40 y/o
For good luck!
189 cm
muzyk który gra wszędzie, gdzie go zechcą
Awatar użytkownika
We'll sneak out, while they sleep
And sail off in the night
We'll come clean and start over the rest of our lives
When we're gone, we'll stay gone
Out of sight, out of mind
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecia osoba
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Nie musiała znać się na niczym. Na muzyce, rodzajach gitar, tej artystycznej części życia, której przesiąknięty był Jasper i cała jego przestrzeń. Słuchała i chciała próbować, a to było w tym wszystkim najważniejsze. Po raz kolejny mógłby przytoczyć to proste zdanie - sztuka to miłość uprawiana publicznie – do tego zawsze się sprowadzała. Nie była po to, by ją rozumieć i analizować, a po to, by odczuwać. Dać pochłonąć się wszystkim emocjom. Dokładnie tak jak zrobiła to w barze, przy ich pierwszym spotkaniu i później, gdy znów sięgnął do jej duszy, wyśpiewując Elliotta Smith’a. Nie sądził, że nawet on w pełni rozumiał czym była muzyka. Potrafił grać, śpiewać i czarować na scenie, rzucając zaklęcia na widownię, ale nigdy do końca nie pojął, z czym wiązała się tak wielka moc. A może sama w sobie nie była niczym więcej niż tylko pomostem? Katalizatorem, który pozwalał reakcji zachodzić. Językiem, który pozwalał rozmawiać bez słów. Muzyka była więc narzędziem – a może to on był narzędziem muzyki? I znów, czy to miało jakiekolwiek znaczenie?
Nie musiała też wiedzieć czego chce. Nie w tamtej przestrzeni i nie przy nim. Świat i tak wymagał decyzyjności na każdym kroku. Wybierz – potrawę, kolor, drogę, godzinę. Zadecyduj o swojej przyszłości, już jako dziecko, które nawet nie poznało smaku życia. Odpowiedz na wezwanie do nieskończonego pędu i pamiętaj o uciekającym czasie. Szaleńczo przemijających latach, w których musisz stworzyć własną tożsamość, najlepiej stałą i niezmienną, jakkolwiek kapryśny nie okazałaby się reszta świata. Za dużo wymagań, za mało pewności i jeszcze mniej wolności.
Czego od niej oczekiwał? Tylko szczerości. I właśnie to mu dawała, wyrażając swoją niepewność. Stagnacja była w porządku. Zawahanie było tak ludzkim odruchem – znał je zbyt dobrze – nie zamierzał jej go odbierać, ani karać za brak zrozumienia kim była i czego tak naprawę pragnęła. Sam nie wiedział jak powinien się czuć, gdy zaprosił ją do swojego mieszkania i wtedy, gdy nalewał jej drinka. Nie rozumiał własnych emocji, które targały nim od czasu pierwszego spotkania i ucieczki do parku rozrywki.
— To tak jak ja. Chcę cały być tą chwilą. — Uśmiechnął się delikatnie. Mógłby wznieść za to stwierdzenie toast. Wypowiadając te słowa, zabrzmiała dokładnie tak jak on, za każdym razem, gdy próbował ją przekonać, że wszystko było w porządku. To niemal niedorzeczne, zbyt filmowe – jakby byli dwójką niespełnionych marzycieli, którzy w końcu na moment mogli pozwolić sobie na życie snami. Może wolność była niebezpieczna i uzależniająca, a oni pożałują, że dali się jej uwieść. Skoro jednak pragnęli chwili, nie obejmowała ona zmartwień o przyszłości. O tym, co przyniesie świt.
— Prywatny koncert dla ciebie? — Zerknął na nią i pokręcił głową. — Tylko rozmowę. Promocyjna cena. — Zażartował. Oboje powoli rozluźniali się. Może to alkohol, który zaczynał krążyć w żyłach, a może szczerość z jaką Jasper zaczął mówić o sobie, przełamując pierwszą barierę. Wydawało się, że chciała go słuchać po sposobie w jaki na niego patrzyła. Szklanka wędrowała do ust za każdym razem, gdy na chwilę zatrzymywał opowieść, spoglądając na nią. — Albo jestem bardzo odważny, albo bardzo głupi. — Skwitował tymi słowami jej podziw względem jego upartości w dążeniu do celu. Postawił wszystko na jedną kartę jak szaleniec, którym może w istocie był.
Minęła chwila nim zdradziła własną tajemnicę. Jasper niemal zakrztusił się miodowym whisky, gdy usłyszał jakim zawodem para się Solene. Jego oczy błysnęły – było w tym coś figlarnego – i roześmiał się szczerze. Przesunął spojrzeniem po bibułkach, które leżały na stole wyczekująco. Słodki zapach marihuany wyraźnie mieszał się z cięższymi nutami tytoniu i wyraźną wonią zapachowych świec. — Gdybym tylko wiedział, cholera… — zaczął, teatralnie gubiąc się we własnych słowach — ile drogowych przepisów złamałem po drodze? A t o tutaj? — Ruchem głowy wskazał na skręty. — Zdecydowanie nie jest legalne. Będę musiał szybko pozbyć się dowodów. — Wciąż żartował. Nie wydawał się traktować jej inaczej, tylko dlatego, że związana była z prawem, które zapewne wiele razy przekroczył. — Myślę, że bycie adwokatem wymaga pewnego rodzaju artystycznego podejścia. Prawo jest sztywne i niezmienne, ale przedstawienie go ludziom tak, by w nie uwierzyli? By chcieli cię wysłuchać? To sztuka. — Zerknął na nią, na trzymaną przez nią szklankę, która została opróżniona niemal w całości. Nie zamierzał odmawiać jej i tego. Miało skończyć się na jednym drinku, ale widocznie potrzebowała więcej. Skinął więc głową na leżącą na kuchennym blacie butelkę, niemo zapraszając ją, by sięgnęła po więcej, jeśli tylko chciała.
Głupio, odruchem mimowolnym, odwrócił na moment spojrzenie, gdy zrzucała z ramion skórzaną kurtkę. Skupił się na trzymanej w ręku gitarze, wodząc palcami po lakierowanym drewnie. Sam również dopił swoją porcję alkoholu – dotrzyma jej tempa, znajdując się w stanie podobniej lekkości. Uśmiechnął się delikatnie, gdy z jej ust padł najpierw wykonawca, a później krótki tekst piosenki, który chciała, by dla niej zagrał. Uniósł spojrzenie, napotykając jej oczy. Za rzucanym wyzwaniem kryło się coś jeszcze – coś, co z pewnością zrozumie, gdy tylko zacznie grać.
— A więc R.E.M. — Pokiwał głową, jeszcze przez chwilę ją obserwując. Cisza, która między nimi zapadła była pełna niewypowiedzianych pytań. Nie musiał jednak ich zadawać. Zamiast tego szarpnął za struny, próbując przypomnieć sobie tekst i rytm. Przez moment po prostu wygrywał cichą melodię, nucąc cicho pod nosem. Poczuł jakieś kuriozalne zdenerwowanie, niemal sceniczną tremę, bo nie miał dać koncertu tłumowi nieznanych twarzy. Miał zaśpiewać dla niej utwór, który w jakiś sposób był istotny, odsyłał do stanów i miejsc, o których nie miała odwagi powiedzieć głośno; przynajmniej jeszcze nie.

