ODPOWIEDZ
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jesteś żałosny. Myśl sobie, co chcesz. Już mi nie zależy.

Zostaw! Nie masz prawa więcej mnie dotykać!


Słowa kobiety przecięły powietrze niczym ostrze, ale to jej wzrok, kiedy z rozpaczą i gniewem spojrzała na niego po raz ostatni, zapadł w jego pamięć, sprawiając, że zatrzymał się w połowie ruchu, a potem w milczeniu przyglądał się, jak ciemnowłosa gwałtownie zabiera swoją torbę i rusza do wyjścia.
Wraz z zatrzaśnięciem drzwi mieszkania za Zoyą odniósł wrażenie że coś zamknęło się między nimi nieodwracalnie. Mimo tego, jak cholernie to rozstanie bolało i jak bardzo walczył ze sobą, żeby nie wybiec za Zoyą i nie odwołać wszystkiego, co powiedział, tak z drugiej strony desperacko próbował tłumaczyć sobie, że to wszystko robił wyłącznie dla jej własnego dobra. Zanim skrzywdzi ją opinia publiczna oraz towarzystwo wyższych sfer, na które zdecydowanie nie była gotowa. Czuł się przerażająco bezradny.
Jeszcze długo, pozostając całkiem sam, nie potrafił pozbierać własnych, wciąż huczących w jego głowie myśli. Wraz z jej wyjściem w mieszkaniu zapanowała łamiąca pustka, która z każdym kolejnym oddechem zaczynała przytłaczać go coraz bardziej, sprawiając, że znosił ją z coraz większym trudem. Nienawidził trwać w bezczynności. Czuł, że musiał coś ze sobą zrobić.
W pewnym momencie podniósł się z kanapy i sięgnął po telefon. Kilka sygnałów później usłyszał znajomy męski głos.
— Johnny? Hej. Jakie mamy szanse, by wyjechać wcześniej? — zapytał z czającym się w głosie napięciem, wpatrując się w przestrzeń przed sobą.
— Uhm, jak bardzo wcześniej?
— Czyli dzisiaj — doprecyzował pospiesznie, przesuwając dłonią po swoim kolanie. W słuchawce usłyszał chwilowe wahanie.
— Dobra, zobaczę, co da się zrobić.
— Dzięki — zacisnął usta i zakończył połączenie, a wtedy cisza wypełniła puste wnętrze. Dusiła go. Potrzebował powietrza. Najlepiej tego europejskiego.


Niedziela, 25 października

Kariera ponad wszystko.


Rób swoje, zwycięstwo masz w kieszeni.

Mamy tempo, mamy strategię, jedź rozważnie, a wszystko się ułoży.
Pamiętaj, że pierwszy zakręt nie decyduje o całym wyścigu. Zachowaj spokój.


Skup się na wykonaniu dobrego performance'u. Pilnuj opon, nie podejmuj niepotrzebnego ryzyka, daj nam czysty wyścig, a my zajmiemy się resztą.
Stoi za tobą cały garaż. Każdy chce cię zobaczyć na podium. Ten tytuł jest twój. Bierz ich.


Ostatnie klepnięcie pokrzepiające po plecach i posłany w podziękowaniu uśmiech, po czym Lucien zamknął za sobą drzwi. Z ciężkim westchnieniem podparł się rękami o biodra i odwrócił się twarzą do wąskiego, niewielkiego pomieszczenia, omiatając je wzrokiem. Tymczasowy pokój z kanapą i biurkiem stanowił dla niego chwilę wytchnienia i samotności, której potrzebował, żeby zebrać się w sobie przed długo oczekiwanym finałem.
Zarówno piątkowe treningi, jak i wczorajsze kwalifikacje nie przebiegły według jego planów. Problemy z autem i zużyciem opon wpłynęły na jego piątą pozycję startową. I choć podczas pierwszego wyścigu miał dobre tempo i wspiął się o dwie pozycje do góry, został wypchnięty z zakrętu i stracił cenny czas. Ostatecznie uzyskał dopiero czwarte miejsce, podczas gdy jego rywal, Holz, nadrobił straty punktowe w klasyfikacji, prawie całkowicie wyrównując różnicę między nimi. Niedzielny wyścig miał rozstrzygnąć wszystko.
Rozpiął swój kombinezon do połowy i ściągnął go ze swoich ramion, pozostawiając luzem na biodrach, a następnie sięgnął po plecak, który położył na blacie biurka i zaczął szukać miętówek. Wtem w jednej z kieszeni opuszkami palców natknął się na niewielką, śliską powierzchnię. Ze ściągniętymi brwiami złapał ją delikatnie między dwa palce i wyciągnął przed siebie.
Znajoma fotografia z polaroida sprawiła, że stanął w bezruchu i z przyspieszonym z nagła tętnem przypatrzył się jej uważnie. Aparat uwiecznił jedno z popołudniowych wygłupów z Zoyą, a ten konkretny kadr należał do bardziej intymnych i enigmatycznych chwil, które przywołały w nim ciepłe wspomnienia. Mimowolnie jego usta rozszerzyły się pod wpływem nikłego uśmiechu.
To prawdopodobnie ostatnia z zachowanych po tamtym dniu pamiątek, jeszcze zanim ich relacja przyjęła tak tragiczny obrót. Jego talizman, który miał mu przynieść szczęście. Spakował ją do plecaka, kiedy żył w przekonaniu, że więź z Zoyą była czymś właściwym. Dopiero później dotarło do niego, że karmił się zwykłą fantazją.
Obrócił fotografię w palcach i rzucił ją na blat. Nie chciał czuć tego, co znów się w nim rozbudziło. Nie mógł pozwolić sobie na ból i ten beznadziejny stan, który miał nadzieję pozostawić w Toronto.
Żeby zająć czymś myśli, sięgnął po telefon i usiadł na kanapie, na której się rozparł, by zacząć bezmyślnie przeglądać rolki na tiktoku. Po chwili wyskoczyło mu powiadomienie wiadomości. Na widok znajomej twarzy w mały okienku aż poderwał się do przodu i oparł łokcie o kolana, pochylając się nad komórką.
Zoyka
Mam nadzieję, że dziś spełni się twoje marzenie. Trzymam za ciebie kciuki, Lucien! Stań na podium
Wiadomość...
Jedna krótka wiadomość wystarczyła, żeby oblało go przyjemne ciepło, a na jego twarzy znów zawitał trochę lżejszy, acz nadal smutny uśmiech. Przez dłuższą chwilę tak po prostu wpatrywał się w jej zdjęcie z myślą, że po wszystkim było to m i ł e mieć świadomość, że przynajmniej to jedno nie uległo zmianie — wierzyła w niego.
Długo zastanawiał się, czy powinien odpisać, a jeśli tak, to c o właściwie, bo nic, co przychodziło mu do głowy, nie wydawało się odpowiednie. Ostatecznie stwierdził, że nie miało to sensu. Powinien zostawić ją w spokoju.
Wtedy też z zamyślenia wyrwało go ciche pukanie do drzwi. Gdy ustąpiły, w progu zobaczył Isobel. Przyjechała na ten weekend razem z tatą, który pewnie kręcił się gdzieś po padoku i rozmawiał z ludźmi z branży. A ona była jego matką, która nie omijała tych najważniejszych wydarzeń z życia swojego syna. Musiał się z nią pogodzić. Wyłączył więc telefon i wstał.
— Jak się czujesz, skarbie? Zobacz, kto postanowił ci dziś kibicować.
Kiedy zza mamy wychynęła wysoka blondynka w kusej białej sukience, nie krył zaskoczenia. Nie widywał się z nią w tym sezonie zbyt często, ale pamiętał, jak świetnie im się ze sobą w zeszłym roku współpracowało.
— Agatha — powitał dziewczynę buziakiem w policzek i krótkim przytuleniem, by zaraz, na zachętę Isobel, oprowadzić ją po motorhome i w międzyczasie nadrobić zaległości, co u niej.
A gdy nadeszła pora, przeszli razem przez padok do jego garażu, w którym chętnie postanowiła towarzyszyć jego rodzicom.

Nadal nie mógł w to uwierzyć.
Na wyścigu startował jako drugi. Mimo zblokowania koła i problemów z podsterownością, zachował opanowanie i pod koniec wyścigu wykorzystał okazję, by wyjść na prowadzenie. Po przekroczeniu mety aż łzy szczęścia cisnęły mu się do oczu.
Emocje buzowały w nim nawet, kiedy przystanął przy znaku mistrza DTM. Po wyjściu z auta zdjął kask i uśmiechnięty od ucha do ucha wzbił pięść do góry w triumfalnym geście, po czym podbiegł do swojego teamu, żeby nacieszyć się ich wspólnym sukcesem. Był tak oszołomiony tym, co działo się wokół niego, że organizatorzy zwrócili mu uwagę, by przed rozpoczęciem celebracji poszedł się zważyć.
A potem przyszli do niego rodzice i Agatha. Uściskał mocno najpierw mamę, potem tatę, na koniec dziękując za kibicowanie również blondynce. Zanim jednak zdążył się na dobre od niej odsunąć, ta raptownie go pocałowała. Skonsternowany oderwał się od niej, ale już prosili go na podium. Momentalnie przybrał więc na twarzy uśmiech spełnienia i skierował swoje kroki tam, gdzie zasłużył, by się znaleźć.
Tryskał tym wyjątkowym uczuciem szczęścia w trakcie odbierania upragnionego pucharu, najpierw za pierwsze miejsce w wyścigu, a później za tytuł całej serii. W całym tym amoku sycił się chwilą i celebrował ją na oczach tysięcy oglądających go przed ekranami.
Wtedy jeszcze nie docierało do niego, co się wydarzyło. Wtedy myślał wyłącznie o tym, że spełnił swoje marzenie, więc wszystkie dotychczasowe problemy stały się mniejsze. Dostał skrzydeł, nie było nic, czego nie dało się naprawić.
Dlatego na pytania od dziennikarzy, kim była owa dama, która go pocałowała, wzruszył beztrosko ramionami.
Była tylko przyjaciółką.

