ODPOWIEDZ
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

outfit

Ta noc nie należała do niej.
Mogłaby przysiąc, że ten dom jej nienawidził. Już samo przejście przez ogród było jak pieprzony tor przeszkód dla alkoholików i ludzi o mocnych nerwach. Mokra trawa, jakieś ceramiczne krasnale matki patrzące tymi szklanymi oczkami w nicość. Sceneria jak z pieprzonego horroru, a mrok i cisza, gdy wszyscy o tej godzinie spali jedynie potęgowała to uczucie. Kilka godzin temu nie czuła takiego oporu, gdy kradła samochód ojca, który stał na podjeździe. Mustang teraz miał kilka wgnieceń, a w bagażniku w transporterze siedział lis, którego zamierzała wywieźć za granicę. Głupia Kanada i prawo, które nie pozwalało hodować tych słodziaków. Nie mogła po prostu tak wypuścić zwierzęcia na wolność, bo Rudzielec wychował się w warunkach domowych i nie przetrwałby w dziczy. Miała przez to tylko same problemy i zjebany humor - chociaż w tym miał też udział Noe, który pozostawił ją na środku ulicy. Czuła że po ich małej zabawie będzie miała jutro sporo siniaków, a malinki na szyi nie zakryje żadnymi trickami makijażowymi, ale trudno. Musiała najpierw ogarnąć papiery. Zdobyć jakikolwiek dokument potwierdzający, że była właścicielką psa o podobnym umaszczeniu. Może serio uda jej się nabrać jakiegoś celnika, że właśnie psa przewozi w transporterze? Było w końcu ciemno, a na granicy mało kto podejrzewałby przykładnego obywatela o przewóz nielegalnego zwierzęcia.
To musiało się udać. Lepszego planu nie miała, więc walić to. Będzie jak będzie.
Podeszła od tyłu - tak jak kiedyś, gdy wracała po imprezach i nie chciała, żeby stary robił jej awanturę. Teraz nie byli w lepszych stosunkach, ale miała cichą nadzieję, że ten był gdzieś na misji - w końcu był wojskowym, więc fajnie jakby działał na korzyść ich kraju, a nie siedział w domu. Uśmiechnęła się, gdy wymacała dłonią okno od pralni, które się nie domykało. Podważyła je scyzorykiem i skrzywiła się, gdy narobiła hałasu. Przez chwilę nasłuchiwała, bo obawiała się, że zleci się pół osiedla, które wybudziła tymi dźwiękami, ale nic się nie stało. Serce napierdalało jej jak po trzech kreskach i energetyku kiedy niezgrabnie przeciskała się przez otwór.
Ostrożnie postawiła stopy na panelach i zastygła w miejscu czekając na cokolwiek. Nic. Jedynie słyszała równomierne buczenie lodówki w kuchni, więc wydawało jej się, że wszystko szło sprawnie. Powinna się domyśleć, że coś było zbyt łatwo. Powoli się skradała do swojego dawnego pokoju. Stara podłoga skrzypiała przy każdym kroku zdradzając jej położenie, ale nie przejmowała się tym, bo w końcu była sama. Otworzyła drzwi i rozejrzała się po wnętrzu szukając swojej szafy, w której kiedyś trzymała wszelkie dokumenty z pracy, a trochę tego miała, bo prowadziła własną działalność jako behawiorystka.
Sięgnęła po karton z góry i głośno przeklęła, gdy stos kartek runął na podłogę. Nie ma co złodziejka była dziś z niej wybitna. Włączyła latarkę w telefonie i zaczęła grzebać w dokumentach, bo jedynie marnowała czas na te podchody. Była tak zaabsorbowana całą sytuacją, że nawet nie usłyszała kroków na korytarzu. O obecności innych ludzi uświadomiła sobie dopiero wtedy, gdy ktoś stanął za nią i przyłożył broń do jej pleców. Kurwa... To była Policja...

