-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Wyświetlacz na drukarce mimo przyciskania włącznika ani drgnął. Westchnęła ciężko.
— Co jest, do cholery? - mruknęła pod nosem, ściągając brwi. - Zadziałasz dzisiaj? - dodała zaraz, starając się ukryć rosnące sfrustrowanie. Najwyraźniej wszystko na tym świecie było przeciwko niej.
W końcu zajrzała za drukarkę, a lwia zmarszczka na jej twarzy uległa wyraźnemu powiększeniu, gdy zobaczyła zwisający kabel. Aż w niej zawrzało i przewróciła oczami.
— Nosz, kurwa, ciekawe, kto to taki mądry - znowu warknęła do siebie, sięgając po kabel i podłączając go w odpowiednie miejsce, po czym włączyła guzik i aż uśmiechnęła się do siebie na dźwięk warkoczącego sprzętu. - Bingo. - Zadowolona sięgnęła po swój pendrive odłożony wcześniej na blat i kątem oka dostrzegła jakieś poruszenie w drzwiach.
Wystraszona podskoczyła i cofnęła się o krok, z przerażeniem patrząc w stronę drzwi, ale gdy tylko zobaczyła znajomą twarz, odetchnęła głośno. Zaraz jednak zirytowała się ponownie.
— Boże, Ree! Tyle razy mówiłam Ci, żebyś się nie skradał! Dosłownie jak deadliny, o których wiecznie zapominasz - fuknęła, przewracając przy tym oczami. Poprawiła swoją ołówkową spódnicę, starając się przywrócić do porządku i wróciła do drukarki. - To miłe, że postanowiłeś zawitać na spotkanie. Tata się ucieszy - starała się, naprawdę starała się zabrzmieć naturalnie, ale wraz z ostatnimi słowami z jej ust wydobyło się niewielkie westchnięcie. Oczywiście, że Thomas będzie zadowolony z faktu, że jego ukochane dziecko pojawiło się na tak ważnym spotkaniu. To teoretycznie powinno wskazywać na to, że Ree zależało, prawda? - Potrzebujesz czegoś konkretnie? - dopytała, manipulując klawiaturą przy wyświetlaczu, żeby dać drukarce odpowiednie polecenie. Niestety coś jej ciągle przeskakiwało. Chyba za szybko się ucieszyła.
Reece Covington
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie nienawidził pracy w Ironcrest Development, ale z pewnością nie wiązał z nią przyszłości. Ani większości czasu, który miał spędzać w tygodniu w biurze. Spośród wszystkich możliwych ścieżek zdecydowanie wolał skupić się na szkółce jeździeckiej matki, zamiast wspinać się po szczeblach kariery, jakie na siłę wyznaczył mu ojciec.
Ree nigdy nie widział siebie w casualowym stroju, usadzonego za obszernym biurkiem w obrzydliwie drogim gabinecie. Nie pasował też do roli korposzczura, dla którego najważniejszym zadaniem jest podpisywanie umów, negocjowanie warunków najmu, nadzorowanie inwestycji, kontakt z klientami i pilnowanie, aby wszystkie liczby w raportach się zgadzały.
Problem w tym, że o ile Adeline zdawała sobie z tego sprawę i mimo swojego jędzowatego charakteru, zapewne byłaby skłonna zwolnić go ze stanowiska, to Thomas Covington był gotów do końca życia udawać obłożnie chorego, aby tylko zatrzymać syna w biurze. W takich chwilach Reece wywracał oczami oraz klął pod nosem na brak asertywności, ale ostatecznie i tak potakiwał ojcu, obiecując, że zajmie się tym czy innym zadaniem.
Gdy był już na parkingu, cofnął się z powrotem do budynku, uświadamiając sobie, że zapomniał ładowarki. Miał pojawić się wieczorem w restauracji, a bateria w telefonie świeciła na czerwono.
Niecelowo, ale zdecydowanie cicho wsunął się do pomieszczenia i, nieprzejęty obecnością siostry szamoczącej się przy drukarce, rozglądnął się po biurze. W momencie, w którym zauważył ładowarkę, wesoło nabijającą sie z niego z blatu biurka, Adeline wydała z siebie bliżej nieokreślony dźwięk na co mimowolnie się wzdrygnął. Zaraz zrobił zgorszoną minę, kiedy kobieta skrytykowała jego niespodziewane pojawienie się.
