-
I put the "sex" in "sexy", shit, I would even undress menieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
My stronger guilt defeats my strong intent,
And, like a man to double business bound,
I stand in pause where I shall first begin,
And both neglect."
To była jego wina. Wszystko to była jego wina.
Panika, panika, panika, przerywana tylko falami nudności, słabości, nieustające drżenie rąk, uderzenia gorąca i zimna, boleśnie tłukące się w klatce serce. Bolała go skóra. Mięśnie nie istniały. Miał wrażenie, że końcówki włosków na całym ciele miały własne zakończenia nerwowe i przy każdym ruchu wysyłały kolejne bolesne sygnały, dźgające szpilkami jego mózg. Miał wrażenie, że umierał, ale przecież jeszcze nie mógł, prawda? Musiał iść się prosić o wybaczenie przed Vitą, nawet jeśli nie znał całej historii, nie wiedział jakie były jego wykroczenia, czego cień wciąż turlał się po systemie, a z czym jego ciało tak zaciekle walczyło. Nie ruszyłby się z kąta łazienki, gdyby nie to, że Holloway miała być w domu "za godzinę" i.. czas nadal mu się rozjeżdżał. Nie miał pojęcia ile zajęło mu złapanie względnego balansu, ubranie się, mycie mordy, klęcząc przy umywalce to też było nowe doświadczanie, a kiedy dźwignął kurtkę, by narzucić ją na ramiona, musiał ją szybko porzucić i znów iść spowiadać się porcelanowej damie. Zapach papierosów był nie do zniesienia. W żołądku już nie miał nic. Ból. Tylko ból, kwas, wstyd i jakieś wyższe cierpienie, którego źródła nie potrafił znaleźć w swoim ciele.
Sam się prosiłeś, to twoja wina, tylko twoja.
Bo uwierzył, że ma kontrolę. Bo jedna tabletka przecież jeszcze nigdy nie zabrała mu autonomii. Bo odrobina K nikomu jeszcze nie zaszkodziła, a GHB działała trochę jak valium. Bo podlewał i tak alkoholem, więc co za różnica.
Absolutny idiota. Alkoholik. Ćpun. Śmieć.
Świat byłby lepszy, gdyby rzeczywiście hipotermia zabrała go na tamtej ławce.
Wtoczył się do klatki za jakąś kobietą niosącą zakupy i chyba ją przestraszył. Nie ważne. Bez poręczy nie udałoby mu się za cholerę wspiąć na piętro Holloway, tak czy siak wydawało mu się, że zajęło mu to kilka razy dłużej niż zwykle.
W uszach dudniło. Schody rozjeżdżały się w obie strony. Błędnik nie nadążał za ślimaczymi krokami.
Jak się tu dostał? Wziął Ubera?... Nie pamiętał. Rozmawiał z Cath już, czy jeszcze nie? Chyba rozmawiał z Eriką... Jego wspomnienia nie miały sensu. Wszystko się mieszało. Czas i przestrzeń uformowała pytajnik.
Zwykle pukał, ale tym razem po prostu wcisnął dzwonek, opierając czoło o zimną ścianę nad przyciskiem i zmuszając się do skupienia, by w ogóle trafić. Na moment przymknął oczy, czekając aż mu otworzy, a kiedy je otworzył..
Był w środku i na swoich stopach, na kolanach, na podłodze, pochylony do przodu...? Huh..? Teleportował się.
- Ja pierdole... - może jednak powinien się zgłosić do najbliższego ER na odtrucie, bo ten rollercoaster nie zwalniał. Przez chwilę było znośnie, kiedy rozmawiał z Eriką, ale teraz? Zbliżył się do wytrzeźwienia i jego ciało cierpiało. Należy mu się. Należy mu się.
Śmierć byłaby gestem współczucia.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
You'll say, “Do you think we can be friends?”
Or maybe we have reached the end
Maybe we have reached the end
To uczucie, które wydawało jej się, że już powoli zalecza, wróciło do niej z potrójną siłą. Potrójną za każdy kolejny cholerny dzień, kiedy na niego czekała. Kiedy martwiła się o niego. Kiedy pisała do jego siostry, pytając, co się wydarzyło. Kiedy chodziła po schroniskach i klinikach, wypytując o osoby po przedawkowaniu. Kiedy dzwoniła do szpitali, błagając wręcz o informację, czy nie pojawił się tam ktoś choć odrobinę go przypominający. Ale nic. Nigdzie go nie było.