Aaron Blackwood
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Rzeczą, której Aaron zdecydowanie nie lubił w swojej pracy, była obserwacja. Zwłaszcza ta długa, która koniec końców nie przynosiła niczego poza zmarnowanym czasem. Momentami czuł się tak, jakby zostawał wybierany do najgorszych ustrojstw tylko dlatego, że był świeżakiem. Zupełnie, jakby jego partner mógł wykazać się dłuższym stażem.
Kimże jednak był, by dyskutować ze swoim przełożonym. Wystarczy, że miał na pieńku z jednym; nowego postanowił jednak mieć po swojej stronie.
Siedząc w radiowozie, popijając kolejną kawę, czekał, nie spuszczając wzroku z domu, pozornie cichego i pogrążonego jakby we śnie. Nie paliło się żadne światło, firanki ani zasłony nie poruszały się pod wpływem ruchu.
Posiadłość była martwa, ale to go nie zniechęcało. Wiedział, że cisza w domu nie zawsze oznacza spokój. Była bardziej niczym bomba z opóźnionym zapalnikiem. Przywykł już, że niekiedy trzeba było się porządnie wynudzić, by ująć podejrzanego.
Dostali cynk, że właśnie tutaj znajduje się osoba, na którą zarejestrowana była broń znaleziona przy denacie. A rejestry nie kłamały.
Nie kłamała też jego intuicja i wzrok przyzwyczajony do wychwytywania rzeczy, na które przypadkowa osoba nie zwróciłaby uwagi. To przydawało się w jego pracy czyniąc go dobrym śledczym.
Kiedy więc mignęło mu światło, nie zignorował go. Mogło być jedynie błyskiem, iskierką, która niczym fatamorgana zawładnęła jego umysłem.
Ale była.
Chwilę później dostał potwierdzenie - gdzieś za domem dostrzeżono ruch, tak zgłosił policjant obserwujący tył posiadłości.
Wyszedł cicho z samochodu, dając znak swojemu towarzyszowi, by go ubezpieczał. Nie chciał robić hałasu w domu, ale nie chciał też zginąć.
Wszedł cicho do budynku, upewniając się, że ma wsparcie. Kroki stawiał powoli, zawczasu starając się wyczuć czy podłoga zaskrzypi, czy nie. Nie chciał spłoszyć osoby, która znajdowała się w środku. Czuł, że to będzie przełom w sprawie. Ostatecznie ktoś, kto nie ma niczego na sumieniu nie zachowuje się niczym złodziej.
Dom wyglądał zwyczajnie. Zbyt zwyczajnie jak na coś, co mogło być powiązane z czymkolwiek brudnym, jednak nauczył się, że najciemniej było pod latarnią. Pozory odgrywały wielką rolę w wielu przekrętach czy nielegalnych interesach.
Ruszył korytarzem ostrożnie, posuwając się do przodu metodycznie. Drugi funkcjonariusz za nim zatrzymał się przy wejściu do kuchni, ubezpieczając go.
Usłyszał cichy szelest, który naprowadził go na miejsce nieznanej osoby w domu. Skierował się w stronę dźwięku i otworzył drzwi bez ostrzeżenia. Dostrzegł kobietę, nikłe światło latarki i rozrzucone dokumenty.
Skrócił dystans bez zastanowienia, przystawiając do pleców dziewczyny wcześniej wyciągnięty pistolet.
-Policja. Tylko bez gwałtownych ruchów - rzucił spokojnie, gotów na opór z jej strony. Mógł liczyć, że nie będzie się buntowała, ale ludzie reagowali różnie.
Obserwował ją przez chwilę i wydawało mu się, że wygląda znajomo.
- Odwróć się powoli, tylko bez głupstw - polecił jej, odsuwając się nieznacznie by dać jej przestrzeń do wykonania ruchu. Oraz sobie na ewentualną reakcją.
W jego oczach pojawiło się zdziwienie, kiedy po dostosowaniu się do jego poleceń, stanęła twarzą do Aarona.
-Gabriela? Co do kuryw…? - rzuciła, na chwilę zapominając o profesjonalizmie.
