Między Shereen i Audrey było sporo różnic, zarówno tych płynących z cech charakteru, jak i wychowania. Audrey była bardzo rodzinna, ciepła, wielokrotnie wspominała, że lubi dzieci i chciałaby założyć w przyszłości rodzinę — Winfield uważała to za urocze. Shereen nie była do tego przekonana. Dzieci to odpowiedzialność, a odpowiedzialne osoby podejmowały decyzję o założeniu rodziny świadomie, konsultując to wcześniej ze swoim partnerem. Ciemnowłosa miała inne priorytety. Babcia często powtarzała, że nie ma większego dowodu miłości wobec mężczyzny, niż założenie z nim rodziny. Była tradycjonalistką stawiającą obowiązki małżeńskie na piedestale — ojciec Shereen miał sporą rodzinę. Miał czwórkę rodzeństwa, wszystkich wychowywała babcia i była szczerze z tego dumna. Dopełniła obowiązków małżeńskich, udowodniła swoją miłość i bezwarunkowe oddanie mężowi, ale Shereen… Kochała swojego chłopaka i nie miała wątpliwości co do własnych uczuć. Nie musiała brać z nim ślubu ani zakładać rodziny, żeby udowodnić, co do niego czuła. Wystarczyło, że była blisko. Wspierali się wzajemnie, zarówno teraz, jak i wiele lat wcześniej — zdaniem Shereen nie potrzebowali dzieci, czy obrączek. Chciała nacieszyć się tym związkiem jak najdłużej, bez wpuszczania do ich świata problemów małżeńskich i płynących z nich kryzysów.
— Może przez tydzień się nie zanudzisz — podsumowała, sięgając po leżącą nieopodal poduszkę, którą przytuliła do piersi. Układając na niej głowę, oparła policzek o miękki materiał. Lubiła zapach hotelowej pościeli, był otulający i przyjemny. Stwierdzenie Audrey, którym zarzuciła, informując Shereen, iż ta nie nadawałaby się do zakonu, skomentowała szczerym śmiechem. Może gdyby była bardziej wierząca… Może gdyby znała pojęcie wstydu i była chodzącą personifikacją siedmiu głównych cnót bożych… Ale nie była. Nie potrafiła mówić głośno o swoich uczuciach, dopóki nie była ich pewna. Potrafiła przekazać je w inny sposób, poprzez cielesność. Uprawiając seks z Erikiem, oddawała mu całą siebie — jak inaczej miałaby mu okazać, że jest dla niej ważny, jeśli nie przez bliskość i okazanie zaufania?
— Czy faktycznie jest dobry? — zawahała się, szukając w myślach odpowiedniego słowa.
— Seks jest wyjątkowy, jeśli uprawia się go z odpowiednim facetem. Takim, który jest otwarty i nie upiera się, że traci na męskości, gdy kobieta przejmuje inicjatywę. Poprawia nastrój, bo pomaga rozładować emocje i wyrazić swoje uczucia — mówiła z lekkim uśmiechem, przyglądając się łagodnie blondynce. Wiedziała, że Audrey wciąż z nikim nie spała. Nie chciała zachęcać jej do przelotnego seksu z facetem, któremu nie ufała, żeby mogła zdobyć doświadczenie. Gdyby poszła do łóżka z kimś takim, nie zrozumiałaby sensu tej bliskości. Seks powinien przede wszystkim łączyć dwie kochającego się osoby. Nawet jeśli doświadczyłaby przyjemności płynącej z orgazmu, mogłaby szybko pożałować swojej decyzji.
— Poza tym nie musi być zawsze delikatny i romantyczny. Ten intensywny… Mocniejszy i brutalniejszy... — przygryzła mimowolnie dolną wargę, czując rozlewające się ciepło na policzkach, gdy bezwiednie wróciła myślami do nocy spędzonej u Erica.
— Jest kurewsko dobry. Wiesz, ja na przykład nie wiedziałam, że kręci mnie biting. Dopóki tego nie spróbowałam i jeju, jakie to jest super doświadczenie. Znaczy, nie byłoby przyjemne, gdyby między nami nie było zaufania... Ale wiem, że Eric nie zrobi mi krzywdy. Ja jemu też nie — nie była pewna, czy Audrey wiedziała, o co jej chodziło, choć sądząc po doborze słownictwa, mogła się domyślić. Mimo to Shereen podniosła się ze swoje miejsca i usiadła, unosząc jedną dłonią do góry swoje włosy, by drugą zsunąć z ramienia fragment materiału i pokazać Audrey ślady po ugryzieniach. Nie spinała włosów do pracy, żeby ich nie pokazywać — miała jeszcze jakąś moralność.
— A w urodziny Erica mieliśmy taki zajebisty seks, że przez dwa dni było mi gorąco. Najpierw przeleciał mnie pod drzwiami, później byliśmy w łóżku i jeszcze pod prysznicem… — opowiadała rozemocjonowana, pomijając nadmiar szczegółów, bo nie była pewna, czy Audrey w ogóle chciałaby je poznawać. Z jednej strony to była jej sprawa, co robiła ze swoim chłopakiem, z drugiej natomiast, to Audrey zawsze była tą, która jako pierwsza dowiadywała się o podbojach sercowych i rozczarowaniach swojej kuzynki. W Winfield te historie zawsze wzbudzały mnóstwo emocji, o czym świadczył przepełniony zachwytem ton brunetki i połyskujące entuzjazmem źrenice — tego błysku brakowało za każdym razem, gdy mówiła o Oliverze. Naprawdę była szczęśliwa z Erikiem.