Ostatni jego powrót nosił jedno imię: Zoya, Zoya, Zoya!
Tym razem wracał do Toronto, w którym nie czekał na niego nikt, a pustkę w jego sercu po ciemnowłosej wypełniła wyłącznie satysfakcja ze spełnienia wymarzonego celu. Nie wracał sam. Wracał z dwoma pucharami i poczuciem zwycięstwa. Oraz trawiącym go żalem, że nie mógł się tym podzielić z osobą, na której zależało mu najbardziej.
W tym czasie miasto wróciło do normalności, choć życie Luciena nadal pozostawało od tego dalekie. Oprócz zaproszeń do współpracy i kolejnych wywiadów do studia musiał zająć się jedną ważną sprawą - bankietem.
To wydarzenie dość skutecznie odciągało jego myśli od Zoi, acz nadal niewystarczająco, by wymazać ją z pamięci. Wystarczyło, że wracał do mieszkania, by w nieoczekiwanych momentach powracały do niego wspomnienia wielu ulotnych, pełnych śmiechu, bliskości i namiętności chwil. Wciąż napotykał na rzeczy, które zostawiła po sobie, gdy pakowała się w pośpiechu, albo dostrzegał różnice w poprzestawianych tu i ówdzie przedmiotach, które jej zdaniem do tej pory nie pasowały w danych miejscach albo nie były zbyt funkcjonalne. Codziennie też z rana po przebudzeniu patrzył na niego kwiatek w doniczce, którego dostał od niej, gdy pojawiła się w jego mieszkaniu po raz pierwszy. Przeniósł go na dół i postawił na komodzie.
W miejscu, które nadal nią pachniało, uczył się na nowo żyć bez niej.
W dodatku wszyscy o nią pytali. Portier wyraził rozczarowanie związane z nieobecnością jego towarzyszki, kiedy Lucien wyznał mu, że już tu nie wróci. Po wejściu do windy w jego głowie odbijało się niczym echo westchnięcie, że była to taka m i ł a dziewczyna. Ellie, która wyciągnęła go na kawę do nowej kawiarni, również próbowała podpytać, jak miały się sprawy z Zoyą, ale sprostował krótko, że to mocno nieaktualne.
Najgorzej jednak zniósł dzień, w którym do jego progu zawitała Maria. Podczas wspólnego mieszkania kobiety nie mogły uniknąć poznania się. I najwyraźniej całkiem dobrze się ze sobą zaprzyjaźniły, bo gdy tylko służąca dowiedziała się o wyprowadzce Zoi, nie ukrywała niezadowolenia z tego powodu, raz po raz robiąc mu pod tym kątem przytyki. Drażniło go to, ale znał ją od dziecka i traktował ją niemal jak członka rodziny, nie mógł więc zrobić nic poza wysłuchaniem jej tyrady.

Gdzie ty taką drugą znajdziesz. Miłą, uczynną, zabawną. A to, że ma trochę charakterku to nawet i lepiej, bo przynajmniej przy niej byś się nie nudził.
Wiedział. Wiedział to wszystko tak dobrze, jak nikt. I cholernie za tym tęsknił, ale przecież tak miało być l e p i e j.
Finalnie Maria musiała dostrzec jego strapienie i wymowne milczenie, bo w końcu ustąpiła.
Z ich rozstania najbardziej zdawała się cieszyć jedynie jego matka, ale na każde jej niewinne wtrącenie zaraz gromił ją wzrokiem i ucinał temat, aż dla dobra swojego i fundacji, na którą tak często ostatnio się powoływała, przestała drążyć.


Sobota, 31 października
Posiadłość Spencerów w Don Mills imponowała swoją wielkością i przepychem już od zewnątrz, ale to w środku, tuż po oddaniu kluczy parkingowemu, robiła największe wrażenie. Ogromne przestrzenie, marmury i kryształowe żyrandole świadczyły o majętności jej mieszkańców, nieco onieśmielając wkraczających przez próg gości.
Idąc w stronę drzwi wejściowych, Lucien uśmiechnął się do pani z obsługi sprawdzającej listę gości i wszedł poza kolejką. Ochroniarze w czarnych uniformach dyskretnie krążyli po sali, pilnując bezpieczeństwa przez wzgląd na ostatnie wydarzenia w mieście. Minął jednego z nich z nieznacznym skinieniem. Najmłodszy Spencer stanowił niemal główną atrakcję tego wieczoru, znali go wszyscy, łącznie z obsługą, która miała dopilnować, by bankiet przebiegł na odpowiednim poziomie.
Już od progu skupił na sobie spojrzenia gości, który chcieli się z nim przywitać i pogratulować mu wygranej, co chwila więc przystawał tu i ówdzie, by wymienić z nimi krótkie uprzejmości. Przy Maggie, Henrym i Ellie zatrzymał się na trochę dłuższą chwilę, żeby ostatecznie dotrzeć do swoich rodziców, którzy stali z nikim innym, jak Agathą oraz jej rodzicami.
Spodziewał się ich dziś zobaczyć. Andrew Thompson był najważniejszym sponsorem fundacji, a tym samym głównym gościem całego tego wydarzenia. Do jednego z zadań Luciena należało towarzyszenie im oraz zapewnienie, czego tylko sobie życzyli.
Przystanął więc przy blondynce ubranej w imponującą kreację koloru butelkowej zieleni, która opinała jej filigranowe ciało. Jeszcze będąc w Niemczech zdążyli wyjaśnić sobie incydent z pocałunkiem, jaki zdarzył się tuż po jego wygranej. Dziewczyna przeprosiła za ten spontaniczny gest, więc teraz powrócili do swobodnego tonu rozmowy, nie stroniąc od żartów, tak, jakby nic takiego się nie wydarzyło.
A potem fotograf poprosił ich do zdjęcia przy ściance z logo fundacji. Pogrążony w rozmowie z Agathą, podszedł z nią bliżej, najpierw ustępując miejsca rodzicom. Później przystanął pomiędzy nimi, prezentując swój szczery uśmiech. Wkrótce Isobel zaprosiła również do siebie państwa Thompsonów. Gdy po kilku błyskach fleszy już zaczęli się rozchodzić, mama zwróciła uwagę, że teraz kolej na samą młodzież. Przystanął więc w miejscu i z lekkim uśmiechem gestem dłoni zaprosił Agathę bliżej siebie, po czym objął delikatnie w talii i zapozował. Akurat wtedy blondynka rzuciła mu do ucha jakąś żartobliwą uwagę, na co najpierw spojrzał na nią z niedowierzaniem, a potem oboje się zaśmiali.
Cała ta sesja wyglądała bardzo niewinnie, a przez cały czas fotograf robił im coraz to ładniejsze, naturalne pamiątki. Nadal rozbawiony żartem finalnie podziękował i, nadal trzymając dłoń na plecach dziewczyny, skierował ją ponownie w stronę rodziców.
Wtedy też postanowił zaopatrzyć ich w drinki. Akurat zobaczył podchodzącą do nich kelnerkę, więc odwrócił się w jej stronę i wyciągnął ręce po szkło. Odruchowo podniósł spojrzenie na obsługującą go kobietę, by podziękować i nagle zamarł.
Zoya.
Momentalnie zrobiło mu się gorąco, a przez jego głowę przemknęło wiele rozgorączkowanych myśli.
Co ona tu robiła?
Czemu go obsługiwała?
Czy to był jakiś żart?

— Hej — wydusił z siebie cicho, starając się za wszelką cenę zachować opanowanie.
W tej samej chwili jego trybiki podjęły pracę na przyspieszonych obrotach, bo kompletnie nie wiedział, jak powinien się zachować. Udawanie, że jej nie znał, wydawało mu się okrutne, podobnie jak upokarzające było usługiwanie mu, ale jednocześnie nie mógł na nią zwrócić większej uwagi towarzystwa, bo… przed tym właśnie próbował ją chronić.
Dłoń na jego ramieniu i własne imię okraszone niepokojem, które dotarło do jego uszu, wyostrzyło jego spojrzenie. Głos Agathy uprzytomnił mu, że musiał zareagować. Pospiesznie odebrał więc szklanki.
— Dziękuję — mruknął i trochę stropiony wrócił spojrzeniem po twarzach rodziców i Thompsonów, aż zatrzymał się na Isobel, która przypatrywała mu się z nieodgadnionym wyrazem twarzy.
Zdusił w sobie złowróżbny pomruk i przyjął na twarz uprzejmy, wyuczony uśmiech, którym zapewnił gości, że wszystko było w porządku.
Następnie jeszcze raz ukradkiem spojrzał na matkę. Miał nadzieję, że za tym nie stała.

Zoya Weasley
Ostatnio zmieniony czw lis 05, 2026 11:26 pm przez Lucien Spencer, łącznie zmieniany 3 razy.
25 y/o
Indulge in local cuisine
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To był ciężki czas...
...szczególnie że pierwsze dni musiała spędzić na walizkach, w wynajętym pokoju jednego z pensjonatów nieopodal Toronto. Dopiero później poprosiła Rowana, aby pomógł jej przenieść się do nowo wynajętej, niespełna trzydziestometrowej kawalerki w Rexdale.
To był n a d a l ciężki czas...
... bo nie potrafiła przywyknąć do spania w nowym miejscu, które wręcz cuchnęło obcością. Nocami bała się kreatur czających się w kątach. Te nawiedzały ją od czasu feralnego włamania, ale wcześniej, w towarzystwie Luciena strach zdawał się być słabszy. Natomiast za dnia snuła się po mieszkaniu bez celu albo, przeciwnie, z niezdrową nerwowością rozpakowywała kolejne kartony. Nie potrafiła znaleźć sobie zajęcia, a częste telefony brata i jego nieustanne pytania o samopoczucie jedynie potęgowały przygnębienie.
W dniu wyścigu Luciena wciąż nie potrafiła się otrząsnąć. Obraz mężczyzny nieustannie powracał do Zoi w najmniej oczekiwanych momentach. Tęskniła, chociaż już nie pozwoliła sobie uronić ani jednej łzy. Chyba zdążyły wyschnąć i podobnie jak jej uczucia pogrążyły się w głębokiej żałobie po znajomości, która tak okrutnie spłonęła.
Zoya obiecała sobie, że gdy tylko całe wydarzenie dobiegnie końca, wyprze się wszystkich targających nią skrajnych emocji i skupi na pracy. Tej, którą dostała zaledwie wczoraj i tej do której miała stawić się już w poniedziałek.
Wiadomość SMS, którą zdecydowała się wysłać, miała stanowić już ostatek wiary i empatii Zoyki wobec Luciena. Chciała, aby wiedział, że bez względu na to, jak potoczyły się ich drogi, życzyła mu wygranej.
Nic więc dziwnego, że kiedy po emocjonującym wyścigu Lucien przekroczył linię mety, Zoya aż podskoczyła z kanapy. Nawet omyłkowo strąciła ze stolika puste puszki po smakowych piwach, ale naprawdę nie potrafiła powstrzymać nagłego przypływu radości oraz charakterystycznego pieczenia pod powiekami.
Zaraz na ekranie telewizora pojawiło się zbliżenie twarzy Luciena. Błyszczał, jak cholernie piękne gwiazdy; zupełnie tak samo, kiedy zachwycał ją swoim zachowaniem. Jendak niespodziewanie ten blask nagle przygasł, bo na kolejnym ujęciu Zoya dostrzegła całkiem ładną blondynkę, która z impetem wbiła się w jego usta.
Usta, które tak ochoczo sama całowała.
Wtedy znieruchomiała, a uśmiech, jaki jeszcze przed chwilą majaczył na jej twarzy nagle zniknął. Momentalnie opadła na kanapę i wyłączyła urządzenie w momencie, w którym Spencer szedł w stronę podium.