Zdecydowanie nie jej spodziewał się tutaj zobaczyć.

Gabriela R. Blais
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

No pięknie.
To musiał być żart. Bardzo kiepski, wręcz tragiczny wątek w komediowym wirze wydarzeń tej nocy. Bo serio - wszystko mogło się wydarzyć. Mógł zapłonąć silnik w skradzionym przez nią Mustangu. Mógł wpaść tutaj najebany sąsiad, który pomyliłby drzwi po dobrej imprezie. A nawet mogłaby wylądować w szpitalu po tym, jak ugryzłby ją lis i okazałoby się, że jednak miał wściekliznę. Nic z tych nieprawdopodobnych scenariuszy jednak się nie stało. Utknęła jednak w swoim starym pokoju z policyjną bandą, która mierzyła w jej stronę z pistoletów jakby była co najmniej groźnym napastnikiem, który czyhał tutaj na czyjeś życie.
- Serio? Mierzysz do mnie ze swojej pukawki i liczysz, że odjebię jakieś gówno? - rzuciła w końcu ciszej, bardziej do siebie niż do niego, jakby sprawdzała, czy to nie jakaś wyjątkowo kiepska halucynacja. Rozważała dwie opcje: udawać martwą, albo zacząć od nowa w innym kraju. Obie wydawały się rozsądne. Może Malediwy? Słoneczna Hiszpania? Najpierw jednak musiałaby w spektakularnym stylu uciec, ale z policją na ogonie, to bez pomocy z zewnątrz nie miałaby żadnych szans. I gdzie ci niegrzeczni mężczyźni, gdy było ich potrzeba?
Uniosła dłonie do góry i powoli odwróciła się twarzą w stronę tego policjanta, który trzymał ją na celowniku. Zerknęła kątem oka na pistolet. Potem na Aarona. Potem znowu na pistolet. I to właśnie w tym momencie cały profesjonalizm Blackwood'a szlag jasny trafił. Rozpoznał ją. Ona sama była zaskoczona jego widokiem. Jej wzrok przesunął się po jego twarzy, uważniej teraz, jakby dopiero docierało do niej, że to nie żaden przypadkowy patrol.
- Znowu próbujesz mi dać lekcję? Naprawdę to nie jest śmieszne. Ostatnio myślałam, że mam haluny po kwasie, ale to? - brodą skinęła w stronę spluwy i przeniosła ciężar ciała tak, żeby nie wyglądało to na ruch. Spięła się, gdy drugi mężczyzna podszedł do niej powoli i założył na jej nadgarstki kajdanki. Prawdziwe pieprzone kajdanki z metalu! - Czyli to nie wstęp do kiepskiego pornosa? - zaśmiała się nerwowo, ale nikt inny nie załapał jej żartu. Kurwa. Czyli to jednak było na serio.
- Naprawdę taka szopka za lisa? Za ten samochód? Słuchaj właścicielem jest mój ojciec i on nie wniesie oskarżenia... - chyba... Tego akurat nie mogła być pewna, ale przecież musiała jakoś się wybronić. Jeszcze nie wiedziała, że ta cała akcja nie była wynikiem jej małego nocnego szaleństwa. Sprawa ta miała drugie dno. Znacznie gorsze, ale tego miała dowiedzieć się już na komisariacie. W miejscu, do którego będzie zmuszona pojechać na tylnej kanapie radiowozu. Prychnęła, już mniej pewnie, gdy zaczęto ją prowadzić. Zaparła się nogami, gdy jeden funkcjonariusz otworzył drzwi i próbował ją zmusić do potulnego wejścia do radiowozu. Czekała na jakikolwiek gest ze strony Aarona, ale na próżno. Tym razem nikt nie chciał uratować jej zgrabnego tyłeczka z tych problemów. Miała przejebane. I tego akurat była teraz pewna.

