-
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkityp narracjinarracja trzecioosobowaczas narracjiczas przeszłypostaćautor
Tak brzmiała odpowiedź Olivii, kiedy została poproszona o dotrzymanie towarzystwa podczas otwartego treningu jednej z hokejowych drużyn. Ile ich właściwie było? Jedna na całe miasto? Jedna na rejon? Czy to były jakieś szkolne, czy bardziej profesjonalne zespoły? Miała o tym takie pojęcie, jak na temat pielęgnacji roślin, gdzie każda, którą posiadała, umierała. To wyjaśniało wiele.
Nie pozostawiono jej jednak wielkiego wyboru. Koleżanka miała na tyle dobrze rozwiniętą perswazję, że udało jej się przekonać zapracowana patolożkę, kusząc ją wyśmienitą i drogą czekoladą. Miała do niej słabość i nie podobało jej się, iż niektórzy tak jawnie to wykorzystywali. Jeśli jednak za opakowanie lub dwa miała wysiedzieć kilka godzin na lodowisku, była skora do poświęceń. Tym bardziej, że zdawała sobie sprawę po co Sally w ogóle się tam wybierała. Upatrzyła sobie jednego ze sportowców i planowała mu zaimponować, przy okazji pokazując zainteresowanie.
Kiedy ostatnio i ona stosowała takie praktyki? Po Victorze nie związała się z nikim, chociażby na krótko, ale czuła, że było za wcześnie. Zaledwie kilka miesięcy minęło odkąd odkryła, jakim był dupkiem i zakłamaną szuja. Wolała na chwilę obecną zostawić romansowanie komuś innemu, skupiając się na pracy. Dość złamanego serca. Potrzebowała odpoczynku, bo jej życie było dostatecznym rollercoasterem.
Przeklinając w duchu, że dała się wyciągnąć, spięła włosy, przeglądając się w lustrze. Nie, nie miała zamiaru się stroić, bo nie było mowy, by za namową koleżanki dała się wepchnąć w ramiona jakiegoś mięśniaka, prężącego się na lodzie pod wpływem kobiecych spojrzeń. Ten kiepski romans nie był jej. Zadowolona z ostatecznego, zupełnie nie przesadzonego efektu, wyszła z mieszkania, przelotnie zerkając, czy na wycieraczce nie leży koperta. Z ulgą przyjęła, że nie było tam niczego.
Ciesząc się z własnej przezorności w postaci zabranego swetra, usiadła na ławce chłodnego lodowiska. Oczywiście, że przypadło im miejsce w pierwszym rzędzie, niczego innego nie spodziewała się po zalotnej blondynce, z którą przyszła.
Powiodła spojrzeniem po śliskiej tafli, na której znajdowali się zawodnicy. Skakała z sylwetki jednego do drugiego i odniosła wrażenie, że wszyscy wyglądali tak samo. Wierne kopie sportowych standardów, gdzie poza mięśniami i talentem liczył się również wygląd. Byli przystojni, nie odmówiła im tego, ale i młodzi. Ile mogli mieć lat? Skomplikowane pytanie, na które nie umiała odpowiedzieć, mając poważne problemy z ocenianiem wieku. Ktoś mógł wyglądać na dwadzieścia, a mieć dwa razy więcej. I odwrotnie.
Obserwowała ich poczynania, kiedy grali. nie dostrzegała w tym sporcie niczego fascynującego, ale był urzekający, hipnotyzując ją. Uśmiechnęła się, lekko kręcąc głową, kiedy obok bandy przejechał ciemnowłosy hokeista, puszczając jej oczko. Jeśli to działało na na kobiety, nic dziwnego, że mieli takie branie.
-Zaraz wracasz - powiedziała do Sally, która była na tyle zafascynowana swoim obiektem, że nie zauważyłaby zniknięcia patolożki.
Oby jej wyczyny nie poszły na marne.
Kierując się w stronę łazienki, nie zwróciła szczególnej uwagi na dwóch czy to zawodników, czy innych dryblasów stojących nieopodal szatni, póki ci nie postanowili się odezwać.
-Hej, lala. Zgubiłaś się? - rzucił jeden.
-Chętnie wskażemy ci drogę - wtórował mu drugi.
Starając się ich zignorować, bez słowa minęła młodych mężczyzn, co najwidoczniej spodobało im się tyle, co odchody psa na podeszwie buta. Jeden z nich zagrodził jej drogę, nie odpuszczając.
-Te najbardziej niedostępne są najlepsze, co Bard? - skomentował ten przed nią.
-Zdecydowanie - odpowiedział mu głos, tuż za plecami Liv.
Czy to był jakiś kiepski żart?
Dallas Jensen