— Jakie spotkanie? — zapytał wcale niewiele zainteresowany i ruszył w stronę swojego biurka, skąd natychmiast złapał kabel. — Nie będzie mnie. Zapomniałem ładowarki — dodał, po czym sugestywnie uniósł przedmiot i niby radośnie pomachał nim w stronę Ade.
Mignęło mu w pamięci, że ktoś wcześniej wspominał o jakimś spotkaniu, ale z pewnością nigdzie tego nie odnotował — ani w głowie, ani w notesie. Miał już plany na resztę wieczoru i nie zamierzał ich zmieniać. Zresztą uważał, że Adeline była na tyle sumienna, a jednocześnie wystarczająco nadgorliwa, że doskonale poradzi sobie z prezentacją do której on i tak nie miałby nic sensownego do dodania.
Nie znaczyło to jednak, że nie był wystarczająco kompetentny. Thomas i jego pełnomocnik świetnie go wyszkolili, przygotowując do roli szefa firmy. Znał wszystkie zagadnienia, kojarzył kontrahentów, rozumiał mechanizmy inwestycyjne i potrafił odnaleźć się w negocjacjach, jednak w dalszym ciągu nie był zainteresowany zarządzaniem.
Nawet w jego własnym mniemaniu to Adeline lepiej nadawała się do roli następczyni, ale ojciec, ze swoimi staromodnymi poglądami, nadal nie dopuszczał do siebie tej myśli.
Zawiesił wzrok na siostrze i przełknął ślinę, widząc, jak męczyła się z drukarką. Przez chwilę walczył sam ze sobą, aż w końcu westchnął i odkładając ładowarkę, obszedł biurko, aby podejść do jej stanowiska. Przepchał się przed kobietę, stanął przed urządzeniem i zaczął samodzielnie klikać przyciski na wyświetlaczu. Kiedy to nie przyniosło rezultatu, uderzył w bok drukarki, aż zapiszczała przeraźliwie, ale rzeczywiście zaczęła mielić papier i wypluła pierwsze dwie strony.
— Pracujesz tu już tyle lat... — Skinął na urządzenie. — ...i dalej nie wiesz jak się z nią obchodzić? — zakpił, po czym cmoknął.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
Problem polegał na tym, że kiedy widziała, w jaki sposób Thomas wypowiadał się o Ree i jak wszystko mu ułatwiał, żeby chłopak przejął po nim całe swoje dziedzictwo, w jej żyłach aż bulgotało z zazdrości. Była jego pierworodną, w dodatku córką z krwi i kości, doglądała go i mocno angażowała się w firmę, a on postanowił postawić wszystko na jedną kartę, mimo, że Reece wcale niczego od niego nie chciał. Zawsze to jemu ojciec poświęcał więcej uwagi, a ona w ogóle się nie liczyła. To było cholernie niesprawiedliwe.
Na jego pytanie uniosła wysoko brwi z miną, która mówiła głośno: słucham? Zaraz jednak prychnęła zdegustowana, bo przecież wcale nie powinna się dziwić, że jej kochany braciszek znowu o czymś zapomniał. Zarówno o spotkaniu, jak i ładowarce. Kiedyś w końcu zapomni zabrać ze sobą głowy. Mruknęła niezadowolona:
— Spotkanie z zarządem. Nie jestem Twoim chodzącym kalendarzem, nie będę Ci wiecznie przypominać, że powinieneś się na nim pojawić. Dziś będzie szczególnie ważne. - Dla niej. Bo dziś przedstawiała swój poprawiony projekt, a to pierwsza większa okazja do wykazania się. Ale przecież nie zamierzała mówić mu, że dobrze by było mieć wsparcie. Z drugiej strony powinna się cieszyć, że nie palnie przypadkiem czegoś głupiego, tak, jak ostatnio zrobił to jego ciemnowłosy kolega. Mark. Marco Polo. Cholera, najgorsze było to, że jego uwagi okazały się całkiem słuszne i jeśli dzięki temu uzyska aprobatę na spotkaniu, będzie musiała mu jeszcze podziękować. Na myśl o tym uświadomiła sobie, że stanowczo za dużo o nim myślała.
Z zamyślenia wyrwał ją Reece. Jeszcze zanim do niej podszedł, pokręciła głową.
