-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wszystko zaczęło go boleć. Nie wiedział nawet dokładnie dokąd idzie i czy kierunek, który brał jest faktycznie tym, którego potrzebował. Niby jakiś czas temu nawigacja pokazała mu właśnie tę drogę, ale czy mógł jej ufać po tym, jak dwa razy wylądował na kompletnym odludziu, które nie przypominało okolic wielkiego miasta, w którym chciał wylądować. Na dodatek nie mógł ciągle jej używać wiedząc, że jego telefon na takim obciążeniu nie wytrzyma za długo. Nie posiadał najlepszego modelu, nie posiadał też powerbanka, który mógłby uratować mu życie. Musiał posługiwać się dostępnymi środkami, a te znacznie się kurczyły. Nawet pieniądze, które miał na czarną godzinę, teraz mogły starczyć mu co najwyżej na jedną noc w tanim motelu i jakieś tanie jedzenia. Spanie na przystanku nie było aż taką złą opcją, miał za sobą kilka takich nocy, niemniej lepiej by się czuł, gdyby ostatecznie trafił do Toronto, gdzie pewnie czyjś trawnik, czy domek na drzewie byłby wygodniejsze. Ewentualnie garaż, bo mimo wszystko nie chciał nocować na ulicy. Duże miasta miały perspektywy, ale również swoje minusy - jak duża liczba bezdomnych, do której Oscar miał dołączyć na kilka dni.
Obejrzał się za siebie, machając ręką na kolejne samochody. Liczył, że uda mu się złapać kolejnego stopa, który podrzuciłby go do celu. Wszak jeśli był blisko, z pewnością ktoś musiał tam jechać. Nie wierzył, że nikt z podróżujących nie miał do załatwienia ważnej sprawy w stolicy prowincji.
Niestety, jak na złość nikt nie zwracał na niego najmniejszej uwagi. Zupełnie, jakby stał się niewidzialny, skrywając się niczym Potter pod Peleryną Niewidką. Do tej pory udawało mu się podróżować właśnie w tak tani i trochę niebezpieczny sposób, ale koniec końców zbliżał się do celu. Teraz, gdy był tuż tuż, coś musiało pójść nie tak. Czy tak miało wyglądać jego nowe życia, dla którego bez namysłu poświęcił to poprzednie?
Wzdrygnął się, kiedy usłyszał dźwięk, którego nijak słyszeć nie chciał. Uniósł głowę. Już wcześniej zapowiadało się na burzę, a teraz jej widmo stało się niemal namacalne. Niebo było ciemne, a powietrze wyjątkowo gęste. To nie mogło skończyć się dobrze.
Raz jeszcze rozejrzał się, w panice szukając samochodu - nie było żadnego. Czy znowu wylądował na zadupiu, na którym teraz musiał przeczekać ulewę?
Kilka chwil później poczuł na sobie pierwsze chłodne krople. Wspaniale, czyli nie dość, że nie do końca wiedział gdzie jest, tak jeszcze miał narazić się na zapalenie płuc, o które u niego trudno nie było. matka wraz z genami przekazała mu beznadziejną odporność.
Wzdrygnął się, wyciągając z plecaka kurtkę, którą zarzucił na głowę, chroniąc się chociaż trochę. Ponownie obejrzał się za siebie, ale nie dostrzegł żadnych świateł. Jego szansa na podwózkę zmalała niemal do zera.
Wspaniale. Nie tak wyobrażał sobie koniec dzisiejszego dnia.
Patrick Wood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bawił się świetnie, ani przez chwilę nie myśląc o pracy, którą przecież tak bardzo kochał. Koncert również przypadł mu do gustu, chociaż zespół nie był do końca w jego stylu. Ostatecznie dodał jednak kilka utworów do swojej playlisty, bo wyjątkowo wpadły mu w ucho. Wracając do Toronto, był już trochę zmęczony, ale chciał jak najszybciej dotrzeć do domu i porządnie odpocząć. Widok ciemnych chmur na horyzoncie nieco go niepokoił, jednak miał nadzieję, że uda mu się zdążyć przed burzą. Nie bał się jej szczególnie, ale jazda w ulewie i przy błyskawicach nie należała do najprzyjemniejszych doświadczeń. Włączył radio, żeby choć trochę zagłuszyć odległe grzmoty, które z każdą minutą stawały się coraz głośniejsze. Do domu miał jeszcze spory kawałek drogi, więc był niemal pewien, że burza dopadnie go, zanim dojedzie na miejsce. Tyle dobrze, że siedział w samochodzie i nie musiał martwić się o to, że przemoknie do suchej nitki.
