ODPOWIEDZ
32 y/o
NARRATORSKI PIESEK
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

To zdecydowanie nie był dobry dzień. Niemal od początku czuła się dziwnie przytłoczona psychicznie przez ostatnie wydarzenia, które miały miejsce w jej życiu - od tego cholernego sąsiada, który machał jej bronią przed twarzą, by później wparować do jej mieszkania jak gdyby nigdy nic, poprzez stalkera, który nie dawał jej spokoju nadal atakując swoją obecnością, chociaż nigdy tak naprawdę nie było go blisko niej, a kończąc na sekcji zwłok dziesięcioletniego chłopca, którego znaleziono w opuszczonym pustostanie. Chociaż wiele razy zdarzało jej się przeprowadzać sekcję tak młodych osób, zawsze zostawiało to piętno na jej psychice. Bezsensowna śmierć dziecka uderzała, zwłaszcza, kiedy człowiek i tak był emocjonalnie rozstrojony, nie potrafiąc nad sobą zapanować.
Być może właśnie to sprawiło, że Olivia irracjonalnie uznała, że fantastycznym pomysłem będzie wrócenie do domu na piechotę. Jej samochód był aktualnie w naprawie, a komunikacja miejsca o tak późnej godzinie potrafiła być zdradliwa. Czekanie na taksówkę zajęłoby więcej czasu, niż przejście niewielkiego dystansu dzielącego jej od miejsca pracy do mieszkania. Dodatkowo potrzebowała przestrzeni, w której mogłaby pomyśleć, a jej własny dom zdawał się być na to za ciasny, chociaż nikt nigdy nie okresliłby tego apartamentu małym. Dławiła się tam po incydencie, który miał miejsce kilkanaście tygodni temu - odkrycie w barku drogiej butelki alkoholu, którzy nie należał do niej i nigdy nie został jej podarowany sprawiło, że nawet tam nie czuła się już bezpiecznie. Jaka więc była różnica, czy narażała się tutaj, czy tam?
Westchnęła, poprawiając torbę przewieszoną przez ramię; nigdy nie lubiła tych trzymanych w dłoni, uważała, że są niepraktyczne i aż prosiły się o to, by zostać wyrwanymi przez ulicznych złodziejaszków. Z taką, którą miała teraz, było znacznie więcej zachodu, bo niepostrzeżenie nie dało się tego zrobić. Czy to nie zabawne, że w takim momencie, kiedy miasto tonęło w półmroku, niemal w ciszy, która była tu abstrakcją, Calvert rozmyślała właśnie o tak prozaicznych rzeczach, jak rodzaje toreb oraz ich wady i zalety. Chyba serio traciła zmysły, ewentualnie szare komórki, upodabniając się do niektórych swoich koleżanek potrafiących rozprawiać jedynie o makijażu, zakupach oraz randkowaniu.
Niespodziewanie, tuż po tym jak znalazła się w bardziej odosobnionym miejscu, w połowie drogi do mieszkania, usłyszała za sobą dźwięk, którego nie dało się pomylić z niczym innym - kroki. Odbijały się cichym echem od ścian budynku sprawiając, że momentalnie przez jej ciało przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech, zwalniając, chcą sprawdzić, czy jej się nie przesłyszało. Kroki jednak się powtórzymy, zmuszając ją do zmiany podejście - musiała przyspieszyć. Długo walczyła ze sobą, by się nie obrócić jednak ciekawość zwyciężyła, zresztą chciała też sprawdzić dzielący ją dystans. Niewielki obrót pozwolił jej dostrzec samotną postać, skrytą niemal w całości w czerni, która leniwie podążała za nią. Może to nic takiego? Może to wcale nie był ten, który swoim jestestwem mieszał jej w zmysłach?
Opanuj się, kobieto. To zapewne zwykły spacerowicz.
O północy.
W takim miejscu.
Cały na czarno.
Zdecydowanie jej to wszystko nie pomogło. Zacisnęła mocniej dłoń na pasku torby, starając się ogarnąć i zwalczając silną ochotę na puszczenie się biegiem przed siebie.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

14.

