Donnie potrafił zagadać człowieka, to fakt. Maria słuchała go teraz ciepło się uśmiechając, aż nagle zlepek kilku słów sprawił, że serce ukryte za koronką białej halki zabiło szybciej. Opowiadał o tych ludziach rozsianych po całym świecie, poznanych w Stanach, Europie, Ameryce Południowej, a ona myślała jedynie o tym w jak ciasnym żyła świecie… Bo co właściwie odkryła? Gorącą i rodzinną Barcelonę pełną wspomnień? Czy może chłodną Kanadę, która miała być jej przyszłością, a stała się klatką? Zawsze musiała być tą, która czuwała nad wszystkim i jedyny plecak jaki dźwigała na swoich plecach to ten pełen oczekiwań bliskich.
Nie musisz mieć dużego plecaka…
I tak jak wtedy w klubie sprawił, że poczuła się dostrzeżona, tak teraz znów zlepkiem kilku prostych słów sprawił, że miała ochotę zrzucić ten ciężar z ramion. Znów poczuć lekkość, odrobinę szaleństwa. Szaleństwem była już sama myśl o tym, by okłamać Javiera, że to
nagły wypad z grupą tańca, a jednak widziała wyraźnie jak pakuje kilka zwiewnych sukienek do plecaka, buty do tańca, paszport i po prostu wychodzi.
Nie ogląda się za siebie.
Patrzy tylko przed siebie, w stronę bezczelnego zielonookiego chłopaka czekającego na lotnisku. Porywa go za rękę bez pytania, tak jak on nie pytał o zgodę pakując się do jej życia i pozwala na to, by pokazał jej świat i to jak można podróżować bez oczekiwań, bez planu.
Tylko ona, on i ten jeden, lekki plecak.
Kolejna piękna bajka, która nie miała prawa znaleźć odzwierciedlenia w rzeczywistości.
Kolejna fantazja, nieodpowiednia tak i nierealna zresztą też.
Westchnęła lekko wbijając w niego chyba jeszcze wciąż lekko
tęskne i rwące się do wolności rozmarzone spojrzenie. —
A opowiesz mi coś więcej o swoich podróżach? O poznanych ludziach też możesz — bo też lubiła poznawać, a skoro nie mogła wyruszyć z nim w świat, to może trochę świata przyniósłby do niej. Upiekłaby mu ciasto i schowaliby się w tej bańce, na chwilę chociaż… miała wrażenie, że wręcz to manifestował tymi swoimi zielonymi ślepiami wbitymi w nią nieustannie.
Nie myślała racjonalnie.
—
Piękna to sprawa, choć niezwykle rzadka. Prawdziwy skarb — znaleźć kogoś takiego jak Artur znalazł.
Kiedyś sądziła, że
to ma... a potem życie zrobiło swoje i teraz zamiast trzymać tamtego wybranka za rękę i spoglądać z nim w przyszłość, siedziała tutaj z dużo młodszym adonisem, co przechylał głowę i bezczelnie pytał
dlaczego?
Dlaczego go lubiła? Czy może dlaczego nie powinni robić tych wszystkich rzeczy, które mogliby… które chcieli?
Dobrze wiesz dlaczego.
Posłała mu pobłażliwe spojrzenie, na krótko się uśmiechając… ale ten uśmiech zniknął tak szybko jak tylko zaczął obnażać to, czego ona sama chyba nie potrafiła przyznać nawet przed sobą.
Jakbyś czekała…
Poczuła jak krew odpływa jej z twarzy, bo dzieciak właśnie obnażył przed nią całą prawdę, której widzieć chyba nie chciała. Nagle zrozumiała, że trąciło to upokarzającą desperacją. A więc tak to wyglądało, gdy ktoś przyglądał się jej z boku. Poczuła smutek, bo najgorsze w tym wszystkim było to, że miał rację.
Czekała…
—
Więc twoim zdaniem wyglądam jak desperatka? — zapytała, ale nie z żalem czy pretensją. Miał rację w zasadzie, przez lata karmiła się ochłapami uwagi i czekała na jakiś nagły zryw męża.
Przez te wszystkie lata czekała, aż Javier przestanie uciekać w ramiona innych kobiet, w alkohol, w pracę. Czekała, aż bezczelnie zakłóci jej pracę i skupi uwagę na sobie. Czekała, aż zapyta co robi, aż zaprosi ją do tańca bez okazji, aż zdejmie ten ciążący plecak i zabierze w podróż.