Aaron Blackwood
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Kilkugodzinne siedzenie w samochodzie i przyglądanie się pustemu domowi w nadziei, że pojawi się podejrzany nijak emocjonujące nie było. Ważne, to prawda, ale nie miało w sobie niczego urzekającego, przez co Aaron zaczynał się nudzić. Gdzieś w głowie pojawiały się myśli, żeby wyjść, zobaczyć, rozprostować kości. Za to druga strona, ta bardziej logiczna upomniała go i przypominała, że najmniejszy ruch z jego strony może spłoszyć podejrzanego. Zakładając oczywiście, że będzie tak łaskawy, żeby zaszczycić ich swoją obecnością.
Dlatego oznaki obecności w budynku potraktował niemal jak zbawienie ratujące go od zasiedzenia się. Jeszcze chwila, a niechybnie przyrósłby do fotela.
Starając się zachować wszelkie środki ostrożności, przejęli dom. Kilku na zewnątrz, dla pewności oraz ekipa w środku, mająca skomplikowane zadanie pochwycenia potencjalnego podejrzanego. jak na kogoś, kto powinien mieć trochę więcej wprawy, osobnik okazał się być niemal nowicjuszem, szybko naprowadzając Aarona na pomieszczenie, w którym siedział. Ach, gdyby wszystkie zbiry ułatwiały tak pracę, świat byłby znacznie przyjemniejszym i bezpieczniejszym miejscem.
-Różne rzeczy chodzą takim jak ty po głowie, więc nigdy nic nie wiadomo - odpowiedział i ogarnęło go dziwne uczucie. Jakby już teraz coś przeoczył. Głos nie był obcy, był dziwnie znajomy, ale umysł wypierał ewentualność, w której to ktoś znajomy mógłby znajdować się na potencjalnym miejscu przestępstwa. Dopiero kiedy wzrok padł na twarz młodej kobiety, owa ewentualność stała się prawdą.
Skłamałby, gdyby powiedział, że nie był zaskoczony. Skłamałby również, gdyby powiedział, że wcale nic nie przewróciło mu się w żołądku. Czy ci ludzie ostatnio powariowali? Co rusz trafiał na kogoś, kogo znał, kiedy tylko docierał na miejsce przestępstwa.
Opuścił trochę broń, nie chcąc dłużej w nią celować. Musiał zachować profesjonalizm, ale w takich momentach bywało to trudne. Pojawiło się wiele pytań, które tylko czekały na zadanie.
-Co ty tutaj robisz, Blais? - Jasne, że chciał wiedzieć. Może złe miejsca, może zły czas. Może potrzebowała pomocy?
A może była winna?
Było wiele opcji, a wielu z nich nie chciał nawet brać pod uwagę. Skupił się zamiast tego na drugim policjancie, który ją skuł. Patrzył, jak ją odprowadzali, nie wypowiadając ani jednego słowa. Chciałby porozmawiać z nią na osobności, ale nie było mu to dane. Czyli musieli polegać na oficjalnej drodze.
Wrócił do samochodu, stając przy tym, w którym siedziała kobieta.
-Od razu do pokoju przesłuchań. Upewnij się, że do mojego przybycia nikt nie będzie z nią gadał - rzucił do policjanta zajmującego miejsce za kierownicą. Kiedy uzyskał potwierdzenie, spojrzał przez szybę na rudowłosą. Wydawała się wystraszona, ale czy nie każdy by tak zareagował na jej miejscu? Winna czy niewinna? Serce wybrało opcję drugą, rozum powstrzymał się od odpowiedzi.
Patrzył za odjeżdżającym samochodem, wracając do środka, gdzie poczekał na techników. Podczas przeszukiwania domu znaleźli jeszcze dwie sztuki broni, której daleko było do legalnej. Na co komu dwie z zamazanym numerem i jednak z widocznym, po którym dotarli do tego domu? Coś mu tu nie grało, chociaż nie był w stanie jasno powiedzieć co.
-Dokończcie robotę i dajcie mi znać, czy znaleźliście coś jeszcze - pożegnał się z technikami, kierując się do komisariatu. To będzie długa noc.
