26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Lucien miał przeczucie, że Zoya nie zgodzi się na jego prośbę, niemniej zależało mu na tym, żeby nie musiała w tym wszystkim uczestniczyć. Nie dało się zignorować rosnącego w powietrzu napięcia wokół ich całej trójki, a także kurczowego zaciskania się dłoni między nim a ciemnowłosą, które wskazywało na to, że to wszystko było jej dalekie od obojętności.
Znał schemat postępowania jego matki, która, wykazując się nie opisanymi pokładami opiekuńczości i troski, potrafiła rozdmuchać aferę z niczego. Część niego zdążyła się już przyzwyczaić do przebiegu tego typu rozmów, acz nadal wywoływało to w nim wiele nieproszonych emocji. Dodatkowo fakt, że Zoya stała się tego świadkiem, wcale mu nie pomagał. Wręcz przeciwnie, wysłuchiwanie tego, co Isobel miała do powiedzenia, było dla niego znacznie trudniejsze, a to już nie do końca potrafił ukryć.
Gdy dziewczyna wyswobodziła się z uścisku, zrozumiał, jak niekomfortowo się poczuła i z miejsca zaczął żałować, że do tego wszystkie doprowadził. Czuł się odpowiedzialny za to, że postawił ją w takim położeniu, dlatego chciał jak najszybciej uciąć rozmowę z matką. Nie dane mu było jednak tego dokonać.
To, jak bardzo Zoya nie rozumiała zasad panujących w jego świecie, wyszło na jaw, kiedy zabrała głos. Nie spodziewał się, że stanie w jego obronie, ale jej kompletny brak opanowania mógł jedynie zaostrzyć konflikt.
— Zoyu — rzucił jej ostrzegawczo i położył jej dłoń na przedramieniu, starając się zapobiec nadchodzącej katastrofie, ale było już za późno. Słowa rzucone w powietrze nabrały mocy. Podobnie, jak jego matka, która nie wytrzymała i postanowiła kontratakować.
— Mamo… — podniósł głos rozdrażniony jej ostrymi słowami skierowanymi bezpośrednio do Weasley, a widząc, że zmniejszyła między nimi dystans, znów wysunął się między kobiety. — Mamo, przestań! — syknął gniewnie, słysząc jej krzywdzące insynuacje.
To nieco ostudziło jej zamiary, ale tym razem zwróciła się do niego, przypominając mu ich rozmowę z zeszłego tygodnia, podczas której próbowała wybadać jego obecny stosunek do ewentualnych relacji romantycznych. Tamta odpowiedź przyszła mu bardzo gładko, ale teraz obawiał się reakcji Zoi, na co przeszył go kolejny dreszcz.
— Tak, ale… — próbował wybrnąć, ale Isobel kompletnie go zignorowała.
I potem dotarły do niego następne słowa, które były dla niego niczym policzek w twarz. Jego żyły aż zawrzały od nagłego gorąca, bo zrozumiał, że miała rację i objęła go okrutna niesprawiedliwość. Mimo, że dziewczyna stała przy nim w tym momencie, dotarło do niego, że nie będzie to trwało wiecznie. Bałagan, który nastąpi prędzej czy później, jeśli nie będą bardziej uważać, ostatecznie będzie musiał posprzątać sam. Ich bańka, którą stworzyli, nie miała szans zbyt długo przetrwać.
— Dość tego! Nie mówiłem ci o Zoi, bo wiedziałem, że znowu wydasz na ten temat opinię, o którą nikt cię nie prosił. I to zanim ją poznałaś! — zarzucił jej ostrym głosem, wydobywając na wierzch wszystkie kłębiące się w nim do tej pory uczucia. — To, z kim mieszkam, kogo zapraszam i komu poświęcam swój wolny czas, zależy wyłącznie ode mnie. Nie musisz mi układać życia, więc z dobrej woli przestań to robić! — Urwał na moment, starając się odzyskać panowanie nad głosem. — Rozumiem, że na razie nie mamy czym się martwić — rzucił jej wymowne, chłodne spojrzenie, tym samym sugerując, że osiągnęła swój cel i jej dalsza obecność była już zbędna.
Obserwował, jak stropiona, z resztkami godności podeszła po swój płaszcz. Kiedy już bardziej opanowanym głosem zwróciła się do ciemnowłosej, złapał się na tym, że nadal zaciskał mocno szczęki.
— Mamo — ponaglił ją, nie chcąc już dalej słuchać jej wywodów.
Odprowadził ją wzrokiem do drzwi i poczekał, aż wyjdzie. Dopiero, gdy drzwi się za nią zamknęły, przymknął na chwilę oczy i odetchnął ciężko.
W jego głowie kotłowało się od miliona myśli, nad którymi z trudem panował.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To nie była jej walka, a mimo to postanowiła się nie wycofywać. Prawdopodobnie Zoyą kierowała czysta głupota, niezdrowa zawziętość Weasleyów i… troska o Luciena, którego cała ta besztanina najwyraźniej mocno dotknęła. Źle się na to patrzyło. Trudno było jej w tej chwili uwierzyć w szczere intencje Isobel, bo wyglądało to tak, jakby kobieta pojawiła się w mieszkaniu wyłącznie po to, aby upokorzyć własnego syna.
Na wściekłe spojrzenie pani Spencer zareagowała obojętnością. Uniosła jedynie wyżej podbródek, dając jej do zrozumienia, że to zdenerwowanie (jeszcze) nie robiło na niej wrażenia. Była świadkiem gorszych sytuacji niż gniewne lico cudzej matki.
Jednak kiedy Lucien posłał jej ostrzegawcze spojrzenie, mimowolnie zacisnęła usta.
I moooże wtedy zdołałaby się uspokoić, ale gdy usłyszała wzmiankę o byciu kochanką, zaśmiała się głośno, teatralnie i bardzo niegrzecznie. Całkowicie zignorowała przy tym fakt, że sama również powinna zachować się trochę lepiej przy mężczyźnie, na którym jej zależało i oczywiście przy wysoko postawionej prezesce fundacji.
— Przyjaciółką — poprawiła ponownie kobietę i cmoknęła z dezaprobatą, stojąc już w bezpiecznym miejscu za plecami Luciena, który po raz kolejny postanowił sprzeciwić się matce. Może to niepoprawne, ale Zoya poczuła w tej chwili dumę.
A potem jedynie słuchała, delikatnie przytakując i zerkając na kobietę coraz bardziej wzburzonym spojrzeniem znad ramienia mężczyzny. I właściwie Isobel nie powiedziała niczego, czego Zoya wcześniej by nie wiedziała. Lucien nie musiał obawiać się jej opinii. Oboje przecież ustalili, że ich relacja nie była poważna, a dla niego liczyła się przede wszystkim kariera. Zoya oczywiście przyjmowała to do wiadomości z różnym skutkiem, ale nie stawiała wobec niego żadnych oczekiwań.
