ODPOWIEDZ
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

cztery
A.J. zniknął tak samo nagle, jak wcześniej nagle się pojawił. Wymknął się bez ostrzeżenia, pozostawiając ją z jednym spojrzeniem, całą masą wspomnień i milionem myśli, od których nie potrafiła się uwolnić.
Impreza Seemy zakończyła się dla Sami wraz z chwilą, kiedy A.J. wyszedł bez żadnego pożegnania. I właśnie od tamtego momentu nie była w stanie myśleć o niczym innym.

Nie wymyśliła sobie tego. Czuła to przecież wyraźnie. Tamtego dnia zdążyli wymienić się nie tylko niezliczoną ilością argumentów, słów i spojrzeń, ale również energią, która zdawała się pomiędzy nimi elektryzować. Mieli się pocałować. I kto wie, jak skończyłby się tamten wieczór, gdyby nie czekała tak długo, tylko po prostu to zrobiła.
Ale nie zrobiła tego. Uciekła wraz z chwilą, kiedy dołączyła do nich Seema. Potrzebowała, choć odrobinę otrzeźwieć. Wychodząc z łazienki z mokrym karkiem, miała poczucie, że jej się udało. A później wystarczyło jedno spojrzenie. Sameer uciekł bez słowa, choć wyglądał tak, jakby jednak chciał coś powiedzieć. Nie tylko jednak nie odezwał się i jej nie pocałował, ale i zniknął, pozostawiając ją z mętlikiem w głowie i tym samym stadem motyli w brzuchu.
Nigdy by się do tego nie przyznała, nawet przed sobą, ale liczyła na to, że się odezwie.
Nie odezwał się. I nie powinna być tym faktem zdziwiona. Nie powinna też sama o nim już dłużej myśleć. Nie była przecież nastolatką, która wzdychałaby do raz widzianego chłopaka, wmawiając sobie, że połączyło ich przeznaczenie, czy inne, nieistniejące gówno. Była Samirą Farhadi, a to zobowiązywało. A jednak każdej nocy, przed zaśnięciem, powracała do tamtego wieczoru; do pocałunku wiszącego pomiędzy nimi i do jego spojrzenia, stającego się swoistym pożegnaniem. Analizowała.
Opcji było przynajmniej kilka:
  1. Sameerowi mogło coś wypaść. Okazało się, że musiał szybko wracać do domu — i musiała być to dosłownie sprawa życia i śmierci. Mało prawdopodobny scenariusz, ponieważ w takim przypadku Seema powiedziałaby cokolwiek.
  2. Mógł być chujem i mieć dziewczynę. I o ile rzeczywiście mógł być chujem, to dziewczyny raczej nie miał, ponieważ znowu, gdyby miał, z pewnością dowiedziałaby się o tym od Seemy.
  3. Mógł być prawiczkiem, nie mieć doświadczenia i wystraszyć się, że już za chwilę będzie miał się całować z zajebistą dziewczyną. I chociaż ciężko było uwierzyć, że przystojny jak A.J. facet mógł rzeczywiście nigdy nie stracić dziewictwa, ale Samira wiedziała, że pozory lubiły mylić. Była więc to najbardziej prawdopodobna i przy okazji najbardziej jej odpowiadająca opcja.
  4. Mógł nie chcieć zadawać się z przyjaciółką siostry. I brzmiało to nawet całkiem prawdopodobnie, gdyby nie fakt, że Sameer musiał wiedzieć od samego początku z kim ma do czynienia. W końcu spotkali się w mieszkaniu Seemy, na jej parapetówce.
  5. Dla odmiany wina mogła też należeć do niej. Mogła zrobić coś głupiego lub powiedzieć coś, co zniechęciło go błyskawicznie, trzeźwiąc jego podekscytowanie. I dlatego Samira analizowała wszystko, co wydarzyło się tamtego wieczoru, a przynajmniej to, co po tej ilości ginu, była w stanie przeanalizować.
Ostatecznie nie było to istotne. Sameer milczał. Gdyby chciał, mógłby wziąć jej numer od Seemy. Mógł odnaleźć ją na uczelni albo znaleźć na głupim Instagramie. Nie zrobił tego. Dlatego Samirze nie pozostało nic innego, jak zainstalować pierwszy raz w swoim życiu Tindera i postanowić, że będzie chodziła na randki tak długo, aż odbije sobie tamten pocałunek.
Może powinna zacząć od wypalenia tamtego Camela, którego jej pozostawił, a którego już dwukrotnie przenosiła do nowej paczki. Wciąż był nietknięty. Czasem tylko wkładała go do ust, myśląc o tym, że było to jedyne, co pozostało jej z tamtego pocałunku. Naprawdę powinna go wypalić.
I to myśląc, sięgnęła do brązowej torby z wegańskiego zamszu. Najpierw zanurkowała ręką, licząc na to, że ot tak odnajdzie zdezelowaną, miękką paczkę swoich Marlboro Goldów, których nie zdarzało jej się palić rano. — Bo Samira w ogóle starała się palić okazjonalnie. Najczęściej robiła to do alkoholu, na imprezach. Czasem na przerwach. Rano nigdy. — Ręką natknęła się na drobny portfel z kartami, na zapalniczkę, na paczkę chusteczek, na swój notatnik, jeszcze raz na portfel, na pomadkę, o której istnieniu zapomniała, na książkę, która przedzielała całą torbę na pół. Westchnęła, przewracając oczami. Nie pozostało jej nic innego, jak zanurkować w tej cholernej torbie. Wciąż szła, ale teraz spuściła jeden z pasków torby z ramienia, niemalże wsadzając głowę do torebki. Drugą, wolną ręką przerzuciła książkę, notatnik, kolejną, mniejszą książkę, kosmetyczkę i butelkę z wodą.