Zgarnął kubek z gorącą kawą i wszedł do pokoju, w którym od dłuższego czasu siedziała podejrzana. Byli w pomieszczeniu sami, chociaż kamery dokładnie rejestrowały ruchy, a mikrofony umożliwiały słuchanie tym, którzy byli po drugiej stronie lustra.
Podsunął jej kubek z kawą, uważnie przyglądając się jej sylwetce.
- Tylko bez zbędnego kręcenia. Coś ty odwaliła? Co robiłaś w tym domu? - wlepił w nią ciemne spojrzenie, kiedyś czułe, teraz chłodno poważne.

Gabriela R. Blais
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Tylu chłopa na jedną bezbronną kobietę. Mało która mogła pochwalić się takim zainteresowaniem. Doceniłaby bardziej ich sexy wygląd, gdyby nie fakt, że mierzyli do niej z prawdziwej broni. I to zapewne jeszcze z pełnym magazynkiem. Jeden niewłaściwy ruch i zrobiliby z niej pięknie krwawiące sito. Gdyby wiedziała, że ktoś sprzątnął jej sprzed noska broń i próbował ją wrobić w morderstwo, to wykazałaby się większą finezją. Tak łatwo nie podłożyłaby się im na złotej tacy, prosto przed mordki.
- Przyszłam po moje rzeczy. - nie było sensu kłamać. Dalej klęczała pośrodku syfu, którego narobiła szukając dokumentów, które tutaj zostawiła sześć lat temu. Czy włamanie do rodzinnego domu było nielegalne? Zbyt wiele pytań, żadnych odpowiedzi. A kajdanki na jej nadgarstkach zbyt mocno przypominały o tym, jak bardzo była teraz w dupie. I gdyby nie widok starego przyjaciela, to odpierdoliłaby jakąś heroiczną próbę ucieczki, ale był tu Aaron. A on jej pomoże, prawda?
Oby zbyt mocno nie przejechała się na tej wierze.
Irytująco gwizdała przez całą drogę. Było jej w chuj niewygodnie w radiowozie, gdy siedziała ze skutymi rękoma, a rzucało nią na każdą stronę, na każdym zakręcie. - Chcesz mnie przelecieć, że tak patrzysz? - zapytała w końcu, gdy jej spojrzenie po raz kolejny spotkało się z tym należącym do kierowcy. Rude. Już nawet rozmowa ze ścianą była lepszą opcją. Może wtedy uniknęłaby w razie czego więzienia i wysłaliby ją w ostateczności do wariatkowa? Grałaby sobie w karty z jakimś psychopatą i wszyscy byliby szczęśliwi. Na pewno była to lepsza wizja przyszłości niż pomarańczowe wdzianko i breja na śniadanie.
Dobra, jednak jazda na komisariat była znacznie lepszą rozrywką niż pokój przesłuchań. Kamera była zwrócona w jej stronę, gdy siedziała na niewygodnym krześle, dalej skuta, pozbawiona jakiejkolwiek rozrywki. Coraz bardziej musiała skorzystać z toalety, a jej brzuszek grał marsza, marząc o jakimś burgerku i frytkach. Mógł być nawet pączek, którego zapewne tu nie brakowało. Jak tu ją ciągnęli, to minęli takiego jednego typa, co na bank miał poukrywane słodycze po szafkach.
W końcu ktoś łaskawie podszedł do drzwi.
Aaron.
Wyraz jego twarzy jej się nie podobał. Było jeszcze gorzej niż zazwyczaj. A nieraz robił jej wykład o przykładnym życiu w trzeźwości i takich tam bzdurach. Zazwyczaj przestawała go słuchać po którymś zdaniu.
- Kawa? Nie mogłeś mi chociaż przynieść czegoś ze Starbucksa? Chcę telefon. Muszę kogoś powiadomić, że tutaj jestem. - przyjęła jednak papierowe naczynie i powąchała jego zawartość, krzywiąc się nieznacznie, gdy poczuła swąd spalonych ziaren. Powinni zainwestować w nowy ekspres.