W dodatku to, co działo się pośrodku salonu, jedynie utwierdziło ją w przekonaniu, że była zbyt nieznaczącą osobą, aby choćby trzymać kogoś takiego jak Lucien Spencer za rękę. Poczuła przykrość, ale wciąż uparcie powtarzała sobie, że doskonale o tym wiedziała.
Na krzyk Luciena, którym desperacko próbował zatrzymać matkę, przymknęła oczy. Powieki zaczęły ją piec od natłoku sprzecznych emocji.
Chwilę później wzdrygnęła się, słysząc o liście gości i odruchowo zerknęła w stronę pudełka. Chyba domyśliła się, co znajdowało się w środku.
Zoya mogła już zdecydowanie zapomnieć o bankiecie, który w tej chwili całkowicie jej zbrzydł. Nie chciała więcej dzielić powietrza z panią Spencer w jednym pomieszczeniu. Nagle zdawało się ono zatrute pogardą i nienawistnym nastawieniem kobiety wobec niej.
Farsa. Relacja, której przez tak długi czas nie potrafili określić ani nazwać, właśnie zyskała odpowiednie miano. Zoya zaśmiała się więc nerwowo, po czym energicznie przytknęła wierzch dłoni do ust.
Następny krzyk Luciena sprawił, że odwróciła głowę na bok. Nie potrafiła już dłużej tego wszystkiego znieść. Uparcie twierdził, że jego życie prywatne należało wyłącznie do niego, ale wzburzone oblicze Isobel Spencer zdawało się mówić coś zupełnie innego.
Zoya jeszcze nigdy nie widziała Luciena tak wyprowadzonego z równowagi. Ten widok ją przerażał. Przerażał Przywykła do jego opanowania; do tego, że nawet w trudnych sytuacjach potrafił zachować spokój i nie pozwalał, aby emocje przejęły nad nim kontrolę. Tym razem jednak dostrzegała, jak wiele wysiłku kosztowała go rozmowa z własną matką, która nie przyjmowała do wiadomości żadnego argumentu.
Ciężka atmosfera była zrobiła się namacalna, dlatego z ulgą przyjęła moment, w którym Isobel ruszyła w stronę kanapy i sięgnęła po płaszcz, a Lucien ponaglił ją, aby w końcu wyszła.
Wtedy kobieta ponownie zwróciła się bezpośrednio do Zoi. Na dźwięk własnego imienia mimowolnie napięła ramiona i spojrzała na nią mechanicznie z oczami pociemniałymi od gniewu i innych, trudnych emocji. Mimo wszystko zdołała wykrzesać z siebie ostatni, sztuczny uśmiech.
— To pani jako pierwsza wplątała mnie w tę rozmowę, sugerując, że nie powstrzymałam Luciena, a potem, kiedy nie przyjęła pani do wiadomości, że tylko się przyjaźnimy, okrzyknęła mnie pani jego... — Skinęła w stronę mężczyzny. — Kochanką. Bardzo śmiałe słowa jak na określenie relacji, która miała stanowić tylko epizod. — Nerwowo przełknęła ślinę. — Proszę się nie martwić i dać Lucienowi spokój. Nie jestem naiwna. Znam swoje miejsce. — Tymi słowami Zoya pożegnała panią Spencer.
Trzask drzwi na moment wygłuszył pomieszczenie. Zoya jeszcze przez chwilę patrzyła w stronę wyjścia z sercem utkwionym w gardle i bólem żołądka tak silnym, że zbierało jej się na wymioty. Potem intuicyjnie przeniosła wzrok na Luciena, który stał nieruchomo, najwyraźniej skupiony na tym samym punkcie.
Właściwie nie wiedziała, co czuła. Być może niepotrzebnie zabrała głos w tej burzliwej rozmowie i jedynie bardziej pogrążyła zarówno siebie jak i Luciena. Przez nią na jaw wyszedł ich romans, który z takim uporem nazywali swobodną, otwartą i bezkształtną relacją. Jednocześnie zaczęła się zastanawiać, czy rzeczywiście nie posunęli się za daleko. Ta niejedna chwila nieuwagi mogła kosztować Luciena wszystko to, o czym wspominała Isobel.
Z nerwów zaszkliły jej się oczy. Dalej otaczająca ich cisza przerwana jedynie krótkim westchnieniem mężczyzny, stała się bardziej przytłaczająca. Zoya całkowicie przestała sobie radzić z tym, co kotłowało się w jej głowie, ale musiała być silna zanim… zostanie zraniona. Albo zraniona jeszcze bardziej. W końcu, jak sama powiedziała, znała swoje miejsce. I... nie było ono u boku faworyta tegorocznych mistrzostw DTM.
Otulona tą okropną ciszą, poszurała w stronę schodów, a następnie opieszale weszła na piętro. Tam przebrała sie z podomkowych ubranek w normalne ciuchy, zebrała swoje rzeczy z półek i niedbale wrzuciła je do torby. Gdy zapięła zamek, usłyszała kroki, więc już po chwili z bolącym sercem stanęła przed Lucienem. Mógł dostrzec jej przekrwione oczy, chociaż wcale nie płakała.
— Fajnie było — powiedziała mało rozważnie, po czym wyciągnęła dłoń w kierunku Luciena na znak, że chciała się pożegnać. Uczciwie pożegnać. Nie tak jak wtedy, kiedy trzasnęła drzwiami jego samochodu i zniknęła. — Czas się otrząsnąć, Lucien.
Nie miała siły spojrzeć mu w oczy, a pomimo tego czuła pewną dumę, że wiedziała kiedy się wycofać. Uważała, że to właściwy moment, aby odejść. Odejść, zanim ich relacja eskaluje i zanim znów pojawi się ktoś pokroju Isobel, kto uświadomi im, jak ważną osobą był Lucien Spencer, a jak niewiele znaczyła w tym wszystkim Zoya Weasley oraz jej dziwne wyobrażenia.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Wszystko wymknęło mu się spod kontroli. Świadomość tego, że w przeciągu godziny zawalił mu się grunt pod nogami, uderzyła w niego ze zdwojoną siłą, tworząc istny mętlik w głowie.
Wierzył, że potrafił utrzymać swoje emocje w ryzach. Ograniczyć się do typu relacji, który uważał za najprostszy. Trwać tu i teraz, by w odpowiedniej chwili potrafić odpuścić i ruszyć dalej. Nie spodziewał się tylko, jak szybko ten czas nadejdzie.
Relacja z Zoyą miała pozostać czymś ulotnym, z datą ważności. Nieokreśloną w ramach czasowych, ale wciąż istniejącą w granicach, które wyznaczało im życie — ich wybory i nowe okoliczności. Ustalili to dokładnie podczas pikniku na pobliskiej polanie w Huntsville.