Nie wiedział, czy tylko mu się przewidziało, ale w oddali dostrzegł sylwetkę samotnej osoby powoli idącej poboczem. Przez chwilę zastanawiał się, kto musiał być na tyle szalony, żeby iść pieszo w taką pogodę, zamiast znaleźć jakieś schronienie i przeczekać nadciągającą nawałnicę. Oczywiście nie potrafił przejechać obojętnie obok kogoś, kto mógł potrzebować pomocy. Zwolnił i zatrzymał samochód kilka metrów przed nieznajomym. Opuścił szybę, żeby móc go zagadnąć. Gdy spojrzał w lusterko, zauważył, że to młody chłopak. To zmartwiło go jeszcze bardziej i utwierdziło w przekonaniu, że powinien zaoferować pomoc.
- Hej! Potrzebujesz podwózki? - zapytał, kiedy chłopak podszedł bliżej samochodu.
Wyglądał na zagubionego i wyraźnie wyczerpanego. Ubranie miał lekko zabrudzone, jakby od dłuższego czasu szedł polnymi drogami, a włosy poruszały pierwsze podmuchy nadciągającego wiatru. Mężczyzna zmarszczył lekko brwi. Dlaczego podróżował pieszo, skoro istniało tyle innych sposobów, by dostać się do miasta?
Oscar Malone
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Winił ich za to wszystko. Swoją matkę, która nie potrafiła ani w jednej sekundzie okazać mu wsparcia czy miłości. swojego ojca, który znacznie lepiej by się przysłużył, gdyby zniknął. Jego rodzina była dysfunkcyjna i zwyczajnie patologiczna, a on ponosił tego największe konsekwencje.
Uniósł głowę, spoglądając w niebo. Nic nie zapowiadało, żeby deszcz miał szybko odejść, racząc go swoim chłodem coraz bardziej. Czuł, jak ciężkie krople spadają na jego twarz, spływając po niej leniwie. Świetnie. Ciekawe gdzie będzie miał okazję, żeby się później wysuszyć. Pieniądze miały starczyć na chwilę, a co później?
Przyspieszył trochę, chociaż wiedział, że nie zda się to na wiele. Nie wiedział dokąd dokładnie idzie plus był wyjątkowo zmęczony. Przerażała go myśl, że jeśli dalej jego sytuacja się nie zmieni, będzie musiał nocować pod drzewem. Budowanie szałasu było fajne, kiedy było się dzieckiem i robiło to w domu, jednak perspektywa przeniesienia tego do realnego życia, gdzie człowiek zmagał się z ulewą, nie była kusząca.
Niespodziewanie tuż przed nim zatrzymało się jakieś auto. Zwolnił w głowie mając te wszystkie filmy kryminalne, których się naoglądał. Czy nie tak zaczynały się porwania? Czy mordercy nie zatrzymywali się tak niepozornie, najpierw obserwując swoją ofiarę? Z tym, że Oscar zupełnie nie należał do typu osób, które należało porywać. Nie miał niczego, a i jego rodzice specjalnie by się nie przejęli. Marnowanie czasu, nic więcej.
Zrównał się z samochodem, z którego dobiegł go głos z pewnością należący do kogoś młodego. Nie pomylił się za wiele, dostrzegając chłopaka. Na jego oko student, nie mógł mieć więcej niż dwadzieścia pięć lat.
-Hm… teoretycznie, chociaż… nie chcę ci zamoczyć siedzenia, bo jak widzisz, trochę ze mnie cieknie - westchnął, wskazując na swoje ubranie. Ciężko było doszukać się na nim suchej nitki, a wiedział, że niektórzy mieli obsesję na punkcie swoich wozów. Liczył, że on do nich nie należał. Był jego nadzieją; jasnym promieniem słońca w tym burzowym dniu.
