknął cień rozbawienia. Nie dlatego, że uznał jej słowa za szczególnie zabawne. Rozbawiło go coś innego. Odyseja. Podróż. Powrót. Bohater, który przez lata nie mógł wrócić do domu, ponieważ świat nieustannie stawiał przed nim kolejne przeszkody. Bogowie, potwory, pokusy, burze, wyspy, kobiety. Dziecko wychowane w świecie Wielkiego Planu słyszało podobne historie zupełnie inaczej niż zwykły człowiek. Tamte opowieści nie były wyłącznie mitami. Były instrukcjami. Uczyły, że bohater istniał dlatego, że ktoś większy od niego ustanowił zasady podróży. Uczyły, że zależność była naturalna. Że człowiek musiał słuchać bogów, rodziców, królów, przewodników. Że nawet największy bohater pozostawał pionkiem na planszy, której nie stworzył.
- Masz być gotowa - powiedział w zamian.
Nie musiał podnosić głosu. Nie musiał szukać spojrzeniem. Dwaj mężczyźni, stojący dotąd nieruchomo przy wejściu, ruszyli niemal natychmiast. Ich ruch był spokojny, pozbawiony gwałtowności, lecz właśnie to czyniło go bardziej bezosobowym. Podeszli do blondynki i pomogli jej wstać. Nie było w tym czułości. Nie było też demonstracyjnego okrucieństwa. Była procedura. Raphael znał procedury lepiej niż większość ludzi znała własne pragnienia.
Odczekał chwilę i dopiero potem sięgnął po telefon leżący na posadzce. Urządzenie było chłodne. Ekran wygasł. W jego pamięci nadal znajdowały się wszystkie wiadomości, które przeczytał. Wszystkie pytania. Wszystkie próby kontaktu. Wszystkie słowa Victora. Wszystkie drobne dowody istnienia kobiety poza tym miejscem.
W końcu podniósł się. Przez chwilę stał nad Prowadzącą, wyższy od niej, spokojny, niemal nierzeczywisty w swoim perfekcyjnie skrojonym ubraniu. Następnie wyciągnął rękę i wsunął telefon do kieszeni jej ubrania. To był drobny gest, a jednak wiedział, co oznaczał. Nie odbierał jej świata. Nie całkowicie. Pozostawiał jej kontakt. Pozostawiał możliwość napisania. Pozostawiał iluzję, że gdzieś istniała droga prowadząca poza wyspę — powrót do świata, w którym żyła niegdyś.
Raphael nauczył się dawno temu, że całkowite odebranie człowiekowi nadziei bywało mniej skuteczne niż jej pozostawienie. Człowiek pozbawiony wszystkiego przestawał negocjować. Człowiek, który nadal posiadał jedną rzecz, miał walczyć o nią znacznie dłużej.
Odwrócił się, lecz zanim odszedł, zatrzymał się jeszcze na moment. Przeniósł uważne spojrzenie na blondynkę. Nie wyglądała już jak Prowadząca Aukcję. Nie była symbolem. Nie była pozycją numer dwadzieścia jeden. Była po prostu kobietą, która przeżyła coś, czego nie powinna była przeżyć. I przez ułamek sekundy Raphael poczuł w sobie coś, czego nie potrafił nazwać. Nie współczucie. Nie żal. Raczej ponowne niepokojące przypomnienie.
Tamten las. Jasne włosy. Mała dłoń. Słowo wypowiedziane po francusku.
Odetchnął, pozwalając, aby wrażenie rozpuściło się wraz z wyzbyciem się dwutlenku węgla z płuc, a on ponownie mógł być sobą. Valencourtem. Przedmiotem Wielkiego Planu, który nauczył się udawać podmiot.
Ten sam, który wiedział, iż przyszła pora leczenia. Bo przecież nauka umierania była dopiero pierwszą częścią. Po niej przychodziła nauka powrotu. A Raphael potrzebował jej żywej. Nie dlatego, że zaczął ją kochać. Nie dlatego, że sumienie nagle obudziło się w człowieku, którego przez całe życie uczono, że sumienie było przeszkodą. Potrzebował jej całej. Sprawnej. Świadomej. Silniejszej niż przedtem. Przedmiot uszkodzony był bezużyteczny, a on nie zamierzał niszczyć tego, co kupił.
Dopiero wówczas Raphael ruszył w stronę drzwi, a jego kroki odbiły się głucho od kamiennej posadzki. Nie obejrzał się już za siebie. Za jego plecami rozpoczęła się praca ludzi, którzy mieli przywrócić kobietę do stanu pozwalającego jej funkcjonować. Medycyna miała zrobić to, co medycyna robiła najlepiej: uporządkować ciało, monitorować parametry, zszyć to, co wymagało zszycia, doprowadzić organizm do równowagi. Reszta pozostawała poza zakresem procedur. Psychika nie była przecież tak łatwa do naprawienia. Raphael wiedział o tym najlepiej.
Wychodził z pomieszczenia, kiedy przez chwilę usłyszał jej głos. Nie zrozumiał słów. Nie zatrzymał się, ale usłyszał ton. I wtedy znów pomyślał o tamtej dziewczynce z Belgii, która kiedyś chciała zobaczyć morze. I utonęła we własnej krwi. Przepuszczonej jego dłońmi.
C’était il y a longtemps, mon amour. Tu es déjà libre.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Telefon leżał na stoliku. Pozornie najcenniejszy przedmiot w całym pokoju. Był jej. Działał. Miał zasięg. Zapisane numery rodziców, przyjaciół, domu aukcyjnego. Tak jakby świat zewnętrzny znów był na wyciągnięcie ręki.
I właśnie dlatego nie mogła go użyć.
Wielokrotnie brała go do ręki. Przed długim prysznicem, który miał zmyć z niej cuchnący, lepki brud wiadomości Victora i trzech dni w piwnicy. Po długim prysznicu, który nie zmył niczego - skończył zaś przez nieuwagę blondynki znaczącym zacięciem łydki.
Odblokowywała ekran. Patrzyła na zdjęcie przypisane do kontaktu mamy. Otwierała wiadomości od Nellie. Wpisywała pierwsze słowa…
Wszystkie kasowała.
Chciała rozmawiać, lecz każda rozmowa rodziłaby następne pytania.
Gdzie jesteś?
Dlaczego nie dzwonisz?
Dlaczego brzmisz tak dziwnie?
Z kim jesteś?
Czy możesz wysłać zdjęcia?