Noc była wyraźnie głodna. Przyglądał się wnętrzu miasta które odbijało się bez przerwy w jej zwierciadle, czarnej mazi budynków, błyszczącym lampionom świateł które ze wszystkich stron, niemal z gestem czułości, zaczynał spowijać mrok. Ulice stały się puste jak wylinki, jak środek grubych kokonów skąd dawno wypełzła forma i wzniosła się w stronę nieba. Ulice stały się puste, nie było żywego ducha, nie było już nic żywego. Nawet on…? On. Tylko on. Znów samotny. Pomyślał przez krótki moment dlaczego wciąż tutaj był. Dlaczego ciągle się błąkał, wystawiony samotnie niczym podatny cel. Przygryzał wnętrze policzka nie będąc w stanie odszukać odpowiedzi. Może dlatego że bardzo niewiele rzeczy dziejących się w jego życiu miało naprawdę sens. Wszystkie jego relacje były niezwykle krótkie. Sam zresztą siebie do tego doprowadził, dlaczego więc się zamartwiał? Westchnął, zniecierpliwiony. Martwił go fakt, jak wiele wydarzyło się w ostatnich tygodniach i martwił go również wniosek, że nie czuł, nie czuł potwornie nic, żadnej iskry obawy. Martwił się tym, że wszystko przechodziło gdzieś obok, wznowa choroby jego matki, romans z osobą z pracy gdzie obiecywał sobie, by tego dłużej nie powtarzać i nawet tamte wszystkie bezsensowne relacje nawiązywane po różnych aplikacjach. Widok pacjenta gdy stwierdzał ostatni zgon. Po raz pierwszy od dawna zaczął z uporem pytać samego siebie d l a c z e g o . Zaczynał pytać, gdzie tkwił aktualny sens. Możliwe że nie był w stanie już nigdy go odnaleźć. Próbował teraz ochłonąć, przyspieszył, idąc dalej przed siebie, słysząc rytm własnych kroków dudniących o grzbiet chodnika. Powietrze stało się ostre i nastroszone chłodem, osadzając się równo w jego płucach. Wiedział, że należało skierować się do domu. Był sfrustrowany sobą, że bawił się w identyczne rozmyślania i trwonił wyłącznie czas. Należało żyć dalej, nadal w podobny sposób, bo w jaki inny, bo w jaki powinien żyć? Drgnął, widząc postać, która zaczynała majaczyć obecnie przed jego wzrokiem. Zauważył jedynie po obrysie, że musiała najpewniej należeć do kobiety. Zatrzymała się, a on doskonale zrozumiał, że znajdował się aktualnie w dosyć niezręcznym położeniu. Idąc do przodu, mógł tylko stać się oprawcą, a zawracając mógł wyłącznie ją utwierdzić. Nie chciał w końcu tłumaczyć się w żaden sposób przed służbami. Nie chciał zrobić jej (?) krzywdy.
- Czy mam przejść na drugą stronę, żebyś poczuła się swobodniej? - zapytał głośno, na tyle, by była w stanie go usłyszeć. Jego głos zakołysał się, uderzając echem pomiędzy elementami otoczenia. - …powiedzieć, że wolę mężczyzn? - przechylił głowę; obrócił wszystko w ponury, rzucony pospiesznie żart, wykrzywiając swoje wargi w kwaśny uśmiech. Dopiero później zrozumiał, co tak naprawdę miało miejsce i kogo naprawdę spotkał. Ruszył, podchodząc do niej, tak jakby otrzymał na to momentalne przyzwolenie. Nie wiedział, czy powinien żałować poprzednich słów jakimi szczodrze ją obdarzył, żartu, który mogłaby odebrać zbyt dosłownie. Czy grało to jednak rolę w tym przypadku? Nie mogło to mieć znaczenia. Nie powinno.
- Olivia - powiedział w końcu jej imię, skracając dystans do stopnia, w którym stał się dogodny. Pamiętał. Jak mógłby o niej zapomnieć? - Wystarczy już, że z nas dwoje to ja podjąłem złą decyzję - wypomniał jej ostatecznie. Nie powinna poruszać się samotnie o tej porze po Toronto. Co sprawiło, że znajdowała się teraz poza domem?