Ulga i płacz.
Ulga i strach.
Ulga i… samotność?
Ta jebana samotność, to poczucie odrzucenia, wróciło do niej i uderzyło z siłą rozpędzonego pociągu, powalając ją na łopatki. Nie była w stanie pracować. Nie była w stanie jeść. Mogłaby przysiąc, że w tamtym momencie żyła wyłącznie na papierosach. Roztrzęsienie, ataki paniki… to znajome uczucie, kiedy łapie się powietrze, jakby się tonęło, mimo że stoi się twardo na lądzie… wróciło.
Ten charakterystyczny dźwięk, ikonka z jego zdjęciem i imię przez moment przyniosły jej uczucie szczęścia, ulgę, że nic mu nie jest, że żyje, że wszystko z nim w porządku. Ale… no właśnie, ale. Nie była już pewna, czy faktycznie nic nie zrobił. Po wiadomościach widziała, że przeholował z Bóg wie czym. Podczas gdy ona zamartwiała się na śmierć, on dosłownie tańczył na granicy życia i śmierci z używkami, w towarzystwie kumpla, który niby miał na niego uważać.
Czy była egoistką, myśląc w tamtym momencie o sobie? Nie chciała czuć tego bólu. Nie chciała czuć, że nie będzie w stanie mu zaufać, a jednak z każdą wiadomością i teraz z każdym jego wyjściem... będzie wracał do niej ten sam strach, że znowu zniknie. Albo że znów nie będzie wiedział, kiedy wcisnąć hamulec, zanim rozbije się o ścianę. Jak Holloway miała z nim być? Oddała mu swoje serce, a on tą kilkudniową nieobecnością pokruszył je na kawałki. Nie miała już siły. Napisała mu tylko, że mogą się zobaczyć. Na trzydniowe dresy narzuciła jakąś bluzę, słysząc, że dostał się na górę. Włosy miała spięte w niedbały kok, a makijaż, który od trzech dni próbowała zmyć z oczu, wciąż uparcie się ich trzymał. Podeszła do drzwi i otworzyła je, a wtedy Lexie upadł u jej nóg, wydając z siebie dźwięk na pograniczu szlochu.Poczuła, jak coś staje jej w gardle, a łzy, które myślała, że już się w niej skończyły, znowu napłynęły do oczu. Obeszła go tylko i zamknęła drzwi. Przez moment złapała się na tym, że chciała się schylić, pomóc mu wstać, przytulić go, powiedzieć, że tęskniła… Ale przecież znowu trafiłaby do tego pieprzonego odcinka filmu na wzór Dnia świstaka. Znowu przeżyłaby to samo. Znowu zostałaby sama. Wzięła głęboki oddech i wyprostowała się, kierując się w stronę kuchni.- Zrobić ci herbatę? - rzuciła, starając się na niego nie patrzeć. Czuła, jak trzęsie się od środka. Z każdym krokiem miała wrażenie, że nogi się pod nią uginają, a serce znowu przestaje bić.
stranger
-
I put the "sex" in "sexy", shit, I would even undress menieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Z kim był, gdzie był, co robił, co właściwie w siebie wrzucił.
Skąd miał pewność, że niczego z nikim nie robił? Nie miał.
Skąd miał pewność, że nie wziął czegoś, co przyczepi się do niego i nie będzie już mógł przestać? Nie miał.
Skąd miał pewność, że przy okazji całego tego pomieszanego chaosu nie zachorował na coś równie nieodwracalnego? Nie miał.
Nie mógł jej się dziwić. Nie dziwił się.