Nie chciała kłamać. Czasami to było konieczne - jak wtedy, gdy wyjeżdżała prowadzić Aukcję i podtrzymywała narrację branżowej konferencji. Rok w rok, spójnie dokładając cegiełki do zbudowanej historii. Teraz zaś byłoby to ryzykowne. Nie mogła powiedzieć prawdy, a zarazem nie była w stanie w obecnych warunkach tworzyć kolejnej warstwy fikcji literackiej, którą dobrze sprzedałaby utrzymując kontakt z bliskimi.
Telefon był więc jednocześnie poczuciem bezpieczeństwa i nowym rodzajem więzienia.
Mogła go użyć.
I nie mogła.
Trzymała go obok łóżka jak pamiątkę po życiu, które mogła oglądać w warunkach skrajnie kontrolowanych. Nie przez Właściciela.
Przez nią samą. A ciężar tej odpowiedzialności był gorszy. Nie było furtki obwinienia kogoś innego. Tylko… Pojedynek z samą sobą. Z własnymi emocjami, niezaspokojonymi potrzebami, zasadami, wartościami.
Posłusznie poddając się zabiegom koordynowanym przez personel, myślami była gdzieś indziej. Coś pękło. Coś, czego rysy na wierzchu obserwował i Właściciel, i jego służba. Nie była jeszcze w stanie określić co dokładnie.

Nie jadła. Nie była w stanie. Proponowano jej wszystkie dania, które w pierwszym tygodniu komplementowała - każdy kęs stawał w jej gardle. Stała się wyraźnie bardziej wychudzona względem dnia Aukcji. Kości policzkowe były mniej okrągłe, dziecięce - bardziej ostro zarysowane. Oczy podkrążone. Obojczyki wyeksponowane. Brzuch zapadnięty. Próbowała. To nie był protest głodowy. Starała się. Sukcesem było zjedzenie jednego jabłka i niezwymiotowanie go od razu, a dopiero kilka godzin później.

Nie spała. W wielkim, ekskluzywnym łóżku było jej gorzej, niż na marmurowych kafelkach w wielkiej sali. Nie rozumiała dlaczego. W piwnicy najbardziej marzyła właśnie o chwilach snu. W ciszy, w komforcie. W… Bezpieczeństwie? Może o to chodziło. O to, że kiedy jej osłabione ciało opadło na podłogę w jadalni, towarzyszył jej martwy wzrok Właściciela. Właściciel zaś stał tożsamy z zapewnieniem, że w tej konkretnej chwili nie wydarzy się nic złego. Kiedy go nie było, bezsenność robiła sobie z Sadie najbrutalniejsze z żartów.