Patrick Wood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dlatego nie mógł zostawić biednego chłopaka samego. Chyba naprawdę miał w sobie coś z rycerza, bo była to już druga sytuacja, w której nadarzyła mu się okazja, by wyciągnąć kogoś z opresji. Trzeci raz i może zamiast uczyć się na weterynarza powinien zostać lekarzem, zajmującym się ludźmi? Albo wybrać zupełnie inną profesję, w której mógłby pomagać potrzebującym? Może właśnie to było jego przeznaczenie?
Pokręcił lekko głową nad własnymi myślami. To chyba nie był najlepszy moment na rozważania o przyszłości. Najważniejsze było to, żeby chłopak nie przemókł jeszcze bardziej i bezpiecznie wydostał się z tego miejsca.
Miał tylko nadzieję, że jego chęć pomocy nie zostanie źle odebrana. Różne rzeczy słyszało się o obcych ludziach, a on nie chciał zostać wzięty za jakiegoś potwora, który zabiera nieznajomych do domu tylko po to, żeby ich porąbać na kawałki i ukryć w piwnicy. Sama myśl wydawała się absurdalna, ale doskonale rozumiał, skąd bierze się podobna ostrożność.
– Dokąd jedziesz? Właśnie wracam do Toronto. Stamtąd na pewno łatwiej będzie ci dostać się tam, dokąd zmierzasz. I nie martw się o siedzenia. Mogę je wysuszyć. – odparł spokojnie. Mógł przejmować się swoim samochodem, ale trochę wody nie było końcem świata. Znacznie bardziej martwił się o chłopaka, który po takiej eskapadzie z pewnością był zmarznięty i przemoczony do suchej nitki. Zostawienie go tutaj byłoby zwyczajnie nieludzkie.
– Wsiadaj. Nie możesz tu zostać sam. – dodał, wykonując zachęcający gest dłonią. Cofnął się o krok, dając chłopakowi więcej przestrzeni i wyraźnie pokazując, że decyzja należy do niego. Miał tylko nadzieję, że ten zaufa mu na tyle, by otworzyć drzwi i usiąść w ciepłym wnętrzu samochodu, zanim burza rozpęta się na dobre.
Oscar Malone
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Czy to za sprawą burzy w jego głowie pojawiły się niemiłe scenariusze? A może tak naprawdę obawiał się, że w mieście wcale nie znajdzie swojego brata, na co liczył? Nie wiedział nawet, czemu w ogóle uznał, że mógł być właśnie tam, skoro miał niewiele informacji. Wiedział, że istnieje, wiedział, że nie zmienił nazwiska, ale to akurat było niemal kroplą w morzu. Już wcześniej sprawdził kilka osób, które nazywały się Malone i jak dotąd nie udało mu się trafić na nic sensownego. Toronto było duże, gdzieś niby czuł, że to właśnie tu, ale jak zabrać się za szukanie? Nie mógł przecież rozwiesić ogłoszeń, że hej, szukam swojego zaginionego brata, którego patologiczni rodzice oddali do adopcji ponad dwie dekady temu.
Pokręcił głową, skupiając się na swoim potencjalnym wybawcy. Wydawał się sympatyczny, nie wywiezie go nigdzie, prawda? Drugą kwestią było to, że Oscar na dobrą sprawę nie miał innych możliwości, ponieważ było to pierwsze auto od dłuższego czasu, które w ogóle się tędy przemieszczało, nie mówiąc już o zatrzymaniu się.
Czy nie tak zaczynały się historie o morderstwach?
-Idę właśnie do Toronto. Nie wiem nawet, czy to dobra strona. GPS mi szwankuje, bateria zaraz padnie i… tak, z pewnością nie chcesz tego wysłuchiwać - stwierdził, ściągając z siebie bluzę. Już nawet nie było sensu trzymać jej na głowie, ponieważ dawno przesiąkła do granic możliwości. Ulewa przybrała na sile zaledwie w kilka minut, sprawiając, że Malone wyglądał jakby dopiero wyszedł spod prysznica, biorąc go w ubraniach.