Nie wiedział nawet po co się torturował drogą do jej mieszkania, może po prostu chciał jeszcze raz ją zobaczyć? Sadysta. Przecież będzie na niego patrzyła dokładnie tak, jak na to zasługiwał. Jak na gówno, w które wdepnęło się przypadkiem i które za nic nie chciało się odkleić od buta. Nawet w swoim aktualnym stanie nie łudził się, że na nic więcej nie zasługiwał. Nawet na jej nienawiść nie zasługiwał. Mógł nie przychodzić. Pozostawić w pamięci ostatni obraz jej uśmiechu, radosnych iskierek w oczach, jej dotyku, ciepłych słów. Usunąć ostatnie wiadomości i żyć z własnymi błędami, od czasu do czasu próbując sobie przypomnieć co tak naprawdę kiedyś w nim widziała. Zawiódł samego siebie nie mogąc być tym człowiekiem, na którego zasługiwała. Wiedział o tym. Głupi, głupi śmieć.
Odnalazł środek własnej ciężkości, przesunął go do tyłu, by klapnąć niezgrabnie na dupie. Pokój zatańczył. Żołądek się spiął. Błędnik oszalał. Niech ktoś zatrzyma tą karuzelę śmiechu. Przesunął się w tył ostrożnie, dopóki jego plecy nie dotknęły drzwi. Zamknął oczy, odchylając lekko głowę, by podeprzeć jej tył. Herbata. Herbata?..... - Co...? - wyrzucił z siebie odgłos grzęznący nieprzyjemnie w gardle. Bał się odchrząknąć, jego własny głos bolał go w uszy bardziej, niż każdy inny, który słyszał. - Vita.. Vita... Przepraszam, proszę.. - może miał gorączkę i dlatego nie było sensu w tym co mówił. Mamrotał. Zadawał sobie ból na tak wielu płaszczyznach. Przecież go nie słuchała, po co by miała? W ogóle szczyt szczytów, że wpuściła go do mieszkania, a nie zostawiła na korytarzu, sam nie wiedział, czy mógłby się na taką litość zdobyć. - ..błagam.. - mógł błagać kilka dni wstecz. Mógł nigdzie nie iść.
Żałosne.
Gorące łzy spływały po jego twarzy, z czego nie zdawał sobie sprawy, dopóki jego ciało nie ustabilizowało się w przestrzeni, pozwalając zmysłom nadrobić. W sumie nie powinien się dziwić, wszystko go bolało, a wyrzuty sumienia ciągnęły go w najbardziej depresyjną czarną dziurę, jaką kiedykolwiek wcześniej poczuł. Straci ją. Wiedział przecież, że ją straci.
Bo skoro był niczym bez niej, to z nią też był niczym.
Nikt nie mógł mu pomóc.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Łzy spływały jej po policzkach, kiedy nastawiała wodę na herbatę. Kilka minut później zalała ziołową mieszankę wrzątkiem, chwyciła kubek i podeszła do niego.- Weź to.- Nachyliła się, upewniając się, że przejął od niej ten cholerny kubek.- Napij się.- Mówiła oschle, ale tak naprawdę chciała, żeby poczuł się choć odrobinę lepiej, nawet jeśli była na niego wściekła. Nawet jeśli była przez niego tak potwornie zraniona. Usiadła obok niego na podłodze i oparła plecy o kanapę. Przetarła oczy przedramieniem i wzięła głęboki oddech, zanim na niego spojrzała.
Ukłucie. Ten ból… już nigdy więcej nie chciała go czuć.- Alexis.- Zaczęła od jego imienia, bo nie potrafiła powiedzieć Lexie, kochany, kocie, Bennett. Nie potrafiła. To by znaczyło, że to, co zamierzała zrobić za chwilę, stanie się prawdziwe. A może, jeśli użyje jego pełnego imienia... tego, po które sięgała tylko wtedy, gdy naprawdę coś było nie tak... pójdzie jej łatwiej? Gówno prawda.To i tak miało boleć tak samo kurewsko, Holloway.- Ja… - zaczęła, wbijając paznokcie w środek własnej dłoni. - To… cokolwiek między nami było…- Odwróciła wzrok, próbując się opanować. Odchrząknęła cicho i pociągnęła nosem.- Nie możemy się już spotykać.- Powiedziała to stanowczo, choć w środku wszystko w niej się łamało.- Potrzebujesz czegoś, czego ja nie jestem w stanie ci teraz dać.- Wyciągnęła dłoń i wsunęła ją w jego włosy, natychmiast żałując, że to zrobiła. A jednak pogładziła je delikatnie. Nie potrafiła przestać.- Moje serce pękło już dziesięć lat temu. A teraz, kiedy dopiero przy tobie zdołałam poskładać je na nowo… ty je zdeptałeś.- Pociągnęła nosem i zamknęła na moment oczy.- Chcę przy tobie być. Chcę cię wspierać. Ale ze świadomością, że wir imprez był dla ciebie ważniejszy niż ja… jak mam uwierzyć, że to się nie powtórzy?