Nie słuchał podszeptów rozsądku, gdy zobaczył ją w Misano. Tłumił w sobie wszelkie ostrzeżenia podczas przystania na pozostanie w otwartym związku. Z uporem ignorował je, kiedy pozwolił jej zostać u siebie tyle, ile potrzebowała oraz zaprosił ją na bankiet. Zlekceważył wahanie, zanim wyznał jej, że ją bardzo lubił oraz, że było drugiej takiej, jak ona.
Nawet nie zorientował się, kiedy zaczęło mu zależeć. Kiedy przekroczył cienką granicę między przyjaźnią z benefitami a czymś więcej, co nie miało prawa istnieć. Kiedy podjął ryzyko odsłonięcia się przed ciemnowłosą i wyjawienia jej o sobie więcej, niż przed kimkolwiek, mimo, że bezpieczniej było trzymać język za zębami i nie pozwolić jej się do siebie zbliżyć. Przecież prędzej czy później mieli się rozejść.
Zależało mu na tyle, by złość, rozczarowanie oraz gorycz przejęły nad nim kontrolę, doprowadzając go do głębokiego stanu upojenia. W jego głowie wciąż grzmiało pytanie Isobel: co ty robisz ze swoim życiem? W tym momencie nie potrafił na nie znaleźć odpowiedzi.
Nie chciał taki być. Nie chciał tracić nad sobą panowania z powodu tak błahych spraw. Nie chciał zalewać swoich smutków i okazywać słabości. Upijanie się, które widział na nagraniu, nie było rozsądne. Nie powinno być w nim ani grama tolerancji. I z pewnością nie powinno to stanowić powodu, przez który mógłby zawieść wszystkich, którzy na nim polegali.
Zoya chciała dla niego dobrze. Nie miał co do tego wątpliwości, gdy słyszał, z jaką zaciętością stanęła w jego obronie. Z drugiej strony znał realia swojego świata i konsekwencje, jeśli nie wywiąże się ze wszystkich punktów swoich kontraktów. To był jeden błąd, a mama chciała wyłącznie ostrzec go przed kolejnymi, już znacznie poważniejszymi w przypadku ich upublicznienia.
Wystarczyła jedna krótka wizyta, podczas której bardzo gwałtownie został sprowadzony na ziemię. Nie mógł ciemnowłosej obwiniać za jej punkt widzenia, ale znowu dobitnie przekonał się, że nie był tylko człowiekiem, a to, co udało im się stworzyć w ciągu ostatnich tygodni, to czysta fantazja, w którą pozwolił sobie uwierzyć.
Ciążyła na nim większa odpowiedzialność, nie tylko wobec siebie, ale i tych, którzy na niego postawili. Chcąc nie chcąc, czuł, że Isobel miała rację, bo Zoya rzeczywiście nie znała jego świata. Była jego fanką dopiero od lipca, nie miała możliwości spojrzeć na to wszystko od ś r o d k a.
Równocześnie pojął, że jego matka myliła się w jednej kwestii — Zoya nie była dla niego kimkolwiek. A już na pewno nie zasługiwała na to, żeby ją ukrywać. Spieprzył. Naprawdę spieprzył sprawę.
W ciągu tych kilku minut od wyjścia mamy targały nim bardzo sprzeczne emocje, które nie pozwalały mu zebrać myśli w całość i przyjąć jakiegoś stanowiska. Stał więc przez chwilę bez ruchu, starając się oddychać głębiej, by nad sobą zapanować.
Czuł na sobie wzrok Zoi, ale nie potrafił podjąć jej spojrzenia w obawie przed tym, co mogłaby zobaczyć. Pozwolił jej więc pójść na górę i dopiero, kiedy jej sylwetka zniknęła mu z pola widzenia, przygryzł wargę, stopniowo, całkiem bezwiednie intensyfikując moc, aż poczuł ból. Oparł dłonie o biodra i przeszedł się powoli kilka kroków w jedną i w drugą stronę, próbując sobie ułożyć wszystko w głowie.
Znał jedno rozwiązanie tej sytuacji, ale… obawiał się, że nie potrafił odpuścić. Czuł rozdarcie między tym, co słuszne, a tym, czego pragnął. Kiedy wszedł na górę, zrozumiał, że Zoya podjęła już decyzję. Na widok spakowanej torby na ułamek sekundy przystanął w miejscu i przełknął nerwowo ślinę.
I objęła go jeszcze większa żałość. Do ich relacji podszedł zbyt niefrasobliwie. Właściwie celowo nie nazywał po imieniu tego, na co miał nadzieję, myśli o rozstaniu odsuwając w najdalszy zakamarek swojego umysłu. To ona zawsze przypominała mu o nieuchronności końca ich układu i opierała się przed jego zapędami.
Gdy w końcu do niej podszedł i zobaczył jej dłoń wyciągniętą w jego kierunku, podniósł wzrok z powrotem na jej śliczną, acz bardzo smutną buzię. To, co widział w jej oczach, którymi wyraźnie go unikała, łamało go od środka.
Część niego pragnęła ją przy sobie zatrzymać. Pragnął znowu zlekceważyć wszystko, co padło na dole w salonie i pozostawiło po sobie potworną gorycz w ustach. Tę gorycz mogła zmyć słodycz jej warg, na które ukradkiem spojrzał, a które właśnie wypowiedziały słowa, które przeniknęły go na wskroś.
Nie podał jej dłoni. Chciał choć odrobinę przedłużyć to, co nieuniknione. Coś, co wydawało mu się słuszne, a zarazem tak głęboko bolesne. O ironio, przecież to wcale nie powinno było boleć.
— Przepraszam — cichy tembr głosu poniósł się w przestrzeni między nimi, i choć Lucien za wszelką cenę starał się nad nim panować, tak nie potrafił stłumić drżenia własnych warg.
Jedno słowo nosiło w sobie ciężar przytłaczających go wyrzutów sumienia za to, co musiała znieść nie tylko podczas wizyty matki. Przeprosiny dotyczyły również całej reszty, która przez niego ją spotkała. Zoya nigdy nie chciała prawdziwego związku, a teraz nawet to, co się między nimi utworzyło, nabierało zbyt poważnego wymiaru.
— To, co powiedziała mama, nie powinno było wcale paść. Nie w stosunku do ciebie. Nie zasługujesz na takie traktowanie — powiedział po chwili z przekonaniem. — Ale częściowo muszę się z nią zgodzić — urwał na moment i potaknął sobie nieznacznie, jakby sam siebie chciał upewnić w słuszności własnych myśli. — Są sprawy, w które nie powinienem cię wplątywać. I tym bardziej stawiać cię w sytuacji, jaka właśnie nastąpiła.
Obiecał ją chronić. Kolejnych błędów w tym jednym, szczególnym przypadku nie zamierzał już popełniać.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Przepraszam.
