ODPOWIEDZ
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

#02 she is electricity, running to my soul

Nie chciał już dłużej czekać. Nie chciał się powstrzymywać przed ułożeniem dłoni na jakiejkolwiek części jej ciała. Po prostu chciał ją poczuć. Dotknąć. Siedzieć tak blisko, żeby czuć jej zapach i to, jak oddycha. Przez chwilę, kiedy wyglądała, jakby zrobiło jej się słabo, coś w nim drgnęło. Zmartwił się... odruchowo, automatycznie. Przeszło mu przez głowę, żeby podejść pod łazienkę, sprawdzić, czy wszystko okej… ale zaraz sam siebie zgasił. Przecież był w swojej villain erze, prawda? To nie powinno go obchodzić. Poczekał na Alexa, aż przyniesie rachunek i potwierdzi zamówienia. Poprosił go, żeby wykorzystał chłopaka od dowozów i kazał zanieść wszystko do budynku, w którym mieszkał, zostawić u portiera. Jak wrócą ze spaceru, po prostu odbierze jedzenie i ewentualnie odgrzeje - jeśli posiłki zdążą się już schłodzić. Uregulował płatność, zostawiając kelnerowi szczodry napiwek, a przy okazji dał mu do zrozumienia, żeby nie zapomniał o najważniejszej rzeczy w pracy z ludźmi. Szacunku.

Zerknął na zegarek. Nie było jej już dobre pięć minut. I już zaczynał się nakręcać, kiedy… wróciła. Jak huragan. Zgarniając wszystko po drodze. Pokiwał głową, parsknął śmiechem pod nosem i w końcu pozwolił sobie na to, na co czekał od początku - położył dłoń na jej talii i przysunął do siebie, jakby to było najnormalniejsze na świecie. - To nie nasze. - wskazał palcem na czyjeś jedzenie na wynos - Nasze jedzenie jest już w drodze do budynku. - uśmiechnął się pod nosem. - Wolałem cię tu nie zostawiać samej nawet przez moment. - Zerknął na nią z rozbawieniem, nachylając się minimalnie. - A jeżeli faktycznie poszłaś zwymiotować… to nie jestem pewny, czy chcę tak wspominać nasz pierwszy pocałunek. - Oczywiście, że chciał ją pocałować. Ale naprawdę nie miał ochoty zastanawiać się, co miała w żołądku przez cały dzień i czy zaraz mu tego nie zademonstruje.

Wyszli na zewnątrz i zimne powietrze uderzyło ich w twarze. Tego wieczoru było cholernie zimno.... temperatury biły rekordy, a miasto wyglądało, jakby ktoś je zamroził w pół ruchu. Zrobił kilka kroków, kiedy stanęli na śliskiej powierzchni. Zobaczył, jak Sofia traci grunt pod nogami, prawie się wywracając. Zareagował odruchowo. Chwycił ją w pasie i przyciągnął do siebie, mocno, pewnie - tak, żeby oboje nie wylądowali na brudnym lodzie. - Ayyy… mierda - syknął pod nosem, łapiąc równowagę. I wtedy dotarło do niego, co się stało. Złamała obcas. Nie myśląc nawet sekundy, wsunął dłonie pod jej uda i uniósł ją, jakby ważyła nic, a nic. - Dobra. Zmiana planów. - uśmiechnął się, patrząc na jej gładką, promienistą cerę - Wracamy. Ale do ciebie. - Podniósł brew, dumny z własnej bezczelności. - W końcu przekonam się, jak żyje moja sąsiadka. - I ruszył. Powolnym, ale pewnym krokiem przez przeludnione centrum. Ignorując ludzi. Zupełnie tak, jakby za chwilę miał ją przenieść przez próg domu i celebrować ich spontaniczny ożenek. Dopiero po chwili zdając sobie sprawę o czym myślał - przewrócił na siebie oczami, mając nadzieję, że tego nie zauważyła.

Wchodząc do budynku, przywitał się z portierem Winstonem. Ten zaoferował, że za dziesięć minut przyniesie jedzenie do mieszkania panny Torres. Na szczęście nie zadawał pytań na widok ich w takiej pozycji. Garcia wybrnął z tego gładko, pokazując jej złamany obcas, a wszyscy go znali... jego charakter był jak nóż do rany przyłożyć. Zawsze uczynny. Uwielbiany przez wszystkich. Przecież nie miał żadnych egoistycznych zamiarów.No właśnie..
Parę chwil później byli już w jej mieszkaniu. Postawił ją delikatnie na ziemi. Rozejrzał się po ogromnym salonie, który był uwity w przeróżne barwy. Uśmiechnął się do siebie. Zdjął płaszcz i powiesił go tam, gdzie widział, że ona wiesza swoje rzeczy - jakby był u siebie. Zsunął buty i wszedł głębiej do środka, bez pytania. - Panno Torres. - zaczął, niby poważnie, ale w głosie miał ten charakterystyczny uśmiech. - Muszę przyznać, że to mieszkanie jest idealnym odzwierciedleniem ciebie. - Obrócił się powoli, dalej lustrując przestrzeń, którą dane mu było w tamtym momencie podziwiać - Chaos. Barwność. I dosłowna spontaniczność. - I wtedy... jakby ktoś mu znów wcisnął w głowę tę samą myśl co kilka godzin temu... poczuł, że Sofia Torres może być jedynym logicznym rozwiązaniem na ubarwienie jego nieuniknionej, szarej rzeczywistości.

noisy hurricane
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


𝑰𝒎𝒎𝒂 𝒍𝒐𝒔𝒆𝒓 𝒃𝒂𝒃𝒆.
𝑫𝒐 𝒚𝒐𝒖 𝒘𝒂𝒏𝒏𝒂 𝒕𝒆𝒂𝒓 𝒎𝒚 𝒉𝒆𝒂𝒓𝒕 𝒐𝒖𝒕?

