ODPOWIEDZ
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

10.


Zmęczenie rozproszyło się chciwie po jego ciele jak duże skupisko larw - dotarło wszędzie - nawet do zakamarków tych które skrzętnie ukrywał, tych, o których miał w zwyczaju powtarzać że absolutnie choćby w najmniejszym stopniu nie istnieją. Zmęczenie było jednak zbyt silne, rozpulchniając podłoże jego mięśni i klejąc się giętkim bluszczem do fundamentów jego kręgosłupa. Przez chwilę miał wrażenie że znowu się tam znajduje, przy stole operacyjnym tak jakby zabieg wcale się nie skończył bo trwał rzeczywiście długo, Whipple pochłaniał wszystko co powierzchowne i może też samą duszę, zmuszając operatorów do stania przez kilka godzin najpierw przy resekcji, a później przy wytwarzaniu nowego zespolenia. W głowie wciąż mu szumiały słowa profesora, któremu asystował, a który przez pewien okres pozwolił mu przejąć stery przechodząc w cień, obserwując - pomyśl o tym, Iverson. Ja widzę, że się nadajesz. Czas dłużył się jakby tylko chichotał, huśtając się bezustannie na placu zabaw wskazówek, nadal słyszał miarowe dźwięki aparatury i piszczenie narzędzi razem z zapachem tkanek, nadal dostrzegał dziurę pola operacyjnego w którego otwartej torbie błyszczały śliskie narządy, wrażliwe i odsłonięte. Rozważał przede wszystkim to, co usłyszał tuż po samym zabiegu - profesor proponował mu żeby zaczął poszerzać swoje kompetencje specjalizując się, tak jak on, w zakresie chirurgii wątroby, trzustki i dróg żółciowych. Nie wiedział, pomimo tego, jaką dać mu odpowiedź, nie wiedział, bo już sama chirurgia była dla niego maską, a przechodzenie w kierunku bardziej elitarnym mogło stać się pułapką bez żadnej poświaty wyjścia. Bał się, że gdyby tylko zdjął maskę, nie znalazłby pod nią nic, bał się, że tak naprawdę nie istniał, jakkolwiek to było już w samym prostym założeniu nierozsądne. Bał się. Niepokój momentalnie szamotał się w jego gardle, podnosząc się opuchlizną. Co robić? Co powinien, do cholery, uczynić ze swoim życiem?
Zmrużył przez chwilę oczy. Dyżurka, którą zajmował, była zupełnie pusta. Ułożył się na kanapie - skóra, orzeźwiona, nosiła jeszcze wspomnienia chłodnej fali prysznicu wziętego po operacji. Na sali, po tych kilku godzinach, zrobiło się silnie duszno, pot ściekał po ciele słoną i nieprzyjemną rosą. Westchnął. Nie miał w tej chwili żadnych obowiązków. Wszystko musieli umyć i przygotować na ich następny zabieg. Leżał na plecach, zajmując całkiem siedzenie z czystej, naturalnej potrzeby swojego wzrostu i bawił się telefonem. Wyglądał tak jak znużony i rozpieszczony kocur któremu do pełni szczęścia brakowało jedynie wygrzewania się na słońcu. Osadził łydki na oparciu - wiedział, że zaczął wracać do przyjemnego stanu. Do stanu, w którym nie czuł emocji, do stanu wyprutego ze zmartwień. Do stanu, w którym chciał się znajdować, podobnego do bezpiecznej oraz stałej dla niego mantry odurzenia.
Drgnął, gdy usłyszał dźwięk klamki. Drzwi uchyliły się, a on w tym czasie - choć bez zbędnego pośpiechu - wycofał się, siadając wreszcie jak człowiek, robiąc miejsce dla innych potencjalnych osób, które miały dołączyć do chwilowego odpoczynku. Wpatrzony w przestrzeń przed siebie znów przypominał czujne, skupione na celu zwierzę, z obwolutą jasnych kontrastujących się tęczówek, ostrych jak wyciągnięty nóż.
- Co jest? Znów jakaś politrauma? - zwrócił się do przybysza. Doktor Howard, jak miał w zwyczaju mówić ze względu na górujące nad nim doświadczenie i niewystarczającą ilość interakcji aby przełamać etykietę, nie był dobrym zwiastunem w dyżurce bloku operacyjnego. Obecność chirurga urazowego mogła oznaczać często katastrofę i kilka godzin zabiegów w zespołach o różnej specjalności. Sam kiedyś mu asystował, gdy biegał po różnych stażach, jeszcze zanim zdał egzamin i stał się w pewnym znaczeniu niezależny.
- Czy może przeszkodziłem panu w chwili samotności? - nie mógł sobie odpuścić tej cienkiej warstwy przytyku, dlatego, że bez względu na pierwsze skojarzenia przyczyna mogła być prosta - czasami szło się wyłącznie porozmawiać z osobą która akurat przebywała na bloku, czasami chciało się odpocząć bo było to jedno z miejsc gdzie nie wchodzili zazwyczaj ludzie z administracji, bo było tu znacznie ciszej, spokojniej niż na oddziale ratunkowym. Pytanie, które mu zadał, zawisło teraz w powietrzu - jak prowokacja, która tylko czekała, by podejść w jej stronę bliżej, by drasnąć ją - by ją dotknąć.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

