26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Na jej dywagacje w kwestii Alexa parsknął jedynie śmiechem i pokręcił głową, myśląc o tym, że była wariatką. Oczywiście nie wziął tych rozważań na poważnie, niemniej zabawnie było ją sobie wyobrazić jako małą dziewczynkę uganiającą się za swoim bratem. Wtedy przecież jeszcze nie wiedziała o braku między nimi pokrewieństwa.
Już po minie ciemnowłosej zaczynał dostrzegać rażące podobieństwa między cechami, które wymienił u Ellie, a kobietą, za którą tak ostatnio przepadał. Jej oburzenie ukryte pod maską nonszalancji wydało mu się u r o c z e.
— Hmm… brakowało jej czegoś — zauważył niefrasobliwie. Przez kilka sekund przyglądał się jej naturalnie zaokrąglonych rysach twarzy, niebieskim, intensywnym tęczówkom i smukłemu nosowi, zastanawiając się nad czymś w myślach, po czym podniósł dłoń i opieszale poprawił niesforny kosmyk włosów za jej ucho, niby przypadkiem muskając kciukiem jej policzek. — Nie była szatynką — szepnął konspiracyjnie, pochylając się odrobinę w jej stronę, by w następnej chwili uśmiechnąć się zawadiacko.
Nigdy wcześniej nie zastanawiał się nad typem kobiety, na który zwracał szczególną uwagę, aczkolwiek sądząc po jego poprzednich wyborach, musiał przyznać, że ciemny kolor włosów zdecydowanie wpisywał się w kanon jego piękna. Cechy wyglądu nie stanowiły jednak dla niego najważniejszych atutów, jakie prezentowała kobieta. Dla niego liczyło się coś więcej. Coś, czego nie dało się odkryć po jednorazowej przygodzie w ciemnej uliczce, choć już tamto krótkie spotkanie zrodziło w nim zaintrygowanie.
Zwykle te głośne i charakterne omijał szerokim łukiem, bo stanowiły wyłącznie kłopoty, a on upierał się, że potrzebował wyłącznie spokoju. W Zoi jednak dostrzegł coś jeszcze, co podświadomie nakazywało mu to zgłębić bardziej. I wraz z każdym kolejnym spotkaniem przekonywał się, że to była dobra decyzja, która doprowadziła ich do właśnie tego momentu.
— Raczej nie masz czego zazdrościć — skrzywił się ni to z rozbawieniem, ni z zakłopotaniem, gdy uznała, że basen stanowił główną atrakcję podczas spotkań z rówieśnikami. — Pewnie zabrzmi to lamersko, ale nie miałem czasu na takie imprezowanie. Od dziecka byłem straasznie zarobiony — stwierdził lekkim tonem, kładąc nacisk na przedostatnie słowo, i podrapał się po głowie. — Wizyty na torze i szkoła pochłaniały mi masę czasu, a to nie sprzyjało zbyt wielu spotkaniom towarzyskim. Miałem kilkoro przyjaciół, głównie z akademii, no i Sandy — mówił z nutą niezręczności ukrytą pomiędzy typową dla siebie swobodą w tonie, na koniec sięgając po kartę albumu i cofając ją do tyłu, żeby wskazać na golden retrievera. Pies przez wiele lat był jego najlepszym przyjacielem i towarzyszem zabaw.
Jej wyobrażenia na temat jego dzieciństwa kompletnie rozmijały się z rzeczywistością. Jedyne, co świętował dość hucznie to jego urodziny, ale nawet to zdarzało mu się robić na torze. W gruncie rzeczy to on zazdrościł jej tej beztroski i wiecznego towarzystwa w postaci rodzeństwa. No i tych relacji z rodzicielką.
— To nie tak, że mama była przy mnie ciągle, nawet podczas wyjazdów — sprostował, widząc jej pytające spojrzenie. — Od zawsze znajdowała sobie jakieś ważne zajęcia. Angażowała się w wiele spraw jednocześnie, a sam pomysł fundacji powstał jeszcze zanim zacząłem zdobywać pierwsze punkty w gokarcie. Postanowiła przekuć nasze nazwisko w coś dobrego i dokonała swego. W tym roku fundacja uzyskała już pełnoletniość — uśmiechnął się kącikiem ust na ten żartobliwy akcent.