Olivia Calvert
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
32 y/o
NARRATORSKI PIESEK
166 cm
patolog sądowy Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
Even if everyone turns a blind eye, I'm fine
Even if it's a little far, I still climb
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimki
typ narracjinarracja trzecioosobowa
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Momentami nie rozumiała sama siebie. Miała wrażenie, że igra z losem jeszcze bardziej, niż do tej pory, jakby gdzieś podświadomie uważała, że jest nietykalna i tego przeświadczenia nie pozbawiły jej wydarzenie ostatnich tygodni, kiedy musiała zmagać się z jakimś psycholem, który utrudniał jej życie. Znalazła się do tej pory w wielu sytuacjach, w których zostało ono postawione na szali, a mimo tego nadal uparcie pchała się do przekraczania granic, sprawdzając co się poza nimi znajduje, zupełnie, jakby była od tego uzależniona. Może o to chodziło? Potrzebowała w swojej martwej (dosłownie) codzienności oznak, że jednak żyła i nie stawała się taka jak pacjenci, którzy lądowali na jej stole. Potrzebowała czuć, że mimo wszystko ma kontrolę i może w każdym momencie przerwać ciąg wydarzeń, który doprowadzał jej psychikę do wytrzymałości. Jak teraz, kiedy idąc przed siebie słuchała echa kroków osoby podążającej za nią. Serce biło jej niemiłosiernie szybko, niemal zagłuszając dźwięki, które wydawały jej buty dotykające chodnika. Czuła strach, który z wolna zaczął opanowywać komórka po komórce, rozprzestrzeniając się po jej drobnym ciele.
Sama była sobie winna.
Zacisnęła dłoń mocniej na pasku torebki jakby to miało jej w czymkolwiek pomóc. Znowu to robiła; znowu nie pomyślała o konsekwencjach, chociaż wiedziała, że teraz żadne miejsce nie było dla niej bezpieczne. Była zwyczajnie głupia, olewając zdrowy rozsądek. Wypuściła cicho powietrze, jakby nie chcąc wydawać z siebie kolejnych niepożądanych dźwięków i walczyła z chęcią odwrócenia się, by spojrzeć w twarz osobie, która była jej prześladowcą. Musiała stąd odejść jak najszybciej nie wystawiając losu na dalsze próby. Trzeba było wezwać tego Ubera. Kosztował z pewnością mniej, niż zszargane nerwy.
Nagle doleciał do jej uszu dźwięk, który idealnie złączył się z cichym mimowolnym krzykiem, który opuścił jej gardło. Nie planowała tego, ale odruch był zdecydowanie silniejszy. Jej umysł zaczął opacznie rozumieć słowa, które do niej doleciały. Brzmiały zdecydowanie przerażająco, jak zapowiedź kolejnej sceny z horroru, w którym ofiara dostała złudne poczucie bezpieczeństwa, chociaż było w nim coś znajomego.
Naprawdę zaczynała wariować.
Utwierdziła się w tym w momencie, kiedy postać zbliżyła się do niej dostatecznie blisko by mogła czuć jej obecność. W akcje chęci ratowania swojego życia, ostatniej rozpaczliwej próbie, zamachnęla się torbą spoczywającą na jej ramieniu, omal nie trafiając w głowę osoby, która tak śmiertelnie ją wystraszyła. I w tym momencie dostrzegła dobrze sobie znaną, przystojną twarz o oczach, które mogły przerażać, jeśli nie znało się osoby, do której należały.
-Na litość wszystkiego, Jude! Zwariowałeś?! Najpierw zostajesz wybawicielem, później omal oprawcą - wyrwało jej się z gardła znacznie głośniej, być może znacznie bardziej agresywnie. Omal nie dostała przez niego zawału. - Nie ciebie spodziewałam się tu zobaczyć, chociaż nie ukrywam, że jesteś znacznie przyjemniejszym widokiem - dodała, kiedy serce z wolna zaczeło się uspokajać. Opuściła torbę, która teraz niewinnie wisiała u jej boku. - Wygląda na to, że złe decyzje są domeną nas obojga. Jaką ty ostatnio złą podjąłeś? - westchnęła, przeczerując dłonią włosy pozwalając, by rozsypały się gęstym pióropuszem wokół głowy.