Nie zrobił tego.
Zrobił to ktoś inny.
Ktoś, kto teraz z miną niewiniątka trącał ją trampkiem pod stołem i patrzył na nią tak, jak… tego pragnęła. Wierzyła mu na słowo, że dostrzega piękno, a nie korzysta z jej desperacji. Może naiwna była, ale naiwna była też w wiara w męża przez tyle lat.
Zaśmiała się lekko słysząc jego słowa. —
Por qué? —
dlaczego? Teraz to ona zapytała głupiutko, bo przecież widziała, że go to cieszy… ale dlaczego sprawiało mu to taką radość? Nie rozumiała. Tak jak nie rozumiała tego zapatrzonego w nią chłopięcego spojrzenia?
Tylko niektórych rzeczy nie należy usilnie rozumieć, trzeba je przeżyć.
I ona chciała przeżyć tę bajkę.
—
Dla ciebie wszystko jest takie proste… jakbyś chciała —
to mogłaby być nasza… Teraz to ona wywróciła oczami, bo czy naprawdę tego nie widział? Chciała. Całą sobą chciała, ale musiałaby… no właśnie. On powiedział to na głos: musiałaby
spławić męża i dzieciaki. Powinna czuć się winna, prawda? Że w ogóle o tym myśli, że w chwili gdy to powiedział powinna powiedzieć
nie mogę, a zamiast tego pomyślała, że
dam radę. Dopuściła do siebie myśl, że to w zasadzie jest możliwe.
Ulegała jego namowom…
przez te jego zielone oczy, bezczelny uśmiech, to jego sei bellissima.
…bo sama tego chciała. —
Wolę zakładać, że to nie nastąpi i się rozczarować —
przyjemnie rozczarować… —
Niż liczyć na coś, co nie powinno się w ogóle wydarzyć — na niego liczyć, bo prawda była taka, że Donnie to się nie powinien tak panoszyć w jej świecie, nie powinien się w nim tak dobrze czuć, a już na pewno nie on powinien sprawiać, by ona czuła się tak
dobrze.
Kurwa…
—
W porządku? — zapytała widząc kroplę krwi na blacie.
I nim odpowiedział już zdążył się do niej wyrwać. Znów to zrobił. Znowu sprawił, że zadrżała. Jak w chwili, gdy wtargnął tu nieproszony. Nie tylko w nim krew wrzała, w niej również. Czując jego palce wdzierające się pod materiał jej halki znów się odpalała. Resztki rozsądku tliły się pierwsze, ale nim pozwoliła im spłonąć ułożyła dłoń na jego torsie, a gdy tylko zamknął jej usta w gwałtownym pocałunku naparła na niego i odepchnęła na tyle, by przerwać to.
Nagle, gwałtownie, bez ostrzeżenia.
Złapała oddech i spojrzała w stronę drzwi, jakby w panice musiała upewnić się, czy drzwi są zamknięte i czy na pewno nikogo tam nie ma.
Nie było.
Panowała cisza przerywana jedynie szumem gramofonu i ich ciężkimi oddechami. Reszta domu zdawała się być pogrążona we śnie, a oni… On zdawał się być lekko zaskoczony, gdy wróciła do niego spojrzeniem… a ona? Niewiele myśląc zacisnęła dłoń na materiale jego koszulki i szarpnęła do siebie znów pozwalając się mu zbliżyć do siebie. Uniosła podbródek, prowokowała, raz jeszcze zapraszała by dokończył to co zaczął. —
Sí, lo quiero. Cuéntame ese cuento de hadas... — Znów miała w oczach ten żar… a gdy ich usta znów się połączyły już się nie wahała. Poddała się tej chwili. Brudny stół, potłuczona ceramika i zakrwawiony wacik przestał istnieć.
Oczami wyobraźni widziała ich na tamtym piasku, skąpanych w słońcu, z wodą co obmywa ich splecione nogi. Ładna to była bajka, nie długa. Nie długa, nie krótka, lecz w sam raz. Słuchać by ją mogła jeszcze raz, raz po raz, bez końca.
Bésame, quiero sentir la arena bajo los pies, el viento en el cabello y a ti en mis labios. 