Za dnia potrafiła działać. Przeczytała kilka recenzji Odysei. Ogoliła nogi. Uporządkowała ubrania. Zapisała nawet kilka notatek do pracy. Kiedy zrobiło się ciemno, ciało skutecznie przypominało jej piwnicę. Leżała w łóżku. Próbowała zamknąć oczy. Otwierała. Zamykała. Otwierała. Sprawdzała godzinę. Zamykała. Otwierała.
N a s ł u c h i w a ł a.
Krok w odległej części korytarza. Prąd w gniazdku. Jej własne bicie serca. Uwydatnione do poziomu hałasu, który odbierał zmysły. Tętno przyspieszało. Oddech stawał przerywany.
Ponownie chwyciła telefon.

Victor, przepraszam, że zniknęłam. Wiem, że to było dla ciebie przykre. Naprawdę nie chciałam cię zranić. Powinnam była powiedzieć wcześniej, że potrzebuję czasu…

Kasuje.

Przepraszam. Zniknięcie bez słowa nie było fair. Nie powinnam była…

Edytuje.

Nie chciałam cię upokorzyć.

Zostawia na kilka sekund. Kasuje.

Nie musisz się martwić. Nic złego się nie stało. Wszystko jest w porządku, tylko sytuacja trochę mnie przerosła.

Zatrzymuje wzrok na w porządku.

Kasuje.

Wie, że milczenie wyglądało źle. Nie chciałam, żebyś myślał, że zrobiłeś coś nie tak.

Kasuje.

Nie powinieneś był pisać do mnie w taki sposób.

Edytuje.

Wiem, że mogłeś czuć się zraniony, i że byłeś zły, ale…

Patrzy. Kasuje.

Nie chcę, żebyś pamiętał tylko ostatnie dni. Lubiłam ten czas, który spędzilśmy razem.

Kasuje.

Nie wiem, dlaczego przedstawiłeś mnie w taki sposób. Nie jestem dziwką.

Kasuje n a t y c h m i a s t.

Jak mogłeś pomyśleć o mnie takie rzeczy?

Zostawia. Edytuje. Kasuje.

Wiem, że to moja wina i byłeś naprawdę zraniony. Mogłeś powiedzieć rzeczy, których nie miałeś na myśli…

Nie jestem na ciebie zła.

Nie chcę, żebyś był na mnie zły.


Czyta. Kasuje.

Gdybym zachowała się inaczej, nic z tego by się nie wydarzyło. To był mój błąd… Ale nie zasłużyłam na takie traktowanie.


Kasuje.

Byłeś dla mnie ważny. Nadal jesteś kimś, kogo wspominam dobrze. Mimo tego, co o mnie napisałeś…

Trzy kropki skaczą rytmicznie na wyświetlaczu. Wiadomość czeka na wysłanie.

Sadie przetarła zmęczone oczy. Odrzuciła telefon na drugą stronę materaca i wstała. Ostrożnie otworzyła drzwi do sypialni i rozejrzała się. B i n g o.
Gizmo? — zwróciła cicho do ochroniarza. — Wejdziesz?
Nie dało się zaprzeczyć logice desperackiej prośby Prowadzącej. Ich interesy dało się pogodzić.
On mógł pilnować przedmiotu przebywając w tym samym pomieszczeniu. Ona mogła spróbować zasnąć korzystając z czyjejś obecności.
Wskazała mu kilka miejsc, w których mógł wygodnie spocząć. Fotel przy biblioteczce. Krzesła przy stole. Kanapę z ozdobnymi poduszkami. Mógł pozostać oddalony o kilka metrów. Mógł nadal uparcie milczeć.
A ona mogła położyć i raz jeszcze zawalczyć o sen. Właściciel wyraził się jasno.
Miała być gotowa. Gotowa, to znaczy przytomna.
Minuty mijały.
Nadal tu jesteś? — szeptała w ciemność. Nie odpowiadał, ale przysięgłaby, że pytany zaznaczał swoją obecność oddechem.
Dziękuję. Dobranoc.