Nowa praca, choć daleka od wymarzonej, okazała się całkiem przyjemną odskocznią. Przede wszystkim nie pozostawiała Zoi zbyt wiele czasu na m y ś l e n i e, a tego właśnie potrzebowała.
Z czystego rozsądku blokowała kolejne strony, na których algorytm uparcie podsuwał jej Luciena Spencera. Nie zawsze jednak zdążyła zareagować zanim jej wzrok zatrzymał się na nagłówkach. Jedne rozbrzmiewały o minionym sukcesie, inne zaś rozpływały się nad olśniewającą przyjaciółką. Zoya jednak starała się nie poświęcać temu uwagi. Przynajmniej tak sobie wmawiała i podobnie jak Lucien, również musiała ruszyć dalej.
Firma zajmująca się obsługą uroczystości zaoferowała Zoi całkiem przyzwoite wynagrodzenie, a przy tym zapewniała ogrom zajęć. Minęło zaledwie kilka dni, a już zdążyła obsłużyć cztery imprezy. Piąta miała odbyć się w sobotę. Szef od początku zapowiadał, że będzie to wyjątkowo duże przedsięwzięcie i wielokrotnie wspominał o obecności vipów. Zoya jednak słuchała go jednym uchem, a drugim wypuszczała. Nie robiło to na niej większego wrażenia i to chyba w dużym przeciwieństwie do reszty personelu, który plotkował na tamet domniemanych osobistości. Nikt jednak nie znał szczegółów.
Posiadłość w Don Mills imponowała swoją wielkością i przepychem już od zewnątrz, ale to środek robił największe wrażenie. Ogromne przestrzenie, marmury i kryształowe żyrandole świadczyły o majętności jej mieszkańców, nieco onieśmielając wkraczających przez próg gości.
Czuła się odrobinę przytłoczona, kiedy jeszcze przed rozpoczęciem bankietu kilkukrotnie przemierzała obszerne korytarze z paterami pełnymi przekąsek. Personel dopinał ostatnie szczegóły, a dekoratorzy poprawiali kompozycje z ciemnoczerwonych róż. Zoya nie miała jednak pojęcia, jak wyjątkowa miała być to uroczystość. Dopiero na chwilę przed rozpoczęciem dowiedziała się, że obsługiwany przez nich bankiet organizowała fundacja Isobeli Spencer.
Uderzył w nią gorąc. Gorąc tak potężny, że ledwo wystała na własnych nogach i tylko dzięki ramieniu kolegi nie osunęła się na marmurową podłogę.
Ostatecznie Zoya wspólnie z resztą personelu stanęła przed menadżerką, która rozdzielała obsługę do poszczególnych stolików. Oczywiście kaprysem losu okazało się wylosowanie numeru jeden. Wtedy kobieta wręczyła jej i towarzyszącemu obok tyczkowatemu chłopakowi imieniem Oleh bordowe kokardy, po czym pogratulowała przydziału.
Lucien Spencer.
Znów poczuła narastającą żałość, a duszność dopadła ją z pełną mocą, gdy zacisnęła palce na materiale wstążki. Miała ponownie stanąć przed Lucienem i to w dodatku w tak upokarzających okolicznościach, że na samą myśl żółć podeszła jej do gardła. Mimo wszystko, po kilku naprawdę głębokich wdechach, z policzkami zaróżowionymi od nerwów, przekroczyła próg tej pieprzonej sali. Jednocześnie... na twarzy Zoi zagościł najpiękniejszy uśmiech na jaki w tamtej chwili potrafiła się zdobyć.
Początkowo zgodnie z zaleceniami kelnerzy i kelnerki mieli pozostać na uboczu w pobliżu niebotycznych filarów i czuwać nad tym, aby na stołach nie zabrakło przekąsek. Zoya zajęła więc miejsce w lekkim ukryciu, skąd nerwowo obserwowała otoczenie.
O c z y w i ś c i e Luciena dostrzeła natychmiast i przez pierwszych kilka sekund nie potrafiła oderwać od niego wzroku. Serce zabiło jej z niesamowitą intensywnością, a oddech ponownie stał się płytki. Nie czuła się swobodnie, obserwując go z tej perspektywy, a tym bardziej że nawet nie był świadomy jej obecności.
Nie chciała być wścibska. Oczywiście, że nie! Ba, naprawdę próbowała skupić się na swoich obowiązkach, jednak kiedy mężczyzna odłączył się od Maggie, Henrego i Ellie, a następnie oddalił wraz z cholerną blondynką, ciekawość okazała się silniejsza. Wychyliła się więc ze swojego miejsca i ukradkiem próbowała prześledzić jego poczynania.
Niestety widok ich roześmianych twarzy sprawił, że żołądek Zoi zawiązał się w bolesny supeł. W dodatku, kiedy para zatrzymała się przy ściance fotograficznej i zaczęli pozować do zdjęć, ich wszystkie (w mniemaniu Zoi) czułe gesty uderzyły w nią kolejną falą sprzecznych emocji.
W końcu Zoya naprawdę głośno westchnęła, czym najwyraźniej zainteresowała stojącego obok Oleha. Chłopak posłał jej pytające spojrzenie, ale w odpowiedzi jedynie pokręciła głową i ostatecznie skupiła się wyłącznie na stołach.
Kilka minut później menadżerka dała obsłudze sygnał do rozpoczęcia roznoszenia wina. Zoya wyprostowała się więc dumnie i zz przyklejonym do twarzy uśmiechem, ruszyła przez salę ze złotą tacą, która po brzegi była wypełniona kieliszkami. Z każdym krokiem zbliżającym ją do Luciena coraz mocniej liczyła jednak na to, że ten zrezygnuje z poczęstunku. Niestety, sięgnął po lampki, a kiedy ich spojrzenia się spotkały, mimowolnie uroczo zmarszczyła nos.
— Dobry wieczór — odpowiedziała uprzejmie i spuściła głowę, aby dłużej nie patrzeć mu w oczy. Po tym, co przeszli, było to niewyobrażalnie trudne doświadczenie. Zwłaszcza że najwyraźniej zdążył już spoufalić się z blondynką, bo kiedy ta dostrzegła jego osobliwe zawahanie, bez skrępowania dotknęła jego ramienia. Wówczas Zoya ciężko przełknęła ślinę, podkurczyła ramiona i mocniej zacisnęła palce na tacy. — Na zdrowie — odparła na dziękuję, po czym po prostu ruszyła dalej, aby częstować kolejnych gości.
Ostatni kieliszek zgarnął Henry, który wydawał się zadowolony z jej obecności. Być może Zoya nie powinna była wdawać się w dłuższe pogawędki, ale charakterystyczna dla mężczyzny natarczywość sprawiła, że ostatecznie uległa i zamieniła z nim pare słów. Henry nawet nie odstąpił jej na krok, kiedy z nową tacą alkoholu znowu spacerowała pomiędzy gośćmi.
W skrócie opowiedziała mu, że nie pracowała już w klinice weterynaryjnej i obecnie zajmowała się obsługą uroczystości. Henry potaknął na to z dziwnym uznaniem. Nawet pochwalił jej uniform i, co śmieszniejsze, związzane w koński ogon włosy. Później uraczył ją kilkoma anegdotami dotyczącymi sztywnego towarzystwa - chyba tylko dlatego, że zauważył jak mocno była spięta. Zoya uznała to za naprawdę miłe. Tuż przed odejściem mężczyzna złapał ją za łokieć i pospiesznie szepnął, że gdyby potrzebowała podwózki, to chętnie służył pomocą. Podobno i tak miał odwieźć Maggie i Ellie do domu.
Z Lucienem natomiast celowo unikała kontaktu wzrokowego, choć jeszcze kilkukrotnie zdarzyło jej się minąć go na sali. Nie mogła jednak dłużej trzymać dystansu, kiedy poproszono gości o zajęcie miejsc przy stołach i rozpoczęto serwowanie kolacji. Oleh podał kaczkę w sosie kobietom, więc Zoya kolejno postawiła talerze przed Lucienem, Henrym i dwoma młodymi mężczyznami, których nie znała. Przy okazji delikatnym skinieniem i serdecznym uśmiechem przywitała się z Maggie oraz Ellie. Ta druga natychmiast ułożyła usta w charakterystyczne „o”. Henry jednak trącił ją w ramię i pobieżnie wyjaśnił obecność Zoi wsród obsługi.
Podczas odbierania talerzy Agatha poprosiła ją o dolanie wody, co wydało się Zoi dość dziwną prośbą. Dzbanek stał tuż obok blondynki i w tamtej chwili najchętniej wylałaby całą jego zawartość na jej głowę. Odruchowo zerknęła jednak na Luciena, po czym, o zgrozo, uśmiechnęła się w ten swój słodko-gorzki sposób i z tacą z brudnymi naczyniami opartą na jednym ramieniu zdecydowała się sięgnąć po wodę.
I cholera, Zoya naprawdę nie miała pojęcia, jak właściwie do tego doszło. Wystarczył jeden niefortunny ruch, aby straciła równowagę, a taca niemal wyślizgnęła jej się z dłoni. W pośpiechu odstawiła dzbanek, ale ten niebezpiecznie się zachwiał i zanim zdążyła zareagować, jego zawartość wylała się wprost na kreację Agathy. Ta natychmiast poderwała się z miejsca.