Westchnęła poirytowana, jeszcze połowicznie znajdując się w torbie. Miała ochotę siarczyście przekląć, nie bacząc na to, że znajdowała się tuż pod uniwersytetem i być może mógłby usłyszeć ją któraś z osób, które uczestniczyły w zajęciach, które prowadziła. Wszyscy przecież znali te słowa. Zamiast jednak krzyknąć kurwa, krzyknęła:
— Sameer! — Nie zrobiła tego ani ze złością, ani z poirytowaniem, które jeszcze przed chwilą czuła, a z zaskoczeniem. Omal nie wyminęli się na chodniku, zupełnie się nie dostrzegając. Czy to możliwe, że już wcześniej mieli szansę przejść obok siebie całkowicie niezauważeni? Samira nie zamierzała się nad tym zastanawiać. Nie w tej chwili. Nie, kiedy w końcu znów stali sprzed sobą. Niemal bolesny dreszcz ścisnął cały jej brzuch, kiedy spojrzała na niego. Mimowolnie wspomnieniem wróciła do tamtej imprezy, do tamtych spojrzeń, które pomiędzy sobą wymieniali, do pocałunku, do którego ostatecznie nie doszło. Nie powstrzymała się, uśmiechnęła się szeroko, w tym momencie nie pamiętając już o tym, że wyszedł bez słowa i pozostawił ją, nigdy się nie odzywając. Może rzeczywiście był prawiczkiem i się wystraszył. — Też masz jakieś zajęcia tak wcześnie?

Sameer Shah
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

pięć
- Och, do jasnej kurwy – mężczyzna sapnął pod nosem, patrząc na smutnego, niebieskobiałego glutka leżącego na porcelanowym zlewie. Niebezpiecznie blisko odpływu. Sameer zagryzł wargę, rozważając przez kilka sekund wszystkie za i przeciw, zanim sięgnął palcem po resztkę pasty, którą chwilę temu udało mu się wycisnąć z opakowania. Nie mógł przecież pozwolić, żeby zmarnowała się tylko dlatego, że upadła do umywalki, która wyglądała, jakby ostatni raz czyszczona była…
Nie. Nie powinien się nad tym zastanawiać.
Niedokładnie posprzątany ogolony zarost i plama w rdzawym kolorze, okraszona zaschniętymi już na biało resztkami pasty do zębów, którą ktoś wcześniej tak lekkodusznie marnował, były reinterpretacją późnego Pollocka. Jak inaczej można było zresztą określić zwyczajny syf, który – jak zauważyły nie wzrok, a wrażliwy po całonocnym pijaństwie żołądek A.J.-a – otaczał go ze wszystkich stron? Prości, zwykli ludzie mogli być syfiarzami i bałaganiarzami. Osoby, które posiadały chociaż gram talentu, w swoim ciele, roztaczały wokół siebie artystyczny nieład. Jeden z wielu przejawów tego, jak wiele społeczeństwo było w stanie wybaczyć osobom wykazującym się przynajmniej odrobiną kreatywności i uroku.
A.J. westchnął ciężko, po czym wsunął palec do ust i zaczął szorować nim zęby. Szczoteczki, rzecz jasna, nie miał przy sobie. Najpierw przednie, potem te po bokach. Miętowy smak pasty był ledwie wyczuwalny. Przesunął językiem po zębach, po czym nachylił się nad umywalką i nabrał wody do ust. Wypłukał je raz, potem drugi, bardzo zdeterminowany do pozbycia się z ust nie tylko smaku pasty, ale także poprzedniego wieczoru. Dopiero po trzecim razie wyprostował się i podniósł wzrok na lustro. Tafla szkła pokryta była smugami, zaciekami i bliżej niezidentyfikowanymi plamkami. Shah pomyślał nawet, że w tym świetle jego odbicie przypominało rozmazany portret. Nachylił się nawet próbując ocenić czy ciemny ślad przy skroni rzeczywiście się tam znajduje, czy był tylko integralną częścią lustra. Przeczesał palcami włosy, a później przetarł twarz mokrymi dłońmi i chociaż w teorii miało go to otrzeźwić, to natychmiast tego pożałował. Zapach alkoholu i potu zdawał się osiąść na nim warstwą grubszą, niż jeszcze przed chwilą. Oparł obie ręce o krawędź umywalki i przez moment trwał tak z pochyloną głową.
Nie ma absolutnie żadnego powodu, żeby podejmować jakiekolwiek gwałtowne działania.
Negocjacje z własnym żołądkiem w tym stanie były koniecznością, ale ich wynik pozostawał niepewny. Potrzebował kawy. Wody. Prysznica. Czegokolwiek.
Brunet jeszcze przez chwilę stał nad umywalką, zbierając się w sobie. Musiał wyjść. Nie wiedział, czy bardziej przerażała go perspektywa opuszczenia tego wątpliwego schronienia, czy konieczność zmierzenia się ze światem zewnętrznym, ale musiał się wydostać. Ostateczne wyprostował się, poprawił koszulkę i sięgnął po telefon. Dochodziła ósma rano. Skrzywił się na widok godziny, ale nie było sensu dłużej zwlekać. Musiał wrócić do siebie, znaleźć coś do jedzenia i przede wszystkim napić się kawy. Najlepiej takiej, która nie smakowała jak rozwodnione błoto.
Wyszedł z łazienki i ruszył przez mieszkanie, po drodze omijając leżące na podłodze ubrania i pustą butelkę, która potoczyła się pod ścianę, kiedy trącił ją czubkiem buta. W świetle wpadającym przez okna impreza wyglądała zdecydowanie mniej atrakcyjnie niż poprzedniego wieczoru. Na stoliku stały niedopite drinki, obok kanapy ktoś zostawił talerz z resztkami jedzenia, jedna z poduszek leżała na środku pokoju. Nie było to jednak jego problemem. Zatrzymał się tylko na moment przy drzwiach, żeby sprawdzić zawartość kieszeni. Telefon, klucze, portfel. Wszystko na miejscu. Zapiął kurtkę i wyszedł na klatkę schodową, gdzie powietrze było wyraźnie chłodniejsze niż w mieszkaniu. Mógł zamówić taksówkę, ale sama myśl o siedzeniu w samochodzie i patrzeniu na przesuwające się za szybą budynki sprawiła, że żołądek nieprzyjemnie mu się ścisnął. A więc spacer! Październikowe poranki w Toronto miały zresztą w sobie coś, co Sameer zwykle całkiem lubił. Powietrze było chłodne, drzewa zmieniały kolory i traciły liście, powietrze nie było takie ciężkie jak latem. Tego dnia doceniał przede wszystkim temperaturę. Zimno pomagało mu nieco zebrać myśli, chociaż nie na tyle, żeby przestał czuć pulsowanie w skroniach. Wsunął dłonie do kieszeni i ruszył przed siebie, z ramionami uniesionymi nieco wyżej, niż normalnie. Kurtka, która poprzedniego wieczoru była wystarczająca, teraz wydawała mu się zdecydowanie zbyt cienka.