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

marcus

Jest problemem?
Raphael odwrócił się, aby spojrzeć pytająco na idącego tuż za nim Marcusa. Zatrzymał się bez pośpiechu, jak człowiek, który nie tyle przerwał własną drogę, ile pozwolił, aby cudza myśl na moment przecięła jej bieg. Marcus zrobił to samo. Wysoki, potężnie zbudowany mężczyzna, o szerokich barkach i twarzy, której surowość nie wynikała z gniewu, lecz z wieloletniego przyzwyczajenia do obserwowania świata bez potrzeby tłumaczenia go sobie, stał kilka kroków za nim. W półmroku korytarza wyglądał niemal jak część architektury posiadłości: nieruchomy, ciężki, nieprzenikniony. Raphael znał tę twarz od lat. Wiedział, kiedy Marcus pytał naprawdę, a kiedy jedynie sprawdzał, czy pytanie, które zamierzał zadać, powinno w ogóle zostać wypowiedziane.
Nie jest – odpowiedział w końcu, przenosząc spojrzenie na wiszący na ścianie portret. Przedstawiał któregoś z Valencourtów sprzed dwóch stuleci, mężczyznę o wąskich ustach i oczach pozbawionych jakiegokolwiek ciepła. Raphael znał ten obraz od dzieciństwa. Nigdy nie zastanawiał się, czy przodek rzeczywiście taki był, czy jedynie tak chciał zostać zapamiętany. Zresztą czym różniło się jedno od drugiego?
Podpalił dom.
Więc?
Tym razem zapadła cisza. Nie była długa, lecz wystarczająca, aby Raphael poczuł tę drobną, niemal niedostrzegalną irytację, która pojawiała się w nim zawsze wtedy, kiedy ktoś zmuszał go do zajmowania się czymś, co uznawał za niegodne jego uwagi. Nie był to gniew. Gniew wymagał zaangażowania. To było coś znacznie chłodniejszego: świadomość, że pewien element układanki pozostawiono w niewłaściwym miejscu.
Marcus obserwował go w milczeniu. Słyszał wiadomość, jaką dostała kobieta. Sklonowanie jej urządzenia było oczywistością, o której nie trzeba było mówić. Victor Heigel. Pijany, rozchwiany, przekonany o własnej bezkarności, podpalił dom Sadie Glass. Nie przypadkiem. Nie w wyniku jakiejś skomplikowanej intrygi. Zrobił to w sposób, który Marcus uważał za niemal obraźliwie prosty. Alkohol, zazdrość, urażona duma i ta szczególna odmiana desperacji, która pojawiała się u ludzi przekonanych, że skoro cierpieli, świat powinien natychmiast uznać ich cierpienie za najważniejsze wydarzenie własnego istnienia. Razem z Raphaelem znali takich ludzi. Widzieli ich całe setki. Byli niebezpieczni nie dlatego, że byli silni, lecz dlatego, że ich słabość pozbawiała ich rozsądku. Człowiek rozsądny kalkulował konsekwencje. Człowiek zraniony kalkulował jedynie możliwość odwetu.
Lecz to nie o dom chodziło. Dom Prowadzącej był tylko symbolem. Miejscem, które Victor mógł zobaczyć, dotknąć, spalić. Człowiek tego rodzaju zawsze potrzebował czegoś materialnego, ponieważ rzeczy niematerialne były dla niego zbyt trudne do zniesienia. Nie mógł podpalić czyjejś pamięci. Nie mógł podpalić strachu. Nie mógł podpalić poczucia bezpieczeństwa. Mógł natomiast podpalić ściany.
Raphael wreszcie odwrócił się od obrazu. – Zostawiam to tobie.
Marcus skinął głową. Nie potrzebował dalszych instrukcji. Ochroniarz nie zadawał pytań tam, gdzie pytania były zbędne. Nie próbował być bohaterem. Nie próbował być przyjacielem. Nie próbował też udowadniać swojej lojalności poprzez teatralne gesty. Był lojalny w sposób znacznie bardziej użyteczny: poprzez konsekwencję.
Valencourt zrobił kilka kroków, po czym zatrzymał się ponownie.
Przyprowadź Skandywana.
I ruszył dalej, a Marcus odwrócił się w przeciwną stronę dopiero gdy młody mężczyzna nie zniknął na samym końcu korytarza.

leif

Leif pojawił się pod drzwiami pokoju dokładnie o wyznaczonej porze. Pasował do wyznaczonej roli niemal absurdalnie dobrze: potężny, szeroki w ramionach, z rudawą brodą, krótko przystrzyżonymi włosami i spojrzeniem, w którym nie było ani cienia nerwowości. Wyglądał jak ktoś, kto całe życie spędził w miejscach, gdzie inni ludzie uczyli się bardzo szybko, że krzyk nie zmieniał rzeczywistości. Nie miał jednak w sobie brutalności na pokaz. Jego siła była zbyt oczywista, aby musiała być demonstrowana.
Idziemy – powiedział. Nie dodał nic więcej, tylko poprowadził do wyjścia z posiadłości, gdzie czekało już szumiące delikatnie auto. Leif otworzył jej drzwi samochodu. Nie dotknął jej. Nie musiał. W jego zachowaniu istniała ta sama bezosobowa uprzejmość, którą można było znaleźć w najlepszych hotelach świata: gest wykonany poprawnie, bez zainteresowania osobą, wobec której został wykonany. Dopiero gdy blondynka wsiadła, przeszedł naprzód i usiadł na siedzeniu pasażera. Wystarczyło, że zamknęły się za nimi drzwi, kierowca ruszył po drodze prowadzącej w głąb wyspy.