— Przepraszam najmocniej — Naprawdę nie chciała. Pospiesznie sięgnęła wolną dłonią po bawełnianą chusteczkę leżącą na stoliku i podała ją kobiecie. Policzki Zoi momentalnie zapłonęły rumieńcem, a kiedy zdała sobie sprawę, jak wiele par oczu zwróciło się w jej stronę, poczuła nieprzyjemny ucisk w żołądku. W akcie czystej desperacji kopnęła w kostkę Luciena i posłała mu b ł a g a l n e spojrzenie, aby jakoś udobruchał swoją partnerkę i postanowiła się wycofać.
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Jej widok po niespełna dwóch tygodniach od rozstania wzbudził w nim uczucia, które dotychczas spychał na boczny tor. I choć jego wahanie trwało raptem parę sekund, po których znów przybrał pozę opanowania, tak w tym krótkim czasie jego powieki aż zadrżały pod wpływem targających nim emocji.
Dobry wieczór i pospieszne opuszczenie wzroku przez Zoyę spowodowało narastającą w jego gardle gulę. Podobnie, jak kolejna wymiana uprzejmości, po której ruszyła dalej, pozostawiając po sobie oszołomienie i uciążliwe napięcie, które próbował w sobie stłumić. Odprowadził ją wzrokiem, zatrzymując go na niej odrobinę dłużej, niż by wypadało, co musiała Isobel dostrzec, skoro tak uporczywie mu się przyglądała. Kiedy Agatha dopytała o kieliszki, które wciąż trzymał w dłoniach, wyprostował się i odwrócił w jej stronę z uprzejmym uśmiechem, żeby wręczyć jej jeden. Następnie wzniósł swój delikatnie w geście toastu i upił łyk, dopiero teraz zdając sobie sprawę, jak mocno zaschło mu w gardle.
Kontynuując rozmowy, żartem, uśmiechem i opanowaniem przekonywał siebie i innych, że kontrolował sytuację i przede wszystkim siebie, jakby ten drobny incydent nie miał dla niego większego znaczenia. Grał swoją rolę, którą od niego wymagano, bawiąc towarzystwo swoją osobą. Nie potrafił jednak pozbyć się pewnego osobliwego niepokoju, który ciążył na jego barkach i nie pozwalał mu rozluźnić się w pełni. Nie mógł też uciszyć myśli, które krzyczały mu w głowie, że Zoya była gdzieś blisko.
Nadal był uprzejmy względem Agathy, ale tym razem stał się nieco bardziej powściągliwy w swoich gestach. Zaczął też spostrzegać subtelne detale w zachowaniu blondynki — szerokie uśmiechy, żartobliwość, dłuższe spojrzenia, przelotne muśnięcie dłoni o ramię i… zrozumiał, że gdzieś już to widział. Powrócił pamięcią do rejsu łódką, podczas którego pewna naburmuszona dama zwróciła mu uwagę na zbyt swobodny przebieg przyjaźni z Maggie.
Blondynka na niego leciała. A on podświadomie to ignorował, bo nadal hamowała go bezsensowna lojalność względem Zoi. Bezsensowna, gdyż przecież ustalili, że ich związek pozostanie otwarty, ale kogo oni oszukiwali? Nie tylko wszystkich dookoła, ale także i siebie. A teraz pozostało im już wyłącznie udawać, że to, co mieli, to n i c.
Pobieżnie zerkał dookoła, jak jego n i c spełniało swoje zobowiązania i rozmawiało z Henrym. I na ten widok znów zapaliło się w nim coś osobliwego, co musiał stłumić, zanim zagości w nim na dobre. Na pytanie Maggie Agathy, czy wszystko w porządku, pokiwał energicznie głową i przylepił na twarz uśmiech.
Zanim przeszedł do sali jadalnej, przeprosił blondynkę i poprosił na chwilę mamę na osobności. Na jego pytanie wprost, czy wiedziała, kobieta początkowo nie rozumiała, o co mu chodziło, ale ponaglił ją w odpowiedzi, uznając, że doskonale wiedziała, co miał na myśli. Musiał się upewnić, że przynajmniej z tej strony praca Zoi w cateringu to czysty przypadek.
— Jestem tak samo zaskoczona, jak ty, Lucien, więc proszę cię, zachowuj się.
Isobel dodała jeszcze, że sabotowanie fundacji nie należało do jej interesów i że nie miała czasu teraz na takie błahostki, więc ostatecznie przytaknął jej, po czym wrócili do gości.
Tam, przy stole siedział z wyprostowaną na stole ręką, której usilnie próbował nie zaciskać, w niezmiennym napięciu w całym ciele, niemal namacalnie czując obecność usługującej mu Zoi.
Przemówienia matki słuchał tylko jednym uchem. Było mu okrutnie niezręcznie z powodu nieświadomego upokorzenia ciemnowłosej, więc kiedy dostrzegł zaskoczone spojrzenie Ellie, pokręcił jedynie nieznacznie głową, że nic na ten temat nie wiedział. Ale jedna osoba najwyraźniej miała w tej sprawie do powiedzenia znacznie więcej. Gdy Henry trącił Rothmans w ramię i pochylił się lekko, żeby dyskretnie wyjaśnić, czego się dowiedział, mężczyzna na kilka sekund wbił w niego wzrok z nieprzeniknionym wyrazem twarzy. Nawet nie zorientował się, kiedy tak mocno zacisnął szczękę.
Lucien, zachowuj się, rozgrzmiało w jego głowie, przez co poprawił się na krześle i powrócił do rozmowy z Agathą.
Na jej prośbę do Zoi o dolanie wody, tuż po skończeniu posiłku, ściągnął nieznacznie brwi i instynktownie powiódł wzrokiem z jednej dziewczyny na drugą.
— Ja to zrobię — zaoferował się i już wyciągał dłoń w kierunku dzbanka, ale ciemnowłosa była szybsza. Gdy posłała mu ten swój specyficzny dumny uśmiech, jego twarz nieznacznie wykrzywiła się w grymasie i opadł ramionami w geście kapitulacji.
Zoya najwyraźniej przeliczyła się ze swoimi możliwościami. Jej dłoń zadrżała pod wpływem gwałtowności odruchu, ciężaru i braku równowagi, więc odłożyła karafkę, i to wyjątkowo niefortunnie. Smukłe szkło zakołysało się i wtedy Lucien widział już, co się stanie.
Błyskawicznie wyrwał rękę do przodu, żeby pochwycić dzbanek w locie, i tylko ogromna dawka szczęścia oraz wyćwiczony refleks uchroniły szkło przed roztrzaskaniem się o podłogę. Niestety, mimo pochwycenia szyjki część wody z pełnej karafki ze spektakularnym chlustem zdążyła wylać się na suknię Agathy.
Blondynka wzdrygnęła się niekontrolowanie na krześle, a z jej ust wydobył się przeraźliwy jęk.
— Moja sukienka! Co ty zrobiłaś?! — syknęła wzburzona w stronę Zoi, nie bacząc na to, że właśnie zwróciła uwagę kolejnych osób w ich pobliżu.
W tym czasie Lucien odłożył karafkę dalej, a zrozumiawszy, że właśnie stali się częścią widowiska, intensywnie analizował, co powinien teraz zrobić. Na ponaglające kopnięcie Zoi z trudem powstrzymał się od skrzywienia i momentalnie podniósł na nią wzrok. Jej rozpaczliwe spojrzenie nakazywało mu działać.
— Najmocniej cię przepraszam, Agatho — podniósł się z miejsca i ściągnął z siebie marynarkę, którą pomógł jej założyć, by dziewczyna się nią opatuliła. — Chodź, może uda się temu jakoś zaradzić — wyciągnął do niej dłoń i wyprowadził z sali.
Musiał działać, zanim sytuacja eskaluje albo skończy się kolacja i Isobel przejdzie do głównej części wieczoru. Po przejściu do jego pokoju i tym samym zniknięciu wszystkim z oczu, jeszcze raz rzucił okiem na ciemną plamę, gorączkowo myśląc, jak uratować sytuację. I wtedy przypomniał sobie o różowym pudełku jeżdżącym w bagażniku swojego Mercedesa, którego nie miał czasu zwrócić do salonu Matisa. Pospiesznie udał się więc przed rezydencję i poprosił parkingowego o przyniesienie mu tego pudełka z samochodu, by zaraz wrócić z nim do Agathy.
Wyszedł na hol, dając jej czas na przebranie się. I wtedy właśnie natknął się na przechodzącą obok Zoyę. Zanim zdążył pomyśleć, przestąpił jej drogę.
— Zapraszam — zarządził niskim tembrem głosu. W tym samym czasie jedną ręką odstawił trzymaną przez nią tacę, a drugą złapał jej dłoń i wciągnął do najbliższego pomieszczenia.
Dopiero po zamknięciu za sobą drzwi odwrócił się i spojrzał na zdezorientowaną Zoyę, za plecami której znajdowały się podłużne stoły z przedmiotami do licytacji.
— Co tutaj robisz? — zapytał poważnie, wbijając w nią wzrok. Nie poruszył się ani na milimetr, nagle znów odczuwając to nieznośne do niej przyciąganie. Jakby swoją osobą przywoływała do siebie każdą komórkę jego ciała.
Jednocześnie ze wszystkich sił starał się nie dać po sobie okazać, jak bardzo w tym momencie ze sobą walczył. Bo teraz, kiedy przez tę krótką chwilę byli sami, przypłynęła do niego wręcz bolesna tęsknota. Za kobietą, która jeszcze nie tak dawno należała do niego, a którą musiał puścić wolno.