。 ₊°༺❤︎༻°₊ 。

Jej oczy zaświeciły się do niego przyjemnie, gdy przyciągnął ją do siebie w talii. Spodziewała się, że zaraz potem ciekawe palce mężczyzny ruszą gdzieś w podróż (może nawet przez to całe napięcie tego oczekiwała?), jednak zamiast tego jego dłoń została w miejscu. Jakby była przyklejona a to od zawsze było jej miejsce. Sofia wciągnęła powietrze nosem przełykając ślinę, czując jak ciepło znowu uderza jej policzki. Jego pewność siebie, odważne gesty sprawiały, że czuła coś, co smakowało trochę jak onieśmielenie. Ona! Sofia Torres! Była publicznie onieśmielona i patrzyła na niego jak najbardziej niewinne stworzenie po tej stronie globu. Wszystko to brało się stąd, że miała w swojej małej głowie poukładane już, jak mniej więcej wyglądają spotkania z mężczyznami. Jak na nią patrzą, jak do niej mówią, jak starają się przejść do celu nie bawiąc się przy okazji w budowanie jakiegokolwiek napięcia. Garcia po prostu przyszedł do jej życia i stwierdził, że zrobi niezły remanent w percepcji swojej sąsiadki. Odwrócił wszystko do góry nogami, nie dając jej ani chwili na reakcję. Musiała czym prędzej nauczyć się w jakiś sposób upychać to zawstydzenie do szafy, bo przecież to nie było w jej stylu!
-Umyłam zęby. Użyłam nawet nici dentystycznej...- odpowiedziała z zaczepnym uśmiechem. Wizja równie prawdopodobna do tej, którą przedstawiła mu przed chwilą jako główną przyczynę swojego zniknięcia.- Ale kto ci powiedział, że będę w ogóle chciała cię pocałować, Esequielu?- kąciki ust poszerzyły się w jeszcze szerszym, łobuzerskim wyrazie zadowolenia, a ona poczuła pewien spokój. No, chyba powoli uczyła się jakoś panować nad sobą w tej wyjątkowo-wyjątkowej sytuacji. Przesunęła kciukiem po jego żuchwie, jakby sama się nad takim scenariuszem zastanawiała, po czym pokręciła przecząco głową, jakby natychmiast taką wizję od siebie odrzuciła. Prawda była taka, że Torres byłaby w stanie oddać mu się tutaj, na tym pieprzonym, długim stole! Jej sąsiad działał na nią w sposób, którego nie potrafiła wyjaśnić. Dostawała przez niego małpiego rozumu. Czy tak przy niej czuli się wszyscy chłopcy, z którymi wcześniej się spotykała? Bała się poświęcać tej myśli więcej czasu.
Gdyby wiedziała, że podczas tego spotkania zdecydują się pójść na spacer, to z pewnością ubrałaby jakieś wygodne loafersy albo kozaki, a nie cholerne szpilki! Mimo wszystko ani razu nie dała znać, że jest sceptyczna co do tego pomysłu, bo... chciała z nim spędzić nieco więcej czasu. Poza tym, sąsiadka spod #26 nigdy nie mogła okazać chwili słabości, ludzie natychmiast by to wykorzystali! Kiedy więc straciła równowagę, dosłownie zacisnęła ślepia gotowa przywitać się gwałtownie z zimną ziemią.
To jednak nie przyszło, bo jej towarzysz po raz kolejny okazał się być pieprzonym gentlemanem.
Tak, pieprzonym, bo powoli zaczynało ją irytować to, że tak bardzo mieszał jej w głowie! Opierając się dłońmi o jego ramiona, złapała równowagę zerkając gdzieś w dół, jakby śmiejąc się zlodzonemu chodnikowi prosto w twarz. Not today, bitch! Nie przy tym latynoskim rycerzu na czarnym ogierze. Powoli przeniosła na niego spojrzenie, gdy przeklął, uśmiechając się do niego radośnie, szczerze rozbawiona sytuacją.
-Santa muerte, a czego się spodziewałeś?! Widziałeś, co mam na nogach, Garcia?! Trzeba było troszkę pomyśleć! Spacerów ci się zachciało!- rzuciła w niego z przerysowanym oburzeniem, ale ten cholerny uśmiech zdradzał, że wcale nie chciała go tą uwagą zaatakować. Pisnęła cicho, totalnie się tego nie spodziewając, gdy ją podniósł. Jej dłonie oplotły jego szyję... by ustabilizować swoją pozycję, rzecz jasna. Wysłuchując dalszych planów lekarza zmarszczyła brwi. Oczywiście, że od razu w jej sercu pojawiła się zgoda, jej usta... cóż, one postanowiły jednak powbijać w niego nieco szpilek, żeby zaognić atmosferę, przypomnieć mu, że trafił w sedno nazywając ją firecrackerem.- No pewnie.- rzuciła siląc się na teatralną ironię.- Ależ ty masz piekielne szczęście, sal y pimienta!- zmierzyła wzrokiem jego twarz czując, że mając go tak blisko siebie, zdecydowanie ciężej jest jej grać ognistą kokietkę.
Przez całą drogę nie powiedziała nic, bo starała się oswoić z jego bliskością. Nie przeszkadzały jej spojrzenia przechodniów- była do nich przyzwyczajona. Zresztą, patrzyli na nią o wiele bardziej łagodnie, niż w momentach, kiedy sama przemierzała ulicami mordując zgiełk ostrym dźwiękiem własnych szpilek. Oparła głowę o jego ramię, w zamyśleniu, mając jakieś przedziwne poczucie, jakby coś w niej zdrowiało.
No tak, cholerny doktor.
Gdy dotarli do portierni, uśmiechnęła się do Winstona dumnie. Dała mu spojrzeniem znać, że będą mieli o czym jutro rozmawiać. Bo Torres bardzo lubiła odwiedzać pracownika w trakcie dnia i plotkować o innych mieszkańcach. Cóż, niektóre stereotypy faktycznie znajdowały w So potwierdzenie. Mimo wszystko nie odezwała się ani słowem i pozwalała Eze utrzymywać kontrolę nad sytuacją.
Zsunęła mu się ostrożnie z ramion i natychmiast ściągnęła buty, gdy tylko znaleźli się w środku. Przeklinała coś cicho pod nosem trzymając je w ręce, grzebiąc w szafeczce na przedpokoju. Jednak niczego nie znalazła.

-Jasna cholera, to były moje ulubione buty, czym ja je teraz skleję.- lamentowała cicho, przesuwając się po własnym mieszkaniu jak burza, na chwilę zapominając, że nie wróciła przecież sama. Dopiero kiedy się odezwał, przystanęła w miejscu i spojrzała na niego jak wyrwana z amoku. Rozejrzała się po pomieszczeniu utulonym zapachem wanilii i karmelu. Wzruszyła lekko ramionami.- Kocham Dopamine... ten styl designerski, ma się rozumieć.-narysowała kółko w powietrzu, jakby chciała objąć całe swoje mieszkanie.- Nie lubię szarych mieszkań. Albo loftowych czy industrialnych wnętrz. Nie zdzierżyłabym też mieszkać w miejscu, gdzie jedynie dominuje kolor drewna i czerń. Dostałabym pierdolonej depresji, ugh! Lampy zrobiłam sama.- wykorzystała sytuację ,by znów się pochwalić i wskazała palcem na źródła światła owinięte materiałem w taki sposób, by wyglądały jak kwiaty. Jeden z nich kłaniał się nad łóżkiem, drugi czekał na swój moment tuż przy ogromnej kanapie w kształcie podkowy. Opadła na nią i przycisnęła wolną dłoń do czoła, wyciągając z siebie bardzo przeciągłe stęknięcie, gest zupełnej rezygnacji.- Wiem, wiem. Mam hajs, mogę kupić takich niezliczoną ilość par... Ale z nowymi nie byłam w tylu miejscach, nie mam tyle wspomnień.- rzuciła je gdzieś na włochaty dywan, zupełnie jakby była na nie obrażona i skrzyżowała ręce na piersi.- I nie mów do mnie Panno Torres, nie jestem twoją pacjentką.- stasowała go spojrzeniem w symulowanych nerwach, by zdradzić się drżeniem kącików ust.- Chcesz coś? Kawy? Herbaty? -zagaiła zerkając po raz ostatni na swoje zniszczone szpilki. Czuła się dziwnie obnażona, gdy stał tutaj, w jej mieszkaniu. Miał jak na talerzu wszystko, czym była Sofia Torres. Co ukrywała pod pozornie zimną, niewzruszoną i obojętną miną każdego dnia swojego życia.