Jude Iverson
Eve
narracja pierwszoosobowa, nierealne sytuacje, postaci do porzygu idealne
33 y/o
DEBIUTUJĄCY SKRYBA
189 cm
chirurg ogólny w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
god doesn't love you. God despises you. So there's no hope and mankind is just a component of the device by which the devil creates itself. Are you with me?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiteraźniejszy/przeszły
postać
autor

Napięcie zdążyło opaść - stres pulsujący pod skórą rozluźnił się niczym lina, puszczając obecnie każdy z obolałych fragmentów jego świadomości. Wszystko się wyjaśniło, przynajmniej w samym, rzuconym tylko pośpiesznie założeniu, bo emocje, cały stos tych emocji, które teraz odczuwał, zmienił jedynie swoje źródło i gatunek. Ze zwykłej prostej obawy była obawa o nią, z niepewności powstała równie szybko niepewność związana z jej towarzystwem, nie było w nim żadnej ulgi, był tylko inny, dosadny ucisk pod mostkiem szarpiący krzywiznami żołądka. Nie lubił tego odczucia, nie lubił czuć się niepewny, nie lubił tego, jak aktualna sytuacja zaczynała narzucać mu niezręczność. Co rzeczywiście powinien był jej powiedzieć? Był hipokrytą, uznając, że nie miała prawa wychodzić o tej porze na zewnątrz. Czy mógłby się jej zapytać co pchnęło ją w te alejki, gdzie była w stanie usłyszeć jedynie własne kroki i oddech jaki rytmicznie spływał ciepłem po jej twarzy? Nie mogło go to obchodzić. Nie powinno. Rozdrażnił się samym sobą, czując, że nie był w stanie zwyczajnie być na to obojętny. Nie chodziło już nawet o tamto spotkanie w barze i nie chodziło też o to, że uczęszczali do tego samego miejsca pracy. …więc o co, do cholery, miało mu teraz chodzić?
- Zgodziłem się zamienić dyżurem - odparł jej po namyśle, kładąc z zastanowieniem dłoń na karku. Rozmasował przez chwilę swoje mięśnie napięte dookoła kręgosłupa. Nie był w stanie już dłużej się uśmiechnąć, na jego wargach zadrgała przez krótki moment atrapa, ponura i nieprzyjemna. Nie widział dalej powodów do radości poza samym spotkaniem, które mogło się skończyć dużo mniej szczęśliwie. Popełnił tak naprawdę wiele błędów ale żadnego z nich nie zamierzał obecnie wypowiadać. Sumienie, które posiadał, było od dawna w strzępkach, sycząc przede wszystkim na temat ostatniego romansu z inną osobą z którą miał później mijać się w szpitalu. W przypadku choroby matki wiedział że znajdowała się pod opieką właściwych specjalistów. On sam był z kolei nieznośnie nieprzewidywalny.
- Przestaję myśleć, że wyjście o tej godzinie było błędem - sprostował - skoro trafiłaś na mnie zamiast na jakiegoś kieszonkowca - zawiesił tutaj ton głosu, spuszczając na moment wzrok - albo gorzej - dodał ciszej, świadomy, że utrata torebki była rzeczywiście czymś niewielkim w obliczu krzywdy jaką był w stanie ktoś wyrządzić. Oboje wiedzieli jak wiele nieszczęść spotykało innych ludzi. Nie musieli na ten temat nic mówić, widując to bezustannie podczas swoich codziennych obowiązków. Stał tak przez chwilę i milczał, ze świadomością, że cisza drażni mu usta i wbija się w jego gardło. Milczenie tym wyjątkowym razem stawało się uciążliwe.
Nie wytrzymał i musiał ją zapytać:
- Dlaczego nie jesteś w domu?


Olivia Calvert
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
tranxene
jestem za głupia na triggery
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto City Hall”