Zoya Weasley
25 y/o
Indulge in local cuisine
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Zoya była naprawdę wdzięczna Lucienowi, że udało się złapać karafkę, zanim ta roztrzaskała się o podłogę. Po chwili jednak gwałtownie wzdrygnęła się, kiedy rozpretensjowany głos Agathy przeciął przestrzeń. Świeżo powstała, mokra plama wyraźnie kontrastowała z resztą materiału sukienki kobiety i naprawdę brzydko przylgnęła do jej smukłego ciała.
To katastrofa. Ostatnim, czego Zoya pragnęła, było zwrócenie na siebie uwagi i doświadczanie prawdziwego upokorzenia w obecności Luciena oraz jego bliskich. Niespokojnie omiotła wzrokiem twarze zaciekawionych gości, a następnie zatrzymała spojrzenie na znajomych siedzących przy tym stoliku. Poczuła, jak pod wpływem zdenerwowania zadrżała jej dolna warga. Przecież naprawdę chciała dobrze; chciała ustosunkować się do decyzji mężczyzny i żyć dalej. Tymczasem za sprawą tego pieprzonego kaprysu losu obsługiwiała go na bankiecie.
Kolejna fala wdzięczności ogarnęła Zoyę, kiedy Lucien zareagował na jej rozpaczliwe spojrzenie i natychmiast wstał i, przeprosiwszy Agathę, wziął całą winę na siebie. Właśnie wtedy zdecydowała się wycofać, choć jeszcze zza filara odprowadzała ich wzrokiem, gdy kierowali się ku wyjściu. Pomimo całej patowej sytuacji ze smutkiem przyznała, że w swoim towarzystwie prezentowali się naprawdę fantastycznie, co nawet skomentowało kilku gości. Przemierzyli salę z mocno splecionymi dłońmi, zupełnie tak, jakby ich zażyłość nie stanowiła dla nikogo tajemnicy.
Zoya nawet nie przypuszczała, że o d d a n i e Luciena innej kobiecie przyniesie jej tyle trudnych do zniesienia emocji. Ostatecznie jednak wzięła głęboki, bolesny oddech i natrafiwszy na krytyczne spojrzenie menadżerki, udała się na rozmowę.
Nie była zaskoczona reprymendą. Bardziej zdziwiły ją pokrzepiające słowa menadżerki. Kobieta przyznała, że rozumiała jej zdenerwowanie, ale mimo wszystko oczekiwała większego opanowania. Błędy się zdarzały, owszeeem, ale w obecności vipów były one niedopuszczalne. Za to wszystko Zoya mogła jedynie przeprosić i obiecała zachować większą ostrożność. Ostatecznie skończyło się na upomnieniu i odesłaniu jej na dwudziestominutową przerwę. Zanim jednak odeszła, musiała jeszcze zebrać z sali puste tace.
Gdy szła już z jedną z nich środkiem korytarza, borykałą się z ciężką gonitwą myśli. Czuła się przytłoczona, zła na samą siebie i niewyobrażalnie rozżalona. Niemal zapomniała, że obiecała się ogarnąć po wyścigu Luciena. Niestety jego imię niczym mantra wciąż brzęczało w jej głowie.
Obecnie nawet głośniej.
I przez to dziwne rozkojarzenie i wzrok tępo wbity w posadzkę Zoya nawet nie zauważyła, że niespodziewanie wyrósł przed nią powód wszystkich trosk. Nie zdążyła nawet zaprotestować, kiedy mężczyzna odebrał jej tacę i odstawił ją na bok, a następnie chwycił za rękę i pociągnął w stronę najbliższego pomieszczenia. Osłupiała, oniemiała niczym szmaciana lalka, pozwoliła mu sobą pokierować.
Dopiero huk zamykanych drzwi uświadomił Zoyę, że właśnie zyskali sposobność do rozmowy. Wówczas mimowolnie napięła wszystkie mięśnie i szarpnęła dłonią, aby wyrwać dłoń z uścisku.
Nie masz prawa mnie więcej dotykać; natychmiast rozhulało się w głowie Zoi, jednak patrząc Lucienowi prosto w oczy, nie miała odwagi znów powiedzieć tego na głos. Jej początkowe zdezorientowanie i zaskoczenie szybko ustąpiły miejsca defensywie. Ze wszystkich sił próbowała stawić czoła jego obliczu i nie zdradzić, ile wysiłku kosztowało ją stanie na przeciwko.
— Pracuję — odpowiedziała trochę zbyt nerwowo, po czym przełknęła ślinę i skrzyżowała ramiona. Również się nie odsunęła, choć odzielająca ich niewielka odległość była naprawdę mało komfortowa. Z tej perspektywy z łatwością mogła przyjrzeć się jego jasnym oczom oraz zaciągnąć się zapachem drogich perfum, co rozlało w głowie Zoi serię gorących wspomnień. Tych, w których znikający dystans nie stanowił dla niej żadnego problemu, a wręcz prowokował do sięgnięcia po wiecęj. — Pewnie nie uwierzysz, ale nie planowałam tego. — Niespodziewanie jej głos głos wydał się wyjątkowo zrezygnowany, a sprzed źrenic zniknęła ta dziwna zaciętość. Momentalnie poczuła się zmęczona. Po chwili rozluźniła splątane ramiona i opuściła je wzdłuż ciała, po czym od niechcenia zerknęła na bok.
Chciała dać sobie parę albo parenaście sekund, aby przegonić z głowy tę osobliwą potrzebę przytulenia się do Luciena. Między nimi istniał już mur. Niebotycznie wielki i obrośnięty cierniam. Ba, nie miała szansy tak po prostu wspiąć się po nim, bo wciąż żywe wspomnienie dnia rozstania, a także Isobel i Agatha, tylko utwierdzały Zoyę w przekonaniu, że powinna się poddać.
— Czy... — Zwróciła się znów w stronę Luciena, ale na moment zamilkła, aby nerwowo przemielić ślinę. — Czy z twoją partnerką wszystko w porządku? Jest bardzo wściekła? — zapytała. — Sama mogła sobie nalać tę cholerną wodę. Obsługa nie jest od tego, aby podawać jej szklankę z napojem! — rzuciła prędko z już bardziej charakterystycznym dla siebie rozdrażnieniem. Głupia pinda; dodała w głowie, po czym zacisnęła usta w wąską kreskę. — Ale, mimo wszystko bardzo ci dziękuję i przy okazji gratuluję zostania mistrzem — dodała tym razem o wiele spokojniej, jednocześnie delikatnie potakując samej sobie.
W dniu wyścigu Zoya planowała wysłać mu jeszcze jedną wiadomość z gratulacjami. Widok blondynki całującej Luciena skutecznie jednak odwiódł ją od tego pomysłu. Nie chciała się wtrącać, skoro widziała, że miał już kogoś kto go wspierał. Niezależnie od tego, jak bolało, musiała się z tym pogodzić.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Oczywiście, że nie przemyślał sprawy. Wciągając ją do gabinetu zdążył jedynie, wiedziony resztkami rozsądku, upewnić się, czy nikt ich nie widział. Miał się pilnować. A jednak nie mógł oprzeć się przed tym, by porozmawiać z nią chociaż przez parę minut. Z dala od wścibskich spojrzeń.
— To widzę — odparł, jeszcze przez chwilę zaciskając mocniej żuchwę i przypatrując się jej z niezdrowym uporem, zupełnie, jakby w jej postawie, twarzy i pięknych oczach, w których migotały zapalczywe ogniki, próbował odczytać coś więcej. Nie wiedział, czego szukał, a właściwie tak sobie wmawiał, mimo że przyspieszony rytm serca i napięcie w mięśniach stanowiły niemą podpowiedź. Gdy tylko zrozumiał, że zaczęła rosnąć w nim niezrozumiała nadzieja, automatycznie zganił się za to w myślach. — Ze wszystkich wydarzeń w mieście musiałaś trafić akurat na ten bankiet — westchnął cicho, z cieniem nostalgii i niedowierzania w głosie.
Miał wrażenie, że los postanowił sobie wyjątkowo z nich zakpić. I poddać go kolejnej próbie siły woli, by nie sięgnąć ponownie jej dłoni, kiedy tylko dostrzegł zrezygnowanie, z jakim opuściła ramiona.
Fakt, że nie mógł i nie powinien jej dotykać, wydawał mu się absurdalny, biorąc pod uwagę ostatnie tygodnie razem, podczas których przenikali się na każdy możliwy sposób, fizycznie i mentalnie. Miał ją na wyciągnięcie ręki, a jednak między nimi pojawiła się niewidzialna bariera, której za nic nie mógł przekroczyć.
Słowo partnerka, które usłyszał po chwili w pytaniu Zoi wywołała w nim niewielkie drgnięcie brwi. Już wziął wdech, żeby wyjaśnić jej, jak zrobił to podczas wywiadu, że Agatha to jedynie przyjaciółka, ale zawahał się na ułamek sekundy, aż uznał, że dla jej dobra nie powinien jej w niczym uświadamiać. Nie zależało jej, a on nie miał takiego obowiązku, tak logicznie tłumaczył to sobie w myślach, wbrew temu, co mówiło serce: tak będzie łatwiej.
— Przejdzie jej. Poradziliśmy sobie. Właśnie się przebiera — przyznał spokojnie. — Nie rozumiem, czemu nie poprosiła o to m n i e —pokręcił głową i przesunął pobieżnie wzrokiem po dość obszernym gabinecie rodziców. Naprawdę nie wiedział, w czym rzecz, bo to naturalne, że powinien zadbać o swoją partnerkę. I przede wszystkim uniknąć tej katastrofy. — A t y mogłaś tego nie robić — zauważył jeszcze, ale jego głos pozbawiony był pretensji. Przecież już prawie sięgał po tą nieszczęsną karafkę, tylko... Zoya była uparta.
Powrócił do niej spojrzeniem, kiedy usłyszał od niej podziękowanie oraz gratulacje. O ile to pierwsze uważał za zbyteczne, tak pogratulowanie mu zdobycia upragnionego tytułu przyjął z kojącym ciepłem. Chciał jej tyle powiedzieć...
— Dziękuję ci za wiarę we mnie. Dodała skrzydeł — mimowolnie uśmiechnął się kącikiem ust. Tylko tyle uznał za właściwe, choć na jego usta cisnęło się jeszcze wiele, jak przyznanie, że miał wtedy przy sobie swój talizman, a jej wiadomość naprawdę wiele dla niego znaczyła. Rzeczywiście jej wiara poniosła go na sam szczyt.
— Tak w ogóle gdzie się zatrzymałaś? Wszystko w porządku? — zapytał po chwili, starając się zachować swobodnie, jakby tylko podtrzymywał rozmowę. To nic, że tym sposobem próbował ukryć zainteresowanie i troskę wynikające z tego, że mimo ich rozstania wciąż nie była mu obojętna.
Dobrze pamiętał, jaki wpływ wywarła na nią sytuacja z prześladowcą, przez którą postanowiła wyprowadzić się ze swojego mieszkania. To przez tamto wydarzenie zaczęła mieszkać u niego. A potem tak raptownie się wyniosła.
— Zoya, ja… — zaczął i przestąpił z nogi na nogę, z trudem dobierając odpowiednie słowa. — Tamto popołudnie nie powinno się tak potoczyć. Wszystko wydarzyło się tak szybko... — Potarł dłonią twarz.—Źle do tego podszedłem, przepraszam— wyznał w końcu i opuścił wzrok. Żałował, że doprowadził ją do łez i że musiała tyle przez niego przejść. Tamten widok wyrył mu się w pamięci i nadal łamał go od środka.


