
Rodzinny dom przypominał pałac zbudowany na bagnie. Marmur przykrywał błoto, kryształy odbijały światło, którego w rzeczywistości nie było. W salach pełnych masek dzieci pozostawały jedynymi twarzami bez zasłony, bo najcenniejsze eksponaty wystawia się na widok. Kazano mu tańczyć, przemawiać i uśmiechać się. Nie po to, by zachwycać. Po to, by go wycenić.
W jego rodzinie historia była lustrem ustawionym pod odpowiednim kątem. Wojny pachniały atramentem zamiast krwią, filantropia była rękawiczką nakładaną na zaciśniętą pięść, a prawda pozostawała walutą, którą wydawano wyłącznie wtedy, gdy przynosiła zysk. Uczono go, że sumienie jest luksusem, na który imperia nie mogą sobie pozwolić. Człowiek nie posiadał imienia — był pionkiem, liczbą, aktywem.
Dorastał w zamku ukrytym głębiej niż tajemnica. Tam maski stawały się twarzami, a twarze maskami. Granica między fascynacją a obrzydzeniem rozmyła się szybciej niż dzieciństwo. Z czasem pojął, że jeśli zbyt długo patrzy się na teatr, kurtyna zaczyna przypominać horyzont.
Dziś nosi nazwisko cięższe od korony i lżejsze od sumienia. Porusza się po świecie jak klucz otwierający drzwi niewidoczne dla innych. Historia, prawo i ekonomia są dla niego trzema dialektami tej samej religii, a pieniądze jedynie cieniem czegoś znacznie potężniejszego — wpływu.
Nie kolekcjonuje ludzi. Kolekcjonuje zamknięte drzwi i moment, w którym ustępują pod jego dłonią. Wychowano go w przekonaniu, że intensywność jest jedyną formą życia, dlatego biegnie za nią jak człowiek gaszący pragnienie słoną wodą. Im więcej zdobywa, tym większą odczuwa pustkę.