Alexis
-
I put the "sex" in "sexy", shit, I would even undress menieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przynajmniej była w tym samym pomieszczeniu.
Do chuja pana, Bennett.
Błagał ją żałośnie, jakby miała się nad nim zlitować, złapać w kuchni długi nóż, wrócić do niego i wbić mu go prosto w serce, w przestrzeni między żebrami, żeby upewnić się, że już nie wstanie.
Zamiast tego przyniosła mu.. herbatę?.. Naprawdę chciał się wkurwić, rzucić tym kubkiem o najbliższą ścianę i wyjść. Nie mógł, nie był w stanie, nie chciał. Odłożył kubek niedbale na bok, mając gdzieś, czy jego zawartość się wyleje, czy nie.
- Nie.. - wymamrotał, słysząc swoje pełne, pierwsze imię. Doskonale wiedział, co chciała mu powiedzieć i nie był na to gotowy. Nigdy nie będzie na to gotowy. Sam sobie zasłużył, ale z drugiej strony egocentrycznie tak bardzo było mu siebie żal, że płakał. Przez siebie, stracone zaufanie, straconą miłość, godność, opłakując wszystko, co mógł mieć, a co wyrzucił w dniu, w którym wyszedł się napić "tylko jednego". Przecież nigdy nie kończyło się na jednym. Myślałeś, że dałem ci spokój? Ja to ty, a ty to Ja, Ja to my. Był prawie pewny, że pozbędzie się tego okropnego głosu z głowy dopiero, kiedy umrze, a myśl o tym wywołała w nim kolejny skurcz żołądka i falę nie fizycznego bólu. Niech to się skończy. Wszystko. Przecież i tak miał wszystko stracić, prawda? Właśnie mu to mówiła. Mamrotał nie z uporem maniaka, jakby to miało coś zmienić.
A potem go dotknęła, łagodnie, czule, tak jak zawsze i pod jej dotykiem rozpadł się jeszcze bardziej zanosząc bolesnym szlochem tak mocno, że cały się roztrząsnął.
- Obie-...Obie-Cuje. Proszę Cię-. Vita. Błagam. - nie sądził, że może tak mocno upaść, ale z drugiej strony nie sądził też, że może wylądować w środku zimy na ulicy bez połowy ubrań i w stanie, w którym jego mózg nie potrafił formułować wspomnień. Sięgnął po nią, łapiąc materiał spodni i zaciskając na nim palce, zaraz zajął się kolejnym szlochem, podciągając własne kolana do klatki. Opadł na bok, w jej stronę, głowa na kolanach jego idealnej dziewczyny, nie bacząc na to, czy coś trzymała, czy miał zaraz dodać do listy swojego zjebania poparzenie trzeciego stopnia, albo czy go od siebie odepchnie. Nie miało znaczenia. Wtulił się w jej kolana, zbity pies, skomląc podobnie, kuląc i nawet gdyby chciał, nie mogąc w żaden sposób wydobyć pełnego zdania z ust. Łapanie oddechu to było wyzwanie same w sobie. Mówienie było ponad siły.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Przełknęła ślinę, odsuwając dłoń z jego włosów i wpatrując się w niego zaszklonymi oczami. Miała wrażenie, że jeśli spojrzy na niego odrobinę dłużej, wszystko w niej pęknie. Że rozsypie się na jego oczach w sposób tak żałosny, tak bezbronny, że już nigdy nie zdołałaby pozbierać resztek własnej dumy. Serce waliło jej nierówno, boleśnie obijając się o żebra, jakby samo próbowało wyrwać się z klatki i uciec od tej rozmowy. A przecież to ona musiała być tą rozsądną. Tą silniejszą. Tą, która w końcu powie „dość”, nawet jeśli każde włókno jej ciała desperacko błagało, by zrobić coś zupełnie odwrotnego.- Alexis… - wydusiła z siebie, a to było trudniejsze, niż się spodziewała. To była walka z samą sobą. Wiedziała, że go… kochała? Czuła to w każdej kości, w każdym mięśniu, w każdej chwili, gdy składał na niej pocałunki, gdy na nią patrzył, gdy wypowiadał jej imię. Ale teraz musiała postawić siebie na pierwszym miejscu. Już raz przez to przeszła, prawda? Teraz też jakoś da radę… Samotność była jej nieodłączną częścią przez ostatnie dziesięć lat, więc niech zostanie z nią i przez następne. Niech…
