-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Elsie czuła ciężar tej absurdalnej oskarżycielskiej logiki jak potężny głaz ciągnący w dół całą jej pewność siebie i przekonanie o tym, że wykonuje swoją pracę rzetelnie. W głowie przewijały jej się wszystkie sceny z Wilburem: stukające paznokcie o blat stołu, wieczne pretensje, dramatyczne gesty, groźby i wymówki. To miało być zabawne w retrospekcji, gdyby nie fakt, że to n a n i ą spadła odpowiedzialność za śmierć człowieka, który w zasadzie sam urządził sobie finał życia jak szarlatan na zakrapianym syropami przyjęciu. I teraz, w środku chaosu po dyżurze, stała na szpitalnym korytarzu, czekając. Widziała z daleka sylwetkę Zaylee, jak zgrabnie przesuwała się między pracownikami, elegancka i nienagannie ułożona. Narzeczona matki. Zupełnie jakby wszechświat stwierdził, że jeszcze tego dnia jej z a m a ł o. Czekała więc, nerwowo przestępując z nogi na nogę, choć wiedziała, że nie zrobiła nic złego. Każde oskarżenie w jej kierunku było kompletnie wyssane z palca, jednak adrenalina i stres po nieudanym reanimacyjnym wysiłku nie pozwalały na pełny spokój. Przecież to nie ja go zabiłam, chłop zrobił to sam (wyjątkowo ekscentryczne diy), powtarzała w myślach. Mimo to serce biło szybciej, a ręce drżały od zmęczenia i napięcia, które nie znikało nawet przy próbie głębokiego oddechu. Gdy Zaylee wreszcie zbliżyła się, Elsie poczuła charakterystyczny mieszany impuls — dystans, grzeczność, a równocześnie lekkie ukłucie niepewności. Niepewność, bo wiedziała, że rozmowa będzie oceniana w półtonach, a każde słowo może zostać przesunięte w kierunku, którego nie chce. Próbowała zebrać myśli, kontrolować uśmiech, zachować lekki ton. Wiedziała też, że Zaylee nie przyszła po to, żeby ją wspierać — była obserwatorką, uczestniczką sceny rodzinnej, która wolałaby pewnie, żeby Elsie znalazła się gdzie indziej. W głowie Elsie pojawił się potok myśli, szybki jak rzeka po burzy. Nie rób głupstw. Nie zacznij się tłumaczyć jak w szkole. To nie twoja wina. Oddychać. Nie patrz na nią jak na sędziego wszechświata. Uśmiechnij się lekko, bądź spokojna. I tak stała, balansując między dystansem a niechęcią do ustąpienia, między uprzejmością a poczuciem, że musi się bronić samym swoim spokojem, obserwując Zaylee, która powoli zbliżała się do niej na korytarzu.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dyrekcja szpitala początkowo stawiała opór, zasłaniając się procedurami i koniecznością zachowania poufności. Tłumaczyli, że nie wszystkie informacje mogą zostać ujawnione na tym etapie postępowania. Miller jednak nie zamierzała ustępować. Postawiła sprawę jasno — albo będą z nią grać w otwarte karty, albo jej noga w Mount Sinai nie postanie. Nie miała zamiaru firmować swoim nazwiskiem czegoś, co od początku cuchnęło zatajoną prawdą. Dopiero wtedy ujawniono jej nazwisko osoby objętej podejrzeniami. Chodziło o Elsinore Swanson, córkę Eviny. I w jednej chwili sprawa przestała być jedynie zawodowym zleceniem, a zaczęła zahaczać o sferę, której Miller wolała nie dotykać.
Instynkt podpowiadał jej, że ta sekcja zwłok nie będzie rutynową procedurą. Jeśli Elsie rzeczywiście była zamieszana w śmierć denata albo jeśli ktoś próbował ją w to wrobić, konsekwencje sięgną znacznie dalej niż ściany szpitalnego prosektorium. Profesjonalizm Zaylee był jednak bezdyskusyjny i absolutnie odporny na emocjonalne komplikacje. Nie przyszła tu nikogo bronić ani potępiać. Przyszła, żeby ustalić, co dokładnie przyczyniło się do śmierci Wilbura Fitzpatricka.