— Nie, spoko, sama dam sobie radę - zaoponowała dość oschle, bo rzeczywiście zawsze sama dawała sobie radę, odkąd tylko pamiętała. Ze wszystkim. Łącznie z obowiązkami w pracy, które zrzucał na nią, bo coś mu wypadało.
Mimo to nie posłuchał. Ostatecznie więc odsunęła się trochę i z założonymi na piersiach rękami obserwowała, jak zmaga się z niesfornym urządzeniem. Ku jej niezadowoleniu, po uderzeniu drukarki, ta w końcu zaczęła drukować, i aż zaczęło rudowłosą zastanawiać, czy tylko ona była tak nieszczęśliwa? Teoretycznie powinna być mu wdzięczna za naprawienie sprzętu, ale po tej kpiącej uwadze posłała mu krzywy uśmiech. Niedoczekanie.
— Dobrze, że Ty wiesz, mimo że więcej czasu Cię tu nie ma, niż jesteś - rzuciła z przekąsem i podeszła do drukarki, żeby wyciągnąć pierwszą stronę. Widząc, co na niej było, otworzyła szeroko oczy i nagle zrobiło jej się gorąco. - Ree, co Ty kliknąłeś! - krzyknęła spanikowana, dopadając do wyświetlacza i próbując wyklikać stop, ale drukarka najwyraźniej miała na ten temat inne zdanie, bo licznik kopii momentalnie wzrósł, a urządzenie wciąż wypluwało kartki. Z jej zdjęciem z dowodu. Na całej stronie. W przebłysku rozsądku wyciągnęła nośnik pamięci, ale to nic nie dało. - Wyłącz ją z kabla! - rzuciła, czując, jak w uszach dudni jej oszalałe serce. No to miała przypał.
Reece Covington
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Wiesz jaki mam stosunek do tych spotkań. — Olewczo wzruszył ramionami i po raz kolejny cmoknął zirytowany.
Ree nie był głupi. Doskonale wiedział, jak wiele firma znaczyła dla Adeline. Co więcej, miał też pełną świadomość, jak istotna dla ojca była jego obecność w spółce. Mimo to nie potrafił zmusić się do większego zaangażowania. To minimum, które już z siebie dawał i tak było wystarczająco wyczerpujące, dlatego z czasem przestał reagować, gdy rodzina usiłowała wykrzesać z niego odrobinę więcej. Presja, choć tego nie pokazywał, momentami mocno mu ciążyła.
— Wiem, że dasz — rzucił, jeszcze zanim postanowił pomóc Ade przy drukarce, w którą zaraz uderzył dłonią. Urządzenie wydawało się załapać aluzję i zaczęło pilnie pracować nad kartkami, a przynajmniej tak mu się wydawało. — Jestem nadzwyczajnie inteligentny — bąknął, po czym nonszalancko wsunął dłonie w kieszeń jeansów.
Właściwie zamierzał już odejść; właściwie zdążył postawić pierwszy krok, kiedy niespodziewanie pisk Adeline nie proszenie wdarł się do jego uszu. Mimowolnie przymrużył oczy i intuicyjnie dotknął mniej sprawnego ucha, które wydawało się przez chwilę pulsować bólem.
Dopiero, gdy po paru sekundach dyskomfort ustał, zwrócił się w stronę drukarki i stojącej obok dziewczyny. Pieczołowicie ściskała w dłoniach kartki z jej wydrukowanym, niekoniecznie ładnym zdjęciem z dowodu.
Ree zdumiał się nagle, jednak ostatkiem rozsądku posłuchał siostry, gdy fala papieru zaczęła zasypywać blat i podłogę. Pośpiesznie nachylił się i z impetem pociągnął kabel, a w tym samym czasie z urządzenia wydał się piskliwy zgrzyt, który ponownie wprawił go w dyskomfort. W ten sam sposób, z wtyczką w dłoni, dotknął ucha i na chwilę przymknął powieki.