008.
Wątły cień ironii przesuwał się tuż za jego plecami i przy każdym jego kroku, kiedy tylko przekroczył próg szpitala. Nie miał dziś dyżuru, nie był także z nikim umówiony, a lista pacjentów w ostatnim czasie nawet się u niego zawęziła, co wcale nie ratowało go przed obecnością w TYM miejscu, tj. w sterylnie czystym budynku i jednocześnie niebezpiecznie wypełniającym jego grafik codzienności aż po brzegi. Niemal tak, jakby jego domem stały się meandry publicznych korytarzy, przodujące przed ścianami zakupionego z dawna apartamentu w Financial District.
Ten jeden raz, gdy zdecydował się wziąć wolne, kapryśność losu i tak popchnęła go dyskretnie w tę samą przestrzeń, do tych samych ludzi, a nawet… do dokładnie tej samej dyżurki, którą zazwyczaj okupował w krótkich przerwach od pracy na oddziale.
Wchodząc do pomieszczenia, na krótko spłynął na niego wąski strumień światła, rzucany natrętnie od jedynego okna, osadzonego centralnie na przeciwko wejściowych drzwi. Powieki opadły wtedy bezwiednie, pozostając na wpół zmrużone, ale jaskrawa poświata i tak jednak sięgnęła jego oczu, przyćmiewając na moment widok wnętrza dyżurki.
Co jest? Znów jakaś politrauma?
Najpierw go usłyszał, zanim go zobaczył.
Wiedział z kim ma do czynienia już po samym głosie, kojarzył Jude’a jeszcze z czasów, gdy ten był rezydentem, nie był jedynie pewien, czy pamięta, jak młodzieniec dokładnie wygląda w fartuchu lekarskim, albo w jaki sposób marszczy brwi, gdy pozostaje skupiony. Detale towarzyskich spotkań umykały mu tak często, jak potencjał do rozmów ze współpracownikami, dlatego też, gdy wreszcie wdarł się do wnętrza pokoju, zamykając za sobą drzwi i umykając przed źródłem światła, nie zdziwiło go, że o czymś jednak zapomniał: choćby o tym, jak wysoki jest Jude Iverson. Jego nogi, choć spoczywające twardo na dywanie, przy nisko osadzonej kanapie zdawały się niemal odlatywać, zgięte w kolanach ponad wysokością siedziska.
Uśmiechnął się mimowolnie, rozbawiony samą tą perspektywą, jak również tym, że w ostatnim czasie nie spotkał nikogo, kto byłby niższy, lub chociaż w podobnym do niego wzroście. Młodsze pokolenie zdawało się być wyjątkowo sowicie obdarzone pod tym względem. Nie odezwał się jednak, a przynajmniej nie w sposób, jakiego można było od niego oczekiwać. Nie rozwiał bowiem wątpliwości odnośnie politraumy, ani nie narzucił tematu zastępczego.
Dzień dobry.
Pojedyncze, zdawkowe powitanie zadźwięczało krótko w przestrzeni, jak subtelne dygnięcie dzwoneczka przy otwarciu drzwi. Może właśnie taką funkcję w jego mniemaniu pełniło, bo na tym zakończył kontakt. Chwilę później, po niemal niezauważalnej pauzie w słowach i w ruchach, przeszedł przez całą długość pokoju, dotykając dłonią sznurka przy roletach. Zasunął je do połowy, by zminimalizować ilość wtłoczonego do środka słońca. Naturalne światło dnia, choć skoncentrowane tylko w jednej części pomieszczenia, drażniło go, sprawiając wrażenie natrętnego skoczka, który raz za razem obijał się w kontuszu czaszki, rozsadzając głowę, a co za tym idzie, także myśli.
Migrena zabierała mu dziś chęć do zaczynania i podtrzymywania kurtuazyjnych rozmów, ale to nie ona była powodem dzisiejszej wizyty w dyżurce.
Tymczasem wrócił spojrzeniem do towarzysza, powstrzymując się od wyjaśnienia, w czym dokładnie przeszkodził mu dziś Jude. Wolałby być sam, ale nie wyraził tej myśli głośno. Ograniczył się do założenia ręki za kark, pełnego niewyjaśnionej krępacji, i podejścia do kanapy. Zamiast jednak usiąść na niej, nachylił się w kierunku poduszek, wkładając palce pomiędzy ciasne szczeliny poszczególnych części mebla. Dopiero gdy wachlarz poszukiwań zaczął się zamykać, a jedyne niesprawdzone miejsce tkwiło przy i pod ciałem Iversona, westchnął cicho.
Zostawiłem pager… gdzieś tutaj — mruknął niechętnie, bo przyznawanie się do błędów, czy niedociągnięć rzadko przechodziło mu gładko przez gardło. Nie mówiąc o zapominalstwie: do tego niemal nigdy nie doprowadzał, by nie musieć się z podobnych uchybień tłumaczyć.
Przesuniesz się?
Kolejne pytanie wypowiedział samemu siadając wolno obok niego, by nie wisieć nad nim nachalnie i ponaglająco.