To była jedna z najtrudniejszych rzeczy, jakie kiedykolwiek zrobiła. Czy świadczyło to o arogancji? Czy można było być aroganckim w chwili, w której pozwalało się odejść osobie, którą się kocha, tylko dlatego, że miało się świadomość, iż nie będzie się w stanie jej uratować? Holloway miała swoje traumy i swoje lęki, a Alexis - może nieświadomie... rozbudził je wszystkie na nowo. Dawno nie czuła się tak samotna, będąc przy kimś. Kiedy nie miała nikogo, przynajmniej wiedziała, czego może się spodziewać. A tutaj? Tutaj dosłownie oddawała swoje zaufanie w jego ręce.- Nie…- wydusiła przez szloch i odsunęła ręce ku górze, ale on przyciągnął ją do siebie i położył głowę na jej kolanach. Drżącymi dłońmi ułożyła je ostrożnie na jego głowie i plecach.- Zadzwonię po Cath, żeby po ciebie przyjechała- zaczęła cicho.- Możesz się tu zdrzemnąć, ale, Alexis… proszę, nastaw się na to, że to będzie nasze ostatnie spotkanie.-Przesunęła dłonią po jego plecach.
Alexis
-
I put the "sex" in "sexy", shit, I would even undress menieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dopóki co właściwie.
Nie pamiętał dlaczego sięgnął po pierwszą dawkę Molly. Naprawdę chciał tylko złapać kilka drinków z Alexem, nie miał nawet w planach palić niczego oprócz tytoniu, ale.. Przecież radził sobie świetnie, prawda? Jednak miał kontrolę nad sobą. Tak długo był trzeźwy i przychodziło mu to całkiem łatwo przy V, więc czemu nie miałoby być inaczej poza jej spojrzeniem, w innym towarzystwie? Jeden drink, drugi, shot za shotem; co mogło się stać, jeśli zapali z Alexem? Więcej alkoholu. Co mogło się takiego stać, jeśli weźmie M? Przecież to nic takiego, nie uzależni się jednej nocy. Był w kontroli.. Był?
Gówno prawda.
Sam sobie był winny.
Szlochał jej w kolana, łapiąc się jak ostatniej deski ratunku, którą nie mogła być i przecież o tym wiedział. To tak nie działało. Miał problem, wraz z trzeźwością ta świadomość zaczynała wkradać się do jego głowy, a skoro miał problem, musiał sam chcieć coś z tym faktem zrobić. Kobieta którą kochał nie mogła mu pomóc. Nie mógł pociągnąć jej za sobą do rynsztoku i w życiu by sobie na to nie pozwolił. Jego siostry nie mogły mu pomóc. Nikt nie mógł mu pomóc. Musiał sam pozbierać kawałki i spróbować ułożyć je jakoś w całość, żeby działało.
I musiał to zrobić sam.
Dla siebie?
Ha, dobry żart. Kolejny zimny dreszcz przejął jego ciało. Chłód rozlał się po nim, jakby wylała na niego kubeł lodowatej wody. Myśl tak trzeźwa, wyraźna, przebijająca się przez wszystkie inne. Nie chciał już tego ciągnąć, 26 lat wydawało się wystarczająco długim stażem i właśnie dotknął dna. Bo dlaczego? Po co? Na co miał czekać? Po co się budzić i powtarzać ten sam dzień, raz po raz po raz po raz... Mógł po prostu przestać. Poddać się własnej bezradności i zamiast dryfować z prądem jak robił przez całe życie, po prostu.. Zatonąć. Powoli i spokojnie, przestać.