raphael

Czekał już w środku, wpatrując się w jej twarz. Siedział naprzeciwko niej - byli tylko oni. Ciemna szyba oddzielała tylną część pojazdu od kierowcy i Leifa. Pozostawali więc sami, przynajmniej w tym osobliwym sensie, w jakim można pozostawać samemu w obecności ludzi, których obecność została dokładnie zaplanowana.
Samochód przemierzał drogę wzdłuż wybrzeża. Za szybą przesuwały się palmy, białe fragmenty plaży, turkusowa woda i światło, tak doskonałe, że mogłoby uchodzić za dekorację w filmie o ludziach, którzy nigdy nie musieli ponosić konsekwencji własnych decyzji. Raphael patrzył na ten krajobraz i pomyślał, że właśnie tutaj wszystko wydawało się szczególnie absurdalne. Człowiek mógł być bogaty do granic niewyobrażalności, mógł posiadać wyspy, odrzutowce, obrazy, nazwiska, ludzi i wpływy, a jednak wciąż pozostawał stworzeniem zdolnym podpalić cudzy dom tylko dlatego, że ktoś nie odpowiedział na jego uczucia.
Bogactwo nie zmieniało natury. Jedynie pozwalało jej rozwijać się bez przeszkód.
Wiedział, że Marcus miał rację. I nie chodziło o ogień. Nie chodziło o ludzi. Chodziło o lekcję. Wszak w świecie Valencourtów największym grzechem nie było uczynić coś złego. Największym grzechem było zrobić to bez pozwolenia ludzi, którzy od pokoleń uważali, że cudze życie było jedynie fragmentem ich własnego planu.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
25 y/o
For good luck!
154 cm
auction specialist Heffel fine art auction house
Awatar użytkownika
dollar bills and tears keep falling down her face
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona / jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Do samochodu wsiadła zauważalnie opuchnięta. Jej oczy były zaczerwienione, usta suche, a nadgarstki wciąż zdobiła purpura i żółć. Dowody tortur na jej skórze przypominały szlachetny marmur Calcatta; seria śladów, żył koloru, które dla właściciela były wizualnie atrakcyjne i warte każdych pieniędzy. Kamienia nikt nie pytał o zdanie; kamień nie miał posiąść zdolności do jego posiadania.
Wymiotowała cały poranek. Akompaniament głosu Victora, zbitej szyby i trzasku płonącego drewna stanowił patologicznie eleganckie tło do desperackiej próby odzyskania kontroli Prowadzącej. Wszystko inne było poza jej zasięgiem.
Wszystko poza próbą pozbycia żółci, która wypalała żołądek od środka.
Atak na jej dom i groźby o udostępnieniu nielegalnie zdobytych materiałów audiowizualnych były problemem zasadnym, natomiast nie wystarczająco zasadnym by Sadie kontaktowała się z Gospodarzem. Mogłaby prosić Właściciela o interwencję, ale to wydawało się kolejnym krokiem wgłąb jaskini poniżenia. To zaś osiągnęłoby wówczas próg, którego blondynka nie będzie w stanie unieść.
Na samej sobie wymogła cierpliwość. Umyła się, ubrała i przygotowała do dnia pracy. W pracy Victor nie istniał. W pracy istniał Właściciel.
Do niego Prowadząca miała zacząć podchodzić inaczej.
Cześć — powitała go uśmiechem taktownie dostosowanym do miejsca i czasu. Byli sami - w zakresie wystarczającym do realizacji jej zamiarów. — Sadie Glass. Prowadząca — wyciągnęła ku niemu dłoń przedstawiając się tak, jakby spotkanie było pierwszym. Jakby swoim gestem narzucała rozpoczęcie nowego rozdziału od profesjonalizmu obu stron - podkreślenie relacji zawodowej, która mogła ich połączyć przy odrobinie dobrej woli.
Oparła się wygodnie. Nie było w niej - być może spodziewanego - patosu, którym bez wątpienia karmiono ego Właściciela tam, gdzie chciano coś od niego uzyskać, coś na nim wymóc. Traktowała go z sympatią i lekkością spójną z tą, którą oferowałaby kurierowi, sąsiadce czy znajomym z dzieciństwa. Ludziom, którzy nie decydowali o jej życiu i śmierci.
Nie wiem, czemu tak wiele osób nienawidzi korporacyjnego trendu ice breakerów. Nie tak trudno jest powiedzieć „trzy ciekawe fakty o sobie”. Chyba, że… Jest się człowiekiem bez grama treści. — zastanowiła się. — Więc: — zapowiedziała z delikatną nutą entuzjazmu, spojrzenie wyostrzając na twarzy Właściciela.
Mam pamięć ejdetyczną. Wiem, jaki garnitur miałeś na sobie kiedy spotkaliśmy się po raz pierwszy - siedemnastego marca dwa tysiące dwudziestego drugiego roku, o dziewiętnastej czterdzieści cztery. Szczególnie podobały mi się spinki do mankietów - srebrne, z czarnym kamieniem. Przypominały mi parę bardzo aroganckich oczu — jeśli on nie mówił, ona mówiła za nich dwoje. Zupełnie się tego nie wstydziła. Nie miała żadnych oporów przed podawaniem siebie na srebrnej tacy, tak długo, jak decyzje dzielenia się informacjami należały do niej - nie były wynikiem szantażu bądź przemocy. Nie walczyła o to, by cokolwiek przed Właścicielem ukrywać. Walczyła o prawo do samostanowienia w obrębie realizowania zlecenia. Domagała się adekwatnych warunków pracy - nie wymigania od zawodowych obowiązków.
A we wspólnej pracy miała pomóc relacja. Jeśli Właściciel pozostawał nieufny, zamknięty i wycofany, wychodziła mu naprzeciw. Nie w sposób nachalny, szczególnie irytujący bądź atakujący jego granice.
Była zapraszająca. Nie zagrażająca.
W sklepie zawsze wybieram samotne banany. Te, które ktoś wcześniej oderwał od kiści i zostawił na pastwę jarzeniówek. Nie pożyczam książek osobom, które zaginają rogi - za to powinno się trafiać do więzienia… I nie potrafię gwizdać — była to kolekcja informacji, których nie zdobyłby dla Właściciela żaden prywatny detektyw, żaden specjalista od badania śladu internetowej obecności ani ekspert kolekcjonowania teczek. Zbiór prywatnych, subiektywnych przemyśleń, cech, preferencji i wyborów, które - pozornie nieistotne - nie łapały pod parasolem asów, które mógłby zbierać dla Właściciela personel.
Uśmiechnęła się szerzej. Ruch kącików ust i zadbane, śnieżnobiałe zęby kontrastowały z obrazem porannego smutku, który serwowały oczy. W nich także, wbrew wszystkiemu, tlił się jakiś płomyczek. Obecnie mały, słaby, niezdolny do przetrwania na silnym wietrze. Wciąż jednak ciepły.
Jak masz na imię?

