Jego dłoń zacisnęła się delikatnie na jej talii. Miał wrażenie, że przynależała tam od zawsze. Jakby to miejsce było dla niego zarezerwowane... jakby świat po prostu o tym wiedział, zanim on sam zdążył to przyznać. Zawłaszczył ją sobie już w tym momencie. Nie odpuści. Nie będzie skupiał się na nikim innym, bo jaki byłby tego sens? Dopóki miał w zasięgu ręki to ludzkie tornado - dosłowną paletę barw, która potrafi ubarwić mu dzień jednym spojrzeniem - to po jaką cholerę miałby rozglądać się za jakąś szarą Sally? Kimś, kto rumieni się na samo słowo
seks, kto byłby szczęśliwy uprawiać go tylko i wyłącznie w sypialni, na misjonarza, przy zgaszonym świetle. Kimś, kto boi się spróbować nowego posiłku w obawie, że mu nie zasmakuje. Ezequiel akceptował takich ludzi. Ale szczerze? Nie trawił ich. Wpatrując się w pannę Torres wiedział, że ona taka nie jest. Wiedział, że dostarczy mu wrażeń i że -
uwaga - może nawet czegoś się od niej nauczy. Nie wpisywał w tę znajomość żadnych planów na miłość. Na przepiękną love story, w której nie będą widzieć świata poza sobą, w której uklęknie przed nią i odda się jej w całości.
Nie. Ale co mu szkodziło stworzyć taki scenariusz? Namalować przepiękny pejzaż, w którym Sofia będzie myślała, że z każdym jego dotykiem, słowem, pocałunkiem… tak, pocałunkiem - bo miał zamiar obsypywać ją nimi w chorych ilościach - on „coś” do niej czuje. Że to jest prawdziwe. W końcu musiał jakoś rozpocząć swój
evil plan, a ten - choć długoterminowy - wydawał mu się najbardziej idealny.
Zaśmiał się, zerkając na nią z góry. Nawet w tych szpilkach była od niego niższa. Uniósł brew na jej kokieterię i nachylił się powoli do jej szyi, szturchając ją nosem - tylko po to, żeby mieć pretekst, by napawać się tym przesłodkim zapachem.
- Oh… quieres besarme, mi pequeño huracán. - szepnął w ich rodzimym języku. Potem wyprostował się powoli. Niechętnie. Miał ochotę stworzyć ścieżkę z pocałunków wzdłuż jej pięknej, łabędziej szyi. Tak kurewsko na niego działała. Już dawno nie miał na czyjś temat tak sprośnych myśli. Wiedział, że gdyby chciał, mogliby już dzisiaj wylądować w łóżku. Ale musiał trzymać się planu. Musiał sprawić, że będzie chciała nie tylko jego ciała. Musiał sprawić, że będzie chciała jego. Jego towarzystwa. Jego obecności. Jego osoby. Pragnął, żeby Torres z każdym dniem potrzebowała go tak bardzo jak tlenu do życia. I nie miał zamiaru się wycofywać.
Los się jednak nie przestawał do niego uśmiechać. W pewnym momencie ledwo powstrzymał się, żeby nie parsknąć śmiechem sam do siebie - bo to wyglądało tak, jakby ktoś dosłownie przysuwał mu Sofię pod nos, podawał na tacy i krzyczał '
weź ją sobie, jest już twoja'. I oczywiście, że Garcia tej propozycji nie odmówi. Zaśmiał się pod nosem, a chwilę później już była w jego ramionach.
- Po prostu następnym razem w taką pogodę załóż… nie wiem. Adidasy? - rzucił, unosząc brew.
- Nie będziesz w nich wyglądała mniej seksownie, panno Torres. - Uśmiechnął się do niej nonszalancko, choć mówił to szczerze. Według niego cokolwiek by na siebie nie założyła, i tak wyglądałaby nieziemsko.
- Oczywiście, że mam cholerne szczęście. - dodał, zerkając w dół na jej przepiękną buzię, ale jednocześnie skupiając się, żeby sam zaraz nie zaliczył z nią orła na tej lodowatej ziemi.
- Los cały czas dosłownie wpycha cię w moje ramiona, psotnico.
Rozglądając się po jej przytulnym, barwnym mieszkanku, był naprawdę pod wrażeniem, że można swoją przestrzeń udekorować w taki sposób. Wiedział, że sam nie byłby w stanie mieszkać w takim lokum na co dzień... pomimo tego, że te kolory i ta ekspresja były niesamowicie miłe dla oka. Na dłuższą metę wydawało mu się, że straciłyby swój urok… przynajmniej dla niego. Stanął w miejscu, kiedy zaczęła opowiadać o swoich designerskich upodobaniach. Wybuchnął śmiechem, odchylając głowę do tyłu na moment, a chwilę później odwrócił się i spojrzał na nią.
- W takim razie znienawidzisz moje mieszkanie. - zaczął, a potem zrobił krok w jej stronę. Zbliżał się do niej bardzo powolnie.
- Nie mogę przecież pozwolić, żeby moja ulubiona, rozpromieniona sąsiadka dostała depresji, hm? - Kontynuował, unosząc wzrok na lampę, którą sama zrobiła. Uśmiechnął się.
- No i utalentowana sąsiadka… - dokończył, zatrzymując się tuż przed nią. Wysunął dłoń w jej kierunku i przejechał opuszkami palców wzdłuż jej szyi... powoli, jakby sprawdzał, czy ona też poczuje to samo napięcie, które jemu rozsadzało skórę od środka.
- Postaram się tak cię nie nazywać, Sofio… - mruknął niżej.
- Ale wiesz. Te lata. Może mi się zapomnieć. - Zaśmiał się krótko, nachylił się… i tym razem nie zamierzał budować napięcia, pytać o pozwolenie, bawić się w grzeczność. Po prostu chciał wziąć to, o czym myślał od momentu, kiedy ją zobaczył. Pocałował ją. Delikatnie. Krótko. Tak, żeby od razu chciała więcej. Jej usta były miękkie i pełne... jakby same prosiły się o to, żeby pogłębił ten pocałunek. Ale musiał się powstrzymać. Musiał sprawić, żeby to ona zaczęła pragnąć.
Bardziej. Mocniej. Odsunął się i, jak gdyby nigdy nic, podszedł spokojnym krokiem do wyspy kuchennej. Oparł się o blat, udając, że wcale nie chciał więcej i wypalił,
- Kawa brzmi teraz świetnie, Sofio.
Labios que podría besar mil veces