Jude Iverson
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Obecność Howarda (teraz) była jak drżący nóż - jak coś, co stawało się potencjalnie niebezpieczne ale równocześnie brakowało mu precyzji, dlatego, że nie był w stanie początkowo zrozumieć jego chłodu, jego źródła, końca oraz samej, ponurej zasadności, dlatego że nie pasował mu, momentalnie wciskając się do pomieszczenia i podbijając całe tymczasowe królestwo jakie zawłaszczył sobie w przerwie pomiędzy zabiegami. Coś wydawało się absolutnie nie pasować, nawet, gdy doskonale wiedział, z kim właśnie miał do czynienia - Miles Howard wydawał się być kimś znacznie bardziej szlachetnym od chirurgów, zbyt poważny, zbyt silnie, niemal kurczowo przestrzegający restrykcyjnych zasad swojego wizerunku, odkąd sięgał pamięcią, doświadczał go w taki sposób, w pełni profesjonalny i pozbawiony nawet najmniejszych niedociągnięć. Tym razem - jednak - w układance ich kapryśnego spotkania brakowało pewnego elementu, dostrzegał nagły niepokój, szarpiący się koślawą fastrygą w tkaninie słów oraz ruchów, dostrzegał pewną nerwowość w chwyceniu za zasłony, które opadły na prostokąty okien, rozpuszczając w pomieszczeniu wyschnięte fusy półmroku. Dostrzegał więcej, niż ośmielił się przyznawać, jeszcze teraz, w tej chwili zawieszonej spoiwem jak cisza przed obwieszczeniem katastrofy. Czuł się nieswojo, zupełnie jakby pod skórą przebiegała mu cienka, napięta do granic nić, która gniotła narządy, która zaciskała się na powierzchni serca chcąc je związać jak worek umieszczony w piwnicy jego żeber. Pewna nieprzyjemność, śliska i niewygodna, pełzała między obrysami ich sylwetek. Na początku postanowił być cierpliwy. Wdech, odrobinę głębszy, niemal kojąco wypełnił jego płuca.
- Na pewno? - zapytał z powątpiewaniem. Nie zauważył niczyjego służbowego aparatu, a utknął tutaj co najmniej przez kilka przyjemnych chwil. Poderwał swoje spojrzenie - uważał, że do tej pory zdążył już dostatecznie się usunąć, nie zajmując mu więcej miejsca niż powinien. Nawet, jeśli nie słynął z bycia najprzyjemniejszą osobą w całym szpitalu, jak zresztą inni chirurdzy, odnosił się do starszych z szacunkiem. W medycynie największą wartość miała nie wiedza a właśnie doświadczenie, kilka lat pracy potrafiło nauczyć więcej niż regał literatury, która, bez korelacji z kliniką była bezwartościowa, studenci mogli coś wiedzieć i zapamiętać choć tak naprawdę byli zupełnie ślepi i ogłupieni. Prawdziwy moment nadchodził gdy należało samemu decydować na temat losów pacjenta, gdy na dyżurze było się osobą na którą patrzył personel oczekując od niej dalszego toku postępowania. Tego wszystkiego nie dało się wyuczyć, trzeba było to przeżyć, dlatego każdy, kiełkujący lekarz musiał szanować innych starszych od niego swoim stażem pracy.
- Nie widziałem go - dodał. Nie kazał mu dłużej czekać, podnosząc się z siedzenia, świadomy, że będzie chciał się przekonać, czy nie leżał do tej pory w pobliżu jego ciała. Ubranie zaszeleściło, a wysłużony materac zazgrzytał sprężynami. Telefon schował do kieszeni, by nie przeszkadzał w rozmowie. Dusił się, w tej przeklętej potrawce ich spotkania, dusił się. Nie rozumiał. Powstrzymał się od westchnięcia.
- Możemy sprawdzić, czy nie jest w środku kanapy - zaproponował. Zdarzały się już historie o zapomnianych urządzeniach utkwionych w kłębach pościeli, śmiali się nawet zresztą, że w sumie wypadało to z korzyścią dla przyszłych użytkowników, gdy brak słyszanego sygnału mógł równocześnie oznaczać brak problemów, niestety, z doświadczenia wiedział że gdyby coś miało miejsce wytarganoby go, chwytając za skórę karku jak niepokorne szczenię. W momencie, gdy lekarz nie odbierał, dzwoniono do pielęgniarek. Dzwoniono też na numer prywatny, robiono dosłownie wszystko, gdy była taka potrzeba.
Stał teraz obok mężczyzny, mając zwyczajnie dość. Skończyła mu się cierpliwość - nie chciał w końcu prowadzić z nim niepotrzebnych rozmów. Widział, że Howard nie chce z nim dyskutować i sam podobnie oszczędzał inicjatywę. Z drugiej strony coś zaczynało go teraz irytować, coś sprawiało że nie był w stanie pozostać obojętny. Nie lubił podobnych gier, nie lubił podobnych masek, nie lubił podobnych niejasności. Drażniły go znacznie bardziej niż okazanie troski i dalszy spiętrzony nacisk. Czuł doskonale ciężar całej tej sytuacji, czuł doskonale jak teraz go uwiera, jak atmosfera pomiędzy nimi zaczyna się krystalizować, czuł jej strukturę, twardą i chropowatą pod opuszkami palców. Gardło zaczynało go boleć, schwytane w pętlę ucisku. W tym czasie wszystkie sekundy bębniły tak jak ulewa. Co robić? Co robić? Co robić?
- Wszystko w porządku? - powiedział mu, niemal czując, że gdyby znalazł się bliżej, nawet sam jego oddech byłby już w stanie go skaleczyć. Nie bał się, mimo tego, obecności mężczyzny, wybierając zwyczajnie mniejsze zło - i dla siebie i podobnie dla niego. Wydawał się coś wyczuwać, jakiś wątły ślad oraz zapach, wyczuwać coś, co sprawiało że postanowił zachować się w ten sposób. - Nie chcę być natarczywy, ale - już sam fakt zasłonięcia okien wydaje się nielogiczny, bo przecież znacznie wygodniej szuka się w pełnym świetle - jeśli trzeba w czymś pomóc, to wie pan - kończy tylko w ten sposób. Patrzy na niego, bardziej miękko i mgliście, jak gdyby bał się, że byłby w stanie go drasnąć strumieniem swojej uwagi, że byłby w stanie go spłoszyć, że wystarczyłby
jeden
ruch.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Na pewno?, choć wyraźnie obrysowane w głoski pytania, miało w sobie pewną ironiczną kruchość. Zespolone zbyt cienkim spoiwem wierzytelności, prawie rozpadało się po drodze do uważnych uszu Milesa. Choć byłaby to z pewnością bardziej dogodna mu opcja, nie istniała bowiem pewna odpowiedź na pytanie mężczyzny. Ani pewne założenie.
Gdyby Howard wiedział, gdzie zostawił pager . n a . p e w n o, nie musiałby go teraz szukać.
Wobec tej refleksji pełen kurtuazji uśmiech rozciągnął jego usta, wprowadzając w dojrzałość mimiki gładszy ton, gdy korzystając z rozchylenia warg, zakończył gest odpowiednio ostrożną, i również nieco przekorną odpowiedzią:
Na pewno tego nie wiem — przyznał spokojnie (choć z wewnętrznym żalem), lawirując wciąż wokół tych samych cieni wątpliwości. A przy tym także wokół tych samych kształtów faktów, które mu się nie podobały. Wszystko to, co nie miało jednoznacznej odpowiedzi, albo nie miało jej wcale, drażniło go już u podstaw istnienia. Kąsało w żyć i lepiło się do niego jak gęsty, smolisty smar, którego nie potrafił zmyć ani prysznic, ani trzeźwość jego zwykle racjonalnego myślenia.
Na kolejne słowa Jude'a kiwnął porozumiewawczo głową, przyjmując tę informację do wiadomości. Młodziak nie widział jego pagera… i to było okej. Pozostawało jak najbardziej zrozumiałe, skoro prawdopodobnie urządzenie to skryło się dalej, niż na płytkiej powierzchni widzenia. Przesuwając wzrokiem po dyżurce, jak i po samej kanapie, Miles sam także nie był w stanie dostrzec niczego, co przypominałoby jego własność.
Tymczasem wstał razem z nim, pozwalając, by szelesty ubrań i sprężynowanie kanapy zbiegły się w jedność. Wbrew temu, jak niefortunnie zaczęła się ich rozmowa, ostatkami przyzwoitości starał się jakoś z nim dogadać. Jeśli nie w słowach, to przynajmniej w gestach. W rzeczywistości miał jednak wrażenie, że porozumienie wisiało ledwie na włosku. Co prawda nic w postawie Jude'a nie wzbudzało podejrzeń, żadne jego słowo nie wybrzmiało arogancko, ani wrogo, a jednak miał wrażenie, że cichy dystans, jak zwiadowca, czaił się między koronami tego, czego oboje nie mówili.
Dłonie przez moment obiegły tylne kieszenie spodni, jakby podświadomie sprawdzał również tę oczywistą “kryjówkę”, zaraz jednak powrócił do przeszukiwania uwolnionych spod ciężaru Jude’a poduszek, jedna za drugą sprawdzając, czy pager nie utkwił gdzieś pomiędzy nimi.
Sprawdźmy tę kanapę — zgodził się z nim, obrzucając go krótkim spojrzeniem w przedwstępie do otwarcia klapy. Najpierw jednak pościągał wszystkie poduszki, kładąc je równo po bokach mebla w natręctwie ukrytego pedantyzmu. Dopiero wtedy, bez supła uścisku, zażarcie pijącego go w żołądek, mógł odsunąć ruchomą część kanapy, by odsłonić przed nimi skrzynię na pościel. Była ona rzadziej używana, niż sam mebel – tego był akurat pewien, bo nachylony nad schowkiem, miał ochotę kichnąć. Zebrany w powietrzu kurz uniósł się tanecznie ponad skrzynię, wciskając mu się w nozdrza i sprawiając, że na moment musiał odchylić głowę ku własnemu barkowi, chowając twarz prawie pod ramieniem, by powstrzymać natarczywe łaskotanie śluzówki. Ostatecznie pociągnął krótko nosem, bez dalszego przedłużania zagłębiając dłoń w fałdy materiału.
Nie, nie wiem — skwitował nieprzyjemnie. Krótko i sucho, nieco już rozdrażniony poszukiwaniami, a bardziej nawet niż tym, nasilającą się migreną. Głos przy tej wypowiedzi zachrzęścił prawie tak, jak przesypywany przez gardło piasek, co przykuło uwagę nawet jego samego. Ostatecznie bowiem spuścił z tonu, prostując się i wzdychając cicho:
Przepraszam, Jude, nie najlepiej się dziś czuję, a brak pagera tworzy dodatkowe spięcie.
Chwilowo zrezygnował z dalszego wertowania pościeli i usiadł na skraju rozłożonej części kanapy. Sylwetka sama osunęła się do przodu, jakby ciężar myśli spływał wzdłuż kręgosłupa aż do ramion. Oparł łokcie na kolanach, spuszczając głowę nisko, niemal ku podłodze. Powieki opadły, stawiając ostatnią, kruchą tamę światłu, które zdawało się wciskać pod czaszkę mocnymi, niedelikatnymi łupnięciami.
Ból pulsował pod oczodołami, a każde uderzenie tętna rozlewało się po skroniach ciężką falą, rozbijając się o wnętrze czaszki. Migrena zalewała w ten sposób kolejne fragmenty świadomości, odbierając ostrość jego myślom i zamieniając światło w bezlitosny nóż. Nawet zamknięte oczy nie chroniły przed jej obecnością, a zasunięte rolety przestały mu wystarczać.
Więc nie, nie możesz pomóc. Potrzebuję seksu, spokoju, albo spania — rzucał czysto hipotetycznie — Sam rozumiesz, to dość ograniczone opcje.
Ostatnie słowa dodał, próbując zażartować, zanim jednak podniósł wzrok ku sylwetce mężczyzny, jego humor zgasł już w oczach. Pozostał mu tylko lekki, sceptyczny uśmiech, gdy opierając się bezwiednie dłońmi za własnymi plecami, dotarł spojrzeniem do twarzy Jude'a.