raphael valencourt
31 y/o
For good luck!
178 cm
dyrektor wykonawczy valencourt investment group
Awatar użytkownika
since love and fear can hardly exist together, if we must choose between them, it is far safer to be feared than loved
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki-
typ narracji3rd
czas narracjipast
postać
autor

Nie czerpał przyjemności z uszczerbków na jej fizjonomii. Wiedział jednak, że opieka, jaką jej zapewnił, miała przynieść rezultaty wcześniej, niż można było sądzić. Wszak podobny system Rodzina stosowała od dekad i ulepszała go z każdym rokiem. Sam był poddawany identycznym zabiegom przez lata, a aktualnie widywał raz po raz tych, którzy wychodzili z Uzdrowień, nie posiadając śladu po doznawanych krzywdach. Pomimo doświadczeń nie pozwalał sobie nazywać tego cierpieniem. Cierpienie było bowiem słowem przeznaczonym dla ludzi, którzy wierzyli jeszcze, że ich doświadczenia miały jakąś wartość moralną; dla Raphaela było natomiast jedynie kolejnym materiałem, z którego można było coś zbudować albo który należało usunąć, jeżeli konstrukcja okazywała się nieudana. Na ciele wszystko można było naprawić. Skóra zrastała się z zadziwiającą posłusznością, siniaki znikały, rany bledły, złamane rzeczy odzyskiwały właściwy kształt.
Nigdy nie zastanawiał się, czy to było dobre. Dobre i złe należały do języka ludzi, którzy potrzebowali prostych słów dla skomplikowanych rzeczy. On nauczył się wcześniej, że świat nie był ani dobry, ani zły; świat był skuteczny. Albo nieskuteczny. Wszystko poza tym stanowiło dekorację. Być może dlatego tak dobrze czuł się wśród ludzi, którzy całe życie spędzili na dekorowaniu własnego okrucieństwa pięknymi przedmiotami: marmurem, sztuką, nazwiskiem, filantropią, fundacjami, rodzinami od pokoleń wpisanymi w historię. Widział tych ludzi na balach, w lożach operowych, na pokładach jachtów i podczas kolacji, na których rozmowy o wojnach, wyborach i miliardach prowadzono z taką samą swobodą, z jaką inni rozmawiali o pogodzie. Ich największą sztuką nie było wcale czynienie zła. Było nią przekonanie wszystkich wokół, że nic złego nigdy się nie wydarzyło.
Cierpienie było więc niewidoczne.
Na ciele oczywiście — psychika był czymś zupełnie odmiennym. Czymś, co kruszało, aż nie zostało całkowicie zniszczone i zbudowane na nowo. Widział to wielokrotnie. Wielu odpadało niczym nieudane eksperymenty — jak podczas polowań z udziałem dzieci; jak podczas dziesiątków innych testów, które stawiano przed wybranymi. Część skazana była na klęskę w formie mięsa armatniego, lecz wyselekcjonowany człon miał być następnym pokoleniem w etapach wtajemniczenia, prowadząc nie tylko innych za sobą, lecz zasiadać w Konsylium Trzynastu i rządzić. Prawdziwie. Nie ujawniając twarzy, nie sprowadzając mediów — pozostając w cieniu, lecz równocześnie być tym, który posiadał świat. Nie w metaforze, nie w wyolbrzymieniach. W prawdzie.
Wiedział, że przez pokolenia Valencourtowie posiadali krzesło między najistotniejszymi — aktualnie utrzymywał je jego dziadek, lecz wkrótce miał szukać następcy. I nie miał to być jego ojciec. Nie przez brak kompetencji, lecz właśnie dlatego iż Alastair Valencourt był doskonały na miejscu, w którym się znajdował. Wielki Plan nie zakładał więc jego przeniesienia. Krzesło miało trafić wówczas do kogoś z jego pokolenia. I wiedział, że wszystko wskazywało na Malachiego — jego kuzyna, którego ojciec wżenił się we włoską rodzinę Agnelli. Cztery lata starszy, zdecydowanie mniej atrakcyjny w oczach Raphaela zdawał się zbyt idealną pacynką włoskiego rodu. Zbyt uległy, zbyt przywiązany, a przecież Valencourt doskonale zdawał sobie sprawę z faktu, iż na szczycie panowała samotność.