Zoya Weasley
25 y/o
Indulge in local cuisine
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

— Myślisz, że mi jest komfortowo skakać wokół ciebie? — prychnęła, szczerze zirytowana sytuacją, w której się znalazła. Zaraz jednak odchrząknęła. Prędko uświadomiła sobie, że powinna nad sobą zapanować. W końcu w głosie Luciena brakło kpiny, więc i ona nie powinna go atakować.
Kolejnej wypowiedzi wysłuchała z naprawdę tęgą i nieciekawą miną, jednocześnie starając się nie zdradzić żadnych emocji. Mimo to każde kolejne słowo Luciena tylko utwierdziło ją w przekonaniu, że nie zamierzał wyjaśnić tego, co najbardziej ją nurtowało. Relacji z Agathą. Nie zaprzeczył, że była jego partnerką, a nawet wspomniał o niej w taki sposób, jakby rzeczywiście nie było czego prostować.
Z drugiej strony, cholera, Zoya nie powinna liczyć na żadne wyjaśnienia oraz tłumaczenie się z tego, co właśnie działo się wokół niego. A jednak poczuła się wyjątkowo zawiedziona postawą Luciena i tym, że niespełna dwa tygodnie po ich rozstaniu zdążył już znaleźć kogoś na jej miejsce. Przez to zaczął stawiać się przed jej oczami w zupełnie innym, zdecydowanie mniej korzystnym świetle. Uświadomiła sobie, jak niewiele wciąż o nim wiedziała i jak bardzo potrafił ją zaskoczyć.
Niestety w najgorszy możliwy sposób.
— Gdybym odmówiła, wypadłoby to bardzo niegrzecznie — stwierdziła, przy czym wzruszyła ramionami. Zoi wciąż towarzyszyło zażenowanie przzez to, że wylała wodę na Agathę, jednak zdawało się, że obecnie bardziej dominowały w niej emocje, które wzbudziła rozmowa z Lucienem.
Delikatnie potaknęła, słysząc jego podziękowanie, po czym ponownie opuściła wzrok. Utrzymymanie kontaktu wzrokowego okazywało się wyjątkowo trudne. I chyba nie tylko dla niej, bo zauważyła, że mężczyzna również co jakiś czas uciekał spojrzeniem w stronę gabinetu. Najwyraźniej oboje czuli się niekomfortowo.
Nie pociągnęła tematu wyścigu, choć najchętniej powiedziałaby mu, że była niesamowicie dumna i niewyobrażalnie szczęśliwa, widząc go na podium, a jednocześnie nie zamierzała dalej śledzić jego kariery. W porę ugryzła się jednak w język. Nie chciała jeszcze bardziej zagęszczać atmosfery pomiędzy nimi. Ta i tak wydawała się być wystarczająco niewygodna.
Kolejne pytania wprawiły Zoyę w lekką dezorientację. Co cię to obchodzi?; cisnęło jej się na usta, ale zamiast wypowiedzieć to na głos, ograniczyła się do niezadowolonego cmoknięcia.
— W porządku — rzuciła, nie wdając się w szczegóły. Miała w sobie zbyt wiele żalu, aby móc prowadzić z Lucienem swobodną pogawędkę, na którą chyba liczył. Jednocześnie nie potrafiła zrozumieć, jak to możliwe, że mimo uporządkowania swojego życia, znalezienia przytulnego mieszkania oraz nowej pracy, wciąż czuła się taka m a r t w a.
Kiedy wypowiedział jej imię i nerwowo przestąpił z nogi na nogę, mimowolny dreszcz przebiegł po kręgosłupie Zoi. Domyśliła się, jaki temat zamierzał poruszyć i jej serce natychmiast przyspieszyło. Nie była na to gotowa. Nie była gotowa na rozdrapywanie wspomnień ani na przeprosiny, które w jej przekonaniu wcale nie powinny paść. Zoya w i e d z i a ł a, że to ona w ich układzie posunęła się za daleko. Niezależnie od okoliczności nie powinna była wpraszać się do mieszkania Luciena ani wdawać w kłótnię z jego matką.
Przesadziła.
Prze-sa-dzi-ła.
P r z e s a d z i ł a.
— To ja powinnam przeprosić — odpowiedziała spokojnie, choć we wnętrzu czuła porywisty ferment. Nie pierwszy raz miała ochotę zwymiotować, bo żołądek rozbolał ją z nerwów. — Zareagowałam zbyt emocjonalnie. Nie sądziłam, że koniec naszego układu nadejdzie tak znienacka i trochę mi odbiło. Wydawało mi się, że było nam dobrze, przez to za bardzo się przyzwyczaiłam. — W ostatnich słowa nie dało się ukryć tego, że głos Zoi trochę się załamał. Wtedy z trudem uniosła wzrok na mężczyznę. — Nic nie szkodzi — dodała pośpiesznie chyba bardziej do siebie, niż do niego.
Było jej naprawdę głupio. Rozczarowanie Lucienem nadal bolało, ale w tym momencie Zoya przede wszystkim czuła się zawiedziona samą sobą. Nie potrafiła pogodzić się z tym, że tamtego dnia pozwoliła emocjom przejąć nad sobą kontrolę i... wybuchła.
To przecież był tylko układ; mieli być ze sobą tak długo, jak długo będzie im to odpowiadało. Niemniej Zoya tak bardzo pragnęła spędzić z Lucienem jeszcze kilka tygodni... może miesięcy. Chciała, aby odwiedzili Huntsville i zrobili wszystkie te rzeczy, które mu obiecała, wspominając o nadrobieniu dzieciństwa. Chciała jeszcze raz obrzucić się z nim mąką, zatańczyć na środku salonu, wziąć gorącą kąpiel i kochać się z nim w jedwabnej pościeli. Albo w ciemnej alejce. Właściwie gdziekolwiek, byle tylko z nim.
Chciała patrzeć mu w oczy z żarem, a nie z żalem, jak teraz, gdy skąpani w ciepłym świetle gabinetu nie bardzo wiedzieli, co ze sobą zrobić.
To ją przytłoczyło, ale pomimo tego sięgnęła po dłoń Luciena i najpierw ostrożnie splotła z nim palce. Dopiero po krótkiej chwili wahania, przysunęła się krok bliżej i z równą niepewnością wtuliła w jego klatkę piersiową. Ten ostatni, naprawdę ostatni raz chciała się z nim pożegnać z takim szacunkiem na jaki oboje zasłużyli.
Zoya więc po prostu trwała w tym uścisku i z zamkniętymi oczami wsłuchiwała się w bicie serca Luciena. Wydawało jej się, że uderzało tak samo intensywnie jak jej własne, choć może tylko usiłowała złapać się jakieś próżnej nadziei.
To ostatni raz. N a p r a w d ę. Zanim zakończą rozdział wspólnej przygody, do której najpewniej niejednokrotnie powróci pamięcią.
I nagle! Zupełnie niespodziewanie za plecami Luciena szczęknęła klamka. Zwiastowała, że ktoś właśnie zamierzał wejść do pomieszczenia.

:zegnaj:
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Nie było. I ta świadomość dobijała go szczególnie. Po wszystkim, co razem przeszli oraz jak zareagowała na ten niespodziewany koniec, zdawał sobie sprawę, jak przeraźliwie trudno musiało jej być udawać, że się nie znali. Co więcej, dzisiejszego wieczoru uderzająco mocno dało się odczuć, jak wiele ich różniło.
Jego wymowne milczenie na to pytanie znaczyło wiele. Wyrzuty sumienia i rozgoryczenie trawiły jego wnętrzności, nie pozwalając na odpowiedź. Wiedział, że cokolwiek by powiedział, to i tak w żaden sposób nie poprawiłoby jej samopoczucia.
A musiał zrobić jeszcze więcej. Brak zaprzeczenia w kwestii Agathy wydawał mu się słusznym wyjściem. Rozumiał też, na jakiego dupka przez to wychodził i że właśnie ostatecznie próbował zamknąć im drogę do siebie. Nadal kierował się przede wszystkim myślą, by ją chronić, również w przypadku, jeśli któreś z nich postanowi poddać się autodestrukcji.
Był to zabieg wybiegający w przyszłość, bo… wystarczyło na nią spojrzeć. Na jej nieco zaokrągloną buzię i każdy fragment twarzy, którą z taką pieczołowitością analizował przez ostatnie tygodnie, za czym tak nieznośnie tęsknił. Wystarczyło, że znów oddychali tym samym powietrzem, a on już myślał wyłącznie o niej. O tym, jak bardzo chciał ją teraz przytulić i zapewnić, że już wszystko będzie dobrze. Że jakoś to będzie.
Te słowa wyzwoliły w jego głowie nagły przebłysk wspomnień.

Ale normalne pary nie muszą podpisywać żadnych umów. Po prostu wierzą, że jakoś wszystko się ułoży.
Jakoś to trochę za mało. Jestem naiwna, bo akurat twoje „jakoś” by mi wystarczyło.

Poczuł gwałtowny ucisk w klatce. Nie mógł jej ofiarować tego jakoś. Zasługiwała na znacznie więcej. Zasługiwała na wszystko, co najlepsze. A on nie mógł jej tego dać.
Przede wszystkim, musiał ją chronić. Traktował to jako priorytet, więc nie mógł teraz znów się zapomnieć i po raz kolejny dać jej nadziei. Nawet, jeśli skończył już sezon i niedługo opadną emocje związane z jego mistrzostwem, a sam znajdzie trochę oddechu od napiętego kalendarza, dalsze przedłużanie tego, co nieuniknione, byłoby torturą, bo prędzej czy później, zaczęliby mieć wobec siebie pewne oczekiwania. Nie chciał sprawić jej jeszcze większej krzywdy swoimi wyborami. Uważał, że na ten moment i tak wyrządził jej już wystarczająco dużo.
— Mogłaś mi na to pozwolić — zauważył, wzruszając nieznacznie ramieniem, bo jej sztucznie uprzejmy uśmiech i wyrwanie się do wykonania czynności skutecznie stonowało jego zamiary.
Nigdy nie spodziewał się, że w jej obecności będzie w stanie odczuwać tak potężną niezręczność. Już podczas ich pierwszego spotkania nie miał najmniejszego problemu ze zmniejszeniem między nimi dystansu oraz kontaktem fizycznym. I choć wtedy jego zachowanie motywował pulsujący w jego żyłach alkohol, a niespodziewany splot zdarzeń tylko pomógł im bardziej się do siebie zbliżyć, zarówno mentalnie, jak i fizycznie, tak Lucien irracjonalnie wyparł ze swojego umysłu myśl, że kiedyś mogłoby się to skończyć właśnie t a k. Na bólu i żalu po rozstaniu, które w domyśle miało przejść tak, jak wyglądało to z Maggie czy Agathą - gładko i bez wyrzutów sumienia.
Dlatego na wypowiedź Zoi i nutę załamania w jej głosie, gdy przyznała, że się przyzwyczaiła, dokładnie rozumiał, co czuła. I nie mógł się pogodzić z tym, że znów brała winę na siebie. Jakkolwiek zwykle byli ze sobą zgodni, tak w obarczaniu się winą zawsze zawzięcie między sobą rywalizowali.
— Nie mów tak — zaoponował, bo szkodziło. To nie twoja wina, krzyczało w jego głowie. Urwał na moment, znów odwracając wzrok w bok. Koniuszkiem języka zwilżył wargi. — Nie ty jedyna pozwoliłaś dać się ponieść — przyznał finalnie, powracając do niej wzrokiem i przełknął nerwowo ślinę.
To moja wina, bo chciałem od ciebie za dużo. Bo byłem egoistą. Bo przy tobie tracę swój rozsądek. Bo nigdy nie chciałem cię zawieść.
Wszystko to cisnęło mu się na język, ale zdawał sobie sprawę, że gdyby to powiedział na głos, znowu wszystko by zepsuł. Jego słowa zabrzmiały ostatecznie, tak, jakby nie było już powrotu do tego, co było.
A mimo to pozwolił jej spleść ze sobą dłonie. Delikatnie zacisnął swoje palce na jej, czując narastające w nim napięcie, jednak czekał, aż ostatecznie niepewnie wtuliła się w jego pierś. Gdy tylko poczuł objęcie jej dłoni wokół swojego pasa, momentalnie przygarnął ją własnym ramieniem do siebie. Pochylił głowę i wtulił policzek w jej włosy, z przymkniętymi oczami wdychając zapach jej truskawkowego szamponu. W tej jednej krótkiej chwili pragnął nasycić się jej ciepłem, jakby chciał zapamiętać ten moment, zanim zniknie na zawsze.
Trwali tak w milczeniu, aż wraz z głębszym oddechem podniósł ich splecione dłonie i położył na swojej piersi, by nieco się odchylić i drugą ręką unieść jej podbródek ku sobie. Każdy ich oddech mieszający się w powietrzu między nimi przekonywał go w tym, że to ostatni raz, by należycie się pożegnać. Spojrzał w jej niebieskie, okrągłe oczy i ukradkowo przemknął wzrokiem po jej ustach. I już, już pochylał się, by zwieńczyć tę chwilę, gdy usłyszał szczęk klamki.
Odskoczył od niej wystraszony i obrócił się przodem do drzwi, jednocześnie zakrywając ją swoimi plecami.
— Lucien? Tu jesteś.
Agatha weszła do pomieszczenia, dopiero po chwili orientując się, że nie był sam. Przystanęła więc stropiona w miejscu, spoglądając to na Luciena, to na Zoyę.
I mężczyzna musiał przyznać, że bordowa długa suknia pasowała do niej niemal idealnie, ale zdecydowanie nie pasowała do jej dotychczasowego stylu ubierania się. Ewidentnie jej czegoś brakowało. Nie była Zoyą, złośliwy głosik odezwał się w jego głowie.
— Isobel cię szuka. Zaraz mają rozpocząć się licytacje. Miałeś przemawiać — powiedziała w końcu i wyciągnęła w jego stronę marynarkę, którą jej pożyczył. Z nieprzeniknionym wyrazem twarzy patrzyła na mężczyznę i ciemnowłosą.
Lucien wyprostował się i przełknął gulę w gardle, po czym zamrugał, próbując wrócić do rzeczywistości.
Rzeczywistości bez Zoi.
Odchrząknął znacząco.
— Tak, już idę — powiedział, przenosząc spojrzenie na sprawczynię całego tego zamieszania, która właśnie go wyminęła. Odprowadził ją wzrokiem, dopóki nie zniknęła w drzwiach, po czym powrócił nim na blondynkę, by posłać jej lekki uśmiech.
Po chwili, ubrany, jak należy, powrócił na salę i skierował swoje kroki prosto na scenę, starając się skupić na swoich zobowiązaniach i zapomnieć o Zoi, która nadal krążyła gdzieś po posiadłości.
Jeszcze nie wiedział, co go czekało.