Downtown zdążyło już na dobre się obudzić. Ludzie mijali go w pośpiechu, niektórzy z kubkami kawy – szczęściarze! – inni z telefonami przy uchu. A.J. przepuścił kobietę, która niemal wbiegła na przejście dla pieszych i przez chwilę obserwował mężczyznę usiłującego jednocześnie zawiązać szalik i sprawdzić coś w telefonie. Nie wyglądał na szczególnie szczęśliwego. Trudno było mu się dziwić. Życie większości ludzi polegało na wstawaniu, zajmowaniu się rzeczami, na które niekoniecznie miało się ochotę i robienia tego samego następnego dnia. Po chodniku przeszła grupa studentów, rozmawiających głośno o czymś, co najwyraźniej wydarzyło się poprzedniego wieczoru. Dziewczyna idąca na końcu grupy śmiała się tak głośno, że kilka osób obejrzało się za nimi. Sameer również odprowadził ich wzrokiem. Nie zazdrościł im specjalnie. Gdyby jeszcze raz miał wybierać, czy chce spędzać poranki na uczelni, zdecydowanie znalazłby sobie coś lepszego do roboty. Zimno powoli zaczynało przenikać przez materiał spodni, a A.J. coraz częściej łapał się na tym, że najchętniej znalazłby jakieś spokojne miejsce, usiadł i przeczekał, aż przestanie czuć się tak fatalnie. Mógłby nawet zwinąć się w kulkę na ławce, pod warunkiem, że nikt nie próbowałby go stamtąd przeganiać. Nie potrzebował wiele. Kawa, woda, może coś słonego do jedzenia… Chociaż…
Przez chwilę rozważał możliwość, że zamiast kawy powinien jednak napić się czegoś mocniejszego. Nie była to myśl szczególnie nowatorska, podobne pomysły pojawiały się w jego głowie za każdym razem, kiedy przesadził poprzedniego wieczoru. Na razie jednak nie miał przy sobie niczego co mogłoby mu pomóc, a najbliższy sklep z alkoholem prawdopodobnie i tak był jeszcze zamknięty.
Kiedy znalazł się przy budynkach uniwersytetu, jego nastrój wyraźnie się pogorszył. Nie żeby wcześniej był szczególnie dobry, ale widok znajomych gmachów wystarczył, żeby przypomniał sobie wszystkie powody, dla których nie przepadał za tym miejscem. Zatrzymał się na moment i spojrzał na wejście, przez które przechodzili kolejni studenci. Sameer szczerze nienawidził tego miejsca. Gdyby tylko chciało mu się lać, bez większego zastanowienia odlałby się na jeden z krzaków przy wejściu. Może nawet na sam budynek. Nie chodziło nawet o tą konkretną uczelnię. Problem leżał znacznie głębiej, w samym pomyśle, że kreatywność można było zamknąć w salach wykładowych, opisać w podręcznikach, a następnie oceniać. Oczywiście, można było nauczyć się techniki. Można było poznać historię sztuki, nazwiska, nurty i inne rzeczy, które zapełniały programy studiów. Można było dowiedzieć się dlaczego jeden obraz uznawano za przełomowy, a drugi za niewarty uwagi. Najbardziej w tym wszystkim irytowali go jednak wykładowcy. Shah był wyznawcą teorii, że albo umierało się artystą, albo żyło wystarczająco długo, żeby zostać nauczycielem czy innym krytykiem.
Wsunął dłonie głębiej do kieszeni, gotowy ruszyć dalej żwawszym krokiem, nie chcąc poświęcać uczelni ani chwili więcej. Zdawało się, że kosztowało go to zadziwiająco dużo energii, właśnie dlatego przez moment nie zareagował, kiedy usłyszał swoje imię. Nie tę wersję, którą przedstawiał się niemal wszystkim, ale tę prawdziwą. Zatrzymał się, obracając twarz i próbując skojarzyć głos. A kiedy w końcu zobaczył kto go wołał przez chwilę po prostu patrzył się na dziewczynę. Jego mina mogła zostać zinterpretowana jako ta wyrażająca przyjemne zaskoczenie. Samira uśmiechała się do niego szeroko, a on sam mógłby w innej rzeczywistości uznać ten przypadek za miłą niespodziankę. Gdyby ktoś obserwował ich z boku, mógłby nawet pomyśleć, że Sameer potrzebował chwili, by oswoić się z widokiem dziewczyny, na której widok serce zaczęło bić mu odrobinę szybciej. W rzeczywistości serce biło mu szybciej już od samego rana.
Malala!
- Samira! – wykrztusił w końcu, po czym wziął głęboki oddech i na moment zatrzymał powietrze w płucach. – Zajęcia? Nie… Nie, nie miałem zajęć. Miałem… - urwał i obejrzał się przez ramię, dopiero teraz zauważając, że ktoś zatrzymał się tuż za nim. Shah przesunął się w bok, jednocześnie wyciągając rękę w stronę dziewczyny, żeby zasugerować jej to samo. Nie dotknął jej jednak, a po chwili cofnął dłoń i schował ją z powrotem do kieszeni kurtki. – Miałem spotkanie – rzucił, wracając spojrzeniem do dziewczyny.
Brzmiało to bardzo wiarygodnie, spotkania w końcu zdarzały się ludziom. Przesunął spojrzeniem po jej wężowych spodniach, zanim wrócił nim do jej twarzy. Czy pamiętała tamten wieczór równie dobrze jak on? Niestety, jego własna pamięć była w tej kwestii wyjątkowo szczegółowa. Co stanowiła pewien problem, biorąc pod uwagę, że wolałby pamiętać go trochę mniej.
- Słyszałem, że Tina jednak wygrała tę dyskusję. Mówiłem ci, że tak będzie – pokręcił głową, a później zmarszczył brwi. Bardziej na to, że nie mógł uwierzyć, ze zaczął tą rozmowę. Nieważne! – Co za ruch! Pewnie się spieszysz? – zapytał, zerkając na chodnik, którym mijali ich kolejni przechodnie.

Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

trigger warning
erotyczne delulu
Każdego wieczoru od czasu tamtej parapetówki Seemy, Samira zastanawiała się, jak zachowałaby się podczas kolejnego spotkania z Samem.