Jude Iverson
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Drgnął lekko, dostrzegając jak jego intuicja się nie myli; drgnął, czując w sobie przyjemny, rozchodzący się impuls satysfakcji, zupełnie, jakby postawił teraz trafną diagnozę której widmo wychwycił pod prześcieradłem swojej skóry i nastroszonych zmysłów; zauważył że Howard coś ukrywa, chroniąc się niczym zwierzę w bezpiecznej, ciemnej kryjówce gdzie żadne potencjalne zagrożenie nie było w stanie już dłużej go dosięgnąć. Rozumiał - i nie rozumiał jednocześnie podłoża jego zachowania, świadomy, że pod względem zawodowym musieli jako chirurdzy jasno komunikować przed innymi kiedy potrzeba im zastępstwa. Rozumiał i nie rozumiał, bo nienawidził być słaby, czego nie miał zamiaru mówić mu bezpośrednio, świadomy, że w jego oczach był jedynie kolejnym rezydentem który dojrzał zbyt szybko, w mgnieniu oka, operował zbyt dużo i brał na siebie zbyt wielką odpowiedzialność, dlatego, że pamiętając moment gdy zaczynał, łatwo było zapomnieć o zdanym przez niego egzaminie i pełnej specjalizacji. Był nieco bardziej opierzony choć nadal musiał się uczyć, bo jego tytuł nie miał żadnej wartości bez zdobytego doświadczenia, ale tak, nienawidził być słaby i nienawidził tego przyznawać nawet przed samym sobą, aż ręce gniotły się w pięści i niemal nie przebijały paznokciami wnętrza dłoni. Mógłby nawet oświadczyć, że jest mu szkoda Howarda, choć nie był pewny, czy rzeczywiście powinien tak nazywać te emocje, rozlewające się aktualnie aż po brzegi naczynia jego ciała, jest mu szkoda, dlatego, że role na krótki moment zdołały się odwrócić, bo w końcu Howard miał być tym bardziej obeznanym, tym lepszym, który nadal miał prawo go pouczać. Pojął, w związku z tym, skąd jego słowa miały taką siłę, bo przyznając się równocześnie stawał się bardziej ludzki, bardziej obecny, dostępny, by móc go nareszcie dotknąć, bo przyznając się coś odmienił, coś, co nawet zaczęło go ujmować.
- Gdyby nie pana widok - przechylił głowę i dosięgnął jego sylwetki kątem rzucanego spojrzenia - uznałbym, że w związku z tym nie jest aż tak źle - dodał - skoro ma pan siłę pomyśleć na temat seksu - przesunął opuszkami palców po blacie pobliskiego biurka, bębniąc niemal bezgłośnie o jego gładką powierzchnię. Mówił to neutralnie, zupełnie, jakby rozmawiał z nim o kolejnym zabiegu, o czymś zwykłym, wyblakłym. Seks w końcu stał się jednym z głównych żartów chirurgów, krążył przy operacjach i w pomieszczeniach gabinetów - nie odczuł żadnego wstydu, bo wiedział, jakie prowadził życie, pamiętał o tych relacjach, trwających krótko, ulotnie, o zwięzłych, krótkich wiadomościach w których dwie osoby szukało dla siebie satysfakcji, wertując wystawę ludzi w uruchomionych na telefonie aplikacjach.
- Zwolniłbym tę dyżurkę, ale honor mi nie pozwala iść siedzieć obok anestezjologów.
Oznajmił cicho, pół żartem i pół poważnie, bo jak powiedział ktoś mądry, anestezjolog, który nic nie zrobił, już w tym momencie ci pomógł, nie miał ochoty iść do nich i wysłuchiwać jak ktoś nie sprawdził jonogramu a ktoś inny pominął migotanie przedsionków, przez co oni łaskawie, z ostatkiem sił zgodzili się znieczulić do zabiegu. Na samą myśl o spotkaniu niektórych twarzy zrobiło mu się niedobrze. Usiadł na krześle znajdującym się nieopodal biurka.
- Obawiam się, że musimy jednak pracować nad rozwiązaniem - zauważył. Nie mieli innego wyjścia. - Czemu nie poszedł pan do pielęgniarek? - dopytał, bardziej znudzony niż zatroskany, z tą swoją znaną manierą, w pewnym znaczeniu jednak ciekawy toku myślenia, który obecnie towarzyszył Howardowi. W końcu to pielęgniarki mogły założyć mu dostęp obwodowy, podać kilka leków i tym samym postawić go na nogi. Była to jedna z praktyk robionych zresztą od lat. Czego więc tutaj szukał? Pager mu nie wystarczał jako zwykła odpowiedź. Co?