𝒄𝒉𝒊𝒍𝒊 𝒑𝒂𝒑𝒊
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Jego dłoń zacisnęła się delikatnie na jej talii. Miał wrażenie, że przynależała tam od zawsze. Jakby to miejsce było dla niego zarezerwowane... jakby świat po prostu o tym wiedział, zanim on sam zdążył to przyznać. Zawłaszczył ją sobie już w tym momencie. Nie odpuści. Nie będzie skupiał się na nikim innym, bo jaki byłby tego sens? Dopóki miał w zasięgu ręki to ludzkie tornado - dosłowną paletę barw, która potrafi ubarwić mu dzień jednym spojrzeniem - to po jaką cholerę miałby rozglądać się za jakąś szarą Sally? Kimś, kto rumieni się na samo słowo seks, kto byłby szczęśliwy uprawiać go tylko i wyłącznie w sypialni, na misjonarza, przy zgaszonym świetle. Kimś, kto boi się spróbować nowego posiłku w obawie, że mu nie zasmakuje. Ezequiel akceptował takich ludzi. Ale szczerze? Nie trawił ich. Wpatrując się w pannę Torres wiedział, że ona taka nie jest. Wiedział, że dostarczy mu wrażeń i że - uwaga - może nawet czegoś się od niej nauczy. Nie wpisywał w tę znajomość żadnych planów na miłość. Na przepiękną love story, w której nie będą widzieć świata poza sobą, w której uklęknie przed nią i odda się jej w całości.
Nie. Ale co mu szkodziło stworzyć taki scenariusz? Namalować przepiękny pejzaż, w którym Sofia będzie myślała, że z każdym jego dotykiem, słowem, pocałunkiem… tak, pocałunkiem - bo miał zamiar obsypywać ją nimi w chorych ilościach - on „coś” do niej czuje. Że to jest prawdziwe. W końcu musiał jakoś rozpocząć swój evil plan, a ten - choć długoterminowy - wydawał mu się najbardziej idealny.

Zaśmiał się, zerkając na nią z góry. Nawet w tych szpilkach była od niego niższa. Uniósł brew na jej kokieterię i nachylił się powoli do jej szyi, szturchając ją nosem - tylko po to, żeby mieć pretekst, by napawać się tym przesłodkim zapachem. - Oh… quieres besarme, mi pequeño huracán. - szepnął w ich rodzimym języku. Potem wyprostował się powoli. Niechętnie. Miał ochotę stworzyć ścieżkę z pocałunków wzdłuż jej pięknej, łabędziej szyi. Tak kurewsko na niego działała. Już dawno nie miał na czyjś temat tak sprośnych myśli. Wiedział, że gdyby chciał, mogliby już dzisiaj wylądować w łóżku. Ale musiał trzymać się planu. Musiał sprawić, że będzie chciała nie tylko jego ciała. Musiał sprawić, że będzie chciała jego. Jego towarzystwa. Jego obecności. Jego osoby. Pragnął, żeby Torres z każdym dniem potrzebowała go tak bardzo jak tlenu do życia. I nie miał zamiaru się wycofywać.

Los się jednak nie przestawał do niego uśmiechać. W pewnym momencie ledwo powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem sam do siebie - bo to wyglądało tak, jakby ktoś dosłownie przysuwał mu Sofię pod nos, podawał na tacy i krzyczał 'weź ją sobie, jest już twoja'. I oczywiście, że Garcia tej propozycji nie odmówi. Zaśmiał się pod nosem, a chwilę później już była w jego ramionach. - Po prostu następnym razem w taką pogodę załóż… nie wiem. Adidasy? - rzucił, unosząc brew. - Nie będziesz w nich wyglądała mniej seksownie, panno Torres. - Uśmiechnął się do niej nonszalancko, choć mówił to szczerze. Według niego cokolwiek by na siebie nie założyła, i tak wyglądałaby nieziemsko. - Oczywiście, że mam cholerne szczęście. - dodał, zerkając w dół na jej przepiękną buzię, ale jednocześnie skupiając się, żeby sam zaraz nie zaliczył z nią orła na tej lodowatej ziemi. - Los cały czas dosłownie wpycha cię w moje ramiona, psotnico.

Rozglądając się po jej przytulnym, barwnym mieszkanku, był naprawdę pod wrażeniem, że można swoją przestrzeń udekorować w taki sposób. Wiedział, że sam nie byłby w stanie mieszkać w takim lokum na co dzień... pomimo tego, że te kolory i ta ekspresja były niesamowicie miłe dla oka. Na dłuższą metę wydawało mu się, że straciłyby swój urok… przynajmniej dla niego. Stanął w miejscu, kiedy zaczęła opowiadać o swoich designerskich upodobaniach. Wybuchnął śmiechem, odchylając głowę do tyłu na moment, a chwilę później odwrócił się i spojrzał na nią. - W takim razie znienawidzisz moje mieszkanie. - zaczął, a potem zrobił krok w jej stronę. Zbliżał się do niej bardzo powolnie. - Nie mogę przecież pozwolić, żeby moja ulubiona, rozpromieniona sąsiadka dostała depresji, hm? - Kontynuował, unosząc wzrok na lampę, którą sama zrobiła. Uśmiechnął się. - No i utalentowana sąsiadka… - dokończył, zatrzymując się tuż przed nią. Wysunął dłoń w jej kierunku i przejechał opuszkami palców wzdłuż jej szyi... powoli, jakby sprawdzał, czy ona też poczuje to samo napięcie, które jemu rozsadzało skórę od środka. - Postaram się tak cię nie nazywać, Sofio… - mruknął niżej. - Ale wiesz. Te lata. Może mi się zapomnieć. - Zaśmiał się krótko, nachylił się… i tym razem nie zamierzał budować napięcia, pytać o pozwolenie, bawić się w grzeczność. Po prostu chciał wziąć to, o czym myślał od momentu, kiedy ją zobaczył. Pocałował ją. Delikatnie. Krótko. Tak, żeby od razu chciała więcej. Jej usta były miękkie i pełne... jakby same prosiły się o to, żeby pogłębił ten pocałunek. Ale musiał się powstrzymać. Musiał sprawić, żeby to ona zaczęła pragnąć. Bardziej. Mocniej. Odsunął się i, jak gdyby nigdy nic, podszedł spokojnym krokiem do wyspy kuchennej. Oparł się o blat, udając, że wcale nie chciał więcej i wypalił, - Kawa brzmi teraz świetnie, Sofio.