Gdy nastawał czas jej wieczornej rutyny, Sami wraz z ubraniami, zrzucała z siebie również obowiązkowość i powagę. Obowiązki odchodziły w zapomnienie, a na ich miejscu pojawiał się Sameer. Katowała się, odtwarzając każdy szczegół tamtej nocy; sposób, w jaki go zahaczyła, to jak motyw Grey’a przepływał przez całą rozmowę, sposób, w jaki na nią patrzył i to, jak ona sama nie mogła oderwać od niego wzroku, to, że tak po prostu, jak ostatnia idiotka, wytarła jego mokrą dłoń swoją ręką, to, że wcześniej oznaczyła butelkę szminką i to, jak niewiele brakowało do tego, aby się pocałowali. Fantazjowała o tym, co by się wydarzyło, gdyby Seema wtedy do nich nie podeszła. Nie skończyłoby się na pocałunku. Oczami wyobraźni widziała to, jak lizaliby się na tym cholernym balkonie niczym dwójka nastolatków. A później A.J. naparłby na nią, ona wystawiła do niego biodra, aż w końcu oboje nie byliby w stanie złapać oddechu. Znaleźliby więc bardziej prywatne miejsce. Być może wróciliby do kuchni albo od razu poszliby do łazienki. Gdzie by się nie znaleźli, znów zaczęliby się całować. A później Sameer włożyłby jej tę swoją piękną dłoń w majtki, powiedziałby coś o tym, że jest zajebiście mokra i… I co byłoby dalej?
Wtedy, tamtego wieczoru, Samira miała gotowość pójść na całość. Mogła tak po prostu uprawiać z nim niezobowiązujący seks taki, jaki uprawiali jej znajomi, a którego ona uprawiać nie miała zwyczaju. Bo prawda była taka, że Samira w ogóle nie miała zwyczaju uprawiać seksu. Ten, którego jednak przyszło jej w życiu doświadczyć, był przygodny. I był fatalny. Naprawdę fatalny tak bardzo, że przez długie lata nie miała ochoty tego doświadczenia powtarzać. Z Shahem byłoby inaczej.
Samira w swoich wyobrażeniach przechodziła więc do seksu, nie myśląc o tym, że by się wycofała, zrobiła cokolwiek głupiego, albo najzwyczajniej na świecie zwiała. Skoro było to ostatecznie nic innego, jak fantazja, Samira szła na całość. W swoim wyobrażeniu była więc doświadczona. Najpierw pozwalała rozpiąć sobie spodnie i zsunąć przemoczoną bieliznę, a później wylizać się. Nikt wcześniej jej tego nie robił, ale domyślała się, że musiało być to podobne uczucie do tego, które czuła, używając pingwinka, z tym że jeszcze lepsze. A po pierwszym orgazmie, A.J. posadziłby ją na pralce, czy umywalce i niedługo później doprowadził raz jeszcze. Oboje byliby głośni; dyszeliby i jęczeli naprzemiennie, nieustannie przy tym się całując.
No ale nie mieli na to szans. Nie mieli na to szans, ponieważ Sameer uciekł.
Kremując się i susząc włosy, Samira zastanawiała się więc, co zrobi, kiedy spotkają się po raz kolejny. Wyobrażała to sobie na różne sposoby. Najczęściej tak, że to on ją dostrzeże gdzieś na ulicy, gdzie być może wcale nie będzie przechodził przypadkiem. Zawołałby ją wtedy i jej pomachał, a ona uśmiechnęłaby się i odmachała mu. Albo lepiej udałaby na samym początku, że wcale go nie rozpoznaje. Być może właśnie tak by było. Nie rozpoznałaby go. Mogli też się natknąć na siebie u Seemy. Wpadliby do niej w tym samym czasie, po czym okazałoby się, że Seema nagle musi gdzieś wyjść, chwyciłaby torebkę i po prostu wyszła, a oni zostaliby razem w tej samej kuchni. Mogliby wyjść zapalić na balkon, w ten sam sposób, jak zrobili to na imprezie, a później wszystko potoczyłoby się tak, jak miało to miejsce w jej fantazjach. Albo mogliby wpaść na siebie całkowitym — już prawdziwym — przypadkiem, kiedy ona sama nieświadomie znajdowałaby się w okolicy jego mieszkania. Jak w durnych, sztampowych filmach, złapałby ich deszcz, ona przemokłaby całkowicie, on zaprosił ją do siebie na górę, gdzie zdarłby z niej wszystkie przemoczone ubrania. Mógł też do niej napisać. Mógł zadzwonić. Mógł przyjść któregoś dnia i powiedzieć, że uciekł wtedy, ponieważ jego przyjaciel chciał popełnić samobójstwo i koniecznie musiał mu pomóc, a później próbował ją odnaleźć, ale było mu głupio, że tak zniknął. Ta ostatnia historia była zresztą jej ulubioną. To ją najczęściej powtarzała sobie przed snem, choć minęło już zbyt dużo czasu, aby uwierzyć w to, że mogłaby być prawdziwa.
Aż teraz Sameer w końcu przed nią stał. Tylko że to ona jego dostrzegła, to ona go zawołała i to ona teraz uśmiechała się jak kretynka. Wszystko było nie tak, ale Sami o tym nie myślała. Nie umiała, ponieważ patrząc w te ciemne, brązowe oczy, myślała tylko i wyłącznie o tamtej chwili na balkonie, kiedy dzieliły ich już wyłącznie krótkie centymetry.
Odwróciła od niego spojrzenie tylko na chwilę wraz z tym, jak on sam się odwrócił, patrząc za siebie, co sprawiło, że i ona spojrzała w tamtym kierunku. Szybko jednak ponownie spojrzała na Sameera.
W sumie to nie wyglądał dobrze. Włosy miał potargane, pod oczami cienie, jego kurtka zdawała się być w dziwny sposób wymięta i ogólnie nie wyglądał tak, jakby mógł być po jakimkolwiek spotkaniu. Chyba że po randce. Mógł wracać właśnie od jakiejś dziewczyny. Od dziewczyny, którą najpierw wylizał, a później penetrował. Od dziewczyny, przed którą nie uciekł. Niemożliwe.