Dzieciństwo Luciena okupione zostało samotnością i często pozostawieniem samemu sobie z wiarą, że sam sobie ze wszystkim poradzi oraz że postąpi słusznie. Taka niestety była cena marzeń jego oraz jego rodziców, którzy równie ciężko pracowali na swoje zawodowe sukcesy. Obecnie mężczyzna cieszył się, że fundacja prosperowała na tak wysokim poziomie oraz że mógł przyczynić się do pomocy młodym kierowcom w spełnieniu swoich pragnień.
Zmiana tematu i rozmowa o Nathanie przywołała w nim wspomnienia, do których rzadko wracał. Śmierć bliskiego przyjaciela, z którym przeżył całe dzieciństwo i nastoletnie czasy, jak słusznie Zoya zauważyła, odcisnęła się na nim piętnem. Cholernie tęsknił za tym łosiem i twierdził, że nikt nie będzie w stanie zastąpić go w zespole, dlatego też nie chciał ścigać się z nikim innym.
Mimo wyuczonego opanowania, wkradła się w niego melancholia. Kiedy więc ciemnowłosa wtuliła się w jego ramię i poczuł jej bliskość, mimowolnie odetchnął i nakrył dłonią jej dłoń w pokrzepiającym geście. Nawet nie wiedział, jak potrzebował jej wsparcia, dzięki któremu teraz rozlało się po nim przyjemne ciepło.
— A czas nie leczy ran, tylko przyzwyczaja do bólu — odparł cicho w zamian, zdając sobie sprawę, że ona również straciła kogoś bliskiego. Mimo upływu lat to wszystko nadal w nich tkwiło, tylko przybierało trochę inną postać. Na jej nagłe wyznanie i poderwanie głowy, instynktownie podniósł na nią wzrok. — Tak? — Jej łagodność i blask w oczach, któremu przypatrywał się przez chwilę, wydał mu się ujmujący i przekonywał go do tego, że naprawdę w niego wierzyła. — Teraz, kiedy wybrałem inną ścieżkę, sprinty, zwłaszcza z kimś innym, wydają mi się takie… obce — powiedział, dzieląc się z nią swoimi obawami, bo poczuł, że dawała mu przestrzeń do otworzenia się przed nią. Ufał jej, co odbijało się w jego jasnym spojrzeniu, gdy patrzył na nią z taką uwagą.
To, co powiedziała chwilę później, sprawiło, że mimowolnie zadrżały mu powieki, a kąciki ust uniosły się w lekkim uśmiechu. Był skłonny uwierzyć, że Nathan powiedziałby coś w tym guście, tylko pewnie trochę innymi słowami. Po prostu do tej pory nie dopuszczał do siebie takich myśli.
Tymczasem Zoya poruszyła go na tyle, że nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Kiedy więc zetknęła się z nim ustami, położył swoją dłoń na jej i z ogromną czułością oraz delikatnością oddał jej pocałunek, który znaczył więcej, niż jakiekolwiek słowa. Niczym podziękowanie za pocieszenie, którego od niej nie wymagał, ale nie potrafił jej gestu nie docenić.
— Kto wie, może po wygraniu DTM pomyślę nad czymś więcej? Wiązałoby się to z wypełnieniem kalendarza — przyznał po chwili w zamyśleniu, gdy się od siebie odsunęli. Zoya potrafila być bardzo przekonująca, ale coś za coś.
Kiedy tak patrzyła na album, zastanowiła go jedna rzecz, którą podzielił się z nią w żartobliwym tonie. Jej odpowiedź jednak na moment całkowicie zbiła go z tropu. Czując ciepło jej dłoni, splótł ich palce i podjął jej głębokie spojrzenie. Bezwiednie uśmiechnął się trochę szerzej na jej wyznanie, po raz kolejny w ciągu tych kilku chwil czując oblewające go ciepło.