Labios que podría besar mil veces
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Jej ciemne ślepia wlepiły się w jego postać, powoli przemieszczającą się w jej kierunku. Zaskoczyło ją, że zachowywał się nieco tak, jakby bywał u niej już wcześniej. W jego postępowaniu nie było za grosz niepewności czy wstydu. Po prostu robił to, na co miał ochotę- żądał się do niej zbliżyć, to po prostu to zrobił. Chciał się rozglądać, to przyglądał się każdej pieprznej rzeczy. Poziom wyżej było już chyba tylko grzebanie po szafkach. Do chaotycznej głowy Torres powoli zaczynało docierać, co się tutaj tak naprawdę działo. Przecież sama miała w zwyczaju zachowywać się w taki sposób, kiedy chciała zagrać komuś na nosie, owinąć go sobie szczelnie dookoła palca! Doprowadzić go do szaleństwa! Sama świadomość w niczym jej jednak nie pomagała- Garcia w swoim działaniu był śmiertelnie skuteczny. Po raz pierwszy w życiu mogła posmakować tej bezsilności na własnej skórze. To nie tak, że jej się nie podobało, to zdecydowanie nie to... po prostu czuła się nieco zestresowana nie mając absolutnie żadnej kontroli nad sytuacją, to nie było dla niej naturalne! I to pod swoim dachem! Musiała szybko coś zrobić, by powrócić na tor. By dać mu zasmakować tego temperamentu, którym częstowała każdego innego kochanka. Przypomnieć sobie, że może ma go teraz pod ręką, ale zaraz to może sięzmienić.
Pokręciła głową z dezaprobatą słysząc opis jego mieszkania i westchnęła ciężko zatapiając palce w miękkim obiciu kanapy. Chciała mu coś odpowiedzieć, coś kwaśnego i wchodzącego pod skórę, jednak w dalszym ciągu rezonowała w niej ta przedziwna nieśmiałość. Uczucie, które skutecznie odbierało jej możliwość podjęcia walki ze swoim tanecznym partnerem. Nie mogła powstrzymać drżenia ramion w momencie, kiedy jego palce przesunęły się leniwie po cienkiej warstwie skóry pokrywającej jej łabędzią szyję. Tak cholernie chciała, żeby ją teraz za nią złapał i ścisnął mocno, pomagając wyłowić z niej tę cholerną potulność! Zamiast tego wbiła paznokcie mocniej, modląc się w myślach o jakiś nagły przypływ siły.
Nic z tego.
Jej wargi rozchyliły się lekko, nieproszone, wyrzucając z siebie gorące westchnienie. Przyjrzała się jego ramionom, szerokim, silnym i stabilnym ramionom, które przed chwilą były jej ratunkiem. Ostatecznie znów prześlizgnęła się swoim stęsknionym, jagnięcym spojrzeniem do jego przyjemnej dla oka twarzy. Twarzy, która pochylała się nad nią coraz bardziej i pewniej, odbierając resztkę rozumu młodej stewardessie. Mimo wszystko ani drgnęła. Sama nie była pewna, czy to z własnej woli, czy chwilowo ją sparaliżowało. W momencie, gdy odzyskała kontrolę nad dłońmi, której palce poluzowały śmiercionośny uścisk na narzucie, w momencie, gdy miała zamiar sięgnąć do jego twarzy... on przestał.
Syknęła cicho, jakby ktoś polał jakąś fantomową ranę Torres wodą utlenioną. Lekarz jak gdyby nigdy nic zajął miejsce przy wyspie kuchennej. Otwarła szybko oczy wbijając wzrok w pilota leżącego koło siebie, z manierą osoby, która liczy właśnie do stu, żeby nie wybuchnąć. Dość tego, musiała wepchnąć go z powrotem pod swojego buta. Tym razem miała zamiar nie przebierać w środkach. Sam się doigrałeś, Garcia.
-Wiesz, Ezequielu.- zaczęła powoli, kiedy wreszcie udało jej się opanować, łapiąc za pilota. Włączyła telewizor pozwalając muzyce sączyć się cicho w tle. Powoli powracała w niej ta chęć walki. Pragnienie przywrócenia wcześniejszego porządku. Udowodnienia sobie, że ma całą sytuację pod kontrolą.- W pewnym wieku, to już chyba normalne.- westchnęła ciężko, podnosząc się z miejsca, dosłownie płynąc na drugą stronę blatu, przy którym stał.- W końcu cmentarze nie krzyczą kolorami. Trzeba się przyzwyczaić do drewnianej trumny i kamiennego pomnika.-poczuła, że serce zabiło jej mocniej. Spojrzała z bezczelnym uśmiechem w jego twarz, badając granice swojego towarzysza. Nie skomentowała pocałunku, starała się zachowywać tak, jakby nigdy nie miał miejsca. Przystąpiła więc do przygotowywania zamówionej przez swojego gościa kawy. Czuła, że jej twarz płonie, ale całkiem nieźle dawała sobie radę z okrzesaniem swoich nieokrzesanych myśli. W końcu podała mu kawę, z jedną kostką cukru, bez śmietanki- tak jak wspomniał o niej podczas ich rozmowy w restauracji. - Rozumiem więc twoją głęboką potrzebę zatopienia zębów w czymś, co przypomni ci szaleństwo młodzieńczych lat. W końcu nie wiadomo, ile ci jeszcze zostało, co?- nie zdawała sobie sprawy z tego, że wbiła właśnie metaforyczny palec w otwartą ranę na duszy swojego rozmówcy. Złapała się za blat, po obu stronach swojego ciała i pochyliła się delikatnie w jego kierunku dodając, wciąż z tą bezwstydną pewnością siebie.- Haré que, a mi lado, no solo saborees plenamente todos los placeres de la vida.- powoli obeszła blat i stanęła obok niego, patrząc w górę, na jego twarz. Przysiadła tuż przy filiżance, zarzucając nogę na nogę. Kontynuowała z przyjemnym pomrukiem.- Y cuando ya te hayas ido, me rondarás como un fantasma para recordar cómo era poder sentir junto a ti el calor de mi cuerpo joven y menudo, García.- podwinęła nieco swoją czarną sukienkę, obnażając przed nim swoje pełne uda. Ujęła go za nadgarstek, plasując jego dłoń na swojej rozgrzanej skórze.- Aprovecha mientras aún puedas.- wymruczała rozkosznie pozwalając jego palcom zahaczyć o krawędź materiału, rzucając mu wręcz nieme wyzwanie.