— Spotkanie? — Powtórzyła po nim. Nie było w tym pytani nic napastliwego. Ani jedna fałszywa nuta w nim nie zabrzmiała. Już wiedziała, dlaczego tak wyglądał. — Niech zgadnę, za tobą ciężka noc? — Spytała, ale nie czekała na odpowiedź. Doskonale to znała. — Pamietam, jak kończyłam pisać doktorat i byłam w ciągu, pisałam praktycznie do rana, a później musiałam jechać na uniwersytet. Albo miałam tak też z kilkoma artykułami. Wiadomo, w nocy pracuje się najlepiej, nagle zaczynasz pisać, nie możesz przestać, a później okazuje się, że za kilka godzin musisz gdzieś być na jakimś spotkaniu. — Znała to doskonale. Była dobrze zorganizowana, zwykle starała się pracować w ciągu dnia, ale czasem dobra passa brała górę nad codzienną rutyną. — Kawy? — Spytała, sięgając do kieszeni płaszcza, z którego wyjęła termiczny kubek ze swoją ultra mocną i ultra słodką, czarną kawą. Wyciągnęła go w jego kierunku.
Roześmiała się. Cholera! Właściwie to ani nie powinna proponować mu kawy, ani nie powinna się teraz śmiać. Wyszedł wtedy bez słowa i teraz też nic nie powiedział, a jednak sam wracał do tamtej imprezy. Nie udawał, że to wszystko się nie wydarzyło. Nawiązywał do Tiny, do dyskusji o Grey’u, a to oznaczało, że pamiętał to wszystko.
— To wszystko dlatego, że niespodziewanie doszło do zamiany. Tina zaczęła atakować Grey’a, trąbiąc o jego szkodliwości. Niestety udało mi się jej przekonać, że to literatura feministyczna. Może tobie by się udało, gdybyś został. — Nie przemyślała tych słów. I tym bardziej nie przemyślała ich brzmienia. Miała ochotę zamknąć oczy i w ten sposób cofnąć czas, a wtedy nie wypowiedziałaby tych ostatnich słów. Nie dało się jednak tego zrobić. A że Samira znów nie umiała odwrócić od niego spojrzenia, to patrzyła na niego z pewną dozą niezręczności, zdając sobie sprawę z tego, jak to zabrzmiało. Czy mogli wspólnie, konsensualnie uznać, że to się nie wydarzyło?
— Nie mów tego nikomu, ale ani trochę. — Szepnęła, pochylając się nieznacznie w jego stronę. Czy ona poczuła zapach alkoholu? Nie, niemożliwe. To jego kurtka śmierdziała dymem, musiał niedawno palić. — Studentki przechodzą fazę fascynacji incelami. Uważają, że to odkrywcze i niszowe, i zaraz będą mnie przekonywać, że to świetny temat na projekt badawczy. Czy możemy tam, zamiast mnie wysłać Tinę?

Sameer Shah
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Twarz Sameera nagle się rozluźniła. Właściwie, rozluźniło się całe jego ciało, jeszcze przed chwilą spięte w sposób, który wydawał się zupełnie nieuzasadniony. Teoretycznie nie skłamał – był na spotkaniu. Imprezy były spotkaniami, prawda? Takimi, które polegały nie tylko na piciu alkoholu i paleniu papierosów, ale również na szeroko pojętym networkingu. Najważniejsze decyzje biznesowe zapadały przy wspólnym stole, a nie w sterylnych salach konferencyjnych, a chociaż A.J. nie prowadził żadnego biznesu, o którym musiałby w jakikolwiek sposób decydować, w środowisku artystycznym znajomości bywały równie ważne. Może nawet ważniejsze, bo tutaj nikt nie miał pojęcia, co właściwie robi, ale wszyscy musieli znać kogoś, kto mógłby im w tym pomóc.
- Mówisz tak, jakbyś tam ze mną była – odpowiedział z uśmiechem. Nie musiał dodawać nic więcej. Ferhadi zdążyła już dopisać sobie resztę historii, a on nie zamierzał pozbawiać jej tej przyjemności. Nie mógł jednak powstrzymać się przed podkręceniem jej choćby o jeden stopień. – Zresztą… Nie wiem, czy powinienem ci już o tym mówić, ale możliwe, że niedługo będę miał okazję trochę poudzielać się na uczelni – zawiesił głos, jakby sam zastanawiał się, ile właściwie mógł zdradzić. - Kojarzysz profesora Martina? Kiedy studiowałem, zawsze myślałem, że z rana nie nadaje się do niczego, ale… Najwyraźniej się myliłem – pokręcił głową z rozbawieniem. Nie był pewien, czy profesor nadal pracował na uczelni, ale postanowił nieco zaryzykować. Zawsze mógł powiedzieć, że chodziło mu o kogoś innego. – W każdym razie, wygląda na to, że mam już to załatwione… Och, tak! – zawołał, może nieco zbyt entuzjastycznie na propozycję kawy.
Sięgnął po kubek termiczny Samiry, odkręcił nakrętkę i zajrzał do środka. Z kubka uniósł się zapach kawy, całkiem obiecujący. Odczekał chwilę, dmuchnął na powierzchnię napoju i wziął porządny łyk.
Przez pierwszą sekundę nic się nie wydarzyło. Potem jego twarz wyraźnie straciła resztki koloru.
Sameer odsunął kubek od ust i zakaszlał, próbując jednocześnie przełknąć to, co właściwie znalazło się na jego języku. Kawa była mocna. Naprawdę mocna, a on nie należał do ludzi, którzy narzekali na zbyt intensywny smak kofeiny. Jednak słodycz, która momentalnie oblepiła jego język sprawiła, że żołądek zacisnął mu się w proteście, a wnętrzności wykonały niekontrolowany manewr.
- Kurwa, Samira – przeciągłe, ochrypłe sapnięcie wyrwało się z jego ust. Sam dźwięk mógłby brzmieć całkiem obiecująco w innych, bardziej sprzyjających okolicznościach.