Nawet nie wiedział, czemu zmienił temat. Niemniej, kiedy ciemnowłosa pospiesznie wstała, żeby zajrzeć do lodówki, zrozumiał, co powinien był zrobić.
Zatrzymał ją przy kuchennym blacie. Złapał ją za rękę i przyciągnął zdezorientowaną do siebie, obejmując ją w talii.
— Tak się składa, że ja ciebie też bardzo lubię — mruknął do niej, skupiając wzrok na jej obłędnie niebieskich tęczówkach. — Twoją empatię i buntowniczą aurę. Wszystkie twoje skrajności, które składają się na Zoyę Weasley. — Wsunął swoją dłoń w jej włosy w czułym geście, a na jego twarzy na ułamek sekundy zabłąkał się uśmiech. — Nie ma drugiej takiej, jak ty — wyszeptał i musnął kciukiem jej policzek, by ostatecznie pochylić się i złożyć na jej ustach pocałunek.
Jedzenie mogło poczekać. Lucien obecnie był spragniony wyłącznie Zoi.

Gdy wziął ją na ręce i zaniósł na górę, tym razem nie towarzyszył im pośpiech. Tym razem Lucien naprawdę skupił się na doznaniach Zoi, swoimi pocałunkami i gestami dając wyraz temu, jak bardzo ją doceniał. Za wszystko, co mówiła i robiła, za jej obecność i cechy, które tak go ujmowały. Za rozmowę przy albumie, która zbliżyła ich do siebie jeszcze bardziej.
Podziękował jej tak, jak nie były w stanie zrobić tego słowa.
Z sypialni wywołał ich dopiero narastający głód, którego nie potrafili już dłużej ignorować. Z powrotem w spodniach dresowych usiadł przy blacie kuchennej wyspy i jadł swoją porcję makaronu, rozmawiając przy tym wesoło z Zoyą, kiedy usłyszał powiadomienie przychodzącej wiadomości. Zamiast sięgnąć po telefon leżący z drugiej strony blatu, niefrasobliwie poprosił bliżej siedzącą dziewczynę, by ją odczytała.
Zapowiedź Johnny’ego, że niedługo wpadnie z papierami do podpisu oraz omówić kilka kwestii marketingowych, przyjął z dużą swobodą, jakby to nie było nic takiego. Przy okazji wyjaśnił Zoi, skąd się znali oraz podzielił się opinią, że był naprawdę dobry w tym, co robił.
Kiedy Johnny zawitał do i c h drzwi, nowo przybyły początkowo był zaskoczony obecnością Zoi. Dość szybko rozpoznał w niej dziewczynę, na którą natknął się w szatni podczas lipcowej sesji treningowej, a potem w Misano. Podczas krótkiej rozmowy we trójkę podtrzymywał uprzejmy, nienarzucający niczego ton, zdając się być wyrozumiałym względem ciemnowłosej.
Dopiero, kiedy dziewczyna udała się na górę, żeby mogli zająć się pracą, menedżer subtelnie dopytał o szczegóły ich relacji, podkreślając przy tym, że miało to na celu jedynie upewnienie się, że Lucien jej ufał i był pewien tej decyzji. Kiedy w odpowiedzi Spencer uśmiechnął się i przytaknął twierdząco, Johnny zaznaczył jeszcze, żeby dał znać, jeśli forma tej luźnej relacji miałaby zmienić charakter.
Brunet rozumiał ostrożność swojego menedżera, ale też był mu wdzięczny za to, że nie drążył szczególnie tematu, przez co po chwili mogli przejść do zobowiązań.
Gdy skończyli, odprowadził Johnny’ego do drzwi. A potem pozostało mu już tylko dołączyć do Zoi i usnąć wtulonymi w siebie z poczuciem, że jej obecność, ciepło bijące od jej ciała i oddech delikatnie przenikający jego skórę na torsie były najbardziej właściwym doznaniem, jakiego potrzebował.



Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Uśmiechnęła się szczerze, po czym pośpiesznie zacisnęła usta, aby nie zdradzić, jak bardzo spodobała jej się jego odpowiedź (choć pewnie i tak zdążył to zauważyć). Ta wypowiedziana konspiracyjnym szeptem w dodatku w przekornej formie, była dla Zoi naprawdę znaczącym komplementem. Zrozumiała tę wymowną aluzję. Po prostu mu się podobała.
Kiedy stwierdził, że nie miała mu czego zazdrościć, intuicyjnie uniosła głowę znad albumu. Nieco wytrącona i... zdumiona, spojrzała na niego pytająco. Przecież każdy za młodu marzył o basenie na podwórku, przemknęło jej przez głowę.
Po chwili jednak zrozumiała, a jej spojrzenie gwałtownie złagodniało. Z jednej strony potaknęła ze zrozumieniem. Z drugiej zaś w jej jasnych tęczówkach zamajaczyła odrobina współczucia.
— Dobrze, że teraz masz mnie — rzuciła zwyczajnie, po czym w naprawdę grzeczny, nienachalny sposób się zaśmiała. — Możemy nadrobić kilka rzeczy z twojego dzieciństwa przy kolejnej wizycie w Huntsville — stwierdziła, gdy dostrzegła, że Lucien poczuł się niezręcznie, odsłaniając przed nią właśnie tę część swojej przeszłości.
Jednak nie było w tym przecież nic złego. Zoya naprawdę cieszyła się, że postanowił podzielić się z nią czymś tam prywatnym. I... t r u d n y m? Następnie spojrzała na golden retrievera i przesunęła dłonią po jego jasnym łbie na fotografii, stwierdzając, że Sandy była naprawdę urocza.
— Prawdziwa kobieta sukcesu — stwierdziła po dłuższym namyśle, gdy temat zmienił tok i zahaczył o personę Isobel Spencer.
Zoya hyba nie bardzo wiedziała, jak inaczej skomentować to wszystko, co właśnie usłyszała. Sama wychowała się w rodzinie, w której sukces nie definiował człowieka i nikt nie spieszył się, aby go osiągnąć. Weasleyowie byli małomiasteczkowi. Dosłownie. Żyli powoli, nie łasili się na sławę ani na pieniądze. Ponad wszystko stawiali rodzinę. Mieli raczej przyziemne marzenia, chociaż, no Ron czasem lubił bujać w obłokach. Zupełnie inaczej niż mama Luciena, a także biologiczni rodzice Zoi, u których zawsze czuła, że dążyli do posiadania czegoś lepszego; czegoś więcej.
Tą cechę czasem dostrzegała również u Luciena, gdy po raz kolejny opowiadał o karierze. Innym razem jednak, kiedy w jego bezinteresownych gestach przejawiała się ta niewyobrażalna troskliwość, miała wrażenie, że byli do siebie bardzo podobni.
— Poniekąd — mruknęła. Mimowolnie pomyślała o swojej mamie. Tęskniła za nią, choć nie pamiętała już, kiedy ostatnio płakała po jej stracie. Minęło tak wiele czasu, że twarz Acacii po trzynastu latach zaczynała powoli blaknąć w jej wspomnieniach. Pozostała jednak ta nieposkromiona m i ł o ś ć, którą zawsze czuła od swojej rodzicielki. — Zmiany zawsze wydają się obce. To normalne, że sama myśl o powrocie do sprintów budzi w tobie niepokój, ale może nadszedł czas, abyś wyszedł z własnej strefy komfortu? Hmm? — zapytała łagodnie, a zarazem z dozą zachęty.
To dziwne, ale Zoya zdawała się dostrzegać w oczach Luciena wręcz dziecięcą ufność, dlatego za wszelką cenę nie chciała go zawieźć. Była tutaj. Z nim i przy nim, gotowa wysłuchać go zawsze, kiedy tego potrzebował. Widziała, ile trudu, ale zarazem ile ulgi przyniosła mu ta niespodziewana i nieplanowana rozmowa. I pocałunek.