Po szybkim przeanalizowaniu wszystkich za i przeciw, ostatecznie wsiadł do samochodu czując, jak od razu ogarnia go przyjemne ciepło. To było najprzyjemniejsze uczucie od dawna.
Westchnął z zadowoleniem, zapinając pasy.
-Wielkie dzięki. Jesteś moim wybawcą. Trochę obawiałem się, że będę musiał spać pod drzewem. Daleko stąd w ogóle do miasta? Ta okolica zupełnie nie jest mi znana. A i jeśli ubrudzę siedzenie, umyję ci je. Chociaż tyle będę mógł zrobić - uśmiechnął się do niego z wdzięcznością. Miło było, kiedy deszcz nie lał mu się na głowę, chociaż nadal czuł jak chłód wciska się w każdą komórkę ciała.
Patrick Wood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Do Toronto? No to masz szczęście, bo jesteś na dobrej drodze. I mieszkam tam, więc masz szczęście, bo właśnie tam jadę. Nie, nie, w porządku. Możesz mówić. - zaśmiał się pod nosem, uśmiechając się przyjaźnie do chłopaka.
Najpierw Gavin, który sprowadził się niedawno i po wycieczce nie potrafił znaleźć autobusu powrotnego, a teraz ten młody chłopak. Czy to miasto naprawdę było aż tak niezwykłe, że wszyscy chcieli się do niego dostać? Było piękne, to prawda. Okolica również zachwycała swoim urokiem. Uśmiechnął się szerzej, kiedy chłopak wsiadł do auta. Od razu podkręcił ogrzewanie, żeby mógł się trochę rozgrzać, i podał mu koc leżący na tylnym siedzeniu. - Proszę. Okryj się, żebyś się nie przeziębił. Samochodem to już niedaleko, ale pieszo czekałby cię jeszcze kawał drogi. - stwierdził, ruszając. Nie chciał dłużej zatrzymywać się na poboczu.
- Daj spokój. Nie martw się o siedzenie, naprawdę. - odparł, kręcąc głową. To nie był dla niego żaden problem, więc chłopak nie musiał się tym przejmować ani tym bardziej próbować czyścić tapicerki. - Masz rodzinę w Toronto? Albo miejsce, w którym możesz się zatrzymać i osuszyć? - zapytał, zerkając na pasażera.
Przez chwilę w samochodzie panowała cisza, przerywana jedynie jednostajnym szumem opon sunących po mokrym asfalcie i cichym pomrukiem nawiewu. Zerkając kątem oka na chłopaka, zauważył, że nadal wyglądał na spiętego. Nie dziwił mu się. Sam pewnie też miałby problem z zaufaniem obcemu, gdyby znalazł się w podobnej sytuacji.
- Jeśli jesteś głodny, to mam gdzieś w schowku batonika. Nie jest to wykwintna kolacja, ale zawsze coś. - uśmiechnął się lekko, nie odrywając wzroku od drogi. Nie zamierzał go wypytywać na siłę. Uznał, że jeśli chłopak będzie chciał, sam opowie, co doprowadziło go do tego, że samotnie błąkał się po drodze w taką pogodę.
Oscar Malone
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Odgarnął przemoczone włosy z czoła, oczywiście rozchlapując trochę płynu na wnętrzu pojazdu. Ciekawe ile rzeczy w plecaku wymagała wysuszenia.
-Och, wybacz. Hm.. dałbym ci chusteczkę, ale ją pewnie też zalało - wskazał na swój plecak. Miał nadzieję, że sprzęt, który się w nim znajdował, nie ucierpiał. Nie miał nijak pieniędzy na nowy, a telefon, który posiadał, dobrze mu służył. Podobnie jak stary laptop jego kumpla, który ten podarował na ostatnie urodziny. Najlepszy prezent, jaki Oscar kiedykolwiek dostał.
-Naprawdę? Jeju, w takim razie jesteś moim podwójnym rycerzem. Nie dość, że nie zmoknę, to jeszcze zawieziesz mnie do celu. Tylko… nie będę miał ci jak zapłacić. Nie mam pieniędzy. Ale mogę skosić ci trawnik. Albo nie wiem, wyprowadzić psa? - zaoferował się. Był nauczony, że nie było nic za darmo. Jego rodzice zawsze jasno dawali mu to do zrozumienia. Zwłaszcza matka, która nazywała go darmozjadem, każąc dokładać się zarówno do rachunków, jak i jedzenia. Nie tak powinno wyglądać wychowywanie dzieci, ale już dawno doszedł do wniosku, że nie każdy człowiek nadawał się do dawania przykładu.