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bariera dystansu grzęzła w fundamentach ich spotkania, jak dawno postawiony na placu rozmowy szlaban, przy którym oboje nauczyli się już zatrzymywać, a co dziś wyjaskrawiło mu się w oczach właśnie dlatego, że sam powiedział więcej, niż miał w nawyku i w planach. Co najbardziej ironiczne, z własnej wygody, by nie musieć trzymać się już dłużej na uwięzi grzeczności. Żeby ograniczyć ją do absolutnego minimum.
Nie wiedział jednocześnie, czemu wciąż nie mógł odgonić się od myśli, że Jude czegoś mu nie mówił. Coś przemilczał. Może chodziło o to, że nie mówił wiele? Nie mówił o sobie? Albo o fakt, że mówił tylko tyle, ile mu wypada? Zmowa milczenia w odczuciu Milesa stawała się jednak ich wspólną regułą, a bezwartościowość pogawędek, które z czasem każdemu mogły się znudzić, krążyły nad ich głowami tylko po to, by wessane w obojętność, zostać zapomniane. Nawet teraz, skupiony na głoskach wypowiedzi młodego lekarza, nie brał ich tak całkiem i głęboko do siebie. Już sam ton Iversona, uprzejmy, ale płaski, nie zachęcał do specjalnych wyskoków emocji. Łaskocząca fala dźwięków wibrowała więc tylko chwilę w uszach Howarda, zostawiała jakiś ślad... ten ślad zacierał się jednak i niknął stosunkowo szybko, wyprany przez kolejne słowa i nowe konteksty.
W niektórych, choć odosobnionych przypadkach, endorfiny dobrze robią na migrenę — dodał spokojnie do słów młodego, nie dopowiadając na głos, że „jako lekarz powinieneś o tym wiedzieć”, choć to właśnie pomyślał. Zirytowany jednak bardziej pulsującym w nim bólem, niż sugestią lekarza. Przy rozmyciu myśli każda z nich wbijała się w niego jednak głębiej, niż powinna, jakby słowa wzburzały w nim fale odbioru, przypominając przy tym kamień wrzucony do tafli i tak już niespokojnej wody. Co za tym idzie, nie pamiętał, co Jude mu powiedział parę minut wcześniej. Nie był również skłonny czekać na kolejne słowa parę minut później. Zasadniczo, zakotwiczony w teraźniejszości, z myślami rozbitymi o brzegi pulsującego na skroniach bólu, pozwalał, by zapowiedź finału ich kontaktu – niegroźnego, krótkiego – osiadła jak widmo w powietrzu.
Chwilę tu posiedzą, chwilę poudają troskę, i gdy tylko znajdą, lub przestaną szukać sztucznie generowanego rozwiązania, Miles wyjdzie, zapomniany, równie bez wartości, co każde jedno słowo, zastygłe jak plamiący wosk w paliwie świecy.
Musimy...? Na pewno? — spytał grzecznościowo, w korpusie wzajemnych kurtuazji odnajdując wyraźne pęknięcie. Tę głęboką szramę nieporozumienia, w wyniku którego Jude postawił się, nie wiedząc czemu, w roli towarzysza męki i na własną modłę zobowiązał się niejako do rozwiązywania. h o w a r d o w y c h .problemów.
A Miles wcale nie potrzebował na tym polu pomocy.
Nie chciał jej.
Wracaj do pracy, Jude. Masz pewnie lepsze zajęcia, niż łatanie ciszy między nami.
Myśli potencjalnych, innych odpowiedzi mnożyły się, piętrzyły, wreszcie w nim gęstniały To, co niewypowiedziane, wciąż wisiało między nimi, i prawie już dało się ciąć, gdy wstał wreszcie z siedziska, zamykając kanapę.
Przemieścił się przy tym w kierunku ekspresu do kawy, szukając rozwiązania właśnie w kofeinie.