— Mikrofalówka robiła ci to zdjęcie? — zapytał w końcu prześmiewczym głosem i sięgnąwszy po jedną z kartek, złośliwie pomachał nią w powietrzu. — Powinienem rozwiesić to w firmie? — droczył się dalej, uprzednio chwytając z ziemi kolejne strony. — Wyglądasz jak poszukiwana. Nadajesz się na pierwsze strony gazet, Adeline.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Oho, a przy tym niezwykle skromny - zauważyła ironicznie, przekrzywiając głowę na bok. W gruncie rzeczy wiedziała, że jej brat wcale nie był taki zły, na jakiego go kreowała podczas rozmów ze swoimi znajomymi albo czasem nawet w swojej głowie. Gdzieś w głębi siebie zdawała sobie sprawę, że łatwiej było jej obarczać winą jego za całe zło, jakie ją spotykało, niż skierować swoją złość na ich ojca, albo, co gorsza, przyznać się do porażki. I że było to niesprawiedliwe tak, jak wszystko na tym świecie. Łącznie z drukarką, która najwyraźniej postanowiła zrobić jej psikusa.
Kiedy kartki jedna za drugą zaczęły fruwać wszędzie wokół, próbowała je nieudolnie złapać, dopiero po chwili zauważając skrzywienie Ree pod wpływem wysokich dźwięków. Zdążyła jedynie ściągnąć brwi z troską, zanim odezwał się, przez co czające się w jej głowie pytanie, czy wszystko w porządku, momentalnie uleciało w siną dal.
— A co, Twoja ma lepsze parametry? - udała zdziwienie, nawet nie próbując zaprzeczać, bo to i tak byłaby tylko walka z wiatrakami, ale na widok wymachiwanego jej przed twarzą zdjęcia skrzywiła się. Ze wszystkich zdjęć musiało się wydrukować akurat to. - Tylko spróbuj. Pamiętaj, że mam dostęp zarówno do albumu ze zdjęciami z dzieciństwa z czasów kąpieli, jak i do wielu sociali - uniosła wysoko brew, uśmiechając się diabelsko pod nosem. Jemu odwet w firmie niewiele by zrobił, ale już w internecie, gdzie mogliby zobaczyć to znajomi? To wyglądało całkiem inaczej. - Wolałabym znaleźć się na pierwszych stronach gazet z innych powodów - ściągnęła brwi, zbierając z podłogi ostatnie kartki. Na przykład widziałaby uśmiechnięte zdjęcie samej siebie na tle logo firmy o dumnie brzmiącym nagłówku “Przyszła pani prezes Ironcrest Development w szczytowej formie”. No cóż, przynajmniej pomarzyć sobie mogła.
Gdy się wyprostowała, wsunęła kosmyk rudych włosów za ucho i rzuciła stertę papieru na na blat między nim a Ree, mając wrażenie, że jej własna podobizna zdawała się patrzeć na nią szyderczo. Zmarszczyła odrobinę nos.
— Z resztą, zatrzymaj to. Może rzeczywiście przyda Ci się, jak zapadnę się pod ziemię po odrzuceniu mojego projektu - skwitowała w zamyśleniu, wskazując na kupkę jej zdjęć. Chcąc nie chcąc, nadal martwiła się o tę prezentację. Jeżeli coś pójdzie nie tak, brała pod uwagę schowanie się pod koc na najbliższe kilka dni. - Chociaż kto by tam o mnie pamiętał - dodała z teatralnym westchnieniem. Mimo lekkości swojej wypowiedzi miała dziwne przeczucie, że gdyby nagle wyjechała, nikt by jakoś szczególnie za nią nie tęsknił.
— Myślisz, że drukarka zapamiętała polecenie i po włączeniu dokończy pracę? - zapytała już całkiem poważnie, spoglądając na urządzenie z czającym się w oczach przerażeniem.
Reece Covington
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona, jejtyp narracji3osobaczas narracjiprzeszłypostaćautor
On nie pragnął iść tą samą drogą. Wizja kierowania monumentalnym przedsięwzięciem, podejmowania decyzji ważących na losach setek ludzi, była mu obca.
Miał skromne marzenia. Ubrane w prostotę, o których nigdy wprost nie powiedział Adeline. Być może właśnie dlatego sprawiał wrażenie zdystansowanego i mocno lekceważącego. Łatwiej było przywdziać maskę obojętności niż tłumaczyć, że nie każdy mierzy sukces tą samą miarą.
Nie zauważyła tego cienia zmartwienia na twarzy siostry, który pojawił się, gdy zauważyła grymas bólu na jego twarzy. To dziwne, że troszczyli się o siebie w ciszy; tak, że jedno nie wiedziało o tym, że tak naprawdę drugiemu na nim zależy. Pod tym względem Reece był taki sam, jak Ade.