- Mieszkałam tam? Starego nie ma, a ja nie miałam kluczy. Potrzebowałam moich dokumentów. O co tak właściwie cała ta jazda? Wiem, że miałam w bagażniku lisa, ale serio? Od razu spluwy? - kompletnie nie wiedziała, o chuj mu chodziło. I nawet nie musiała udawać debila.

Aaron Blackwood
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
29 y/o
Welkom in Canada
188 cm
detektyw wydziału zabójstw w Toronto Police Service
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Myśli w głowie Aarona szalały z prędkością światła i potrzebował chwili, by je trochę uspokoić. Nijak nie było mu na rękę pojawienie się Gabrieli na miejscu zbrodni. Ba, on zdecydowanie wolałby, żeby nie stała na środku tego cholernego pokoju w otoczeniu porozrzucanych papierów. Nie, kiedy miejsce to miało związek z poważnym przestępstwem. Czy ona naprawdę nie potrafiła usiedzieć na dupie chociaż przez chwilę, zamiast pakować się w kłopoty? Do tej pory mógł ją z nich wyciągać, teraz jednak sprawa zdawała się znacznie bardziej skomplikowana. Po pierwsze pojawiła się domu, w którym mieszkał właściciel broni użytej do zabójstwa. Po drugie, nawet jeśli Aaron by jej uwierzył, zbyt wiele osób ja tam widziało, więc jej kolejne zniknięcie było zwyczajnie niemożliwe. Dokładając do tego jeszcze procedury, którymi musieli się kierować, powstało prawdziwe bagno, które z każdą kolejna minutą pochłaniało rudowłosą kobietę coraz bardziej.
Westchnął, przeczesując dłonią włosy. naprawdę starał się nie dopuszczać do siebie myśli, że mogłaby być w to wszystko zamieszana, ale cholera, te zbiegi okoliczności były tak pokręcone, że aż ciężko było w nie uwierzyć. Liczył, że kiedy tylko znajdzie się na komisariacie, wszystko zostanie wyjaśnione. Zakładając oczywiście, że zastosowano się do jego polecenia i nikt przed nim nie będzie z nią rozmawiał. Licho wie do czego byli zdolni niektórzy policjanci. Nie był aż takim świeżakiem, by nie zdawać sobie sprawy, że niejeden naginał zasady byleby tylko uzyskać odpowiednie przyznanie się do winy. Nie chciał by podobny los spotkał Blais, dlatego po krótkiej rozmowie z technikami udał się na komisariat. Jasne, że na miejscu powinien spędzić trochę więcej czasu, ale czego się nie robiło dla dawnych znajomości!
Kiedy tylko znalazł się z nią sam na sam, lekko zmarszczył brwi. Chciało mu się krzyczeć, więc powinna być wdzięczna za opanowanie, którym się wykazał, bo w innych okolicznościach przełożyłby ja przez kolano i porządnie dupsko sprał.
-To nie jest koncert życzeń, Blais. Zadowól się tym, co my musimy znosić każdego dnia - powiedział poważnie, uważnie ją lustrując z krzesła znajdującego się po przeciwnej stronie biurka. Mało przyjemna konwersacja, ale w swoim zawodzie musiał się liczyć ze wszystkimi okolicznościami. Nie wszystkie były przyjemne. - Telefon dostaniesz za chwilę, ale jeśli powiadomisz prawnika zanim odpowiesz na moje pytania, nie będę mógł ci pomóc - powiedział, chwilę wcześniej wyłączając mikrofon dzięki czemu nikt nie mógł ich podsłuchiwać. Wiedział, że za lustrem weneckim również nikt nie stał. Miał zamiar chociaż chwilę wykorzystać na przysługę, którą jej właśnie oddawał. - Mamy trzy minuty, później muszę wrócić oficjalnego przesłuchania - dodał, wskazując głową na kamerę. Jak dobrze, że nagrywała tylko obraz.