𝒑𝒂𝒑𝒊
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnął się pod nosem, opierając się o blat... dosłownie kąpał się w promieniach własnej zajebistości i tego, co przed chwilą odwalił. Normalnie można było mu wręczyć Oscara za najlepszy czarny charakter roku. Heath Ledger w tamtym momencie przy nim kiepsko wyglądał! Już w głowie odgrywał mowę dziękczynną, jakby właśnie odbierał nagrodę za rolę życia. Wiedział, że będzie miał z tego wszystkiego przedni ubaw, jak wróci do swojego mieszkania. Tylko że to, co usłyszał chwilę później, zmroziło mu krew w żyłach. Poczuł, jak źrenice mu się rozszerzają od nagłego przypływu szoku, jak serce łomocze kilka razy mocniej w klatce piersiowej. Mógłby przysiąc, że na skroni zebrały mu się kropelki potu. Co za gówniara… Mierda. - Przeszło mu przez myśl. Nie spodziewał się, że ona tak po prostu... w żartach, zadziornie, bawiąc się każdym słowem - wrzuci mu w twarz wszystko to, do czego od ponad tygodnia próbował się przyzwyczaić.. i zaakceptować. Tę brutalną świadomość, że to, co ona właśnie wypowiada jak tekst do flirtu, zabawy, droczenia się ze sobą… jest jego wyrokiem. Nie mógł jej za to winić, przecież nic o tym nie wiedziała! Ale była pierwszą osobą, która - nawet nieumyślnie - rzuciła mu w twarz, że na dobrą sprawę umiera.

Ścisnął pięść. Wyprostował się. I zanim zdążył cokolwiek przemyśleć, ruszył do niej szybkim krokiem. Wsunął dłonie pod jej pośladki i podniósł bez ostrzeżenia, tak że tyłkiem wylądowała na blacie kuchennym. Rozsunął jej nogi dłońmi i wsunął się pomiędzy nie, nie pytając o pozwolenie, zrobił to jakby miał do tego prawo od dawna. - Kto wie… może pomożesz mi w wyborze trumny, psotnico. - rzucił nisko, nachylając się do jej szyi. Ścisnął jej biodra mocniej, przysuwając ją jeszcze bliżej, tak żeby nie było między nimi ani centymetra powietrza. Trącił nosem wgłębienie jej szyi i tym razem pocałował je... czule....celowo. Westchnął głośno, napawając się jej zapachem. - Wyjęłaś mi to prosto z ust. - mruknął. -Muszę korzystać z każdego dnia, jaki mi został, panno Torres. - Specjalnie ją tak nazwał, też chciał ją delikatnie powkurzać. Zatopił zęby w jej szyi tylko na moment... po czym odsunął się i spojrzał jej prosto w oczy. Z tą znajomą żądzą, którą każdy, kto kiedykolwiek był w zmysłowej sytuacji, potrafiłby rozpoznać bez tłumaczenia. - Te llevaré a tal estado que, cuando después de mi muerte te folles con cualquier otra persona... solo querrás gritar mi nombre. - Przejechał dłońmi wzdłuż jej talii, przesuwając je powolnie wzdłuż kręgosłupa... a potem wsunął palce w jej włosy, zaciskając na nich uchwyt. Pociągnął jej głowę do tyłu, a po chwili upewnił się, by jednak patrzyła mu się prosto w oczy, gdy do niej mówił. - Nie słyszałaś o tym powiedzeniu, że starszym się nie pyskuje? - zapytał twardo, wpatrując się w jej ciemne oczy. Wziął głębszy oddech i poluzował uścisk… ale zamiast odsunąć się, przysunął jej twarz bliżej swojej, prawie stykając się ustami. - si sigues haciendo eso, te espera un castigo - I wtedy zderzył swoje usta z jej ustami ze zdwojoną siłą. Tym razem już się nie hamował. Całował ją zachłannie, wsuwając język między jej usta, pogłębiając pocałunek z każdą sekundą. Jedną dłonią sunął w dół po jej szczupłym ciele i zatrzymał na udzie, zaciskając je mocno. W każdej chwili mógł wziąć ją tu i teraz, ale to jeszcze nie był ten moment... nie ta chwila.

Kiedy poczuł, że temat „żywotności” i tych rzeczy, które naprawdę trzymały mu gardło w imadle, przestaje być tak ostry… odsunął się od niej delikatnie. Patrzył na nią zamglonym wzrokiem. Czuł, jak jego ciało reaguje, jak jego bokserki zaczęły się napinać podczas tego zbliżenia i nie zamierzał tego ukrywać. Nie wstydził się tego, była cholernie seksowna i ponętna. - Zajmiesz się swoim gościem i zaserwujesz tę kawę… czy w tym lokalu się tego nie doczekam? - uśmiechnął się ciepło, jakby nic przed chwilą nie powiedział. A potem dorzucił już luźniej, wpatrując się w te słodkie brązowe ślepka - I wyślij mi swój grafik. Chcę cię widzieć jak najczęściej. Pomiędzy twoimi lotami… a moimi zmianami w szpitalu. - Oczywiście, że jej nie powie. Nie powie, co się dzieje w jego życiu prywatnym. Nie powie, jak bardzo dotknęły go jej żarty... jak go tymi tekstami znokautowała, prosto w żebra, bez ostrzeżenia. Zamiast tego zrobi dokładnie to, co mu zasugerowała. Będzie czerpał. Z tego ostatniego czasu. Z korzyści. Którymi była... ONA.