— Być może ma — Odparł całkiem poważnie, acz z wciąż wyczuwalną domieszką złośliwością, po czym mimowolnie ściągnął brwi i nonszalancko skrzyżował ramiona, jednocześnie gniotąc w dłoni kartkę, którą raptem przed chwilą tak ochoczo wymachiwał. — A co niby jest nie tak z moimi zdjęciami z dzieciństwa? Byłem przecież dzieckiem. Zresztą vice versa mam dostęp do tych samych zdjęć z tobą — przypomniał, bo Adeline najwyraźniej o tym zapomniała.
Ich matka kolekcjonowała albumy. Zgromadziła ich całkiem imponującą liczbę, którą pieczołowicie ułożyła w domu za oszkloną witryną w przedpokoju razem z innymi pamiątkowymi bibelotami. Uwieczniała wszystko: od wielkich uroczystości po najdrobniejsze, pozornie nieistotne momenty codzienności. Dzięki temu łatwo można było przypomnieć sobie chwilę o jakich oboje zapominali.
— O, o! Rozumiem! — Klasnął w dłonie najpierw sztucznie podekscytowany, aż wcześniej trzymana przez niego kartka wyleciała z jego dłoni i gdzieś pofrunęła. Potem już z większą powagą, niby żartobliwie popchnął ramię kobiety. — Ale więzienny pasiak ci nie pasuje, Adeline — dodał złośliwie, odpowiadając na jej wzmiankę o innym powodzie dostania się na pierwszą stronę gazet. Mimo tego doskonałe wiedział, o czym pomyślała. “Przyszła pani prezes Ironcrest Development w szczytowej formie”. To zdanie również wybrzmiało w głowie Reece, chociaż na zewnątrz mogła dostrzec w jego oczach jedynie przekorny błysk w ciemnych oczach.
Kiedy odłożyła stertę papierów ma blat i wspomniała o odrzuceniu projektu ze słyszalnym dla Ree zwatpienieniem w samą siebie, mimowolnie zerknął na naścienny zegar. Tak bardzo chciał już wyjść z firmy, a jednocześnie reszta sumienia i dziwna cząstka troski nadal trzymała go na miejscu. Z Adeline nie byli nawet spojrewnieni. Łączyło ich wspólne nazwisko, które przejął zaraz po ślubie matki. A po rozwodzie, teoretycznie, nie musieli dalej trzymać się definicji, że byli rodzeństwem. Mimo tego Ree nigdy w to nie wątpił; tak jak nie wątpił, że Thomas był jego ojcem, chociaż biologia wręcz krzyczała inaczej.
Jeszcze raz spojrzał na zegar, a potem z uwagą przesunął wzrok na rudowłosą. Następnie przysiadł półdupkiem na blat jej biurka i skrzyżował ramiona.
— Opowiedz mi o tej prezentacji. — Nie zamierzała zapewniać Ade, że bedzie pamiętał o niej po jej zniknięciu. Nie był na tyle empatyczny, aby mówić o tym głośno. Nie musiała wiedzieć o wszystkim, co do niej czuł. Chyba nawet wolał zostać w tym cieniu, do którego go wepchnęła, bo mówienie o uczuciach było dla Ree zbyt ciężką sztuką. — Myślę, że tak, skoro jak popierdolona wyrzucała twoje zdjecia. Może się na ciebie uwzięła — dodał mimochodem.
Adeline Covington
-
So just take it slow
'Cause I'm scared to let go
And my heart is struggling
Not to get hurt again
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os. l. poj.czas narracjiprzeszłypostaćautor
— Na pewno nagimi sesjami w kąpieli wolałbyś się nikomu nie chwalić - stwierdziła, spoglądając na niego spod przymrużonych powiek. Na całe szczęście akurat takie kompromitujące zdjęcia posiadała jej matka w Ottawie. Reece miał odrobinę więcej do (nie)pochwalenia się. I cóż z tego, że byli dziećmi? Ona swoich nagich zdjęć z okresu, zanim na dobre zaczęła biegać, wciąż się wstydziła. Z późniejszych czasów zażenowana była tylko i wyłącznie dziwnymi stylówkami. Tak to oboje byli słodcy, to musiała przyznać choćby w myślach. Genów, nawet takich nie powiązanych krwią, nie dało się oszukać.
Aż wstrzymała głośniej powietrze, nie będąc pewna, czy bardziej oburzyło ją popchnięcie w ramię czy tekst o nie pasującym do niej pasiaku.