-Dzięki. Naprawdę się cieszę, że na ciebie trafiłem. Nawet, jeśli okażesz się mordercą, było warto - przyjął koc z wdzięcznością, od razu go na siebie narzucając. To ciepło było takie miłe, że aż poczuł się senny. Od kilkunastu godzin nie miał gdzie przycupnąć i dopiero teraz dotarło do niego jak bardzo był zmęczony.
-Hm… mam brata, który tam chyba mieszka. Sam nie wiem, to trochę skomplikowane. Znajdę jakiś motel. Albo stodołę. Macie tu stodoły, nie? Ja wiem, że to duże miasto, ale pewnie na obrzeżach ludzie nadal mają farmy - zerknął na niego. Spał w takich na nielegalu, włamując się do nich i nie było tak źle. Siano dobrze grzało, tylko trzeba było uważać na szczury i małe żyjątka, które zawsze wykazywały fascynację nowymi obiektami.
Zamilkł na chwilę, czując się sennym. Marzył o chwili odpoczynku, ale coś mimo wszystko nadal nie pozwalało mu przymknąć oczu w towarzystwie nieznajomego chłopaka. Może i miły, ale w razie konieczności Malone miał zamiar się bronić.
-Nie pogardzę żadnym jedzeniem! - skomentował z zapałem, wyciągając słodycz. nie miało znaczenia, co to było, ważne, że smakowało. - Jakie jest Toronto? - spytał, zerkając na niego, chcąc podtrzymać rozmowę, jak również dowiedzieć się czegoś o mieście, w którym miał teraz mieszkać.
Patrick Wood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zaśmiał się głośno na słowa chłopaka o byciu mordercą. Po pierwsze, miał zdecydowanie zbyt fajną fryzurę, żeby skończyć za kratkami. Po drugie, kompletnie nie nadawał się do takiej roli. Był zbyt spokojny i zdecydowanie za słabo zbudowany, by mieć jakiekolwiek szanse w starciu z innym dorosłym człowiekiem. W końcu ciało trzeba byłoby jeszcze gdzieś ukryć, a on bez problemu potrafił dźwigać jedynie psy, którym daleko było do wagi dorosłego mężczyzny.
— O to akurat bym się nie martwił. Chyba że chcesz umrzeć od łaskotek, bo w tym jestem naprawdę dobry. — Zaśmiał się ponownie, puszczając mu oczko. Atmosfera od razu zrobiła się nieco lżejsza.
Zerknął na chłopaka, który przyjął koc i szczelniej się nim otulił. Biedak musiał być wyczerpany i marzył tylko o tym, żeby się położyć. Przynajmniej tyle wyczytał z jego młodej twarzy. Ile mógł mieć lat? Był w ogóle pełnoletni? Patrick miał tylko nadzieję, że nie uciekł z domu ani nie wpakował się w żadne poważne kłopoty.
— Brata? Hmm… rozumiem. Powinna tu być jakaś stodoła, ale osobiście nie polecam. — Stwierdził. Nie wiedział, jak miejscowi rolnicy traktują przypadkowych gości, ale wolał go nie narażać. Wizja zostania poszczutym przez psy nie należała do najprzyjemniejszych. Na moment zamilkł, stukając palcami o kierownicę. Po krótkiej chwili westchnął cicho, jakby właśnie podjął decyzję.
— Słuchaj… mogę cię przenocować, a jutro poszukasz swojego brata. W porządku? Nie ma sensu, żebyś włóczył się o tej porze i w taką pogodę. Oczywiście tylko jeśli chcesz. Nie będę cię do niczego zmuszał. Po prostu się nad tym zastanów. — zaproponował spokojnie. Mieszkał sam, miał wolny pokój i nic nie stało na przeszkodzie, żeby pomóc komuś, kto ewidentnie tego potrzebował. Jedna noc pod dachem nikomu przecież nie zaszkodzi.