Oddał kubek dziewczynie, a sam odsunął się jeszcze kawałek i rozejrzał za czymś, o co mógłby się oprzeć. Najbliżej znajdował się przystanek autobusowy, ale nie był na tyle zdesperowany, żeby przyklejać się do brudnej szyby. Ostatecznie wsunął dłonie do kieszeni kurtki i oparł ciężar ciała na jednej nodze. Wciąż czuł ja zębach tę cholerną słodycz, a Samira śmiała się, opowiadając mu o imprezie. A.J. słuchał jej jednym uchem, nawet chciał się uśmiechnąć, ale kiedy tylko rozciągnął usta, wyszedł z tego grymas. Trudno było mu samemu ustalić czy bardziej winna była kawa, czy sama obecność Samiry. Dopiero po chwili zebrał się w sobie na tyle, żeby spojrzeć na nią porządnie. Na zakłopotanie, które przemknęło przez jej twarz. W świetle dnia, w jesiennym płaszczu i w drodze na uczelnię, Samira wyglądała o wiele poważniej niż wtedy, kiedy widział ją w przygaszonym świetle kuchennego okapu. On za to, był tego pewien, prezentował się znacznie gorzej.
Otworzył usta, ale zamiast odpowiedzieć, wypuścił powietrze nosem i pokręcił głową. – Nie wiem, czy ja zrobiłbym to lepiej – wzruszył ramionami. – Pewnie powiedziałaś wszystko, co dało się powiedzieć – zamilkł, znów przenosząc na nią wzrok.
Między nimi pojawiło się coś, co trudno było zignorować. Przez ostatnie minuty zdążyli przejść do bardzo konkretnego tonu, a niektóre rzeczy, niekoniecznie pasowały do tego jak wyobrażał sobie, że będzie wyglądało jego pierwsze spotkanie z Malalą. Miał o niej dość konkretne zdanie, wyrobione na podstawie opowieści jednej z najlepszej informatorek.
- Na następnej imprezie będzie inaczej– kącik jego ust, uniósł się nieznacznie. – Obym mógł zostać dłużej.
Nie „przepraszam”. Nie „ale zrobiłem, że tak uciekłem, co?”. Mógł powiedzieć też, że może następnym razem uda im się dokończyć rozmowę, ale… oboje wiedzieli, że niekoniecznie o rozmowę o literaturze chodziło. Nie mógł znieść myśli, że tamten wieczór potoczył się w ten sposób! Jak rozmawiali o Greyu, spierali się o rzeczy, o których żadne z nich nie zamierzało zmienić zdania, a potem znajdowali kolejny pretekst, żeby nie wracać do znajomych. Niewykluczone było, że na balkonie doszłoby między nimi do pocałunku. Ta możliwość wciąż była dla niego nieprzyjemna.
Kiedy Samira nachyliła się w jego stronę odruchowo spuścił wzrok na jej usta.
Była okropna! Śmiała się ze swoich studentek i nie miała ochoty iść na własne zajęcia! A.J. przez moment zastanawiał się, czy ona w ogóle słyszy samą siebie. – Rozumiem, że w twoich grupach nie macie parytetów? – zapytał, unosząc lekko brwi. Kącik ust drgnął mu w uśmiechu. Nie był to może szczególnie sprawiedliwy komentarz, ale nie zamierzał też udawać, że nie bawi go perspektywa Samiry próbującej przekonać jednolitą grupę studentek, że ich fascynacja internetowymi mizoginami niekoniecznie stanowi przełom w historii myśli feministycznej. Przez chwilę patrzył na nią z rozbawieniem. – Dobra, załóżmy, że Tina zgadza się cię zastąpić – przechylił głowę. – Co byś chciała wtedy robić? – zapytał o to lekko, niemal od niechcenia, ale przyglądał jej się z wyraźnym zainteresowaniem.
Ferhadi miała w sobie coś, co irytowało równie mocno jak przyciągało uwagę, a świadomość, że nie pozostawał jej całkowicie obojętny mile łechtała jego ego. Trudno było przy tym zachować rozsądek – był w końcu tylko facetem, i chociaż wiedział, że tak samo patrzyła na niego brunetka, nie czuł się szczególnie obrażony.

Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
25 y/o
For good luck!
167 cm
Wykładowczyni na University of Toronto
Awatar użytkownika
Look how the sorrow in my eyes melts away drop after drop
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Życie akademickie rządziło się swoimi prawami. Nie każdy się w nim odnajdywał. Trzeba było walczyć o swoje, dostosowywać się do osób, będących wyżej w hierarchii (i musiała to robić również Samira, która każdej hierarchii szczerze nie znosiła), a do tego wszystkiego, ostatecznie, większość i tak sprowadzała się do kontaktów i sympatii, począwszy od samego otrzymania etatu. Obrona doktoratu nijak bowiem nie zapewniała miejsca na uczelni; robiła to wyłącznie protekcja.
 Etat, który sama otrzymała, nie wziął się znikąd. Udział w licznych grantach również. Czas studiów doktoranckich Samira dzieliła pomiędzy zajęcia, swój własny projekt badawczy, pisanie, a uczestnictwo w mniej i bardziej ważnych (i nudnych!) spotkaniach. To one jednak z dzisiejszej perspektywy okazały się kluczowe. I na niektórych z nich, z całą pewnością, musiała wyglądać dokładnie tak, jak teraz wyglądał Sameer.
 Nie wyglądał dobrze. Całkowicie obiektywnie wyglądał fatalnie. Miał przekrwione, podkrążone oczy, szarą cerę, potargane włosy, niechlujne pomięte ubrania i sprawiał wrażenie, jakby dopiero co wysiadł z autobusu, w którym przespał swój przystanek. Na imprezie prezentował się lepiej. A jednak to właśnie teraz, dla Samiry wyglądał bardziej (jeszcze!) interesująco. Zmęczenie wypisane na jego twarzy było niczym innym jak dowodem jego zaangażowania. Samira przyłapała się na myśli, że oddałaby wiele, aby dowiedzieć się, nad czym teraz tak intensywnie pracował.
 Uśmiechnęła się mimowolnie. Mogłaby tam z nim być. 
 — O! — Jej zdziwienie było autentyczne, w żaden sposób niewymuszone i szczerze pozytywne. Nie powiedziała jednak nic więcej, dając Sameerowi przestrzeń na to, aby podzielił się z nią szczegółami. Nie musiała go nawet o to prosić, aby już po chwili wspomniał Martina. — Oczywiście, że kojarzę! — Odparła z entuzjazmem, którego nie wpadła na to, aby choć odrobinę zminimalizować. — Dostał ostatnio grant ministerialny… O cholera, będziesz przy nim pracować?! — Jej pytanie brzmiało bardziej jak stwierdzenie, ponieważ Samira momentalnie doszło do wniosku, że to temu musiało być poświęcone spotkanie, z którego wracał. — Słyszałam trochę o tym projekcie. Jest ogromny i ma… — Nie dokończyła. — Za mocna? — Spytała, marszcząc czoło, w odpowiedzi na reakcję mężczyzny.