Naprawdę nie miała ochoty stąd wychodzić. I chociaż Zoya podjęła decyzję w chwili, gdy zamknęła torbę, dopiero to słowo utwierdziło ją w przekonaniu, że nadszedł koniec. Niezależnie od tego, czy Lucien przeprosił za Isobel, za cały splot ich relacji, czy właśnie rozpoczął rozmowę o rozstaniu, poczuła gorąc. Gorąc tak potężny, że zdawał się trawić jej obolałe serduszko.
Jednak… nie miała do niego pretensji. Nie czuła żalu o to, co wydarzyło się na dole. Nie czuła się przez niego skrzywdzona, bo nie potrafiła dostrzec w nim żadnej winy, poza tym, że nazywał się Lucien Spencer.
Zoya od początku wiedziała, jak to miało wyglądać, choć wierzyła, że rozejdą się na własnych zasadach. Nie tych narzuconych przez status społeczny mężczyzny. To chyba zabolało ją najbardziej, bo postawiona wobec tylu faktów jednocześnie, zrozumiała, jak bardzo się zapędziła. Niezależnie od tego, jak mocno chciała nazywać siebie przyjaciółką i trwać u jego boku nawet po zakończeniu ich nienazwanego związku, po prostu... cholernie tu nie pasowała.
Zacisnęła usta, czując, jak powieki zapiekły ją jeszcze bardziej. Po chwili potrząsnęła dłonią, aby ponaglić Luciena, aby w końcu złapał jej rękę i przyjął do wiadomości, że chciała się z nim tylko pożegnać; że r o z u m i a ł a.
Zamiast tego usłyszała kolejne słowa, które zaczęły ją łamać. W końcu uniosła wzrok i cofnęła rękę, czując, że ból, który tak karkołomnie próbowała powstrzymać, zaczynał przeobrażać się w złość. W końcu popatrzyła na Luciena, jednocześnie przenosząc spojrzenie z jednej jasnej tęczówki na drugą, aż w pewnym momencie oparła dłonie na biodrach i oburzona tym wszystkim, odwróciła głowę na bok.
— Wyjaśnijmy sobie coś — podjęła temat, po czym kilkakrotnie zamrugała, aby powstrzymać coraz bardziej i bardziej cisnące się do oczu łzy. Potem znów spojrzała na mężczyznę z tym niezdrowym, acz charakterystycznym dla siebie uporem. — Sprowokowałam ją. Być może niepotrzebnie się odezwałam, ale uważam, że była dla ciebie zbyt surowa — wyjaśniła jeszcze w miarę spokojnie, odnosząc się do jego słów, w których zaznaczył, że nie zasłużyła na takie traktowanie. Akurat w tej kwestii czuła się winna. Zarówno ona, jak i Isobel pozwoliły, aby poniosły je emocje i osobiste przekonania.
Dopiero kiedy Lucien przyznał częściowo matce racje, pewnie nieświadomie dołożył ognia do i tak wzburzonych uczuć Zoi. Nerwowo potarła czoło, po czym znowu ułożyła rękę na biodrze, w które mocno wbiła paznokcie, jednocześnie słuchając dalej tych wszystkich b z d u r.
— W nic mnie nie wplątałeś. Byłam przy tobie, bo tego chciałam. Na dokładnie takich warunkach, jakie wspólnie ustaliliśmy na wsi — wycedziła. Niezależnie od intencji Luciena, nie życzyła sobie, aby brał całą winę na siebie. — I nawet wiem, w czym przyznajesz rację swojej nadgorliwej matce. No przecież, kariera ponad wszystko — zakpiła. Tyle razy to już słyszała; tyle razy słyszała, jak ważna jest w jego życiu kariera, że postanowiła użyć tego argumentu w rozmowie, choć sama z trudem wierzyła w słowa, które następnie wypowiedziała. — Kariera ponad tak trywialną relację z jakąś głupią dziewuchą, która przecież niczego nie rozumie, bo pieprzony Lucien Spencer nie może zadawać się z byle kim. — Zaśmiała się bez jakiejkolwiek wesołości. W tym momencie łzy przesłoniły Zoi twarz Luciena, a pierwsze z nich ściekły po rozpalonych z nerwów policzkach. Gwałtownie starła je wierzchem dłoni, po czym tupnęła nogą, nie potrafiąc już dłużej zapanować nad rozrywającym poczuciem bezradności.
Raptem parę minut temu zamierzała rozstać się z Lucienem na odpowiednim poziomie, bez wywoływania dramy. Ba, była przekonana, że zdoła się wyłączyć i utrzymać emocje; doprowadzić tę rozmowę do końca i po prostu odejść. To myślenie jednak zalała zbyt potężna fala żałości, aby obecnie Zoya potrafiła się powstrzymać przed mówieniem tego, co jej ślina na język przyniosła.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Gdy Zoya w końcu opuściła dłoń i podniosła na niego wzrok, z miejsca dostrzegł jej wzburzone tęczówki. Kłębiły się w nich trudne do odgadnięcia emocje, które trochę go skonfundowały. Przeprosiny wydawały mu się naturalną koleją rzeczy, więc fakt, że ona miała mu to za złe, zbił go z tropu. Przestąpił z nogi na nogę i przełknął rosnącą gulę w gardle.
Nawet nie próbował zaprzeczyć, kiedy przyznała się, że sprowokowała jego matkę. Jego zdaniem Zoya również nie powinna była się odzywać, mimo że miała dobre intencje. I właśnie to było w tym wszystkim najgorsze — chciała mu pomóc, choć w ogóle tego od niej nie oczekiwał. Postawiła się jego matce, choć nie powinno mieć to dla niej żadnego znaczenia. Pogmatwała wszystko bardziej, by ostatecznie i tak odejść, znacznie szybciej, niż się tego spodziewali. To j e g o zadaniem było zapanowanie nad powstałym chaosem. Pocieszała go tylko myśl, że kubeł zimnej wody został wylany na nich w samą porę.
— Nie musiałaś mnie bronić. W ten sposób postawiłaś mnie przed wyborem między nią a tobą. I stanąłem po twojej stronie, mimo że wiedziałem, jak to się skończy — starał się, jak mógł, by jej nie zaatakować, ale w jego stanowczym głosie przedarły się nuty pretensji.
Musiał wybierać między dwiema ważnymi dla niego kobietami. Między dwoma światami, których nie potrafił ze sobą pogodzić. I wybrał, pomimo usilnych prób zapobiegnięcia właśnie t a k i m sytuacjom. Relacja z Zoyą miała nie wpływać na jego karierę i decyzje jej dotyczące, ale do tego dopuścił i… narastało w nim coraz większe rozdrażnienie. Na samego siebie, bo przy niej rozsądek topniał jak lód w ciepłym napoju.
A to i tak miał być koniec. To było słuszne wyjście.
Tak powtarzał sobie w myślach niczym mantrę, wbrew wszystkim emocjom, które się w nim kłębiły i które wciąż i wciąż próbował w sobie dusić. Musiał być rozsądny, chociaż raz.