firecracker
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Wciągnęła ze świstem powietrze widząc, jak zmierza szybko w jej kierunku, czując przez chwilę pewien terror. Poczuła się jak matador, który popełnił śmiertelny błąd i zapędził sam siebie w kozi róg- bez możliwości ucieczki. Widziała, jak ten byk doskakuje do niej z mocą, siłą, rządzą w oczach. Z tym, że Garcia w przeciwieństwie do zwierzęcia nie miał w ślepiach mordu- Ezequielem rządziło czyste pożądanie.
Sapnęła cicho czując, jak rozsuwa jej nogi, jednak wbrew bojowej postawy, którą prezentowała mu przed momentem, nie stawiła mu tym razem absolutnie żadnego oporu. Wręcz przeciwnie- pozwoliła, by jej czarna sukienka podwinęła się wysoko, równie ulegle dając mu miejsce do działania. To, jak się zachowywał, jego głos, jego oddech i pocałunki... Sofia zapominała o tym, że powinna przy tym wszystkim oddychać! Rozkoszując się tą stanowczością, zakleszczyła swoje uda na jego biodrach. Nie po to, by go przytrzymać. Zrobiła to, by mógł poczuć na sobie jej krągłości, by w nadchodzącym czasie nie mógł myśleć o niczym innym, jak właśnie jej ciało. Płynnie odchyliła głowę czując, jak jego rozgrzane usta zbliżają się do miejsca, którego pocałunki sprawiały jej zawsze największą przyjemność. Wydobyła z siebie przeciągłe westchnienie, jakby doznała jakiejś ogromnej ulgi, a jedna z jej dłoni wylądowała wygodnie na jego karku, muskając koniuszkami palców krótkie, chodź niesamowicie miękkie, włosy mężczyzny. Jej klatka piersiowa falowała z każdym jego słowem coraz szybciej, coraz bardziej drżąco. Jej ciało zostało zdominowane przez to upierdliwe poczucie ciepła, pulsujące gdzieś spomiędzy jej lekko drżących ud.
-Ay papito. Chylę czoła, że tak długo potrafiłeś się od tego powstrzymać.- wyszeptała drżąco słysząc, że jej rozochocony sąsiad pomiędzy swoimi płomiennymi przemówieniami sam daje jasno znać, jak ogromną radość czerpał z tej spontanicznej, parzącej bliskości. Wyciągnął z niej przeciągły, rozkoszny pomruk, gdy jego dłonie przemierzały jej kręgosłup, a usta szeptały rozochocone groźby. Pomruk przemienił się w powarkiwanie, gdy jego palce uczepiły się jej lśniących włosów. Sama sięgnęła w tamtym kierunku i rozpuściła je, pozwalając, by długa i gęsta kurtyna przykryła jego stabilny uścisk. Była gotowa zatracić się w tym wszystkim bez końca, pozwolić mu ze sobą dosłownie wygrać, ale... Nie! Obiecała sobie przecież zetrzeć podeszwy w tym flamenco.- ¿No serás tan ingenuo como para creer que podrás dominar un huracán, viejo?- nieregularne oddechy ginęły jej gdzieś w gardle, a świecące oczy mierzyły jego twarz, tak niebezpiecznie blisko niej. Nie ważne, jak przyjemna była ta werbalna potyczka., jedyne o czym w tej chwili myślała, to smak jego wygłodniałych ust. Całe szczęście nie kazał jej już czekać dłużej.
Dorównywała mu tempa odwzajemniając każdy pocałunek z symetryczną żądzą, a pomruki same wyślizgiwały się z niej niesfornie. Pławiła się w jurności, która nim zawładnęła. Wciąż była jednak czujna. Zauważyła, że ten mężczyzna ponad swoje potrzeby liczył sobie samą grę... Doprowadzał ją tym do szaleństwa, zgodnie z własnym założeniem... Torres, oczywiście, nie miała zamiaru dać mu ze sobą wygrać. Nawet, jeżeli przyprawiało ją to o niemalże fizyczny ból.
Całe szczęście sam dostarczył jej amunicji.
Jej zamglony wzrok stał się nagle niesamowicie trzeźwy, obecny i... cholernie łobuzerski. Już sam wyraz twarzy Sofi mówił sam przez siebie, że jest gotowa wyprowadzić w niego kolejny atak. Ten pikantny, uszczypliwy, kształtem podobny do tego, który wyprowadziła w niego budząc w nim prawdziwą eksplozję namiętności. Czyżby sprawdzała, czy uda jej się to zrobić po raz kolejny? Położyła delikatnie dłonie na jego ramionach i odchyliła się do tyłu, napinając swoje młode i prężne ciało w łuk. Dołożyła wszelkich starań, by wyglądać przyjemnie dla oka, jednocześnie wybuchając gromkim śmiechem. Melodia jej zaraźliwej radości bardzo rytmicznie i dźwięcznie rozsypała się po całym mieszkaniu, jakby właśnie opowiedział jej najzabawniejszy żart na świecie. Dopiero po dłuższej chwili wyprostowała się i spojrzała na niego unosząc brew.
-Ay, ay, ay! Papiiitooo!- sposób, w jaki go nagoniła, brzmiał równie dźwięcznie i beztrosko. Zdjęła jedną z dłoni i sięgnęła ją nieco za siebie, przesuwając spodek z kawą po blacie w taki sposób, by zaszurał głośno.- Parece que mi cuerpo no hace más que agravar tu demencia, viejo.- pacnęła go w nos, jakby chciała mu tym gestem upupić, a rozrabiacki uśmiech ani na chwilę nie opuszczał jej rozpromienionej twarzy.-Quizá deberías apartarte, tomar aliento y dejar que tu corazón se calme. Jedna kostka cukru, bez śmietanki. Mam cię nią napoić, papito?- mruknęła i kiwnęła mu głowę w kierunku zaginionego napoju. Złapała w palce jego żuchwę i ucałowała delikatnie jego podbródek.- Grafik? Garcia, prognoza pogody lubi się dynamicznie zmieniać. Poza tym, skąd ta pewność, że to nie jest jednorazowe zjawisko pogodowe? Anomalia, która pojawia się raz na sto lat?- odpowiedziała spokojnie, mierząc spojrzeniem usta, do których miała tak ogromną ochotę powrócić. Walczyła ze sobą całych sił. Nie mogła mu dać tej satysfakcji. Musiała tańczyć do końca, aż zabraknie jej tchu.- Si eres tan cazador de tormentas, encuéntrame tú mismo.- zakołysała się delikatnie w miejscu, niby to przypadkiem, w celu uzyskania wygodnej pozycji. W rzeczywistości chciała jednak podjudzić jego rozpalone ciało.

𝒑𝒂𝒑𝒊
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
46 y/o
For good luck!
184 cm
neurochirurg, Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
oh, he's getting by,
fakin' the time of his life
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Chciał okazywać jej szacunek. Chciał zachowywać się tak, żeby nie pokazać, na co go stać... żeby nie wjechać od razu całym sobą, bez hamulców. Tylko że ona działała na niego tak kurewsko mocno, że momentami naprawdę ciężko było mu się opamiętać. Ostatni raz uprawiał seks z kobietą po randce w ciemno, na którą wysłali go koledzy ze szpitala. Zeszły rok. Wczesna jesień. Wylądował u niej i… była tak bardzo vanilla, że w pewnym momencie musiał się dosłownie zmuszać, żeby skończyć. Jej ciągłe jęki, pretensje, że „za mocno”, że „tak do mnie nie mów”, że „nie rób tego”… odrzucało go to. Brutalnie. Tutaj - z Sofią - było inaczej. Z nią nie chciał się stopować. Chciał jej pokazać swój temperament. Chciał być sobą. I tak jak sama powiedziała... ona nie była jedną z tych kobiet o „bladej cerze,” i zero-jedynkowych granicach, które kończą się na misjonarzu w zaciemnionej sypialni. Była latynoską z krwi i kości. Taką, która mogłaby go zjeść w jednym argumencie, gdyby tylko chciała. I cholernie mu się to podobało. Uśmiechnął się, wpatrując w jej oczy, i wydobył z siebie ciche mruknięcie, - Es muy difícil controlarse contigo, petardo. - Uwielbiał dotyk jej ciała pod swoimi dłońmi. A pocałunki… pomimo tego, że wcześniej nie mieli okazji na taką bliskość - współgrały idealnie. Tempem. Ilością języka. Ciepłem. Jakby robili to już tysiące razy. A Sofia - mimo młodego wieku - dorównywała mu we wszystkim. Wiedział, że będzie miał z nią dużo frajdy. I już nie mógł się doczekać, żeby sprawdzić, co się stanie, kiedy w końcu posuną się dalej.