:aaa:
25 y/o
Indulge in local cuisine
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Sprowadził ją do miana jednej z wielu kobiet, które pozwoliły ponieść się emocjom. Jednej z tych, w których najwyraźniej zakiełkowała nadzieja, że Lucien Spencer, niezależnie od tego, jak często stawiał karierę na pierwszym miejscu, pozwoli jej pozostać gdzieś blisko siebie.
Zoya przyjęła to z pokorą; w ciszy ze spuszczonym wzrokiem i zaciśniętymi ustami, których dolna warga znów niebezpiecznie zadrżała. Poczuła się jak kretynka; jak naiwna idiotka, która wyobrażała sobie zbyt wiele - jednocześnie nie wyobrażając sobie zupełnie niczego. Po prostu żyła chwilą w jego silnych, absurdalnie bezpiecznych ramionach, którym tak bezgranicznie zaufała.
W tym momencie Zoya pragnęła go znienawidzić, a pomimo tego dała im jeszcze jedną, ostatnią szansę na godne pożegnanie. Postawiła siebie ponad Luciena i egoistycznie uznała, że przynajmniej tyle jej się należało.
Kiedy otoczył ją ramieniem nerwowo poruszyła głową i mimowolnie jeszcze mocniej zaciągnęła się jego zapachem. Zapiekły ją powieki i niemal poczuła, jak pod nimi wezbrały się łzy. Nie mogła jednak; ba, nie chciała pozwolić na tę chwilę słabości.
Gdy mężczyzna wtulił twarz w jej włosy, jeszcze mocniej przycisnęła dłoń do jego pleców. W głowie Zoi nieprzerwanie huczało tylko jedno słowo k o n i e c, ale w chwili, gdy ułożył ich splecione dłonie na swojej piersi i uniósł podbródek, serce wykonało fikołka. Słyszała te rozszalałe uderzenia własnego organu nierówny rytm i czuła, że z coraz większym trudem przychodziło jej oddychanie.
I nadal... Po prostu nie mogła doczekać się ostatniego pocałunku, który miał przypieczętować ich rozstanie.
Instynktownie wyciągnęła szyję i posłała Lucienowi łagodny uśmiech, odwzajemniajac jednocześnie przenikliwe spojrzenie jego pięknych, jasnych oczu. Wystarczyła ta jedna chwila, aby w niewytłumaczalny sposób uciszył dręczące Zoyę emocje. Nie odzyskała spokoju, ale przynajmniej na moment przestała z nimi walczyć.
Uniosła więc twarz jeszcze odrobinkę i skierowała usta ku wargom mężczyzny. Krew w jej żyłach wrzała od palącego zewsząd napięcia, a po plecach przebiegł rozkoszny dreszcz. O s t a t n i w towarzystwie Luciena.
Jeszcze chwila.
Jeszcze momencik.
I kiedy już miała zatracić się w tym wyjątkowym pocałunku, Lucien niespodziewanie od niej odskoczył, aż wzdrygnęła się przerażona. Mętny wzrokiem omiotła jego plecy i dopiero po chwili dobiegł ją głos Agathy. Mimowolnie, bardzo wścibsko, wychyliła się bardziej, aby przyjrzeć się wyrazowi jej twarzy. Zamiast tego spojrzenie Zoi padło na sukienka. Piękną, długą i doskonale jej znaną.
Wtedy pękła, bo zabolało. Sukienka należała przecież do niej. W pierwszej chwili Zoya poczuła, jakby ktoś wymierzył jej policzek, a zaraz wszystkie dotychczas tłumione emocje uderzyły w nią ze zdwojoną siłą. Po raz kolejny poczuła się jak kompletna idiotka.
Zachwiała się na nogach i odruchowo podparła o krzesło, które przesunęło się po podłodze i zwróciło uwagę pozostałej dwójki. Jednak nieprzejęta, nadal taksowała niedowierzającym wzrokiem kreację blondynki. Rozpadała się przy tym kawałek po kawałku; atom po atomie. Pękała, kruszyła się i łamała od środka, ostatkiem sił trzymając się resztek zdrowego rozsądku. W głowie Zoi rozlegał się przeraźliwy krzyk, choć jej twarz pozostała nieruchoma, ale znacznie bledsza.
Najwyraźniej potrzebowała takiego szoku. Takiego policzka, który wreszcie wyrwał ją z osobliwej lojalności i bezimiennej nadziei, jaką wciąż żywiła wobec Luciena. Była naiwna, że opłakiwała koniec ich u k ł a d u; że mu kibicowała i że w ogóle zdecydowała się z nim rozmawiać, a tym bardziej ponownie do niego zbliżyć. To, co jeszcze przed chwilą zamierzała zrobić, teraz wydawało jej się niewyobrażalnie głupie.
I po raz kolejny, choć Lucien z pewnością nie zrobił tego celowo, poczuła się przez niego upokorzona.
Nawet nie słuchała tego, o czym rozmawiali. Z tęgą miną wyminęła ich i po raz pierwszy od dwóch tygodni naprawdę uwierzyła, że właśnie zamknęła nieistotny rozdział swojego życia. Kiedy trzasnęła drzwiami, lżejsza, a przede wszystkim wolna.

Od dobrych trzydziestu minut Zoya krążyła po sali, uzupełniając napoje, przystawki i alkohol. Przy okazji obdarzała gości serdecznymi uśmiechami, z zadziwiającą łatwością ignorując spojrzenia Isobel, Luciena, a nawet Agathy, która również zerkała na nią w dość podejrzany sposób.
Od dawna nie czuła się tak bardzo sobą jak właśnie teraz, kiedy wreszcie zrozumiała, że jej własny komfort psychiczny był najważniejszy. Tym razem nie odpędziła nawet Henrego, który po raz kolejny do niej zagadał. Wymieniła z nim kilka zabawnych uprzejmości, ale zważywszy na pracę, musiała prędko wrócić do obowiązków. Właśnie miało rozpocząć się najważniejsze wydarzenie wieczoru, dlatego zajęła miejsce przy filarze tuż obok Oleha i skupiła się na scenie.

A weź ty spadaj
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
26 y/o
NEED FOR SPEED
185 cm
zawodowy kierowca wyścigowy w barwach Mercedesa
Awatar użytkownika
Use the sleeves of my sweater
Let's have an adventure
Head in the clouds but my gravity's centered
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Zabolało ją. Gwałtowne szurnięcie krzesłem po podłodze, gdy się zatoczyła z pobladłym licem, wywołało w nim przenikliwy dreszcz.

Proszę, Lucien, niezależnie od tego, gdzie się znajdziemy, to nie skrzywdźmy siebie nawzajem.

Właśnie nieumyślnie złamał kolejną obietnicę, a świadomość tego uderzyła w niego z całym impetem, na parę sekund go paraliżując. Trzask drzwi po Zoi dowiódł ich nieodwracalnemu końcowi.
Najtrudniejsze, co przyszło mu teraz zrobić, to szybko się z tego otrząsnąć. Miał pracę do wykonania. Nie mógł zawieść już nikogo więcej.