Kiedy na końcu długiego korytarza dostrzegła młodą Swanson, gestem ręki przeprosiła dyrekcje szpitala i natychmiast ruszyła w jej kierunku. Musiała najpierw za nią porozmawiać, zanim otworzy denata i prawda wyjdzie na jaw. Chciała mieć przynajmniej jakąkolwiek szansę na to, żeby móc się później do wszystkiego odnieść, ale do tego potrzebowała poznać wersję Elsie.
— Posłuchaj — zaczęła, kiedy już do niej dotarła; chwyciła delikatnie za przedramię i zaciągnęła na bok. — Powiedz mi, co się stało. Mam kartę zgonu, ale potrzebuję to wiedzieć od ciebie — rzuciła sucho. Żadne cześć, miło cię widzieć, pocałuj mnie w dupę. Krótko i na temat. Nie było tutaj miejsca na sentymenty czy kolesiostwo.
Jej relacja z córką narzeczonej na początku nie była usłana różami. Fakt, że Zaylee była dużo młodsza od Eviny niczego nie ułatwiał, a w dodatku Elsie musiała przeżyć szok, że jej matka związała się z kobietą. Z każdym kolejnym spotkaniem Miller chciała udowodnić, że była odpowiednią partią dla Swanson, a z pomocą przyszło medycyna. Lekarz medycyny sądowej po prostu nie mógł nie dogadać się z pielęgniarką.
— No dalej, Elsie — ponagliła ją, posyłając zachęcające spojrzenie. Nie chciała dodawać dziewczynie niepotrzebnego stresu, jednak w tym momencie jej kariera stała pod dużym znakiem zapytania.
elsie swanson
-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wilbur Fitzpatrick był wrzodem na dupie. Ona to wiedziała, cały oddział to wiedział, a jednak nawet jemu nie życzyła źle. Ich drogi przecinały się na chwilę, potem każdy szedł w swoją stronę — taka była natura tej pracy. Pomagasz, ile możesz, a reszta nie należy do ciebie. Tylko że tym razem ktoś próbował wmówić jej, że należy. Że to ona trzymała rękę na spuście, choć w rzeczywistości ledwo zdążyła znaleźć się w zasięgu strzału. Bo prawda była banalna i okrutnie prosta. To nawet nie był jej pacjent. Nie przyjmowała Wilbura tego dnia, nie prowadziła go, nie znała szczegółów jego porannego humoru. Miała po prostu pecha być w złym miejscu i złym czasie — dokładnie wtedy, kiedy doszło do zatrzymania krążenia. I to ona, jak setki razy wcześniej, weszła w tryb automatyczny, odruchowy, zawodowy. Reanimacja. Liczenie uciśnięć. Leki. Czas, który ciągnął się jak guma do żucia przyklejona do buta.
Kiedy zaczęła mówić, jej głos był spokojny, rzeczowy, niemal bezosobowy. Jakby czytała raport pielęgniarski, a nie opisywała moment, który teraz próbowano zamienić w akt oskarżenia.