Kpina w jej głosie sprawiła, że mimowolnie uniósł wyżej brodę. Wbił w nią wzrok i wyprostował się, chcąc przyjąć cały jej jad, ból i rozgoryczenie na swoją klatę. Widział, jak bardzo walczyła nie tylko z nim, ale i samą sobą, kiedy jej oczy stawały się coraz bardziej szkliste od nadmiaru wzburzenia. Znał ten widok, na który zrobiło mu się niewyobrażalnie ciężko. Widywał to już wcześniej, ale łzy w jej wykonaniu poruszyły go bardziej, niż kiedykolwiek.
Kariera ponad wszystko. Na dźwięk swoich własnych słów, które w kółko podkreślał, jego powieki drgnęły nieznacznie, niemal namacalnie odczuwając ten cios. Zaraz potem określenie głupia dziewucha przecięło powietrze wraz z zarzutem, który słyszał już wcześniej, przypominając ich kłótnię w Misano. Teoretycznie często powtarzał, że jego nazwisko bardzo wiele znaczyło, ale z ust Zoi zabrzmiało jak obelga.
Momentalnie uderzył w niego gniew, a krew zawrzała mu w żyłach pod wpływem ogromu niesprawiedliwości, jaka na niego spadła, bo ciemnowłosa fałszywie oceniała sytuację. Kiedy jej szydzący śmiech poniósł się po wnętrzu, zrozumiał, co, a właściwie kto za tym stał. Ktoś, kto też częściowo miał w tym wszystkim rację.
— Nie jesteś byle kim! Ale najwyraźniej nie rozumiesz, z czym muszę mierzyć się przez całe życie. Jak ogromną presję czuję z każdej możliwej strony — stwierdził ostrzej, niż zamierzał. W momencie, kiedy to do niego dotarło, przełknął ślinę i przymknął oczy, próbując odzyskać swoje opanowanie, bo i tak czuł się już wyjątkowo paskudnie, że zdążył ją doprowadzić do łez. — Tu nie rozchodzi się wyłącznie o mój wizerunek — oznajmił, znów spoglądając na nią, mimo, że przez łzy oblewające jej policzki nie cierpiał sam siebie. Ostatkiem sił powstrzymywał się przed tym, żeby zniwelować dzielący ich dystans i złapać ją za ręce. Zamiast tego zacisnął własne w pięści. — Nie mogę ryzykować, że moje błędy wpłyną na kariery młodych ludzi, którzy opierają swoje marzenia wyłącznie na fundacji. Jak ogromne czekają mnie kary finansowe, utrata sponsorów czy nawet fotela, jeśli naruszę kontrakty — usilnie próbował jej wytłumaczyć wypełnionym od emocji głosem, które bezwolnie sączyły się przez względne opanowanie.
Widok zdruzgotanej Zoi łamał mu serce, więc odruchowo postąpił do niej o krok i już, już miał wyciągnąć do niej rękę, ale wtem przypomniał sobie własne postanowienie. Odwrócił wzrok w bok, a linia jego żuchwy uległa mocniejszemu zarysowaniu. Oczy szczypały go niemiłosiernie, dlatego skupił się na swoim oddechu.
— Nigdy nie chciałaś być tego częścią. I właśnie z tego względu nie mogę cię w to dłużej angażować — podsumował kilka sekund później, niemal czując na sobie ciężar ostateczności swojej własnej decyzji.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Emocje eskalowały. To musiało w końcu wybuchnąć.
Zoya znieruchomiała. Na krótką chwilę złość ustąpiła miejsca innemu uczuciu. Spojrzała na Luciena szeroko otwartymi oczami, po czym parsknęła krótkim, niedowierzającym śmiechem. Kpina była jej najlepszą formą obrony, a stanowczość w głosie mężczyzny i przebijająca się doń pretensja wystarczyły, aby dołożyć kolejną cegłę do jej narastającego rozdrażnienia.
— Nie chciałam, abyś musiał znosić to wszystko sam, skoro i tak wygląda na to, że przez mnie własna matka przestała cię poznawać — urwała, wpatrując się w Luciena wymownym spojrzeniem. Zaraz zacisnęła usta, czując, jak wszystkie skrajne emocje w jej wnętrzu sięgnęły apogeum.
Nie kazała mu wybierać między nią a karierą, a tym bardziej między nią a matką. Jeśli zgadzał się z Isobel, mógł powiedzieć to wprost, taaam na dole, zamiast teraz wypominać Zoi, że przewidział zakończenie tej rozmowy, a mimo wszystko stanął po jej stronie. Momentalnie pożałowała, że nie poszła na tą pieprzoną górę i już wtedy nie zaczęła się pakować.
W całym tym niefortunnym zajściu i ich ostatecznej rozmowie Zoya miała jednak nadzieję, że nie pokaże mu, ile energii kosztowała ją ich konfrontacja. Cholera, pomimo tego nie zdołała nad sobą zapanować. Prawdopodobnie dopiero w tym krytycznym momencie, zaczęła rozumieć, jak wiele znaczył dla niej Lucien. Niemniej... Gdy tkwili tak w mydlanej bańce, dzień w dzień pielęgnując swoją relację, nie dostrzegała, jak ulotna ona była. Przecież jeszcze godzinę temu nie obawiała się końca, o którym nawet nie myśleli. Żyli tak, jak planowali, czyli wyłącznie chwilą.
Zoya się nią zachłysnęła. I właśnie teraz miała ochotę zwymiotować.
Nie jesteś byle kim! Zadrżała i całkiem intuicyjnie, słysząc huk głosu mężczyzny, podkurczyła ramiona. Zaraz jednak ponownie przywołała w sobie rezon, choć echo jego słów rozsadzało jej głowę.
Po tym osobliwym przestrachu Zoyę znów ogarnęła irytacja, gdy usłyszała dalszą część jego wypowiedzi.
Nie rozumiesz; Tu nie chodzi wyłącznie o mój wizerunek - to i cała reszta, i wszystko co za tym stało, zaczęło kotłować się w jej biednej głowie, aż musiała przymknąć powieki i rozmasować skronie. Miała tak wilgotne od płaczu oczy i policzki, że tym razem nawet nie próbowała ich wycierać. I chociaż nie była z tego zadowolona, to Lucien musiał patrzeć na nią w najgorszym możliwym wydaniu. Żałośnie bezradną, rozgniewaną i smutną.
— Jesteś taki sam jak matka! — krzyknęła w końcu i gwałtownie machnęła ręką, omal go nie uderzając. — Wmawiacie mi, że niczego nie rozumiem, a od samego początku starałam się chronić twoją cholerną karierę. Już w Huntsville, kiedy myśleliśmy, że jestem w ciąży, byłam gotowa wychować dziecko sama. Potem zerwałam z tobą kontakt, bo było mi wstyd, że mogłam zniszczyć ci ż y c i e. Więc jak możesz sugerować, że nie rozumiem, ile to wszystko jest warte?!