- Nie dam rady. Nie mogę. Nie chcę. - ostatnia deska ratunku, ostatnie, co przyszło do jego chorej głowy i coś, czym miał się brzydzić następnego dnia. - Nie przeżyję. Nie przeżyje, jak mnie wyrzucisz. - kłamca kłamca kłamca manipulujący kłamca. Nienawidził się. Nienawidził jej. Kochał ją. Niech go nienawidzi. Niech go kocha. Niech..
Może mógł to powtórzyć. Wziąć wszystko jeszcze raz. Nie wracać do domu.
Jakiego domu? Nie miał już domu.
Jego dom właśnie go wyrzucał.
Nie ma sensu, nic nie ma sensu, nie widział dla siebie szansy na jutro.
W punkcie bez powrotu, mógł się podnieść, albo poddać.
vita holloway
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Jeszcze trochę, Vita. Wytrzymasz.Wmawiała to sobie, próbując walczyć ze łzami, które i tak samoistnie spływały po jej policzkach, kiedy wpatrywała się w niego leżącego na jej kolanach. Nie wiedziała, czy się przesłyszała, więc wsłuchała się dokładniej w to, co do niej mówił. Jak do niej mówił. Zacisnęła dłoń, wbijając paznokcie w jej wnętrze. Poczuła, jak serce jej się zaciska. Jak żołądek podchodzi do gardła. Jak płuca zapadają się z braku tlenu. Czy on naprawdę to do niej powiedział? Smutek i złość zmieszały się w jedną, niebezpieczną mieszankę, której nie była już w stanie powstrzymać. Odepchnęła go od siebie, szybko zerwała się na nogi i odsunęła kilka kroków, aż w końcu oparła się o ścianę, obejmując ramionami samą siebie w obronnym geście - nie tylko przed nim, ale przed bólem, przed sobą samą.- Wyjdź - rzuciła. Głos jej zadrżał.- Nie chcę cię więcej widzieć.- Przyłożyła dłoń do ust, wydobywając z siebie długi, urwany dźwięk rozpaczy.-Jak śmiesz mi to robić? Jak śmiesz mi grozić, Alexis…- przetarła policzki wierzchem dłoni.- Że sobie coś zrobisz… Jak możesz…?- Jęknęła cicho, czując, jak ból przeszywa całe jej ciało. Nie mogła uwierzyć, że mógł powiedzieć coś takiego. Że mógł zrzucić na nią taki ciężar, kiedy ledwo utrzymywała się w całości.- Piszę do Cath, żeby po ciebie przyjechała - powiedziała drżącym głosem i ruszyła w stronę sypialni. Podeszła do łóżka, zgarnęła telefon i usiadła na jego skraju. Palce trzęsły jej się tak bardzo, że ledwo trafiała w litery, kiedy wystukiwała wiadomość: ''Hej, przepraszam, że zawracam ci głowę. Alexis jest tutaj, w bardzo złym stanie. Przyjechałabyś po niego? Proszę.''- Ściskała telefon w dłoni i płakała, bo nie miała już siły udawać. Nie wiedziała tylko, za czym bardziej płacze… za faktem, że być może właśnie widzi go po raz ostatni, czy za tym, że osoba, którą kocha, stoi przed nią i krzyczy o pomoc, a ona nie jest w stanie nic zrobić, żeby mu pomóc, nie raniąc przy tym samej siebie.
Alexis
-
I put the "sex" in "sexy", shit, I would even undress menieobecnośćniewątki 18+takzaimkimów mi ładnietyp narracjitrzecia osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Gardził sobą jeszcze bardziej.
Odepchnęła go, zabolało jak cholera, po raz kolejny, na wielu płaszczyznach, a niektórych z nich nawet do końca nie rozumiał. Należało mu się. Zasługiwał na ból.
"Wyjdź." Nie mogę.
"Nie chcę cię więcej widzieć." Kłamiesz.
"Jak śmiesz mi to robić?" Jak śmiesz?
"Jak śmiesz mi grozić" Nienawidzę cię.
"Alexis…" Kocham cię.