— Nie szkodzi. — Pokręciła wesoło głową. Nie zamierzała go przecież hamować. W tej relacji mieli przecież przestrzeń, aby przede wszystkim realizować własne plany. — Niedługo znajdę pracę i też będę miała mniej czasu. Zajmiesz się przynajmniej czymś pożytecznym — zażartowała.
Doskonale wiedziała, że tak jak powrót do pracy, tak i Blackout niedługo dobiegnie końca. Oboje będą musieli otrząsnąć się z tego tymczasowego, wspólnego życia. Nie było to jednak coś, na co Zoya nie czułaby się gotowa (JASNE). Gdzieś z tyłu głowy wciąż tliła się w niej myśl, że znajdą dla siebie czas. Wydawało się to przecież oczywiste, zważywszy na to, jak dobrze się dogadywali.
Wyznanie Zoi było tylko kolejnym, mocnym potwierdzeniem tego, co już od jakiegoś czasu kiełkowało w jej sercu. Lubiła go. Cholernie mocno go lubiła. Im dłużej przebywali w swoim towarzystwie, tym głębiej zakorzeniała się w niej świadomość, że nie wyobrażała sobie zakończenia tej jakże wartościowej znajomości.
Zoya była pewna, że nie chodziło już wyłącznie o seks. Ten przecież nigdy nie stanowił dla nich żadnego budulca - pomimo tego, że w Huntsville pojawiła się aluzja, że miał być fundamentem ich relacji. Jak się jednak okazało był jedynie kolejnym elementem, w którym doskonale do siebie pasowali.
W następnej chwili Zoya niespodziewanie się speszyła. Miała ochotę z tymi swoimi zaróżowionymi policzkami włożyć głowę do lodówki. Lucien jednak dopadł ją pierwszy i przyciągnąwszy do siebie, mocno objął w pasie, aż westchnęła zaskoczona. Odruchowo ułożyła obie dłonie na klatce piersiowej mężczyzny i spojrzała na niego spod uniesionych brwi i z lekko rozchylonymi ustami.
Drgnęła, gdy wyznał, że również bardzo ją lubił, a potem zaczął wymieniać wszystko to, co składało się na jej osobę. Kolejny raz zadrżała, kiedy wplótł palce w jej włosy i po prostu ją pocałował. I nieświadoma wszystkich nazw swoich emocji, mimowolnie pomyślała, że mogłaby się w nim zakochać. Albo już to zrobiła. Wręcz to czuła, gdy po raz kolejny, splątani w namiętnym uścisku, oddali się upojnej rozkoszy.
Reszta wieczoru upłynęła w podobnej, przyjemnej atmosferze. W pełni zaspokoili swoje potrzeby, aby potem zwyczajnie dojadać makaron w kuchni. W pewnym momencie zgodnie z prośbą sięgnęła po telefon Luciena i wciąż z pełną buzią, raz po raz mlaskając, odczytała wiadomość od Johnnego. W pierwszej chwili drgnęła i nerwowo uniosła brwi, ale widząc obojętną postawę mężczyzny, który zaczął opowiadać jej co nieco o menedżerze, natychmiast się uspokoiła.
Wyglądało na to, że wszystko było w porządku.
Gdy Johnny zawitał do mieszkania, Zoya uprzejmie się przywitała i zaproponowała mu coś do picia. Potem z czystej grzeczności, na moment usiadła na kanapie obok Luciena i uczestniczyła w rozmowie o paru drobnostkach. Ostatecznie jednak pożegnała się i poszła na górę, aby mogli dokończyć interesy.
Zasunęła zasłony antresoli i niespiesznie przygotowała się do snu. Gdy Lucien do niej dołączył, pełna ufności i tego palącego przywiązania wtuliła się w jego tors, aby zakończyć ten intensywny dzień w jego ramionach.
Czy rzeczywiście była już zakochana?

K o n i e c.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”