— Wilbur Fitzpatrick. Mężczyzna, sześćdziesiąt sześć lat — zaczęła. — Od kilku lat leczony na nadciśnienie. Stan przedcukrzycowy, bez insulinoterapii. Na oddział zgłaszał się regularnie, ale bez konkretnych wskazań. Raczej… towarzysko — zatrzymała się na sekundę, jakby w głowie sama sobie stawiała przecinek. — Pacjentem roszczeniowy. Dezorganizował pracę oddziału. Zdarzały się epizody agresji werbalnej, czasem fizycznej, kiedy w jego ocenie nie był wystarczająco zaopiekowany. Największy problem stanowiły leki — poczuła, jak napięcie w karku zaczyna pulsować, ale mówiła dalej, równo. — Przynosił ze sobą torbę. Dużą reklamówkę. Leki, syropy, olejki, suplementy, witaminy, niewiadomego pochodzenia. Opcja zabezpieczenia tych środków kończyła się awanturą. Próby odebrania — wyzwiskami, pluciem, rzucaniem przedmiotami. Zdarzyło się też gryzienie. Rodzina była informowana. Bez reakcji — jej palce drgnęły, jakby mimowolnie, ale nie przestała. — Tego dnia przyszedł sam. O własnych siłach. W logicznym kontakcie. Zostały pobrane podstawowe badania. Oczekiwał, jak inni pacjenci. Nie był przypisany do mnie. Byłam na oddziale, kiedy… — przełknęła ślinę — …kiedy doszło do nagłego pogorszenia stanu. Upadek. Nie wiadomo, czy zasłabł, czy spadł z łóżka. — w jej głowie na moment pojawił się obraz sprzed kilku godzin: chaos, krzyki, dźwięk alarmu. Jak klatka zatrzymana w połowie filmu. — Rozpoczęto reanimację natychmiast. Trwała trzydzieści osiem minut. Bez powrotu czynności życiowych. Zgon stwierdzony zgodnie z procedurą.
Zapadła cisza. Elsie dopiero wtedy poczuła, jak bardzo drżą jej dłonie. Złość mieszała się z bezradnością, a pod spodem czaiło się coś jeszcze — żal, że ktoś w ogóle mógł pomyśleć, że zrobiła cokolwiek nie tak. Że rodzina Fitzpatricka, banda ludzi, którzy przez lata mieli go w głębokim poważaniu, teraz znalazła sobie wygodny cel.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Dostrzegając drżące dłonie dziewczyny, od razu umieściła rękę na jej ramieniu Elsie, ale nie w geście współczucia, a chcąc dodać jej odwagi.
— Wiesz, że to kompletny absurd, prawda? — zapytała, unosząc jedną brew. Wychyliła się zza ściany, żeby zerknąć na dyrektora szpitala i jego ludzi. — Nie mają pojęcia, o czym mówią. Po prostu znaleźli sobie łatwy i wygodny cel, żeby móc zrzucić na kogoś winę — prychnęła, wracając wzrokiem do Swanson. — Rozumiem, że czujesz się niesprawiedliwie oceniona i twoja frustracja jest w pełni uzasadniona. Chcesz towarzyszyć mi podczas autopsji? — zaproponowała i posłała jej łagodny uśmiech. — Udowodnię, że Fitzpatrick zmarł od nadużycia tych wszystkich piguł — Zaylee skinęła pewnie głową. Nie żadne postaram się albo spróbuję. Jeśli władze szpitala chciałyby mieć pewność, że coś zostanie wykonane źle, mogłyby równie dobrze poprosić o przeprowadzenie sekcji zwłok samego Bobby’ego Hackmana.
Hackman był bowiem postacią legendarnie niezdarną i niechlujną. Na komisariacie słynął z prawdziwego partactwa i potrafił zepsuć nawet najprostsze czynności, które inni wykonują z zamkniętymi oczami. Jego umiejętności były dalekie od rzetelnych kompetencji, a w jego rękach nawet najprostsze notatki stawały się nieczytelne. W dodatku był okropnym człowiekiem. Opryskliwym i trudnym w obyciu. Nikt nie chciał z nim współpracować dobrowolnie, bo nie znosił, gdy ktoś próbował mu doradzać czy pomagać. Dlatego pomysł, że mógłby przeprowadzić autopsję, byłby gwarancją, że coś pójdzie po prostu źle.
— I nie stresuj się tak — poprosiła Miller, bo nie dało się nie zauważyć, że Elsie miała już serce w gardle. — Tylko spokój może nas uratować. Chodź, najpierw postawię ci kawę — poklepała ją po ramieniu i pociągnęła w kierunku automatu z obrzydliwą lurą. Co z tego, że wszyscy narzekali na kofeinowe napoje zakupione w takich miejscach, ona je uwielbiała. Były czarne, jak jej serce i tak mocne, że postawiłyby na nogi nawet umarlaka.