 Odebrała od niego kubek, obserwując z niejakim rozbawieniem jego zachowanie. Przez chwilę wyglądał tak, jakby miał za chwilę zwymiotować lub się przewrócić i przemknęło jej przez myśl, że może wcale nie udawał, ale była to tylko głupia, krótka myśl. Zaśmiała się pod nosem. 
 — Chcesz się napić innej? — Rzuciła, zanim zdążyła się nad tym zastanowić. — Mamy ekspres w naszym pokoju. — Palcem wskazała w stronę kampusu, mając na myśli salę przynależną katedrze, do której przynależała. O tej porze było tam całkowicie pusto. I kiedy o tym pomyślała, zrobiło jej się głupio. Czy możliwe było, że A.J. pomyśli, że próbowała go właśnie zaciągnąć do pustej sali, aby dokończyć to, co umknęło im na imprezie?
 — Słucham?! — Spytała, parskając przy tym z niedowierzaniem. — Czekaj, co powiedziałeś? — Chciała to dodać z tą samą estymą, ale nie zdołała. Z chwilą, kiedy jej spojrzenie zatrzymało się na jego ciemnych oczach, głos Samiry nagle złagodniał i zrobił się cichszy. Miała jeszcze zapytać, czy dobrze się czuł i czy przez przypadek nie dostawał właśnie gorączki, ale zamilkła. 
 — Przekonamy się na następnej imprezie. — Nie planowała powiedzieć tego tak cicho. Nie umiała jednak inaczej. Było w tym coś nieprawdopodobnie intymnego. Gdyby się nad tym zastanowić, być może była to najbardziej intymna sytuacja w jej życiu. Wiedzieli oboje, do czego miało dojść, gdy widzieli się po raz ostatni. A teraz tak naprawdę umawiali się na to, że przy następnej okazji to powtórzą. Było to nic innego, jak przyznanie się w biały, całkowicie trzeźwy dzień, do tego, że chcieli się ze sobą . p r z y n a j m n i e j. całować. 
 Odetchnęła głębiej, czując, jak nagle, pomimo jesiennego, porannego chłodu, robi jej się gorąco, jak wtedy, w malutkiej kuchni Seemy. 
— W każdej grupie jest przynajmniej jedna osoba niebinarna, zdarzają się też transmężczyźni, zresztą transkobiety też. To miałeś na myśli, pytając o parytety? — Jej spojrzenie wyostrzyło się, a głos wrócił do normalnego, odrobinę zaczepnego tonu. 
 Zaraz jednak uniosła brwi w pierwszej odpowiedzi na jego pytanie.
 — Mam odpowiedzieć, że karmić kaczki w pobliskim parku, czy co tam innego robią bohaterki komedii romantycznych, kiedy postanawiają porzucić pracę i oddać się przyjemnością z właśnie odnalezioną miłością? — Nie zdążyła sama się zawstydzić swoimi słowami, nawet nie myśląc o tym, że w tej perspektywie to on miałby być tą miłością. — Chodź, poczęstuję cię tą kawą. — Machnęła ręką, ruszając w stronę wydziału. — Wiesz, co bym robiła naprawdę? Wróciłabym do domu, wskoczyłabym do łóżka, a tam dokończyłabym czytać artykuł z Walrus, zjadłabym kardamonkę, poleżałabym z moją kotką i może bym coś napisała. — Wzruszyła ramionami, ale tak, właśnie w ten sposób dla Samiry wyglądały idealne poranki. — Ale umówmy się. Lepiej, żeby Tina mnie nie zastępowała. Myślę, że to lepiej i dla mojej grupy studenckiej, i dla samej Tiny. — Spojrzała na niego znacząco. — A ty? — Spytała mimochodem, niby to od niechcenia, a jednak . c h c i a ł a .  wiedzieć. — A co ty byś robił, gdybyś nie miał dzisiejszego spotkania o tej zabójczej porze?

Sameer Shah
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
Wiesia
pokaż na co cię stać
30 y/o
For good luck!
188 cm
walić kapitalizm
Awatar użytkownika
put me on a lie detector and make sure they ask me if I gaf I want yall to see something
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Shah uśmiechnął się tylko na entuzjazm Samiry. Był wprawionym kłamcą i gdyby tylko nie ta bardzo mocna, a przy tym absurdalnie słodka kawa, którą dziewczyna go poczęstowała, pewnie pozwoliłby tej historii nabrać jeszcze ciekawszych kolorów. Mógłby dorzucić jakiś szczegół, rozwinąć wątek, podkręcić nieco wagę całej sytuacji. Zamiast tego uniósł brwi. – To jest tak słodkie, że nie smakuje jak kawa – stwierdził. Gdyby akurat padał deszcz, pewnie odchyliłby głowę do tyłu, otworzył usta i wystawił język, żeby w tym dziecięcym geście złapać kilka kropel prosto do buzi.
Uniósł dłoń, żeby przeczesać palcami rozczochrane włosy, ale już przy pierwszym ruchu natrafił na opór. Kosmyki splątały się ze sobą w taki sposób, że palce utknęły między nimi, zamiast swobodnie przesunąć się ku tyłowi głowy. Schował więc dłoń do kieszeni.
- Jasne – zgodził się luźno. Głównie dlatego, że propozycja Samiry obejmowała kawę, ogrzewane pomieszczenie i możliwość posiedzenia przez chwilę na czymś co nie było zimną ławką. Zresztą darmowa kawa smakowała mu zawsze odrobinę lepiej niż ta, za którą musiał zapłacić z własnej kieszeni, a jeśli przy okazji mógł przestać marznąć, trudno było znaleźć sensowny powód, żeby odmawiać. – Pod warunkiem, że nie będziesz próbowała zabić mnie cukrem. Mam jeszcze parę rzeczy do zrobienia – przewrócił oczami. Nie przepadał za nią, ale kawa pozostawała kawą, niezależnie od osobistych animozji.