— I jestem Patrick. A ty? — zapytał, przedstawiając się jako pierwszy. Wypadało chociaż trochę się poznać, skoro mieli spędzić razem jeszcze trochę czasu w samochodzie. Poza tym nie chciał uchodzić za tego dziwnego nieznajomego, którego można podejrzewać o najgorsze.
Uśmiechnął się z wyraźną ulgą, kiedy chłopak sięgnął po batona. Przynajmniej nie umrze mu tutaj z głodu. Ruszył powoli z pobocza, prowadząc ostrożnie po mokrej drodze. Wycieraczki jednostajnie przesuwały się po szybie, zagłuszając ciszę panującą między nimi.
— Hmm… normalne. Jak każde większe miasto. Wszędzie pełno ludzi, sklepów i kawiarni. Raczej nie będziesz się tam nudził. Myślę też, że z pracą nie powinno być większego problemu, jeśli będziesz jej szukał. — Kiwnął lekko głową.
Oscar Malone
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
-Daj spokój, na pewno znajdziesz coś, co mogę robić. Nie wiem, może posprzątać ci w domu? Ugotować coś? Podobno nie jestem w tym zły. Po prostu… nie ma niczego za darmo, wiem to - wzruszył ramionami. To nie był dla niego problem, by trochę popracować i spłacić dług, który poniekąd zaciągnął u obcego chłopaka. Nie chciał później żyć ze świadomością, że w każdej chwili może się o coś upomnieć. Chciał mieć czyste konto. Takie niestety wyniósł wychowanie z domu, w którym on wszystko robił, by zapłacić za to sporadyczne jedzenie, które dostawał. Teraz, patrząc przez pryzmat czasu nie dziwił się, że w szkole ludzie dziwnie na niego patrzyli ciągle czepiając się, że jest za chudy. Jak miał nie być, skoro jedzenie było kartą przetargową jego starych?
-Nie mam łaskotek… chyba. Nikt nigdy nie sprawdzał. I chyba jednak wolałbym od nich nie umierać - odpowiedział, zerkając na niego, uśmiechając się przy tym lekko. Może chciał uśpić jego czujność? Litości, powinien się trochę uspokoić i dać mu kredyt zaufania, skoro wykazał się dobrą wolą, by go zabrać. Dostrzeganie w każdym niebezpieczeństwa zakrawało już na zaburzenia psychiczne, którymi zainteresowałby się niejeden psycholog.
-A tam, nie ma tak źle. Spałem w kilku i powiem ci, że jest lepiej, niż ludzie myślą. Tylko trzeba mieć pewność, że w słomie nic się nie czai. A jak już jest poziomowa, to prawdziwy rarytas - powiedział, śmiejąc się pod nosem. Zdawał sobie sprawę, że mówił za dużo, ale jakie było prawdopodobieństwo, że później jeszcze go spotka? Poza tym nie musiał od razu domyślić się, że Oscar uciekł z domu. Na dodatek nie wiedział o nim niczego więcej, także chyba był bezpieczny. Nie wydawało mu się, by miał zamiar szukać później chłopaka, któremu dawał podwózkę.
-Daj spokój, już i tak dużo dla mnie zrobiłeś. Nie mogę cię prosić jeszcze o coś takiego. Poza tym… nie obawiasz się, że jestem jakimś złodziejem albo psychopatą? Ludzie bywają różni - zerknął na niego. Zdecydowanie był dla niego zbyt miły i chłopak dziwnie się z tym czuł. W życiu niespecjalnie sprzyjała mu życzliwość innych osób, a teraz nieznajomy bombardował go jej nadmiarem. To potrafiło wprawić w zakłopotanie. Co z tego, że myśl o wygodnym łóżku i ciepłej kąpieli była niebywale kusząca.
-Oscar - powiedział, kokosząc się trochę na fotelu. Ile by dał, żeby móc się wyciągnąć bez przeszkód. Był drobny, ale nie na tyle, by z siedzenia leżak zrobić. Zresztą nie wypadało tak się panoszyć w pojeździe Patricka. - Przyda mi się, zdecydowanie. Może zatrudni mnie jakaś kawiarnia. A macie tu stadninę koni? Chociaż to pewnie głupie pytanie, skoro to spora metropolia. A ty gdzie pracujesz? Jeśli mogę wiedzieć - zagadnął. Nie chciał być przy tym zbyt wścibski, ale skoro mieli jeszcze kawałek jechać, miło było ten czas sobie umilić.