Gdyby mógł, poszedłby za nią. Gdyby mógł, przeprosiłby, powiedział, że nie wiedział skąd mu się to wzięło, że w ogóle nie brzmiało jak coś, co by powiedział. Wymówki. Jak zawsze masa wymówek i zero odpowiedzialności. Zero szacunku, arogancja, bezsensowne, bezmyślne, egoistyczne, narcystyczne gówno. Gdyby mógł, złapał by ją za ramiona, potrząsnął nią, wrzasnął i krzyczałby tak, żeby cały blok usłyszał, że.. Że co właściwie? Że tak mu przykro i źle, że aż musiał się na niej wyżyć? Że gdyby mógł, to by poszedł za nią do tej sypialni i zmusił do tego, żeby się mu oddała? Znów zrobiło mu się niedobrze, samą myślą zadał sobie ból, który rzeczywiście mógłby przechylić szalę i popchnąć na granicę czegoś, czego nie mógłby już cofnąć.
Powietrze, potrzebował powietrza i potrzebował go natychmiast.
Zebrał w sobie całą siłę, jaką dysponował w tamtym momencie, przy pomocy kanapy podniósł do względnego pionu. Przeczłapał do drzwi, zawahał tylko na moment, ale finalnie.. Wyszedł z jej mieszkania, upewniając się, że trzaśnie nic niewinnymi drzwiami tak mocno, że zadrżą zawiasy.. Nie miał siły. Żałosne.
Bladego pojęcia nie miał, jak znalazł się na parterze; tylko tyle, że klapnął na dupie przed klatką na schodku, łapiąc oddech łapczywymi haustami, by zaraz się skulić wsadzając głowę między własne nogi. Chciał zwymiotować. Nie miał czym. Żałosne.
Mógł tylko czekać na Cath i drugą część tortury na ten konkretny dzień.
vita holloway
koniec?
-
Come bite the apple and I'll coil 'round your heart.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie wiedziała co ma zrobić. W jej wnętrzu toczyła się cicha, wyniszczająca walka między sercem a rozumem.Serce krzyczało- wybiegnij do niego, pocałuj go, przytul, powiedz, że będziesz przy nim już zawsze. Krzyczało głośno, desperacko, jakby każda sekunda zwłoki miała wszystko przekreślić. Rozum odpowiadał chłodno- nie rób tego, będziesz żałować. Już raz przez to przechodziłaś. Spokojny, opanowany, niemal okrutny w swojej racjonalności. A ona stała gdzieś pomiędzy. Z sercem ściskającym się boleśnie w klatce piersiowej i myślami, które próbowały ją zatrzymać w miejscu. Każdy oddech był cięższy od poprzedniego, a powietrze nagle stało się zbyt gęste. Czego miała słuchać? Czy naprawdę miała wejść do tej samej rzeki nie drugi, a trzeci raz? Kiedy miała poznać odpowiedź? Właśnie… nigdy. Nigdy nie będzie pewna, co przyniesie jutro. Mogła opierać się tylko na tym, co już znała. A znała samotność i rozczarowanie lepiej niż niejeden człowiek wokół niej.
Wzdrygnęła się, słysząc trzaśnięcie drzwiami. Fala żałoby i złamanego serca przeszła przez jej ciało niczym tsunami. Nie wiedziała dlaczego, ale jej ciało zareagowało szybciej niż jakakolwiek myśl. Bez zastanowienia wybiegła na zewnątrz zapominając wciągnąć buty, zbiegając po schodach i łapiąc się poręczy, żeby się nie poślizgnąć. Kilka chwil później była już na zewnątrz. Drzwi uchyliły się za nią, a ona zatrzymała się gwałtownie, widząc go. Siedział. Stanęła na mokrym chodniku i przykucnęła przed nim.
Nie znała na to pytanie odpowiedzi. Po prostu robiła to, co czuła, że musi zrobić. Wsuwając dłonie pod jego brodę, uniosła delikatnie jego twarz. Spojrzała na niego przeszklonymi oczami. - Alexi… - urwała, przełykając ślinę. -Lexi…- Pociągnęła nosem i zbliżyła się do niego, składając na jego ustach długi, czuły pocałunek. Nie pogłębiała go. Po prostu trwała, muskając jego usta swoimi, jakby chciała zapamiętać ich dotyk i smak na jak najdłużej. Bo w pewnym sensie… był to jej sposób, by się z nim pożegnać.
lexie