-
Miły blondyn, który bada ludzi w klinice leczenia niepłodności.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkion, jego, jemutyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Downtown; Financial District; jakiś Penthouse
Imprezowanie nie było tym, co lubił. Od dłuższego czasu spędzał swoje wieczory z nosem w książkach i podręcznikach, ograniczając wyjścia i kontakty z przyjaciółmi do tego stopnia, że zdążył uwierzyć w to, że rzeczywiście nie potrzebował wychodzić. Nie musiał zaznawać nocnego życia i wszystkich atrakcji, które się z tym wiązały.
Większość jego wieczorów spędzał więc w swoim pokoju, w mieszkaniu, które udało mu się wynajmować. Weekendy zaczynał zawsze w ten sam sposób. Po przyjściu z Kliniki rozbierał się, zamawiał jedzenie – najczęściej kebaba, zjadał go razem z butelką schłodzonego, owocowego piwa i szedł się kąpać, by na końcu usiąść w fotelu i czytać książkę przy akompaniamencie serialu, na który nie miał zamiaru zwracać uwagi. Było przyjemnie i miło. Nie spodziewał się więc, że dostanie wiadomość o treści zbieraj się, wychodzimy, będę za dwadzieścia minut. Nie przepadał za takimi wiadomościami i jego znajomi doskonale wiedzieli, że tego nie lubił. Wiedzieli jednak również, że był to jedyny sposób na to, by wyciągnąć go z domu.
Dlatego, właśnie gdy jego przyjaciółka – Maya, zjawiła się w jego mieszkaniu, on dalej jadł swojego zimnego już kebaba i w swoich szarych dresach. Nie miał zamiaru się ruszać, równie mocno się w tym zapierał, jak jego przyjaciółka, która odmawiała wyjścia, jeśli on nie pójdzie z nią. Uległ więc, zarzekając się, że wychodzi tylko na dwie godzinki.
Minęło już cztery i było już mocno po północy, gdy z trzecim drinkiem podpierał ścianę. Nie spodziewał się i nie chciał się przyznać, do tego że dobrze spędzało mu się czas. Impreza nie była w klubie, lecz w penthousie, który należał do jednego z przyjaciół Mai. Apollo ciągle nie mógł wyjść z podziwu, że udało mu się z jakiegoś powodu wbić w takie towarzystwo, bo on sam nie wywodził się z zamożnej rodziny. A przynajmniej nie takiej, której członkowie mogliby sobie pozwolić na imprezowanie w takich miejscach. Nigdy nie narzekał na swoją sytuację finansową, jednak nie ukrywał, że od czasu do czasu dobrze było rozerwać się w tym bogatszym środowisku.
Czuł się wyśmienicie. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, a muzyka, która grała z głośników wprawiała jego ciało w ruch, dzięki czemu nie był w stanie odczuć jeszcze efektów picia alkoholu.
Bowie Vance
-
I'm a little bit Nosferatu about you. It's love at first bite.
nieobecnośćtakwątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3 osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bowie stał na środku bez koszulki, w obcisłych, czarnych jeansach, opiętych na jego wąskich biodrach, przepasanych cienkimi, skórzanymi paskami. Po jego skórze, ozdobionej licznymi tatuażami ,przesuwały się kolorowe światła.
Część loków zebrane miał w niedbały kok na czubku głowy, chociaż kilka kosmyków zdążyło się już z niego wydostać. Między wargami tkwił tlący się papieros, którego końcówka żarzyła się lekko, gdy zaciągał się dymem, a potem z jego ust i nosa wydobywały się siwe chmury, których wstążki było widać, gdy tylko padały na nie snopy światła, rzucane przez jeden z licznych reflektorów. Pewnie nie potrafiłby powiedzieć ile drinków wypił i czy wciągnął jedną, dwie czy trzy kreski, a już na pewno nie miał pojęcia która była godzina. Kołysał się w takt muzyki z lekko przymkniętymi powiekami.
Takie imprezy nie były niczym dziwnym dla Bowiego. Bywał na nich regularnie i regularnie je urządzał. Jego życie składało się z imprez, przypadkowym wypadów gdzieś i zawierania przelotnych znajomości, z których na dobrą sprawę nic nie miał, poza rozrywką, rzecz jasna, co było dla niego w życiu priorytetem. W końcu teoretycznie wszystko inne już miał. Na pewno pieniądze, a one przecież otwierają każde drzwi. Tak przynajmniej powtarzał jego ojciec.
To w takim razie czemu te jedne, które pragnął otworzyć dalej były zamknięte? A drugie, które wydawały się przejściem na właściwą drogę sam sobie z hukiem zatrzasnął zaledwie kilka tygodni temu? Prawda była taka, że był skończonym kretynem i chociaż dopiero co czuł się tym zmęczony, to dzisiaj wcale nie było aż tak źle. Używki potrafią bardzo skutecznie poprawić humor.
Jego spojrzenie padło z ukosa na tańczącego w tłumie blondyna. Lubił takich, chociaż szkoda, że nie miał loków. Ktoś szturchnął go w ramię przechodząc, a on tylko zachwiał się, ale nie zareagował, dalej spoglądając na Apollo. Chyba go kojarzył. Tak, bywał czasami na domówkach albo w klubach. Pił z nim dwa, może trzy razy, może więcej, licząc te razy, po których urwał się Vance’owi film i lądował pod stolikiem albo w kiblu. Różnie bywało.
Zamaszystym gestem sięgnął do dopalającego się peta i chwycił go sprawnie palcem wskazującym i kciukiem, a potem zaciągnął się po raz ostatni i wyjebał niedopałek pstryknięciem przez otwarte okno. Cały czas miał go na oku, nie papierosa, tylko chłopaka. Wydmuchał dym w bok i po chwili stał już za nim, tak po prostu. Był tak blisko, że czuł jego zapach, chociaż nie był pewien czy to jakiś dezodorant czy płyn do prania, którym przesiąknięty był jego podkoszulek.
— Siema — mruknął tuż przy jego uchu ze spokojem i dziwnym uśmiechem, obserwując reakcję. Nie do końca mu się to udało, bo na jego szyi uwiesiła się Maya. Stęknął cicho, ale przekręcił się nieznacznie i objął ją w talii, zerkając na dziewczynę przelotnie.
— Vance, a ty gdzie koszulkę zgubiłeś? — rzuciła, chociaż chyba miała gdzieś odpowiedź, bo nie czekając na nią zadała kolejne pytanie: — Znasz już Apollo? Przyszedł ze mną, więc nie osaczaj go za bardzo, co? — Wyszczerzyła się, dalej uwieszona, zamiast stać jak człowiek.
— Znam i nie zrobię nic, czego Apollo by nie chciał — odparł, ponownie odnajdując go wzrokiem i zawadiacko puszczając mu oczko.
Apollo Bremers