— Teraz w więzieniach nosi się kolor pomarańczowy. A ten akurat by do mnie pasował całkiem dobrze - stwierdziła z nieukrywaną urazą, odrzucając swoje rude włosy z ramienia na plecy. Poza tym bliżsi znajomi mówili do niej Clem, nic więc nie uzupełniłoby tego przezwiska bardziej, niż kolor iście klementynkowy. Myśląc o tym, dopiero po chwili zorientowała się, jak zgrabnie Reece z jej poszukiwań przeszedł do więziennej celi. - Jak tak dalej pójdzie to będę miała za co tam trafić - dodała zaraz, rzucając mu ostrzegawcze spojrzenie, a kącik jej ust nieznacznie drgnął pod wpływem diabelskiego uśmieszku. Jeśli chciał ją sprowokować, miał całkiem spore szanse na wysłanie jej do tego więzienia. Słyszała, że ponoć nie było tam tak całkiem źle pod kątem wygody, ale raczej nie wyżyłaby na tamtejszym jedzeniu. Za bardzo uwielbiała jeść i każdy, kto ją znał, o tym wiedział.
Ale przynajmniej w więzieniu nie musiałabym już nikomu niczego udowadniać, przemknęło jej przez myśl. W zamyśleniu nad własnymi problemami początkowo nie zwróciła uwagi na patrzącego z wahaniem na zegarek chłopaka. Nie oczekiwała od niego troski i zainteresowania tematem, po prostu narzekanie pod nosem było silniejsze od niej. Widząc kątem oka, że ostatecznie przysiadł na biurku i wbił w nią wzrok, gotowy jej wysłuchać, westchnęła ciężko, bezwiednie stukając palcami o blat biurka z wahaniem. Jako przyszywane rodzeństwo bywali dla siebie okropni, ale nie była w stanie się go wyprzeć jako brata. Odwróciła się w jego stronę i oparła o drugie biurko, znajdując się naprzeciwko Ree.
— Dotyczy nowego projektu osiedla przy Park Avenue. Po raz pierwszy mogę w pełni samodzielnie zająć się jego marketingiem - i zostać zauważoną w oczach ojca - więc nie mogę pozwolić sobie na błędy - powiedziała głosem zdecydowanym, w którym jednak dało się wyczuć czające się w jej głowie obawy. - Nie zgadniesz, kto na ostatnim spotkaniu w zeszłym tygodniu, na którym też Cię zabrakło, mi je wytknął - skrzyżowała ramiona na piersi i zrobiła kilku sekundową pauzę. Sama myśl o brunecie i jego przytykach na wewnętrznym spotkaniu burzyła jej krew. - Rosenhall. Stwierdził, że przyjęłam tylko pozytywny scenariusz, a nie pełną strategię i że zrobiłby to lepiej - przewróciła oczami, nadal słysząc w głowie jego arogancki ton. Oczywiście, pewne rzeczy dało się wybaczyć, ale nie zapomnieć. - Na szczęście podzielił się swoimi pomysłami, które pozwoliły mi wprowadzić kilka zmian do prezentacji, więc teraz pozostaje mi tylko mieć nadzieję, że brak ciasta klementynkowego na spotkaniu z zarządem nie był złym ruchem - stwierdziła w końcu, uśmiechając się przy tym sztucznie, ale mimowolnie zacisnęła palce mocniej na swoich ramionach. Bynajmniej nie czuła wyrzutów sumienia, że w odwecie na jego atak zaangażowała Marka do pracy dla niej po godzinach. Poświęciła projektowi tyle czasu, że potrzebowała innej perspektywy, co miało nadzieję dać odpowiednie efekty. Z drugiej strony obecnie zaczynała żałować, że nie wzięła ze sobą ciasta, którego w weekend tak się napiekła. Wtedy też dzięki pewnej osobie zyskała potrzebny jej spokój i pewność siebie, ale im bliżej było do godziny zero, tym dochodziło do coraz większego chaosu w jej głowie. A nuż jednak jej wypiek wpłynąłby przychylniej na zarząd?
— Najwyraźniej ona też trzyma się z Tobą - skwitowała, i choć brzmiało to absurdalnie, tak Ade była święcie przekonana, że drukarka robiła to ze względu na obecność Ree.
Reece Covington