Malachi nie mógł przejąć stanowiska po dziadku.
Sadie Glass. Prowadząca.
Głos blondynki wyrwał go z myśli. Raphael przez kilka sekund patrzył na wyciągniętą dłoń, jakby był to przedmiot należący do innej epoki, coś ceremonialnego i odrobinę śmiesznego. Dopiero po chwili przeniósł wzrok na jej twarz. Nie odpowiedział jednak uściskiem. Zamiast tego nachylił się ku niej. Zauważył zsunięte ramiączko lnianej sukienki i poprawił je jednym spokojnym ruchem. Nie było w tym czułości. Była estetyka. Nienawidził rzeczy niedokończonych, asymetrycznych, przypadkowych. Wszystko, co znajdowało się w jego otoczeniu, powinno wyglądać tak, jakby zostało przewidziane jeszcze przed jego pojawieniem się.
Potem oparł się wygodnie. Samochód sunął dalej. Wnętrze było niemal absurdalnie ciche. Ciężkie, przyciemniane szyby odcinały ich od wyspy, a klimatyzacja utrzymywała temperaturę, która nie miała nic wspólnego z dusznym powietrzem Bahamów. Jasna skóra siedzeń pachniała nowością, choć samochód był używany wyłącznie przez ludzi, którzy nie pozwalali sobie na ślady poprzednich podróży. Na niewielkim stoliku pomiędzy nimi stała kryształowa karafka z wodą, dwa kieliszki oraz telefon Raphaela, odłożony ekranem do dołu. Pod stopami znajdowała się miękka wykładzina, tak gruba, że niemal tłumiła nawet zmianę pozycji. Przestrzeń została zaprojektowana nie po to, by podróżować, lecz aby zapomnieć, że się podróżowało. Za ciemną szybą przesuwały się palmy, biel piasku i nieruchome fragmenty turkusowego morza. Wszystko wyglądało jak obraz przygotowany dla człowieka, który już widział każdy możliwy krajobraz.
Mam pamięć ejdetyczną. W sklepie zawsze wybieram samotne banany. I nie potrafię gwizdać.
Raphael słuchał. A na sam koniec…
Jak masz na imię?
Dokładnie w tym samym momencie auto zwolniło. Chrzęst piasku pod oponami stał się wyraźniejszy, aż wreszcie pojazd zatrzymał się całkowicie. Valencourt podniósł wzrok. Przez chwilę nic się nie działo. Potem drzwi otworzyły się, wpuszczając do środka gwałtowne światło. Raphael spojrzał na Sadie Glass. Nie odezwał się, lecz jego delikatny ruch głowy mówił wyraźnie, aby szła przodem. Sam podążył tuż za nią, by stanąć na pasie startowym tuż obok Pilatusa PC-24. Leif czekał na jego ruch, podczas gdy załoga stała przy wejściu do odrzutowca.
Zatrzymał się na moment przed maszyną. Lubił ten samolot właśnie dlatego, że nie próbował być czymś, czym nie był. PC-24 nie przypominał monumentalnych odrzutowców, które miały przede wszystkim komunikować majątek swoich właścicieli. Był stosunkowo zwarty, elegancki i pozbawiony ostentacji; maszyna stworzona bardziej dla człowieka, który nie potrzebował udowadniać, że stać go na lot, niż dla tego, który chciał, aby każdy na lotnisku wiedział, ile kosztowała jego podróż. Biała sylwetka lśniła w słońcu. Smukły kadłub przechodził w szerokie skrzydła, których krawędzie niemal znikały w jasnym powietrzu. Ciemne okna kabiny tworzyły równą linię, a przy nosie samolotu światło przesuwało się po powierzchni metalu jak po ostrzu. Silniki umieszczone z tyłu nadawały mu wygląd czegoś pomiędzy prywatnym środkiem transportu a perfekcyjnie wykonanym narzędziem.