Jude Iverson
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Wierzył że jego gniew, istotnie, musiał być wyjątkowy; był w końcu zbyt rozgrzany i ciężki, pękając na nim gwałtownie jak źle dobrany i przyciasny materiał marynarki, jak własna, napięta skóra otwierająca zupełnie niespodziewanie piekący ląd owrzodzenia, parząca go płynnym bólem, który jak lawa utknął pod skałą powłok. Wierzył, że jego gniew był niezwykły, bo rzadko który był tak gwałtowny i równie nieokiełznany; jak zwierzę, warczące za gałęziami lasu jego żeber, jak zwierzę wczepione w elastyczną poduszkę jego osierdzia, jak zwierzę, które tylko czekało, by całkowicie wysycić się instynktem. Żadna z iskier emocji, które doświadczał w przeciągu swojego życia, nie potrafiła wprawiać go w identyczne i niemal boskie uniesienie, żadna nie przyspieszała w ten sposób litanii pulsu i żadna w nim nie wierzgała, próbując za wszelką cenę wydostać się na zewnątrz. Musiał z tym się urodzić, musiał być naznaczony, przeklęty, tak samo jak w tamtej chwili, gdy przeglądał się, pełen cętek własnej i cudzej krwi w zamglonym lustrze łazienki. To wszystko w nim pozostało. Nauczył się kontrolować, ale to wciąż w nim tkwiło jak choroba uśpiona w bibliotece jego tkanek. To wciąż w nim tkwiło. Choroba.
Znowu mógł wszystko poczuć; słowa Howarda uderzyły w niego, ocierając się nieprzyjemnie o krawędź świadomości. Czuł się upokorzony i właśnie z tego powodu miał okazję znów wstąpić w niego gniew; nie z powodu frustracji i nie z powodu współczucia, że przecież chciał dobrze, pomóc, czuł się upokorzony jakby drugi mężczyzna uderzył go siarczystym policzkiem i starał się właśnie teraz uczynić go idiotą. Różnica tych siedmiu lat momentalnie przestała mieć znaczenie, a on poczuł, jak jego dłoń bez wahania zaczyna się zwijać w pięść, a każda z jego emocji podnosi się w nim wysoko i paruje. Wszystko na zewnątrz stało się całkiem lekkie, jedynie wściekłość ciążyła jak wielki rdzeń.
- Nie muszę wracać do pracy. Dalej się w niej znajduję - powiedział spokojnym głosem. Spojrzenie, które posyłał, zdradzało o wiele więcej, zimne i nieprzychylne; w przeciwieństwie do Howarda był w ubraniu roboczym, gotowy tylko, by ubrać sterylny fartuch, zamarły w oczekiwaniu, aż inni również ochłoną i będą mogli porządnie się przygotować do ostatniego, wpisanego w dzisiejszy plan zabiegu, gdzie miał przyuczać rezydentkę usuwania torbieli włosowej. Nawet, kiedy pozornie odpoczywał, tak naprawdę miał przed sobą jeszcze inne obowiązki, od których nie zamierzał się uchylić.
- To pan do mnie przyszedł, nie odwrotnie - zaznaczył chłodno. Jeśli nie chciał tu być, mógł opuścić gabinet zupełnie w dowolnej chwili, zamiast przyuczać go o jakiś cholernych endorfinach. Jak widać nie miały szansy mu aktualnie pomóc, choćby w śladowym stopniu. On zajął miejsce, na które sam zasługiwał, bo musiał być nieopodal sali operacyjnej, gotowy na telefon od pielęgniarek, że wszystko jest gotowe, a anestezjolog właśnie zabiera się do znieczulenia. Musieli jeszcze w tym przypadku wspólnie przenieść pacjenta do pozycji, żeby leżał na brzuchu, więc był skłonny im pomóc, zanim się umyje.
- A ja nie łatam żadnej ciszy.
Łatam niekonsekwencję. Właśnie to zdanie, z całej ich kompozycji, miało szansę rozjuszyć go najbardziej, bo brzmiało, jakby próbował zająć myśli Howarda jakąś głupią rozmową o pogodzie, byle tylko nie trwali teraz w niezręcznym oraz grząskim milczeniu. To zdanie doprowadziło go do szału i nie miał zamiaru dłużej go ukrywać, zmęczony i rozdrażniony, pozwalał swoim odczuciom przenieść się przez wcześniejszą, obecnie pękającą tamę. Nie mógł znieść tych absurdów, najchętniej zacząłby wrzeszczeć i skoczyłby mu do gardła.
Wstał.
- Skończyłem sześć godzin Whipple'a i naprawdę mam gdzieś, czy wywołam w ten sposób wojnę z urazówką - mówił szorstko, a jego głoski trzymały się jedynie na strzępku opanowania. - Nie mam zamiaru patrzeć, jak ktoś przychodzi tu z migreną i wygląda jak zwłoki - nie podniósł swojego tonu, dlatego, że nie miał takiej potrzeby, wiedział, że wszystko zdoła dobrze się rozejść w przestrzeni między nimi - bo prędzej nadaje się do trumny niż do kolejnych operacji - nie wstydził się swoich słów, nie żałował ich; był pewny, że stwierdzał fakt, tak samo oczywisty jak panująca obecnie pora dnia, jak oddech i jak mrugnięcie. W kilku pospiesznych ruchach przystąpił do mężczyzny, tak jak stworzenie znudzone oczekiwaniem, gotowe przypuścić atak. Znalazł się momentalnie blisko niego; tak blisko, że gdyby jedynie chciał, mógł przegryźć mu skórę twarzy. Prędzej o tym by marzył; o czymś, co mogłoby radykalnie przynieść im otrzeźwienie. Zacisnął palce na brzegu blatu, gdzie znajdował się ekspres.
- Nic pana nie uratuje - jego szept niemal syknął, był nieostrożny i złowrogi. - Nie w tym miejscu - żaden sen, odpoczynek i żadne doznanie seksu. Szpital nie był od tego; to miejsce nie jest od tego. Szlag.

Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
40 y/o
For good luck!
175 cm
chirurg urazowy w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Sometimes, I feel the fear of
Uncertainty stinging clear
And I can't help but ask myself how much I'll let the fear take the wheel and steer
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Palce machinalnie odnalazły drogę do szafki z kubkami, a także do ekspresu, gdy skoncentrowany na nowym planie, z początku nawet na niego nie spojrzał:
W gruncie rzeczy przyszedłem do dyżurki, nie do Ciebie — zauważył spokojnie, ignorując pierwsze symptomy nieporozumienia między nimi. Własnym, niefrasobliwym nawykiem, szedł w zaparte, bo właśnie to uważał za najbliższe prawdy. Za sensowne.
Owszem, widząc okupowaną przestrzeń pokoiku mógł z niego wyjść, pozostawiając obecność Jude'a w pomieszczeniu w niezmienionym stanie samotności, ale... słowa prośby o to, by zostawić Iversona w spokoju nigdy nie padły, a Miles był zbyt skoncentrowany na znalezieniu pagera, by w ogóle zastanowić się nad tym, czy tu – w tym miejscu, o tym czasie – komuś przeszkadza.
Okej.
Beznamiętność, z jaką skwitował uwagę o łataniu ciszy, wskazywała na to, że przyjął słowa Jude'a do wiadomości, ale nie zamierzał przy tym odwoływać się do swoich poprzednich, błędnych założeń, uznając, że nie ma to znaczenia. Mógł się mylić, bo karmiony pogawędką, o którą nie prosił, odczytał ją właśnie tak – jako wypełnienie jakiejś luki. Skoro jednak młody doktor naprostował sytuację za nich dwóch, nie czuł się w obowiązku do ciągnięcia tematu na siłę.

Powinien przy tym dojrzeć ciężkość nastroju, narzucającą się jak burzowe chmury tuż nad nimi. Powinien wyłapać moment, w którym spojrzenie Jude'a zmieniło ostrość.

W przezroczu tęczówek młodego lekarza błysnęła przecież niebezpieczna iskra emocji – krótki lont, zapalony nagle, z perspektywy Milesa bez wyraźnego powodu. Tego jeszcze jednak na sobie nie odczuł. Dopiero potem, gdy emocja towarzysza, przeistoczona w sztylet oziębłego spojrzenia, przecięła przestrzeń z tą samą – a nawet większą jeszcze ostrością – i przyszpiliła się soplem wrażenia do jego pleców, drgnął instynktownie. Głowa, w presji tego odczucia zwrócona w jego kierunku, wychwyciła wtedy chaotyczną barwę nastroju. Ten zauważalny chłód i rosnącą szorstkość, której grudy zdawały się mu wchodzić już nie tylko w oczy, ale absolutnie wszędzie: w pory, w nici ubrania i pod paznokcie.
Jednocześnie, na krańcach cudzego ciała, tam gdzie skóra napinała się w naporze mięśni, a usta wypowiadały coraz to śmielsze i agresywniejsze treściowo głoski (ton Jude'a pozostawał płaski), czekała żywa, rozbudzona złość. Tak mu się wydawało.
Czy Tobie się wydaje, że ja tu przyszedłem na operację? — dopytał ze zdziwieniem, i z lekką ironią, bo mimo ostrości słów Iversona, Miles stawiał wysoko na szali własnych potrzeb zrozumienie rozmówcy. Jeśli już mieli iść ze sobą na noże, to przynajmniej chciał upewnić się, że mają o co się pokłócić.
Przyszedłem po pager — zaznaczył twardo, mimo migreny, ograniczonej przestrzeni, zagrodzonej topornym ciałem Jude'a i niechęci do dalszych rozmów, utrzymując pewność i względne skupienie, proporcjonalne do tego, na co było go stać w bieżących okolicznościach — Nie to, żebym musiał Ci się tłumaczyć, ale mam dziś wolne i nie zamierzam brać skalpela do rąk w tym stanie.
W tym jednym się zgadzali: nie nadawał się dziś do operacji.

Cała reszta tworzyła między nimi już nie przepaść, a cały wąwóz rozbieżności.