Wrzuciła monetę do automatu i wcisnęła odpowiednią pozycję, co jakiś czas zerkając na młodą Swanson. Nie miała pojęcia, czy jej słowa podziałały, ale mogło się zdawać, że jej ramiona nie były aż tak napięte.
— A poza tym, że chcą się wpierdolić w gówno, wszystko w porządku? — zapytała już nie jako koronerka, a jako narzeczona Eviny. W końcu wkrótce oficjalnie miały zostać rodziną.
elsie swanson
-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tak, trudno tego nie zauważyć — odpowiedziała spokojnie, może nawet odrobinę zbyt pewnie, jak na kogoś, kto jeszcze przed chwilą miał wrażenie, że grunt usuwa jej się spod nóg. I dopiero sekundę później poczuła lekkie ukłucie wstydu. Tego cichego, wewnętrznego: hej, zwolnij, nie jesteś tu od ferowania wyroków. Jej ramiona opadły minimalnie, a ton stał się bardziej ostrożny. — Ja wiem, że o zmarłych nie mówi się źle i że w przypadku tego człowieka zapewne wiele rzeczy po drodze mogło być zrobione inaczej, może lepiej, ale… — zawahała się na moment, jakby szukała właściwego sformułowania, takiego, które nie zabrzmi jak oskarżenie, a raczej jak suchy fakt z raportu. — Ta rodzina zostawiła go kompletnie samemu sobie. Zero wsparcia, zero kontroli, zero zainteresowania. Naprawdę długo wytrzymał w takim stanie, jakkolwiek to nie zabrzmi — to było to. Bez emocjonalnych fajerwerków. Bez potrzeby obrony samej siebie za wszelką cenę. Po prostu prawda, wyłożona jak w dokumentacji: rzeczowo, linijka po linijce.
Kiedy dała się poprowadzić w stronę automatu z kawą, przez głowę przemknęła jej myśl, czy ktoś z góry nie uzna tego za nie na miejscu. Koronerka i pielęgniarka, kawa w środku dnia, kiedy na oddziale atmosfera gęsta jak syrop na kaszel. Ale zaraz potem wzruszyła wewnętrznie ramionami. Jeśli ktoś miał jej robić wyrzuty za trzy minuty przerwy, to i tak znalazłby powód, nawet gdyby stała na baczność. Złapała papierowy kubek w obie dłonie, jakby ciepło mogło się jej udzielić bardziej niż kofeina. Ramiona faktycznie przestały być aż tak napięte. Nadal bolało, nadal było niesprawiedliwie, ale już nie aż tak duszno. Na pytanie o to, co u niej poza tym całym cyrkiem, odpowiedziała bez większego namysłu, unosząc ramiona w niemal dziecięcym geście.
— Trafiłam chyba do tej przykrej części mojego życia, że jest trochę jak w Dniu Świstaka. W tym filmie. Każdy jeden dzień wygląda tak samo, kopiuj-wklej. N u d a — dodała z krzywym uśmiechem, w którym było więcej autoironii niż faktycznego narzekania. — Praca, sen, praca. Czasem nawet nie wiem, jaki mamy dzień tygodnia, dopóki ktoś mi nie powie — upiła łyk kawy i skrzywiła się lekko, bo automat jak zwykle przesadził z goryczą, ale nie skomentowała tego na głos. Zamiast tego spojrzała w bok, jakby dopiero teraz przypomniała sobie o czymś istotnym.
— A u was? — zapytała już ciszej, bardziej ostrożnie. — W sensie… u was razem. Ja z mamą nie rozmawiam aż tak często, żebym była na bieżąco — w tym pytaniu nie było ciekawości podszytej lękiem ani potrzeby kontroli. Raczej zwykła, trochę nieporadna próba bycia częścią czegoś, co formalnie już istniało, a emocjonalnie dopiero się układało.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kiedy Elsie przedstawiła, jak ostatnio wyglądało jej życie, Zaylee parsknęła pod nosem i upiła łyk mocnej, czarnej kawy.