W większości przypadków starała się zachować przy Lucienie rozsądek, nawet wtedy, gdy on zdawał się go tracić. Przecież wiedział, jak było. Uciekła przed nim w Misano, ale to on samodzielnie postawił na szali swój wizerunek i biegał za nią, kiedy wywracała Włochy do góry nogami. Ze zmęczenia ledwie udało mu się wygrać wyścig. Potem dzwonił do niej w środku nocy, aż w końcu pojechała do niego w wielkiej obawie, że ktoś go zobaczy. Dotarli na wieś. Do jedynego logicznie bezpiecznego miejsca, w którym mógł uniknąć wścibskich spojrzeń. To właśnie tam ustalili zasady. Powiedziała mu, jak bardzo nie chciała zamkniętej relacji, bo bała się, że zacznie wywierać na nim presję.
Co śmieszniejsze p r e s j ę, o której teraz mówił. I presję, której Zoya ze swojej strony nigdy nie dała mu odczuć.
Miała wrażenie, że karał ją za to, że sam nie potrafił nad sobą zapanować. A nie panował nad sobą przez nią. Zaczynała to rozumieć coraz wyraźniej i ta świadomość boleśnie wymierzyła jej policzek.
Opuściła napięte dotąd ramiona. Pozwoliła im bezwładnie opaść wzdłuż ciała i zrezynowana spojrzała w sufit. I coś ją gwałtownie tknęło. Momentalnie zaczęła analizować wszystko, co zdążyła sobie przypomnieć; wszystko, co wyżej wymienione. Całą ich znajomość od początku aż po ten kres.
I dopiero gdy Lucien poruszył się o krok, zarejestrowała kątem oka ruch, po czym przekręciła twarz w jego stronę. Widziała, jak nerwowo odwrócił wzrok, a linia jego żuchwy mocno się wyostrzyła. Na domiar oddychał ciężko, tak samo jak ona, choć usilnie próbował nad tym zapanować.
— Och — westchnęła cicho. — Patrz mi chociaż w oczy, kiedy podejmujesz za mnie decyzję — prychnęła, a następnie cofnęła się kilka kroków. Chwyciła torbę, po czym pośpiesznie minęła Luciena i zeszła na dół.

Nie wściekam się za takie bzdury. To T y doprowadzasz mnie do szaleństwa. Wkurza mnie, że nie powinienem Cię chcieć, ani o Tobie myśleć. Nawet moja próba nie ograniczania Cię okazała się totalną porażką, bo okazało się, że jednak nie mogę po prostu stać i patrzeć, jak dotyka Cię ktoś inny, niż ja.
Mówiłem Ci, jak ważna jest dla mnie kariera...
Skupienie jest podstawą każdej wygranej. Zwłaszcza, jeśli jest o co walczyć.
Gdybym był takim gościem, za jakiego mnie masz, nie przyjechałbym do Huntsville, miałbym w dupie ciebie i dziecko, którego w zasadzie nigdy nie było, a przede wszystkim nie marnowałbym czasu na bieganie w nocy po mieście za tobą tuż przed wyścigiem.
Słońce moje, jesteś!
 Jestem taki głupi, Zoya 
Wygląda na to, że przyniosłyście mi szczęście.
Bo masz na względzie moją karierę, już to mówiłaś. Z tego samego powodu zerwałaś ze mną kontakt. Zarzuciłaś mi gwiazdorstwo, a sama mnie traktujesz, jakbym nie miał własnego rozumu.
Mącisz mi w głowie, Zoyu. Przez to wahanie i niespójność w twoim zachowaniu też nie wiem, co robić. Masz w sobie coś, czego nie ma żadna, z którą do tej pory się spotykałem
Zrobię wszystko, co mogę, żeby was chronić.
Ja też nie chcę być powodem, który powstrzymuje cię przed spełnianiem swoich pragnień i marzeń. Dlatego zależy mi na tym, żebyś powiedziała mi, jeśli zaczniesz czuć, że jednak idziemy w innych kierunkach 
 A skoro pozostajemy w nieoficjalnej relacji to myślę, że nadal najlepiej będzie zachować dyskrecję, by zapobiec niepotrzebnemu zamieszaniu. Jeśli media wpadną na nasz trop, wpłynie to nie tylko na mnie, a ja nie chcę stawiać cię w niezręcznej sytuacji
Mhmm, czyli nie tylko ja mam problemy z zachowaniem rozsądku.
Mi ciebie też brakuje.
Właściwie… może zechciałabyś sprawić mi tę przyjemność i przyjść na ten bankiet? 
Kariera, jaką wybrałem, ma swoje konsekwencje.
Od zawsze kierowałem się karierą. Właściwie, bez wyścigów nie wiem, kim bym był.
No właśnie. Jesteśmy. Nic innego nie jest na razie istotne.

Tak się składa, że ja ciebie też bardzo lubię. Twoją empatię i buntowniczą aurę. Wszystkie twoje skrajności, które składają się na Zoyę Weasley. Nie ma drugiej takiej, jak ty


Jeszcze na schodach Zoya poczuła na policzkach kolejną falę gorących łez. Pomimo że te przysłoniły jej obraz, nawet nie zwolniła, pokonując stopień za stopień z coraz to większym przytupem.
W następnej chwili przez głowę przemknęły jej wszystkie rozmowy z Lucienem. Wspomnienia uderzyły z taką siłą, aż na moment pociemniało jej przed oczami i musiała złapać się barierki.
Potem przeszła z salonowej części mieszkania do kuchni, gdzie przed wyspą kuchenną zsunęła z ramienia torbę. Po drodze ukradkiem trąciła łokciem ładne pudełko, które upadło na ziemię, ale nawet nie zwróciła na to uwagi. W jakimś niezrozumiałym szale zaczęła zrywać z szafki wszystkie zdjęcia z polaroida. Następnie wyciągnęła z szuflady nożyczki i fotografia po fotografi, przecinała je na pół, jakby w ten sposób próbowała wyrwać z pamięci ostatnie, najszczęśliwsze obrazy związane z Lucienem. Z każdą kolejną sekundą coraz gwałtowniej raz cięła, raz rwała i wrzucała fragmenty do kosza pod zlewem.
I cholera! Nagle w całym tym amoku chaosu i nierozsądku, przecięła sobie palec. Omyłkowo wypuściła nożyczki, które upadły na kafelki, przy czym mlasnęła niezadowolona i całą swoją uwagę skupiła na spływającej po dłoni krwi.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Przez chwilę wpatrywał się w nią w milczeniu z lekko rozchylonymi wargami, podejmując jej wymowne spojrzenie z pewnym niezrozumieniem, aż dotarł do niego sens jej wypowiedzi. Prychnął lekceważąco na prawdę, jaka mu się nasunęła, zacisnął zęby i pokiwał głową.