Spojrzał na Samirę z autentycznym niezrozumieniem, przez chwilę próbując dopasować jej reakcję do czegoś, co sam przed momentem powiedział. Problem polegał na tym, że nie poświęcił własnym słowom szczególnie dużej uwagi. Odkąd wstał życie było zbiorem nieprzyjemnych fizycznych doznań: pulsującym bólem głowy, suchością w ustach i ścisku w żołądku. - Co? Co powiedziałem? – zapytał, marszcząc lekko brwi. Dziwny ton, którego użyła dziewczyna zdawał się przykuć jego uwagę bardziej, niż własne słowa wypowiedziane chwilę temu. Przyjrzał się jej przez moment, ale pulsujący pod skrońmi kac podpowiadał mu, że Farhadi była tym typem osoby, który czepiał się wszystkiego. Był pewny, że to, czy coś ją obrażało zależało od czynników tak zmiennych, że nie można było odnaleźć w nich żadnej logiki. Nastroju, pory dnia, ciśnienia atmosferycznego, a może nawet fazy księżyca.
Czy ty tak na poważnie?
Sameer usłyszał zmianę w jej głosie i przez moment miał ochotę parsknąć śmiechem. Zrozumiał, aż za dobrze, co miała na myśli. W tym cichym, niemal poufnym tonie kryło się coś, czego sam się wstydził. Wiedział jednak, że nie musieli się przekonywać tak naprawdę o niczym. Wystarczyło, że by nie przyszedł. Albo przyszedł później i wyszedł wcześniej, zupełnie jak ostatnio. Mógł też zaopatrzyć się we własne piwo i trzymać je przy sobie cały wieczór, co ograniczyłoby liczbę wypraw do kuchni, a tym samym ryzyko kolejnych rozmów, które zaczynały się niewinnie, po czym kończyły w sposób zdecydowanie zbyt angażujący. Papierosy stanowiły większy problem, ale i ten dało się rozwiązać. Zawsze mógł znaleźć sobie towarzystwo do palenia, dołączać do innych grupek, albo w ostateczności schodzić na dół i palić pod blokiem.
- Brzmi jak plan – odpowiedział, nie do końca pewien, czy rzeczywiście chciał, żeby zabrzmiało to tak jak zabrzmiało. Nie mógł jednak zaprzeczać, że jej zainteresowanie całkiem przyjemnie łechtało jego ego. Sameer miał swoje wady, lecz fałszywa skromność nigdy nie należała do tych, które szczególnie go dręczyły. Miło było wiedzieć, że ktoś chciał – nadal – dokończyć z nim to, co pozostało niedokończone.
- Aha, czyli jednak macie parytety… A macie w grupie jakąś samotną poliamoryczną muzułmankę w hidżabie po amputacji? – zapytał. Kącik ust drgnął mu nieznacznie. – Czy to plany na przyszły semestr? – zerknął na nią z ukosa. W gruncie rzeczy prawdopodobnie nikt w jej grupie nie miał już działającego penisa, ale nie zamierzał wyciągać pochopnych wniosków. Nie na głos.
– Co ty tam właściwie prowadzisz? Chyba nigdy nie… doszliśmy do tego etapu rozmowy. Seema czasem coś mi opowiada, ale… Zwykle odpływam w pewnym momencie. Nie chcę mieć wyobrażeń na czyjś temat i… I tak dalej.
Brunet miał na jej temat całkiem konkretne wyobrażenia i to tak konkretne, że gdyby ktoś kazał mu teraz zgadywać, czym zajmowała się zawodowo, prawdopodobnie nie potrzebowałby nawet drugiej próby. Być może prowadziła zajęcia o reprezentacji kobiet w kulturze, być może o przemocy symbolicznej, a być może uczyła studentów, że ich ulubiony film akcji jest w rzeczywistości manifestem mizoginii. Był pewny, że na jej zajęcia ludzie dostawali punkty za umiejętność odnalezienia patriarchalnej struktury w instrukcji obsługi tostera.
Przez chwilę patrzył na Farhadi z wyrazem twarzy, który zdradzał, że nie do końca spodziewał się takiej odpowiedzi. Potem ruszył za nią. – Właściwie to nie. Znaczy… gdybym miał strzelać, na tyle, na ile cię znam, a nie znam cię jakoś szczególnie dobrze, nie powiedziałbym, że karmienie kaczek byłoby twoim planem. Prędzej wyobrażam sobie, że wolałabyś wyjaśniać jakiemuś facecikowi, dlaczego nie ma racji. Może na imprezie. Może na balkonie. Najlepiej przy papierosie, ale tylko dlatego, że dodawałoby to odpowiedniego oświetlenia i dramatycznej atmosfery – uśmiechnął się pod nosem. W gruncie rzeczy całkiem celowo nawiązał do ich ostatniej rozmowy. – Albo przygotowywałabyś kampanię prezydencką. To też brzmi wiarygodnie jako twój plan na idealny poranek. Na pewno nic z miłością. To byłoby zbyt… małe na ciebie, prawda? Kto miałby powiedzieć, że wolałby karmić kaczki z jakimś typem, zamiast zostać imperatorką świata? Ty? Gdybyś tak powiedziała uznałbym, że przegrana z Tiną dyskusja doprowadziłaby cię do załamania psychicznego – zaśmiał się cicho. Artykuł, kotka, kardamonka, łóżko i pisanie. Oczywiście. Oczywiście, że miała kotkę. Sameer nie wiedział, dlaczego ta informacja tak doskonale pasowała mu do reszty, ale przez moment miał ochotę zatrzymać ją i zapytać, czy istniał na świecie choć jeden stereotyp, którego nie spełniała.
Boże, co za laska.
- Ja? – powtórzył, jakby pytanie wymagało od niego głębokiej refleksji. – Cholera, powiem ci, że naprawdę chciałbym karmić kaczki w pobliskim parku z niedawno odnalezioną miłością – powagę udało mu się zachować naprawdę długo. Całe trzy sekundy. Potem kąciki ust zaczęły mu drżeć, więc odwrócił głowę, udając, że zainteresowało go coś po drugiej stronie chodnika.

Samira Farhadi
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
KFC
brak AI, niekierowanie i nieczytanie w myślach postaci, ciekawe wątki, czytanie KP, otwarta komunikacja i wzajemne zaangażowanie triggers me
ODPOWIEDZ

Wróć do „University of Toronto”