— Witaj w moim świecie — uniosła papierowy kubek w geście toastu. — Można do tego przywyknąć — stwierdziła, wzruszając lekko ramionami. — Jeśli kochasz swoją pracę i wystarcza ci jej towarzystwo, to jesteś we właściwym miejscu. Ale licz się z tym, że później trudno pogodzić życie osobiste z zawodowym — zaznaczyła, bo Miller przerabiała to niejednokrotnie.
Wprawdzie teraz była w stabilnym związku, jednak Zaylee coraz częściej podejrzewała, że gdyby Evina nie była równie głęboko uzależniona od pracy, ten układ nigdy nie miałby szansy na powodzenie. Nikt dotąd nie rozumiał jej tak jak narzeczona, która nie miała pretensji, gdy Zaylee zostawała po godzinach w prosektorium ani wtedy, gdy w środku nocy odbierała telefon z wezwaniem do identyfikacji zwłok i znikała bez słowa wyjaśnienia. W poprzednich związkach podobne sytuacje nieuchronnie kończyły się awanturami. Partnerzy czuli się odsunięci na dalszy plan, mieli jej za złe nieobecności i to, że nie potrafiła zostawić pracy w pracy. Nie rozumieli jej pracoholizmu ani potrzeby kontroli poprzez obowiązki zawodowe. Dla nich praca była wymówką, dla Zaylee koniecznością i jedynym obszarem, w którym wszystko miało sens. Evina jako jedyna nie próbowała jej zmieniać ani konkurować z tym, co pochłaniało ją bez reszty. Być może właśnie dlatego ten związek trwał, opierając się nie tylko na kompromisach, ale na porozumieniu dwóch osób, które wiedziały, że czasem praca znaczy więcej niż obecność.
— U nas wszystko w porządku — zapewniła z uśmiechem. Nie miała pojęcia, jak dużo może powiedzieć Elsie bez wcześniejszej konsultacji z narzeczoną. Nie chciała bez jej wiedzy i zgody poruszać tematu Sama ani spraw związanych ze śledztwem Blythe'a. Uważała, że o tak istotnych sprawach młoda Swanson powinna dowiadywać się bezpośrednio od matki. Pomimo całej sympatii do dziewczyny, nie miała prawa przekraczać pewnych granic. — Powinnaś częściej do niej dzwonić. No wiesz, do mamy — spojrzała na Elsie znad swojego kubka. — Jest zapracowana niemniej niż ty, ale zawsze znajdzie dla ciebie czas na rozmowę — Zaylee mrugnęła do niej porozumiewawczo. Evina wielokrotnie uważała się za złą matkę, w co koronerka nie do końca potrafiła uwierzyć, kiedy obserwowała jej relację z dziewięcioletnim chłopcem, którego wspólnie chciały zaadoptować. Może popełnia w życiu sporo błędów, ale nigdy nie było za późno, aby pokazać, że równie mocno zależy jej na swoich biologicznych dzieciach.
elsie swanson
-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Życie prywatne? Jakie życie prywatne — rzuciła lekko, kręcąc głową. Uśmiechnęła się przy tym krzywo, bardziej do siebie niż do rozmówczyni. W jej głowie ta myśl wcale nie brzmiała dramatycznie. Przeciwnie — była niemal wygodna. Miała przecież c z a s. Była młoda, naprawdę młoda, nawet jeśli świat zawodowy próbował ją czasem postarzyć szybciej, niż by chciała. Wszystko mogło jeszcze poczekać. Relacje. Decyzje. Wielkie rozmowy o przyszłości. C z a s był po jej stronie — tak jej się przynajmniej wydawało. To, że kiedyś ten sam c z a s bezceremonialnie zweryfikuje to podejście, było problemem przyszłej Elsie. A przyszła Elsie… cóż. Niech się martwi sama.
Upiła łyk kawy, jakby chciała spłukać z języka własną beztroskę i na moment pozwoliła sobie po prostu stać. Nie myśleć o Fitzpatricku. O jego rodzinie. O spojrzeniach, które wbijały się w nią jak szpilki, choć przecież zrobiła wszystko zgodnie z procedurą. Wiedziała to. A mimo to gdzieś pod żebrami wciąż czaiło się napięcie — ciche, uparte. Wzmianka o matce trafiła w nią celniej, niż była gotowa przyznać. Elsie westchnęła, przeciągając to jedno krótkie tchnienie, jakby układała w głowie zdanie, które nie zabrzmi ani zbyt defensywnie, ani zbyt emocjonalnie.