Patrick Wood
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- No to w takim razie nie masz się czego bać. Na atak łaskotkowy trzeba sobie z mojej strony naprawdę zasłużyć. - Zaśmiał się cicho pod nosem. Patrick nie należał do ludzi, którzy wzbudzali strach. W okularach wyglądał raczej jak stereotypowy kujon niż ktoś niebezpieczny. Trudno byłoby uwierzyć, że mógłby zrobić komuś krzywdę. Gdyby miał być zabójcą, to co najwyżej wyjątkowo upierdliwych komarów, które nie dawały mu spać w letnie noce. I nawet wtedy miałby wyrzuty sumienia.
- Widzę, że sporo wiesz o stodołach. - Zaśmiał się, zerkając na chłopaka. Humor nie zdołał jednak całkowicie zagłuszyć niepokoju, który pojawił się gdzieś z tyłu głowy. Taka wiedza raczej nie brała się z przypadku. Brzmiało to tak, jakby Oscar od dłuższego czasu przemieszczał się z miejsca na miejsce i sypiał tam, gdzie akurat udało mu się znaleźć dach nad głową. Patrick coraz bardziej zastanawiał się, co mogło doprowadzić go do takiej sytuacji. Nie chciał jednak naciskać. Jeśli chłopak będzie chciał o tym opowiedzieć, zrobi to sam.
- Nie wyglądasz na takiego. Poza tym ja również mógłbym nim być i właśnie jedziesz prosto do paszczy lwa, gdzie w lodówce czekają twoje poćwiartowane zwłoki, więc chyba oboje nie mamy się czego obawiać. - Uśmiechnął się rozbawiony. - Po prostu się zgódź. Sam to zaproponowałem, więc naprawdę nie ma problemu. Zapewniam.
Nie miał nawet gdzie go podrzucić. Oscar nie podał żadnego adresu, wspomniał jedynie miasto, do którego zmierzał. Był jeszcze ten tajemniczy brat, ale Patrick nie miał pojęcia, czy faktycznie tam jest i czy chłopak będzie mógł się u niego zatrzymać. W tej sytuacji jego mieszkanie wydawało się po prostu najrozsądniejszym rozwiązaniem.
- Oscar. Bardzo ładne imię. - Uśmiechnął się przyjaźnie. - Więc... mogę spytać, ile masz lat? Nie martw się, nikogo o niczym nie będę informował. Po prostu wyglądasz bardzo młodo i zastanawiam się, dlaczego jesteś tutaj sam. - Był z natury ciekawski. Wiedział, że może trochę wścibia nos w nie swoje sprawy, ale trudno było mu przejść obojętnie obok kogoś, kto wyglądał, jakby od kilku dni walczył z całym światem.
- Stadnina chyba gdzieś jest. Szczerze mówiąc, nawet się za nią nie rozglądałem. A ja jestem weterynarzem. Kilka dni temu ugryzł mnie mały chihuahua, bo wystraszył się na widok igły. Do dziś nie wiem, kto wyniósł z tego większą traumę - on czy ja. - zaśmiał się, podwijając rękaw. Na jego przedramieniu wciąż widniały wyraźne ślady po psich zębach, otoczone żółknącymi i fioletowymi siniakami. - Naprawdę, te małe psy są zdecydowanie bardziej przerażające niż większość owczarków czy labradorów. Im mniejszy pies, tym większe przekonanie, że jest wilkiem. A właściciele jeszcze często mówią: "On nigdy wcześniej czegoś takiego nie zrobił". To chyba najczęściej słyszane zdanie w mojej pracy. - Pokręcił głową z rozbawieniem. - Na szczęście obyło się bez szycia i zastrzyków. Tylko moja duma trochę ucierpiała, kiedy koleżanki z pracy śmiały się, że pokonał mnie pies wielkości królika.
Oscar Malone