Później Audrey zrzuciła bombę, tym samym sprawiając, że Shereen na moment zastygła i nie wiedziała, co powiedzieć. Szczerze zmartwiła się słowami dziewczyny, dlatego mocno ją przytuliła, okazując w ten sposób wsparcie. Chciała być bliżej Audrey i dowiedzieć się więcej, niż wiedziała teraz. Dostała tylko skrawki informacji — przynajmniej z początku. Rozwinięcie tematu przez Audrey pozwoliło jej spojrzeć na całą sytuację z nieco innej perspektywy. Słuchała jej, bez oceniania i wyrażania niezadowolenia płynącego z faktu, że dziewczyna zataiła takie rzeczy, bo... Nie chciała być problemem? Wywnioskowała to z kolejnych słów Audrey. Opowiedziała jej o ataku w szpitalu, na co Shereen zareagowała niedowierzaniem i przysłoniła usta dłonią, patrząc na blondynkę szeroko otwartymi oczami. Jak grom uderzyła w nią świadomość, że kompletnie nic nie wiedziała o tym, jak w ostatnim czasie układało się Audrey. Ten wypad do hotelu był świetnym pomysłem — mogły szczerze porozmawiać, bez obawy o to, że zabraknie im czasu.
— Nawet jeśli to tylko typ pierwszy, musisz o siebie dbać. Nie chcę się martwić, że gorzej się poczujesz i gdzieś zemdlejesz... Czy w ogóle wracanie do pracy jest teraz dobrym pomysłem? Nie powinnaś trochę odpocząć? — zapytała, podpierając się prawą ręką o materac i przechyliła lekko głowę w bok. Włosy Shereen sięgnęły pościeli, przesypując się lekko i układając wzdłuż jej ciała.
— Każda z nas ma własne życie, jesteśmy dorosłe. Wyobraź sobie, że niektórzy w naszym wieku biorą już śluby. Selene już miała męża i była w ciąży. To nie zmienia faktu, że jesteśmy i nadal będziemy ze sobą blisko. Nie jesteś i nie będziesz mi zbędna... Przecież jesteśmy razem od zawsze — przyznała łagodnie, przysuwając się nieco do Audrey. Nachyliła się w jej stronę, opierając swoje czoło o to jej — tak jak robiły to, gdy były młodsze.
Drobny gest trwający zaledwie chwile, a zarazem cenniejszy niż jakiekolwiek słowa.
Podniosła się z łóżka zaraz za Audrey, która przeszukiwała szafę w poszukiwaniu ubrań. Czarna sukienka, którą wyjęła, nadawała się idealnie na wyjście na miasto, zakupy, do baru, może do klubu... I później do SPA. Pamiętała tę sukienkę. Kupiły ją wspólnie. Audrey stawiała opór, ale Shereen była przekonująca i powtarzała jej, że prezentuje się w niej nieziemsko. Ostatecznie Leblanc kupiła tę skrawek materiału, a Winfield była z siebie cholernie dumna. Ubrania nie czyniły z niej od razu grzesznicy, a na pewno poprawiały poczucie pewności siebie, nawet jeśli z początku wzbudzały wątpliwości. Shereen lubiła wyzywające ubrania. Ogólnie lubiła ściągać uwagę, co nieraz udowadniała, wybierając outfit na wyjście do klubu. Spotykając się z Erikiem, też zakładała krótkie spódniczki, sukienki, czy spodenki, bo po prostu lubiła, gdy ścinał ją wzrokiem. Wiedziała, że mu się podoba, dlatego podkreślała swoje atuty.
— Psycholog pomoże ci się pozbierać. Wbrew pozorom to też lekarz, ma bardzo ważną funkcję — dodała jeszcze zanim zniknęła między ubraniami, przeglądając garderobę w poszukiwaniu czegoś godnego uwagi. Nie planowała iść na żaden podryw — bo w sumie po co? Ale ładne ubrania po prostu lubiła. Dlatego pierwszą sukienką, która rzuciła jej się w oczy, była taka przed kolana, czarna, ozdobiona uroczą falbanką u góry i dołu.
— Chowaj te leginsy do szafy, żartujesz sobie? Ubierz się jak hot princess. Przecież nie idziesz do kościoła ani na fitness — pokręciła głową, odrzucając swoją sukienkę na łóżko i zabrała Audrey legginsy i t-shirt. Sięgnęła po sukienkę, którą jasnowłosa chwilę temu wpakowała ponownie do szafy. Posłała Audrey wymowne spojrzenie, jasno sugerujące, że nie wypuści jej w
żadnym innym ubraniu.
— U mnie? To jest ciągle praca. Znaczy, wiesz. Nie mam w sumie jakoś wielu ploteczek, ostatnio mój czas tak jakby trochę nie istnieje. ALE! O Matko, ale mam hit. Siadaj — podekscytowała się, siadając ponownie na łóżku, najwidoczniej przejęta tym, co sobie przypomniała.
— Pamiętasz tę dziewczynę, która trzymała się z nami w liceum? Jezu, ona się chyba Anne nazywała. Tak czy inaczej. Łaziła często za nami, jak zadawałyśmy się z tą no... Sarą chyba, taką z czarnymi, długimi włosami. No i Sara spotykała się z tym swoim, jak mu tam było... — gestykulowała, próbując przypomnieć sobie imię tego chłopaka.
— Samem? No i Sara i Sam wzięli ślub, bo brali go u mnie na sali. I kurwa, Sammy zdradził Sare na własnym ślubie z Anne, rozumiesz to? Chwilę po weselu już się rozwodzili! — no ona to nie mogła tak szczerze uwierzyć! Przecież byli ze sobą od szkoły średniej, a Anne zawsze była taką szarą myszką. Morał z tego płynie taki, że ciche wody to jednak nie są takie ciche, jak się z początku wydaje.
sis 