— Staram się — powiedziała w końcu szczerze, opuszczając wzrok na wieczko kubka. — Ale sama wiesz… nadal bywa r ó ż n i e — nie było w tym oskarżenia. Ani pretensji. Raczej zmęczona akceptacja faktu, że niektórych rzeczy nie da się naprawić jednym telefonem ani kilkoma jak się masz rzuconymi między dyżurami. Relacja z matką nigdy nie była prosta, nigdy nie mieściła się w żadnych podręcznikowych ramach. To, co próbowały odbudować w ostatnim czasie, przypominało raczej ostrożne stawianie kroków po kruchym lodzie — wolno, uważnie, z ryzykiem, że i tak coś pęknie. Podniosła wzrok i pozwoliła sobie na mały, nieco niepewny uśmiech. Taki, który mówił: robię, ile mogę, nawet jeśli nie zawsze wychodziło to tak, jak powinno. — Nie uciekam — dodała ciszej, bardziej dla porządku niż dla zapewnienia. — Po prostu… czasem łatwiej jest ratować cudze życia niż porządkować własne relacje — była w tym ironia, ale też prawda, z którą Elsie nauczyła się żyć. Empatia przychodziła jej naturalnie. Granice — już niekoniecznie. Spojrzała w stronę korytarza, gdzie szpital toczył się swoim rytmem, obojętnym na prywatne rozterki personelu.
I wtedy znów poczuła to drobne, niemal niezauważalne rozluźnienie w klatce piersiowej. Świadomość, że choć nie wszystko było pod kontrolą, choć rodzina pacjenta szukała winnych, a relacje rodzinne pozostawały skomplikowane — w tej jednej sprawie nie była sama. I to wystarczyło, żeby uśmiech na moment stał się odrobinę prawdziwszy.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Żadne życie prywatne, ale nie pozwól, żeby praca kompletnie cię ograniczała — zasugerowała, jako ta bardziej doświadczona. Niby dzieliła je tylko dziesięcioletnia różnica wieku, jednak Miller mogła już co nieco o życiu powiedzieć. I prywatnym, i zawodowym. Może chciała przez to dać do zrozumienia, żeby Elsie korzystała z młodzieńczych lat, a może chciała przez to powiedzieć, że to wcale nie musi wyglądać aż tak patowo i bez wyjścia. Że kiedyś też się zakocha, pewnie niejednokrotnie. I czasami będzie to równie piękne, jak i bolesne.
Westchnęła pod nosem i upiła łyk kawy. Niewątpliwie relację między Swanson a jej córką można było nazwać trudną. Ciężko było nadrobić stracony czas i niektórych rzeczy nie dało się już naprawić, jednak to wcale nie oznaczało, że już zawsze tak będzie. Evina naprawdę się starała i Zaylee to dostrzegała. Przejmowała się równie mocno, co Elsie. A może nawet bardziej. I przeżywała całą sobą fakt, że jej dzieci znienawidzą ją za to, że ominęło ją zbyt wiele i że nie było jej przy nich w najważniejszych momentach.
— Najważniejsze, że obie nie uciekacie — zaznaczyła, bo nie wiedziała, jak młoda Swanson, ale starsza miała tendencję do zamykania się w sobie na cztery spusty i milczenia jak grób. Miller nie zliczyłaby, ile razy musiała ciągnąć narzeczoną za język i zmuszać do rozmów, których tamta wolała unikać. — Wpadnij do nas, kiedy będziemy w domu. Wprawdzie moje umiejętności kulinarne są poniżej morza, ale twoja mama na pewno przygotuje coś smacznego. Posiedzimy, pogadamy. Na pewno będzie jej miło — posłała Elsie lekki, ale szczery uśmiech, po czym wymownie zerknęła w kierunku końca korytarza. — O ile dobrze pamiętam, do prosektorium prosto i po schodach w dół? — upewniła się, wskazując podbródkiem na drzwi. Fajnie się gadało, ale miały robotę do zrobienia i bałagan do posprzątania.