— Czyli zrobiłaś to z poczucia winy? — postawił pytanie, pozostawiając jej raptem sekundę na odpowiedź. — Nie traktuj mnie jak ofiarę losu, którą trzeba ratować, bo sam zginie. Jestem dorosły i wiem, na co mogę sobie pozwolić, a czego nie powinienem robić — zaakcentował słowo, które jeszcze nie tak dawno padło z jej ust podczas rozmowy z jego matką, gdy postanowiła go obronić.
Sam po sobie czuł, że się zmienił. Jeszcze te kilka miesięcy temu nie pozwoliłby sobie na wspólne mieszkanie z kobietą, długie rozmowy o wszystkim i niczym do późna, kolacje, śniadania, wyprawy na jacht, maseczki, infantylne fotografie i wszystko pomiędzy. Nie goniłby za dziewczyną po Misano i nie dzwoniłby do niej po pijaku, narażając się na pośmiewisko.
Co więcej, w ciągu ostatnich dni pojawiła się w jego głowie niepozorna myśl, że tworzyliby razem dobrą, zgraną parę. Odnajdywał się w ich nie-związku na zasadach, jakie ustanowili na farmie i czuł, że to wszystko m i a ł o sens oraz znaczyło coś więcej. Niestety, żyli w bańce, która brutalnie prysła. Jego fantazje zweryfikowała rzeczywistość.
Był żałosny i teraz poczuł to całym sobą, znacznie dobitniej niż wcześniej. Nagle zrozumiał, że przez cały czas przejawiał swoją naiwność, podczas gdy Zoya starała się zachowywać powściągliwość względem ich relacji. Narzucał się jej, wierząc, że tu i teraz sprawdzi się i przede wszystkim im w y s t a r c z y.
Widząc jej przestrach spowodowany jego podniesionym głosem, automatycznie stonował. Nadal ogarniała go złość, że stał się powodem jej łez, ale nie tylko. Zaczęła dojrzewać w nim także okrutna myśl, że sam sobie był winien, w jakiej sytuacji się znalazł. Był zły na siebie za swoją lekkomyślność.
Na jej nieoczekiwany krzyk sam drgnął i wykrzywił twarz w grymasie. W tym samym czasie ujrzał jej gwałtowne machnięcie ręką i intuicyjnie się przed nim uchylił. Gdy wyrzucała mu wszystko w twarz, na chwilę znów znieruchomiał, przyswajając sobie pospiesznie jej wyrzuty. Niemniej porównanie go zabolało.
— Różnica między mną a matką jest taka, że ona przejmuje się konwenansami, a mnie gówno one obchodzą — odparł chłodno. — Z tym, że to j a obiecałem chronić ciebie i twoją rodzinę, również przed szumem wokół siebie. Życie publiczne potrafi mocno przytłoczyć. Uwierz mi, wolałabyś go nie zaznać — przestrzegł ją z powagą, mając pełną świadomość tego, o czym mówił.
Zdążył wyciągnąć wnioski z wcześniejszych doświadczeń. Obecna rozmowa za bardzo przypominała mu tę, którą przeprowadził dwa lata temu, w towarzystwie krzyków, łez, gorączkowego pakowania i huku łamiących się serc. Mimowolnie powrócił wspomnieniami do chwili, gdy poruszył z Zoyą temat rozstania z Mel i uderzył go jej komentarz.
Chyba najbardziej pocieszające w tym wszystkim jest to, że rozstaliście się w odpowiednim momencie.
Teraz dostrzegał ten wzorzec i postanowił oszczędzić Zoi wszystkich ewentualnych przykrości, które już pobieżnie poznała w trakcie starcia z Isobel. To, co mogło ją czekać później, wykraczałoby poza jej strefę komfortu, a on nie chciał jej ograniczać. W jego oczach jawiła mu się jako wolny, beztroski, kolorowy ptak. Ostatnim, czego dla niej pragnął, to skłonić ją do dostosowania się do świata pełnego zasad i ram.
Im dłużej to ciągnęli, tym większe były szanse, że pod wpływem presji otoczenia w końcu sama ucieknie. Zerknął na jej torbę, którą pospiesznie złapała w rękę. Właściwie już poczyniła ku temu pierwszy krok.
Musieli to skończyć. Zanim będzie za późno.
— Podjęłaś ją pierwsza, kiedy zaczęłaś się pakować. — W końcu podniósł na nią spojrzenie. — I masz rację. Ty zawsze, we wszystkim masz rację. — Uśmiechnął się smutno. — Trzeba wiedzieć, kiedy jest ten odpowiedni moment. — Chłód i opanowanie w jego głosie wraz z wyprostowaną postawą świadczyły o tym, że dalsze sprzeczanie się z nim nie miało już sensu.
I ona o tym wiedziała, kiedy go wyminęła. Mimowolnie zacisnął palce w pięści w tak intensywnym geście, że aż pobielały mu kłykcie, byle nie złamać się w wyniku tylu duszących go emocji. Celowo nie wypowiedział na głos tego konkretnego słowa, które zawisło w powietrzu, zwiastując koniec. Nie potrafiło mu przejść przez gardło, niemniej niemal namacalnie czuł, jak wszystko, co razem zbudowali, właśnie legło w gruzach.
Pospiesznie zszedł za nią po schodach, ale na ostatnich stopniach zwolnił stropiony, gdy skierowała swoje kroki do kuchni. Kiedy spostrzegł jej wściekły wzrok utkwiony na zdjęciach na szafce, natychmiast pojął jej zamiary.
Chaos i cierpienie, jakie dało się zauważyć w jej ruchach, gdy z takim zapałem odrywała wszystkie fotografie, sprawiał mu ucisk w klatce, ale kiedy sięgnęła po nożyczki, wystraszył się.
— Zoya — rzucił ostrzegawczo, podbiegając do niej. — Co robisz? Przestań! — zawołał z ogromnym niepokojem w momencie, aż w niszczycielskim amoku przecięła sobie palca. Nożyczki huknęły o podłogę, a po ranie zaczęła sączyć się krew.
Zamarł na dwie sekundy z rozszalałym w jego klatce sercem, przerażony zarówno raną, jak i załamaniem nerwowym Zoi, które do tego doprowadziło, i poczuł się jeszcze bardziej winny. — Pomogę ci — powiedział automatycznie i ujął ją za nadgarstek. Drugą ręką odkręcił kran, pod który podsunął jej dłoń, żeby ją obmyć z kapiącej po jej skórze krwi. W tym czasie sięgnął też po papierowy ręcznik, który oderwał zdecydowanym ruchem.
Zakręcił wodę i przysunął jej nadgarstek bliżej siebie, żeby delikatnymi ruchami, punktowo dociskając do jej skóry, osuszyć ją. Dopiero wtedy zauważył, jak głęboko sobie ją rozcięła.