W jego głowie wszystko znowu układało się idealnie, tak jak sobie zaplanował, aż znowu coś przewróciło jego orbitę do góry nogami. Ezequiel spojrzał na nią rozkojarzony, kiedy po jego jakże nonszalanckim zapytaniu o kawę… po prostu przesunęła filiżankę powoli po blacie. Uniósł brwi w szoku, zerkając raz na filiżankę, raz na Sofię, jakby próbował ustalić, czy ona sobie z niego żartów nie robi. Czy on już traci rozum. Resztkę szarych komórek. Czy tydzień wystarczył, żeby jakiś progres zaczął się rozwijać w jego głowie… czy może po prostu to ona działała na niego tak, że tracił dla niej głowę. Dosłownie i w przenośni. - Musiałaś mnie za bardzo rozkojarzyć, psotnico. - uśmiechnął się, choć w środku dalej czuł się cholernie niekomfortowo. Zestresowany. Spiął się nagle, a milion myśli przetoczyły mu się przez głowę. Chwycił filiżankę, przysunął do nosa, napawając się zapachem kawy, a potem upił łyk. - Nie ma jeszcze takiej potrzeby. Staruszek jeszcze pamięta, jak się pije. - mruknął i odstawił filiżankę na blat. - Z tego, co słyszałem, stewardesy często pakują się w jedną walizkę na wypadek, gdyby miały jakieś nagłe wezwanie do lotu… - zaczął, ale sam słyszał, że gubi ton. Trudno mu było wrócić do roli faceta, który ma wszystko pod kontrolą, kiedy ona chwilę temu rozbroiła go jednym tekstem, a teraz jeszcze… podała mu kawę wcześniej i on tego nawet nie zarejestrował. Po chwili jednak uniósł wzrok i uśmiechnął się czule. Jakby nic się nie stało. - Jak nie będziesz miała zmian… chcę, żebyś ze mną zamieszkała. W moim depresyjnym mieszkaniu. - powiedział bez zastanowienia. Zbliżył się z powrotem do niej, - Nie chcę ujarzmić huraganu. - dodał ciszej. - Chcę go czuć całym sobą. - Wsuwając dłoń wgłąb jej sukienki, przejechał po jej szczupłym, zgrabnym udzie. Powoli, nie śpiesząc się nigdzie - Chcę wracać po ciężkiej zmianie do twojej energii… - mówił niskim tonem, prawie przy jej ustach. - Quiero tenerte para mí siempre que me apetezca.. - Wsunał dłoń jeszcze głębiej, aż zatrzymał się na jej bieliźnie. - Zastanów się. - szepnął.- Po tej randce zostawię ci wizytówkę. Tindera już masz, więc będziesz wiedziała, gdzie mnie znaleźć. - Zignorował fakt, że sama wspomniała, iż powinien się o nią postarać. Nachylił się i ucałował ją w policze. Potem wysunął dłoń spod sukienki i odsunął się o krok. - Zaraz wrócę.

I nawet nie pytając o kierunek - odruchowo ruszył do łazienki. Zamknął drzwi za sobą, nachylił się nad zlewem i puścił lodowatą wodę. Podstawił dłonie pod strumień, a potem przejechał nimi po twarzy i zaroście, wpatrując się w swoje odbicie. Był kompletnie zbity z tropu. Nie tylko stracił nad sobą kontrolę. On dosłownie… przegapił moment. Wypięło mu z pamięci kilka sekund - jak Sofia robi i podaje mu kawę. Jakby ktoś mu urwał taśmę. Jakby mu się zrobiło ciemno na ułamek chwili. Przeraziło go to. I to kurewsko mocno. Bo takie rzeczy nie mogły zdarzać mu się podczas operacji. Nie mógł przeoczyć momentu. Nie mógł mrugnąć i stracić kilku kroków. W jego profesji nie wolno przeoczyć ani jednego. Nachylił głowę pod lecącą wodę, dał jej się ochłodzić, tkwił tak przez długie sekundy, aż w końcu doszedł do wniosku, że może… po prostu to ona tak na niego działała. Zabijała jego zmysły. Była bardziej niebezpieczna, niż mu się wydawało. Musiał poprawić swoją grę. To, jak się zachowywał. Żeby nie wylądować jako jej ofiara… kiedy to on w tym układzie miał być drapieżnikiem. Zakrecił wodę. Spojrzał w lustro. Przejechał dłonią po włosach, a następnie wrócił do kuchni, do niej. - Wybacz. Dostałem wezwanie ze szpitala. Za jakieś dwie godziny będę musiał się zbierać. - uśmiechnął się do niej. - Na szczęście nie muszę operować… bo po winie wątpię, że jakoś by mi to wyszło. - skłamał w żywe oczy. Po prostu czuł, że jeśli spędzi z nią jeszcze więcej czasu, straci resztki rozumu, a jego niecny plan pójdzie na marne. Podszedł do blatu, podniósł filiżankę i wziął kolejny łyk. - Powiedz mi, Sofio… - zaczął spokojnie. - Szukasz czegoś poważnego? Czy raczej wolisz się po prostu… - Zawiesił głos, a potem spojrzał na nią całkiem serio. - …zabawić?

firecracker
owca
bring it on
21 y/o
For good luck!
165 cm
Stewardessa w Air Canada
Awatar użytkownika
I put the sex in sexy,
Shit, I would even undress me
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor


Uśmiechając się triumfalnie, przyglądała się dokładnie jego twarzy. Widziała ten szok, dojrzała to lekkie zaniepokojenie. Nieświadoma niczego Torres odczytała to jednak po swojemu- uznała, że zachowywał się tak, ponieważ wzięła go z zaskoczenia. I tutaj niewiele się pomyliła, największym problemem było jednak to, że jako swoje narzędzie triumfu uważała coś zupełnie innego.
-Mhm... Widzę, Ezequielu.- znowu wypowiedziała jego imię W TEN sposób. Przeciągając każdą głoskę w taki sposób, żeby jak najdłużej odbijała się echem w jego głowie. Jakby było ono najbardziej podniecającą sprośnością na świecie. Nieświadoma zupełnie tego gestu, zwilżyła delikatnie usta obserwując, jak powoli spija kawę z filiżanki. Nie umknął jej żaden grymas, żaden uśmiech. Każde, najmniejsze drgnięcie mięśni jego twarzy zostały zarejestrowane przez Torres. Uniosła ostrożnie dłoń i przytuliła ją do jego szorstkiego policzka, w pełnym ciepła, kokieteryjnym geście. Sama przechyliła lekko głowę w bok, przyglądając się magnetycznym rysom mężczyzny. Czuła się przy nim otumaniona i to w ten najlepszy, możliwy sposób.
Dopiero w momencie, kiedy zrzucił na nią tak ogromną propozycję, otwarła nieco szerzej oczy i zgubiła wątek. Dreszcz, który przebiegł się beztrosko wzdłuż jej kręgosłupa niczym nie przypominał swojego rozkosznego kuzyna, który przemierzał jej ciało jeszcze kilka chwil temu. Patrzyła na niego w milczeniu, niekoniecznie wiedząc, co w takiej sytuacji powinna powiedzieć. Zamrugała szybko, by pozbyć się tego wyrazu szoku i terroru, który wstrząsnął nią przez chwilę. O dziwo, to nie jego propozycja na nią tak zadziałała, a... fakt, że musiała zagryźć policzek od środka, żeby z marszu się na to nie zgodzić. Bo ona naprawdę, z czystej ciekawości i przez tę cholerną chemię między nimi, była gotowa wskoczyć w ten zupełnie losowy układ.
Jego dotyk skutecznie przegonił paniczne myśli. Źrenice dziewczyny zamknęły się na miękkich ustach sąsiada, szepczących jej słodkie zobowiązania, które w każdym innym momencie, w przypadku każdego innego mężczyzny uznałaby pewnie za durne i nieodpowiednie. W tym wypadku odebrała to jednak jako pewność siebie, bardzo jasno określone cele i... bezdenne pożądanie. W jakiś przedziwny sposób czuła się dumna z tego, że zakręciła mu w głowie tak bardzo, że był w stanie składać jej tak nieodpowiedzialne propozycje aż tak szybko. Im częściej o tym mówił, tym bardziej sprawiał, że faktycznie miała zamiar porwać go w swoją wietrzną, chaotyczną podróż. Otwarła przed nim nieco szerzej swoje uda, gdy jego ciekawskie dłonie dotarły w tak rozgrzewające rejony. Tak cholernie pragnęła, żeby dalej opowiadał jej wszystkie te rzeczy. Tak bardzo chciała, żeby wreszcie dotknął ją... inaczej niż do tej pory. Gotowa była sama zrobić kolejny, spory krok naprzód, posunąć całą tę sytuacje dalej, ale...
Przeprosił i zniknął na chwilę.
Wpatrywała się w drzwi łazienki z lekkim niedowierzaniem. Była święcie przekonana, że skończą dziś ze sobą nadzy, zdyszani, spoceni, a on... Z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny w dalszym ciągu się przed tym powstrzymywał! Mimo, że nie mogła dawać mu jaśniejszych sygnałów na to, że przecież ona pragnie tej intymności równie mocno, co on! Przetarła dłonią twarz słysząc szum wody w łazience. Sama dopisała sobie, co robił- próbował okiełznać własne, rozbrykane myśli. I podobnie, jak za poprzednim razem, Sofia trafiła tylko połowę prawdy. Bo faktycznie, właśnie tym się zajmował- wbrew jej przekonaniu robił to jednak, bo pogrążył się w ciężkich myślach, w głowie Torres chciał po prostu z jakiejś przyczyny chronić jej dumy, szacunku. Jak każdy, stereotypowy, dojrzały mężczyzna.
Zaśmiała się pod nosem, cicho, rozbawiona całą tą postawą białego rycerza, jaką w jej głowie przyjął. Mimo wszystko nie ruszyła się z miejsca. Chciała dosadnie dać mu znać, że nie oczekuje dziś od niego, by ją szanował. Może to równie dobrze robić później, teraz chciała, żeby...
Poprawiła swoje ciuchy i zarzuciła nogę na nogę, odchylając się lekko do tyłu. Oparła dłonie o blat, beztrosko machając stopą w powietrzu, cierpliwie czekając na swojego sąsiada. Wlepiła zalotne spojrzenie w drzwi, wiedząc, że może się z nich w każdej chwili wyłonić. Gdy tak się stało, zmierzyła go wzrokiem i już coś miała powiedzieć... ale ją uprzedził. I totalnie zabił cały klimat. Nadęła usta, przewróciła ślepiami i zsunęła się na ziemię, patrząc z poirytowaniem jak spokojnie pije kawę po tym, jak wytarł brudne buty w jej plany.
-Mhm...- rzuciła oschle, bez przekonania, krzyżując ramiona na piersi. Starała się zakopać w sobie całą frustrację, ale jej oznaki przebijały się do niezbyt uprzejmych odzywek w jego kierunku.- Kto ci powiedział, że czegoś szukam? Po prostu rozważam opcje i wybieram te, które są dla mnie najciekawsze.- odpowiedziała z manierą divy, przechodząc na drugą stronę. Podeszła do lodówki i wyjęła z niej karton soku pomarańczowego. Ukręciła mu głowę i wzięła kilka łyków. Jakby wszystko to, co się wydarzyło, nie miało dla niej żadnego znaczenia.- W takim razie idź już. Musisz tam jeszcze dotrzeć, a ja chętnie pójdę już pod prysznic, Garcia.- jej ton stał się zdecydowanie ostrzejszy. Czuła nieskończoną irytacje spowodowana faktem, że prowadził ją dziś za czubek nosa. Już nigdy więcej miała mu na to nie pozwolić.... bo nie zamierzała urwać kontaktu, o nie. Strasznie ją do niego ciągło, więc nie zamierzała sobie tego odbierać. Jednocześnie nie mogła przecież tego puścić płazem. Gdy mężczyzna zebrał się i ruszył do wyjścia, rzuciła jeszcze tylko na odchodne, siląc się na obojętność.- Będę na ciebie wściekła, jeżeli nie odezwiesz się do mnie pierwszy.- ostrzegła płomiennie. Nie zdawała sobie sprawy z tego, że tym razem to ona, sama dostarczyła mu amunicji.
𝒌𝒐𝒏𝒊𝒆𝒄
𝒑𝒂𝒑𝒊
。 ₊°༺ Koza ༻°₊ 。
Try me
ODPOWIEDZ

Wróć do „#26”