Zaylee nie lubiła zwlekać i odkładać niczego na później. Poza tym im szybciej zajmie się sekcją zwłok Fitzgeraldna, tym młoda Swanson będzie miała spokojniejszą głową. I ona zresztą też. Pomimo tego całego profesjonalizmu, który zachowywała, Elsie nie była jej zupełnie obca, a fakt, że była córką Eviny, wcale tego nie ułatwiał. Nie chciała później świecić oczami przed narzeczoną i tłumaczyć, co się wydarzyło.
elsie swanson
-
Jestem kobietą. Burzą, ogniem, wodą, perłą, ale nie na dnie.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona | jejtyp narracjiklasycznyczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Naprawdę, jest okej. Pracujemy nad tym — powiedziała krótko, tonem uprzejmym, ale stanowczym. Takim, który nie zapraszał do dalszych pytań ani dopowiedzeń.
Zaraz potem uniosła dłoń i wskazała w dół korytarza.
— Tak, prosektorium jest dokładnie tam. Prosto i w dół — dodała, jakby to była najzwyklejsza informacja świata, nie wymagająca żadnego emocjonalnego komentarza. Ruszyła pierwsza, pozwalając, by rytm kroków wyrównał myśli. Przestrzeń szpitala zawsze działała na nią kojąco — sterylna, przewidywalna, z jasnym podziałem ról. Tu wszystko miało swoje miejsce. Drzwi, windy, tabliczki informacyjne. Nawet cisza była zaplanowana. Zejście do prosektorium było chłodniejsze, powietrze gęstsze, nasycone znajomym zapachem środków dezynfekujących. Elsie automatycznie zwolniła, sięgając po rękawiczki, jakby sam gest był przełączeniem trybu. Prywatne sprawy zostawały na górze. Tu liczyła się precyzja. Zauważyła kątem oka obecność Zaylee — nie jako narzeczonej jej matki, nie jako elementu rodzinnej układanki, tylko jako specjalistki, z którą przyszło jej współpracować. I to akurat było proste. Łatwiejsze niż rozmowy przy kawie, sugestie wspólnych kolacji i próby zszywania tego, co przez lata było rozprute.
Skupiła się na procedurach. Na tym, co miało nastąpić po kolei. Na faktach, które nie oceniali, tylko zapisywali. Praca miała w sobie uczciwość, której czasem brakowało relacjom. Nikt nie oczekiwał więcej, niż było możliwe do wykonania. Nikt nie miał pretensji o opóźnione reakcje czy zbyt późne zrozumienie. Miała świadomość napięcia — nie konkretnego, nie nazwanego, raczej zawieszonego gdzieś między neutralnością a czymś bardziej osobistym. Nie próbowała go analizować. Wiedziała z doświadczenia, że nadmiar interpretacji w takich miejscach kończy się źle. Tutaj trzeba było być obecnym, ale nie emocjonalnym. Uważnym, ale nie wciągniętym. Założyła fartuch, poprawiła rękaw i spojrzała na stół. To był ten moment, w którym reszta świata schodziła na dalszy plan. Matka, jej poczucie winy, starania, które Elsie widziała, nawet jeśli nie zawsze potrafiła na nie odpowiedzieć. Zaylee jako ktoś więcej niż współpracowniczka. To wszystko mogło poczekać.
Teraz liczyło się tylko to, co przed nimi.
I może właśnie dlatego obecność Zaylee była do zniesienia. A nawet… komfortowa. Bez rozmów, bez deklaracji, bez wyjaśnień. Wystarczyło, że obie wiedziały, co mają robić. Wystarczyło, że żadna nie próbowała być kimś innym niż była. Elsie wzięła głęboki oddech i pozwoliła, by profesjonalizm zajął należne mu miejsce. Reszta — relacje, napięcia, niedopowiedzenia — zostawała na później. Jak zawsze.
zaylee miller