When the day is long and the night
The night is yours alone
When you're sure you've had enough of this life, well hang on
Don't let yourself go


Początek był cichy i niemal nieśmiały. Słowa, które płynęły z jego ust zagłuszane były przez melodyjny dźwięk pociąganych strun. Z każdym kolejnym wersem nabierał jednak pewności. Jego głos wydawał się łagodniejszy niż tam na scenie, cieplejszy, ale również mniej stabilny. Wibrował i drżał, ale to tylko sprawiało, że występ nabierał zupełnie nowej autentyczności. Chciała by było szczerze i dokładnie to otrzymała.

'Cause everybody cries and everybody hurts sometimes
Sometimes everything is wrong
Now it's time to sing along


Uległ pokusie, by na nią spojrzeć. Nachylić się nieco bliżej i uśmiechnąć się, jakby faktycznie chciał, by dołączyła do śpiewu. Obserwował emocje, które malowały się na jej twarzy. Drobne spięcia mięśni, jakby spróbował wejrzeć głębiej, poza ubieraną na co dzień maskę, która stała się dla Solene drugą skórą. Nie chciał być przy tym jednak zbyt nachalny, po chwili więc wrócił spojrzeniem do gryfu gitary.

When your day is night alone,
If you feel like letting go, hold on
When you think you've had too much of this life,
Well hang on

Przymknął oczy, pozwalając sobie na moment odpłynąć. Alkohol krążył żyłami, głowa była nieco lżejsza, a melancholijny dźwięk instrumentu kołysał umysł. To nie był szczęśliwy utwór, ale daleko mu było do czegoś, co pozostawiało po sobie tylko smutek. Dawał jakąś nadzieję, na to, że noce i dnie pełnie cierpienia nigdy tak naprawdę nie były samotne. Jeśli nie dało się znaleźć ukojenia w sobie samym, może dało się odszukać oparcie w kimś innym? Czasami przecież wystarczyło wiedzieć, że ktoś rozumie – te dłużące się chwile i tęsknotę za czymś, czego nie sposób nazwać. Czasami prosząc o pomoc, tak naprawdę nie oczekiwało się rozwiązania problemów, a tylko tego, by ta druga strona słuchała i pozwoliła się w sobie przejrzeć, jak w lustrze. Może w takim odbiciu kryło się coś więcej. Zamierzał więc grać, póki Solene nie każe mu przestać; póki nie usłyszy tego, co chciała usłyszeć.

Solene Rhodes
sheriam
nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Bar Poet”