[you were once a sun child - now there is nothing left but rage.]
melusine & vincent
Biegła.
—
Melusine — stanowczy głos matki, twardo akcentujący każdą z sylab melodyjnego imienia i nadający im karcący wyraz, bez wątpienia zwiastujący potencjalny wybuch, jeszcze zamaskowany starannie kokardą dobrych manier - ginął w porywach wiatru i odgłosach bijącego gwałtownie serca.
dum-dum, dum-dum, dum-dum, dum-dum, dum-dum...
Oddech zdradliwie uciekał z płuc, a drobne kamienie znajdujące się na brzegu bezlitośnie smagały gołe stopy, ale ona uparcie parła naprzód, w głowie mając tylko jedną myśl.
Tym razem ją uratuję.
Akt heroizmu godny podziwu, aczkolwiek podszyty wewnętrznym egoizmem, bo tak naprawdę...
Tym razem się uwolnię.
Już niemal czuła nitki wolności pomiędzy palcami, już sięgała po wiotką dłoń ledwo zauważalną w ciemnościach, kiedy nastąpiło:
Bolesne
p r z e b u d z e n i e.
—
MELUSINE! — widelec z łoskotem uderzył o marmurową posadzkę, sprzeciwiając się powszechnie przyjętym zasadom savoir vivre, jednocześnie narażając samą Melusine na podwójnie poirytowane spojrzenie matki, które w tym momencie przewiercało ją na wskroś.
Jak mogłaś? Podczas biznesowej kolacji?
Mentalnie szarpiąc się z narastającą złością, niemalże błagającą ją o wywołanie piekła na ziemi, zacisnęła mocno szczęki i powoli odsunęła się od stołu.
—
Ja... nie czuję się najlepiej. Proszę mi wybaczyć — odparła miękko, z trudem panując nad głosem. Nie z lęku przed gniewem matki. Nie z poczucia wstydu przed gośćmi, dla których była jedynie elegancką ozdobą. Z palącej nienawiści do samej siebie; do przejawu słabości, który przemknął zwinnie pomiędzy murami obronnymi i próbował po raz kolejny zamknąć ją w celi przeszłości.
W y s t a r c z y.
Posyłając gościom przepraszające spojrzenie i życząc im udanego wieczoru (celowo omijając przy tym wzrok matki), podniosła się z miejsca i udała się wprost do wyjścia, nie dbając już o konwenanse, czy zachowanie pozorów, że planowała się jedynie położyć. Nie, Melusine potrzebowała dać ujścia wszystkim zgromadzonym frustracjom, potrzebowała
z n i s z c z y ć.
Momentalnie imię Vincenta zatańczyło jej przed oczami. Tak, bez dwóch zdań to on był sprawcą całego zamieszania, ponieważ skutecznie ignorował ją od kilku dni, pozwalając lękom znów wkraść się pomiędzy myśli. Ignorował? Ją? Jak
ś m i a ł? Byłaby naprawdę kimś innym, gdyby sobie na coś takiego pozwoliła, dlatego natrętnie atakowała Beauregarda wiadomościami i telefonami, ewidentnie pragnąc doprowadzić go na skraj wytrzymałości psychicznej swoją namolnością. A kiedy jednak i to nie zdało egzaminu, obrała inną strategię i kazała szoferowi zawieść się do klubu nocnego. W limuzynie wypiła kilka mocnych drinków (o ile drinkiem nazwać można czystą whisky z lodem) i wypaliła minimum trzy papierosy na złagodzenie zszarganych nerwów. Zbyt wiele pieniędzy wydała na czarną sukienkę, by splamić ją krwią Vincenta, czyż nie? Poza tym nie mogła go tak po prostu z a b i ć - to byłoby zbyt proste i pozbawione finezji, którą się tak dumnie szczyciła.
Podziękowawszy szoferowi i poprosiwszy go, by czekał w pobliżu (nie zamierzała zabawić w tym marnym przybytku dłużej niż to było konieczne), skierowała się wprost do klubu, zgrabnie omijając dość pokaźnych rozmiarów kolejkę. Baskerville n i g d y nie czekała. Po wejściu do środka momentalnie się skrzywiła pod napływem licznych duszących zapachów mieszających się ze sobą i tłumem tańczącym gęsto, jakby jutro miało nie nadejść. Prostując się niczym struna (matka byłaby dumna), ruszyła do baru, ponieważ jeżeli gdzieś miałaby znaleźć Vincenta (nie licząc oczywiście dna płytkiej mogiły), to właśnie tam.
Nie pomyliła się. Bez najmniejszego wysiłku rozpoznała znajomą gęstą czuprynę i aurę zgorzkniałości. Zachodząc mężczyznę od tyłu, jej dłoń powędrowała wprost na jego kark, a palce pochwyciły kosmyki włosów w żelaznym uścisku, zmuszając go do odchylenia głowy. Chaos panujący w klubie nocnym zmusił ją do pokonania dzielącego ich dystansu niemalże do minimum
(tak to sobie tłumaczyła).
—
Trzydzieści sekund. Daję Ci trzydzieści sekund, zanim przesunę rękę i wyślę Cię w zaświaty — czerwone wargi niemalże muskały płatek jego ucha, a z boku dla niezaznajomionych wyglądało to niemalże na składanie
m i ł o s n e j obietnicy. Cóż, na swój sposób może i nią było, ale z naciskiem na
ś m i e r t e l n ą. —
Tłumacz się — uściśliła miłosiernie, jakby jego zmroczony alkoholem umysł nie był w stanie nadążyć.
vincent beauregard