Raphael lubił właśnie tę dwuznaczność. Nie luksus. Kontrolę. I tym razem to Valencourt ruszył pierwszy, a za nim Prowadząca oraz Leif zamykający mały pochód. Nikt nie zwracał uwagi na stan blondynki, na znaki na jej ciele, otarcia oraz ogólne zaczerwienienia skóry — zachowywali się boleśnie profesjonalnie, nie zatrzymując nawet spojrzenia na kobiecie.
Ominął bez słowa stewardessę oraz pilota, pozwalając, by trzewia maszyny go pochłonęły. Wewnątrz było jeszcze ciszej niż w samochodzie. Kabina nie przypominała wielkiego odrzutowca należącego do kogoś, kto urządzał w powietrzu kolejną rezydencję. Tutaj wszystko miało swój cel. Miękkie, szerokie fotele ustawiono naprzeciw siebie, pozostawiając pomiędzy nimi niewielką przestrzeń do rozmowy. Wykończenie było jasne, niemal ascetyczne, lecz materiały zdradzały cenę przy pierwszym dotknięciu. Drewno, skóra, metal i matowe powierzchnie tworzyły wnętrze, w którym nie było ani jednego przypadkowego elementu. Nad głowami znajdowały się dyskretne schowki, boczne stoliki można było wysunąć jednym ruchem, a światło z małych lamp nie padało agresywnie na twarz, tylko rozpraszało się po kabinie.
Raphael usiadł przy oknie. Lubił patrzeć na świat z góry. Nie dlatego, że uważał się za boga. To byłoby zbyt dziecinne. Bogowie potrzebowali wyznawców. On potrzebował jedynie dystansu. Leif wskazał Prowadzącej miejsce naprzeciwko. Sam usiadł kilka rzędów dalej, pozostając wystarczająco blisko, aby widzieć wszystko, lecz wystarczająco daleko, aby nie naruszać prywatności rozmowy. Załoga poruszała się po kabinie z zawodową obojętnością. Nikt nie patrzył zbyt długo. Nikt nie zadawał zbędnych pytań. W świecie Raphaela profesjonalizm często oznaczał właśnie to: umiejętność zobaczenia czegoś i natychmiastowego zapomnienia.
Kiedy drzwi zamknęły się, dźwięki wyspy zostały odcięte. Raphael spojrzał przez okno i jeszcze przez chwilę widział piasek, fragmenty roślinności, ludzi stojących przy pasie. Potem silniki zwiększyły obroty. Wibracja przeszła przez podłogę, a samolot zaczął się poruszać. Valencourt nie odrywał wzroku od okna. Nie lubił startów, ale nie dlatego, że bał się wysokości. Lubił natomiast moment, w którym ziemia przestawała mieć jakiekolwiek znaczenie. Koła dotykały jeszcze nawierzchni, lecz umysł już znajdował się gdzie indziej. Było w tym coś niezwykle uczciwego. Przez kilka sekund człowiek mógł zobaczyć, jak łatwo świat, który przed chwilą wydawał się niezmienny, zostaje sprowadzony do malejących punktów.
Drzewa. Domy. Ludzie. Problemy. Wszystko malało, aż w końcu zostawało tylko morze.
Spojrzał na Sadie. Nie wiedział, czy rozumiała tę prawdę. Nie miało to zresztą większego znaczenia. - Co licytowałem? - zapytał w końcu. Głos miał spokojny, niemal pozbawiony zainteresowania. A jednak wrócił do jej wspomnienia. Do ich pierwszego spotkania. Jeśli pamiętała, co miał na sobie kilka lat temu, musiała także pamiętać ścieżkę, jaką obrał podczas tamtej Aukcji.

Sadie Glass
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
dirty little diesel.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”