— Trzeba go opatrzyć. — Podniósł spojrzenie na jej twarz, spłakaną, trochę oszołomioną, w której nadal odbijała się dojmująca żałość.
Mimo wszystkiego, co jej dziś powiedział, jego oczy nadal patrzyły na nią z troską i łagodnością. Cokolwiek by zrobił, one zdradzały wszystko. To samo czuł w środku — ciepło mieszało się z bólem, tworząc destrukcyjną mieszankę.

Zoya Weasley
25 y/o
Mark your calendar for Canada Day
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Miała ochotę zapytać, czy zwariował. Czy nie uderzył się przypadkiem zbyt mocno w głowę, bo etap, w którym Zoya wszystko sobie wyrzucała i czuła się winna, dawno już minął. Jednak pomimo tego, że w tej chwili tak wiele chciała powiedzieć Lucienowi, a kołchoz myśli zdawał się jedynie podsycać jej gniew, postanowiła milczeć. Niech żyje sobie w błędzie. Wyprowadzanie z niego nie było już celem Zoi.
Wciąż patrzyła na mężczyznę z ustami zaciśniętymi w wąską kreskę. W końcu nabrała powietrza i prychnęła ze słyszalną kpiną. Cholera, przecież nie był żadną ofiarą losu! W ostatnich tygodniach był jej kochankiem i bohaterem. Widziała w nim samo dobro; jaśniał w jej oczach mocniej niż gwiazdy na niebie, a wszystkie gesty oraz słowa - aż do tej chwili - dawały Zoi poczucie bezpieczeństwa.
Ostatecznie jednak nie musiał już o tym wiedzieć. Zdecydowała się więc na krótkie, kłamliwe stwierdzenie, od którego aż zabolało ją serce.
— Jesteś żałosny — rzuciła, po czym nerwowo przełknęła ślinę. — Myśl sobie, co chcesz. Już mi nie zależy — dodała, racząc go kolejnym pszustwem.
Zoi zależało bardziej, niż była gotowa przyznać i to zarówno przed sobą, jak i przed Lucienem. Tak bardzo, że znów uwierzyła w możliwość trwania u czyjegoś boku, chociaż oficjalnie nawet nie byli parą.
Niestety z każdym następnym słowem zapadali się w coraz głębszą otchłań nieporozumienia, z której trudno będzie im się wydostać. O ile w ogóle. Już nie była pewna, ile z tego, co mu wyrzuciła, zdołał zrozumieć, ale nie zamierzała na tym poprzestać. Kontynuowała, pozwalając, aby irytacja i zranione serce podszeptywały jej następne wypowiedzi.
— Doprawdy? — rzuciła retorycznie, po czym demonstracyjnie potaknęła. — A mnie się wydaje, że konwenanse owszem nie miały dla ciebie znaczenia, dopóki matka nie przyszła cię oświecić — wytknęła mu jedno, ale już na kolejną wypowiedź mężczyzny Zoi zabrakło już argumentów.
Nie mogła zaprzeczyć, że nie chciała upubliczniać swojego życia. Obietnica Luciena, że będzie chronił ją i jej rodzinę nadal była dla Zoi wygodna.
I właśnie w tym momencie dotarła do niej nieprzyjemna myśl, że być może naprawdę próbował ją ochronić. Być może jego słowa nie były próbą odsunięcia jej od siebie, ale sposobem, aby oszczędzić jej innych przykrosci. Problem w tym, że nieprzerwanie czuła, że jej przywiązanie do Luciena trawiło wszelki rozsadek i zasady, które ustalili w Huntsville. Nie potrafiła tak po prostu zebrać resztek dumy i po prostu odejść, tak jak powinna.
Nie odezwała się więc i, opuściwszy głowę, pozwoliła mężczyźnie przez tę krótką chwilę uwierzyć, że miał rację. Zaraz zacisnęła pięści i usta, a gniew, który jeszcze przed momentem palił ją od środka, ustąpił miejsca niechętnemu zrozumieniu.
— Widziałam na dole twoje spojrzenie. Jakby… — Tym razem znacznie łagodniej uniosła dłonie, jakby chciała coś nimi pokazać, ale ostatecznie jedynie starła łzy z policzków. — Jakby zaczynało do ciebie docierać, że twoja mama ma rację. Nigdy nie chciałam, abyś zastanawiał się, co powinieneś ze mną zrobić, a właśnie tak wyglądałeś, Lucien. Dlatego poszłam się spakować — wyjaśniła smutno, po czym potaknęła, kiedy mówił o tym, kto w ich relacji miał zawsze rację i po prostu zeszła na dół.
Sama nie była już pewna, co wydarzyło się później. To był impuls, absurdalny i gwałtowny, który pchnął ją do szarpania się ze zdjęciami. Nie zważała już na obecność Luciena. Płakała coraz intensywniej, aż w końcu w przypływie szału, przecięła sobie skórę. Nawet nie usłyszała jak krzyknął jej imię i nawoływał, aby przestała.
Ba! Nie pamiętała tego momentu ani chwili, w której mężczyzna ujął jej nadgarstek i podprowadził ją do kranu. Czuła się nieprzytomna, choć obserwowała wodę spłukującą krew z jej dłoni, a potem rejestrowała ostrożne ruchy Luciena, który punktowo dociskał papierowy ręcznik do jej skóry.
Czy oszalała?
Na jego punkcie.
Przez chwilę patrzyła na niego nieobecnym wzrokiem. Nie zareagowała od razu. Nawet kiedy Lucien się poruszył, pozostała osobliwie nieruchoma z opuszczoną głową i spojrzeniem utkwionym w ich dłoniach. Nie potrafiła zebrać myśli.
Dopiero gdy uniosła wzrok i natrafiła na zatroskane, pełne ciepła ale i bólu oczy mężczyzny, gwałtownie wyrwała rękę. W jej jasnym spojrzeniu na nowo pojawiła się złość, choć wciąż podszyta rozpaczą.
— Zostaw! — warknęła. — Nie masz prawa więcej mnie dotykać!
Jeszcze przez moment patrzyła na niego z niesamowitą pretensją, po czym gwałtownie ruszyła w stronę wyjścia z kuchennej części mieszkania. Następnie pochyliła się i chwyciła z podłogi torbę. Właśnie wtedy dostrzegła leżące nieopodal opakowanie, którego uchylone wieko odsłaniało rąbek skrywanej w środku tajemnicy. Pod ozdobnym, cienkim, nieco już wygiętym papierem znajdowała się burgundowa sukienka.
I znów Zoya poczuła się żałośnie. Nie odezwała się jednak. Ruszyła w stronę drzwi, pośpiesznie włożyła buty i kurtkę, po czym wyszła.

Lucien Spencer

K o n i e c.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „#25”