Mimo, że dzielili tę samą przestrzeń w pracy, ograniczeni do ścian szpitala, patrzyli na nią prawdopodobnie inaczej.
Tłum poruszających się po budynku pacjentów i ich oddechy; pogięta stal starych, metalowych rusztowań na zapleczu, a także ciasnota gabinetów – wszystko to, mimo że niewypowiedziane, właśnie zdawało się wynurzać z rozmowy, jak wypluta na powierzchnię rdza. Utleniona przez codzienność Milesa i codzienność Jude'a. Dwie skażone nawykami karoserie życia, które za nic nie chciały się do siebie dopasować. A także dwa pulsujące w swoim tempie serca, których bicia zdawały się nachodzić na siebie nierównym rytmem.
Miles poczuł momentalnie, jak w cieniu sylwetki Jude'a jego własne serce przyspieszyło nieznacznie, wywołując ucisk niepokoju w całym, naprężonym nagle ciele. Ciężkość nastroju w końcu do niego dotarła, drasnęła Howarda po powierzchni, gdy mimo uczucia przytłoczenia, którego źródłem w głównej mierze była niestabilność mężczyzny przed nim, odetchnął dla samoregulacji, wpuszczając między nich ciepłe powietrze. Dopiero wtedy, po krótkiej pauzie, odpowiedział:
Kawa brzmi całkiem nieźle „na ratunek”.
Nie zgodził się z nim ostatni raz, odrywając jednak wzrok od palącego go spojrzenia. Trzymany kubek odstawił wolno i ostrożnie pod dyszę ekspresu, odwracając się tym samym bokiem do Jude'a. Oparł ręce na blacie przed sobą, jedną z nich, niechętnie, ale płynnie ustawił tuż obok tej Iversona.
Wróć do pracy, Jude... nie zwracaj na mnie uwagi — powtórzył, tym razem jednak łagodnie i z dookreśleniem celu słów oraz z zarzewiem rysującej się pod tymi słowami prośby. Wzrok spoczął przy tym na strumieniu lejącej się kawy, wypełniającej ścianki nagrzewanego płynem kubka.

Nie miał w intencji go złościć.

Jude Iverson
nihilista
zrzućmy kajdany nudy i pruderyjność, co do pozostałej reszty - dogadamy się
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Agresja, którą posiadał, jedynie zmieniła bieg; zdążyła wypuścić wiązki mające przynieść jej ratunek, stworzyła własną, stłamszoną sieć krążenia obocznego rosnącą pnączem pomiędzy altaną tkanek; agresja, którą posiadał, potrafiła jedynie zmienić swoją postać wsuwając do jego rąk opiętych błoną sterylnych, wciśniętych po przedramiona rękawiczek, skalpele, imadła, diatermię oraz pęsety. Wiedział, że nie był w stanie tego z siebie wyplenić, zupełnie, jakby skażenie, które szukało ujścia już w momentach dzieciństwa było czymś, czego nie mógł w sobie całkowicie wyleczyć i odwrócić. Nie mógł stać się kimś innym, więc musiał pozostać sobą, w postawie, która była przydatna dla społeczeństwa. Pamiętał, kiedy jego matka płakała, zanosząc się wiotkim szlochem, wyciskanym z trudnością przez pierścienie jej krtani oraz zdrętwiałe gardło; trzymała go za rękę, powtarzając, że nie chce, aby w przyszłości znalazł się w więzieniu, dlatego, że ona wierzy w jego dobro, masz dobre serce, mówiła, Jude, jesteś dobrym chłopcem. Proszę. Proszę. Proszę. Nigdy jej nie powiedział, jak cierpiał przy jej reakcji, spoglądał tępo na ścianę, nie dostrzegając nic poza własną stłumioną bezsilnością, nie miał sił, by wykrzesać z siebie krótkiego łkania, w zamian za to oglądając w milczeniu wnętrze swoich rąk, które trzęsły się, odsłonięte i jeszcze niepewne celu, jaki miały w przyszłości wykonywać. Praca stała się wszystkim, bo zamiast wyleczyć innych - niedrożności, rozlanych zapaleń otrzewnej, uwięźniętych przepuklin, musiał operować w ten sposób głównie samego siebie. W momencie, gdyby ktoś odebrał mu tę tożsamość, zwyczajnie i bez patosu musiałby przestać istnieć. Byłby nikim, niczym; wyłącznie pustą skorupą.
Miał w sobie dużo szaleństwa, zbyt dużo, by teraz odejść; rozważał nawet przez moment, aby opuścić pokój i zamknąć za sobą drzwi, zajmując miejsce na sali w otoczeniu pielęgniarek, słuchając instrumentariuszki, która żałuje, że stanowczo za szybko się przebrała. Przypominał zawzięte i złośliwe stworzenie, wczepione usilnie w cel, z urwanym, szybkim warkotem dochodzącym zza smoły jego dziąseł, zaciskające z determinacją swoje szczęki czując mlaszczący trzask rozrywanych mięśni i więzadeł. Coś skłoniło go, aby jednak nie odpuścić, aby dalej pogrążyć się w obłędzie, który stał się tym gorszy, bo wprawił go w powagę; zupełnie, jakby miał wykonywać zabieg na niestabilnym przypadku, samemu pomimo presji nie mogąc się teraz rozpaść. Widział, że gdyby teraz stąd uciekł, każde z jego słów oraz działań musiałoby iść na marne, sprawiając tylko, że staliby obok siebie, widząc się później w okolicznościach zawodowych, pełni urażonej, drażniącej ich niezręczności. Przekroczył pewne granice i miał zamiar całkowicie to dokończyć. Skupiony na tym zdarzeniu, na Howardzie, który wydawał się niczego nie rozumieć albo zwyczajnie nie chciał aktualnie dopuścić do siebie takich myśli, na nich, na emocjach pulsujących pod bibułą naskórka, nie zwracał nawet uwagi na monotonną, dość głośną kakofonię ekspresu. Uśmiechnął się, zaskakująco nagle i przebiegle.
- Nie mogę.
Oznajmił mężczyźnie w sposób jakby stał na granicy, powstrzymując się od parsknięcia śmiechem. Wiedział, że Howard zawsze przywiązywał uwagę do swoich zawodowych kompetencji, a zostawienie kogoś w odosobnionej dyżurce, kto nawet nie miał znajdować się w tym momencie w pracy, z silnym bólem głowy, mogło zostać uznane jako zanik prawdziwych kompetencji. Uczono ich, żeby reagować, byli wytresowani na reakcję jak psy, które zaczynały się ślinić natychmiast, gdy naciśnięto dzwonek. Przechylił się odrobinę, zmieniając środek ciężaru swojego ciała na znacznie bardziej wygodny. Nie umiał odejść. Nie teraz.
- Właśnie na tym polega nasza praca.

Czy nie tego
próbował nas pan nauczyć?



Miles Howard
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „Mount Sinai Hospital”