Zmarszczył lekko brwi, słuchając jej odpowiedzi.
-Jaki kurwa znowu lis? O czym ty chrzanisz? - westchnął, przecierając dłonią twarz. To zdecydowanie nie będzie łatwe. - Ten dom jest potencjalnie miejscem zbrodni - powiedział, nie mając póki co zamiaru zdradzać jej żadnych szczegółów. - Kto tam mieszka na co dzień?

Gabriela R. Blais
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
27 y/o
Indulge in local cuisine
173 cm
i'm just kidding A to nie do mnie tak
Awatar użytkownika
You're a bad idea but I like bad ideas.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji-
postać
autor

Tylko ona miała taki talent, żeby pojawić się w takim miejscu o takiej porze. Żyjąc w przeświadczeniu, że zgarnięto ją za pierdółkę, która nie wymagała tylu chłopa uzbrojonych po zęby. Obecność Aarona zdecydowanie nie powinna napawać jej optymizmem. W końcu to świadczyło o tym, że miała do czynienia z wydziałem zabójstw, a facet, którego ostatnio widziała z tym lisem, był przecież całkiem żywy. Nic tutaj się nie kleiło. Normalna osoba pewnie już płakałaby. Błagała o kontakt z prawnikiem, ale ona nie należała do tych kobiet.
Wyglądał HOT w tym swoim mundurku. Z tą bronią przy pasku. W takim wydaniu jeszcze nie miała okazji go poznać. Ten groźny błysk w oku zwiastował kłopoty. Był wkurwiony, a to jeszcze bardziej potęgowało doznania. Już na koniuszku języka miała teksty, które nie przystawały dopiero co osadzonej damie, ale coś w jego tonie głosu kazało jej zamilknąć.
Na chwilę.
Dłużej i tak zapewne nie wytrzymałaby.
- To już na ulicy idzie wyżebrać lepszą kawę. - mruknęła pod noskiem, przysuwając kubeczek w swoją stronę. Mógł chociaż dać trochę mleka. Jak widać tutaj, to zbyteczny luksus. Jak wyjdzie z tej nory, nawet kupi mu po drodze jakiś kartonik, bo to wołało o pomstę do nieba. Jak ktoś miał dbać o bezpieczeństwo na ulicach, gdy nawet ekspres był tutaj do dupy?
- Ukradłam Mustanga z podjazdu. I w bagażniku mam lisa. Jakiś typ mi go dał, żebym przemyciła przez granicę. - starała się, jak najkrócej wyjaśnić całą lisową aferę, bo halo! Przecież mieli tylko trzy minuty. Widziała dezorientację na jego twarzy. Ona była w jeszcze większym szoku. Bo jeśli nie chodziło o małego rudzielca...
- Miejsce zbrodni? - powtórzyła za nim powoli. Nie przesłyszała się. Zdecydowanie mówił o miejscu zbrodni. Kurwa. Przecież nie było tam żadnych taśm policyjnych i przede wszystkim zwłok. Więc o czym on, kurna, mówił.
- Mój stary pewnie jest na misji. Jest wojskowym. Nie miałam kluczy i potrzebowałam pewnych papierów z mojej firmy. Chciałam wmówić mundurowym na granicy, że w transporterku jest mój podopieczny, a nie lis. Włamałam się do własnego pokoju, do cholery. - pociągnęła mocniej za kajdanki i syknęła, gdy metal otarł delikatną skórę na jej nadgarstkach. - Przejdź do rzeczy, Aaron. Po chuj tam byłeś? Mój ojciec coś odpierdolił? - w to akurat byłaby w stanie uwierzyć. Mężczyzna, który ją wychował, miał wiele problemów ze sobą i przejawiał nawet skłonności do agresji. W życiu jednak nie przypuszczałaby, że ktoś zajebał stamtąd jej broń, która leżała tam od lat, odpowiednio zabezpieczona.

Aaron Blackwood
Verdsa
Mordeczko po prostu polej
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Police Service Headquarters”