Po wejściu na scenę wśród oklasków i przystanięciu przy mikrofonie, z serdecznym uśmiechem rozejrzał się po gościach. Najpierw podziękował wszystkim za przybycie, by potem z żartem i typową dla siebie swobodą przejść do meritum sprawy — tego, dlaczego wszyscy się tu zgromadzili. Wytłumaczył, jak ważna była pomoc podopiecznym fundacji, przywołując anegdotę, która doprowadziła go właśnie w to miejsce. Wyraził także osobistą potrzebę wspierania młodych kierowców, za którymi stał murem.
I wszystko wiodło się dobrze, dopóki nagle nie przygasły światła, wprowadzając na sali popłoch. Sam Lucien wyprostował się i z niepokojem rozejrzał, aż ekran za nim rozświetlił się, trochę go oślepiając.
A potem patrzył struchlały, jak przed nim i całą salą rozgrywa się scena, którą pamiętał aż nazbyt dobrze.
Ciemnowłosa dziewczyna wyszła z tylnej strony turkusowego Mercedesa, by zaraz za nią pojawiła się postać Luciena Spencera.
— Wyłączcie to! — wzburzony, acz wciąż zachowujący pozory opanowania głos rozbrzmiał się po sali, gdy spojrzał gniewnie na technika znajdującego się za kulisami.
— Przynajmniej te są całe. Tamte ci odkupię. — Podał jej stringi z szelmowskim uśmiechem, które kobieta zaraz na siebie nałożyła.
— Powinny być jakieś drogie. Może jednej z tych marek, których sam używasz? — usłyszeli figlarne wtrącenie kobiety, podczas gdy Lucien naciągał na siebie spodnie.
— Natychmiast! — ponaglił, i choć technik gorączkowo próbował coś z tym nagraniem zrobić, nie potrafił powstrzymać seansu.
— Powinnaś mnie podsumować za cały ten weekend. — Twarz Luciena przyozdobił usatysfakcjonowany uśmiech.
— Policzę ci podwójnie za nocleg i wspólny prysznic. — Ciemnowłosa pogroziła lubieżnie palcem.
Kadr wyglądał na nagrywany z ukrycia, gdzieś pomiędzy liśćmi, ale i tak widać było wiele szczegółów, których opinia publiczna wolałaby nie znać. Oczywiście, ucięto fragment, jak beztrosko złapał ją za uda i w towarzystwie jej pisku, przerzuconą przez ramię, przenieść na drugą stronę auta.
To nie miało w tej chwili znaczenia. Liczyło się wyłącznie to, co zobaczyli widzowie — szanowanego Luciena Spencera w aucie z dziewczyną wątpliwego pochodzenia, z którą zabawiał się najwyraźniej przez cały weekend.
Czarny ekran pozostawił po sobie głuchą ciszę na sali. Czuł na sobie palące spojrzenia wszystkich zgromadzonych. Wciąż skonsternowany, przesunął wzrokiem po sali. Szok, dezaprobata i zniesmaczenie malowały się na twarzach gości, poniosły się pierwsze szepty, kilka osób wyciągnęło telefon, by go nagrać. Wszyscy czekali w napięciu, co się stanie dalej.
A on nie widział niczego poza stojącą przy filarze Zoyą. Po odnalezieniu jej wśród reszty zgromadzonych, na moment utkwił na niej swoje spojrzenie. Zdrętwiał na całym ciele, uświadamiając sobie, że to, przed czym próbował ją ochronić, właśnie i c h dopadło. Zawiódł. Zawiódł ją na całej linii.
Te kilka sekund paraliżu zwróciło uwagę kilkoro z gości, którzy bez trudu odnaleźli powód skonfundowania Luciena, wzmagając szepty i poruszenie. W tym samym czasie podszedł do niej Henry i wyszeptał jej coś do ucha, po czym wziął ją za rękę i pospiesznie ruszyli w kierunku wyjścia. Widząc to, Spencer znienacka wyprostował się i przełknął ślinę.
— Proszę państwa — zaczął pewnym siebie głosem, gorączkowo próbując zebrać myśli. Teraz zależało mu wyłącznie na tym, by zwrócić na siebie całą uwagę i tym samym utorować drogę Zoi do wyjścia. — Najmocniej przepraszam za te niedogodności. Nie wiem, kto uznał, że to odpowiednie miejsce i czas na podobne przedstawienie, ale dopilnuję, żeby znaleziono sprawcę — mówiąc to, zerknął na drzwi wyjściowe, za którymi właśnie zniknęła ciemnowłosa z Henrym, po czym odetchnął nieznacznie. Właśnie złożył jej ostatnią obietnicę.
Przeniósł wzrok po Isobel, tacie, Johnnym i Thompsonach. Zawalił sprawę. Teraz, kiedy oczekiwano po nim najwięcej, stracił swoją wiarygodność i zmienił dzisiejsze wydarzenie w kompletną porażkę.
— Mam jednak nadzieję, że nie pozwolą państwo, by ten incydent przesłonił szczytny cel, dla którego się tutaj spotkaliśmy — dodał z pokorą i skinął głową na znak, że skończył, po czym zszedł ze sceny, przekazując prowadzenie wciąż zdumionej speakerce.
Mimo próby załagodzenia sytuacji i zejścia wszystkim z oczu, wiedział, jak to nagranie oraz jego zachowanie mocno nadszarpnęło nie tylko wizerunek jego, fundacji, ale również Zoi, która stała się przypadkową ofiarą jego pieprzonej kariery. Ścisnęło go w żołądku, jednak zwinął mocno dłonie w pięści i, zachowując resztki opanowania, wyszedł bocznym wyjściem.
Dopiero po zamknięciu za sobą drzwi swojej sypialni i znalezieniu się sam na sam z emocjami, które dusił w sobie, zaczęły się one przedzierać na zewnątrz. Już po minie Johnny’ego, który wszedł zaraz za nim, zdał sobie sprawę, jak bardzo źle się to wszystko przedstawiało.
Jednym ruchem ręki zrzucił z komody leżące na niej przedmioty, pozwalając by echo tłuczonego szkła w ramkach, wazonu i kilku innych bibelotów zderzonych z podłogą poniosło się po pomieszczeniu. Wtedy zobaczył własne odbicie w lustrze - zmęczonego, zdruzgotanego i bezsilnego mężczyzny, który zupełnie nie przypominał zwycięzcy. Oparł się ciężko oburącz o brzeg mebla i spuścił wzrok, nie potrafiąc spojrzeć sobie w oczy.
Wszystko, co miało pójść nie tak, poszło.
W obliczu targających nim emocji był więcej niż pewien, że cały ten życiowy bałagan będzie musiał posprzątać sam.

</3
25 y/o
Indulge in local cuisine
168 cm
mała jędza jestem utrzymanką
Awatar użytkownika
Skaczę sobie z kwiatka na kwiatek.
nieobecnośćnie
wątki 18+nie
zaimkiona, jej
typ narracji3 os
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Patrzyła na niego zupełnie zwyczajnie z niebywałym spokojem i poczuciem lekkości. Dla odmiany wreszcie nie towarzyszyło jej dziwne napięcie ani niepokój. Nie czuła niczego. Pozwoliła, aby oddzielający ich mur po prostu pozostał na swoim miejscu, godząc się z tym, że musieli pozostać po swoich stronach.
Nie biła brawo ani niczego nie komentowała - w przeciwieństwie do Oleha, który najwyraźniej był wielkim fanem Luciena. Mężczyzna co rusz rozdziawiał usta i wydawał z siebie przeciągłe ochy i achy, podczas gdy Zoya jedynie od czasu do czasu odwracała głowę, aby upewnić się czy na stołach niczego nie brakowało.
Wtem zgasły światła. Nieświadoma niczego uznała, że to część występu, dlatego tylko pobieżnie zerknęła na lampy, po czym ponownie skierowała wzrok na stojącego na scenie Spencera. Dopiero jego spięta sylwetka, a chwilę później twarz oświetlona blaskiem ekranu sprawiły, że mimowolnie się wyprostowała.
Było za późno na jakąkolwiek reakcję. Było za późno na cokolwiek.
Już w pełni przerażona śledziła kolejne sceny wyświetlane na ekranie, w których sama brała czynny udział. Serce tłukło jej się w piersi, kiedy z rosnącym niedowierzaniem przyglądała się każdemu ujęciu i przysłuchiwała dwuznacznym dialogom. Wyrwane z jakiegokolwiek kontekstu postawiły ich w wyjątkowo niefortunnym położeniu.
Głos Luciena na moment zagłuszył odtwarzany materiał, a Zoya, jeszcze bardziej struchlała i podciągnęła ramiona. Był wzburzony, choć doskonale wiedziała, że pod warstwą opanowania, które tak usilnie próbował zachować, kryła się wyłącznie panika.
Jego dobre imię właśnie legło w gruzach. Przedstawiony sugerował, że korzystał z usług prostytutki.
Kolejna stanowczcze wtrącenie mężczyzny sprawiło, że zacisnęła dłonie w pięści. Prędko przesunęła wzrokiem po zgromadzonych. ,,Szok, dezaprobata i zniesmaczenie malowały się na twarzach gości, poniosły się pierwsze szepty, kilka osób wyciągnęło telefon, by go nagrać. Wszyscy czekali w napięciu, co się stanie dalej.”
Zoya również czekała, niewyobrażalnie zrozpaczona i oszołomiona. Ponownie spojrzała na scenę i wtedy napotkała wzrok Luciena. Tak bardzo było jej przykro, że został skompromitowany i że sama przyczyniła się do jego upadku. Tak mocno mu współczuła, że natychmiast wyszeptała łamiące p r z e p r a s z a m, chociaż nie miała pewności, czy zdołał to dostrzec.
Cierpiała. Cierpiała, widząc go w takim stanie, postawionego w tak okrutnym położeniu, na które zdecydowanie nie zasłużył. Wszystko, czego wyrzekła się zaledwie chwilę wcześniej, powróciło do niej ze zdwojoną siłą.
Wyrwała się krok do przodu, gotowa stanąć u boku mężczyzny i spróbować wszystko wyjaśnić. Miała jednak dziwne wrażenie, że nie tylko Lucien zwrócił na nią uwagę. Dostrzegła, że również pozostali goście zaczęli jej się przyglądać i szeptać między sobą.
Właśnie wtedy pojawił się Henry. Najpierw chwycił ją za łokieć i pospiesznie szepnął, że... nie powinno jej tu być, a następnie splótł ich dłonie i poprowadził w stronę wyjścia. Drzwi otworzyła im menedżerka, która najwyraźniej również połączyła wszystkie fakty.
Niemniej Zoya szła opornie. Ciągle zwalniała, aby zerknąć w stronę sceny. Nie chciała go zostawiać. Nie chciała go porzucać, bo nawet sięgnięcie dna razem wydawało jej się o stokroć lepsze niż pozostawienie Luciena samemu sobie. W głowie wciąż powtarzała, że nie zrobił niczego złego; że po prostu, kurwa, żył i realizował swoje potrzeby, nie wyrządzając nikomu krzywdy.
Zadzwoń; rzuciła niemo, zanim drzwi zdążyły się za nimi zatrzasnąć.
Przed samochodem czekała Ellie. Pospiesznie otworzyła drzwi, podczas gdy Henry wepchnął Zoyę do środka. Następnie zajął miejsce kierowcy, a tuż obok niego usiadła przyjaciółka. Oboje wyraźnie spanikowani zaczęli wyieniać się spekulacjami i zasypywali Zoyę pytaniami, na które całkowicie otępiała, za każdym razem odpowiadała jedynie nie wiem; nie wiem, cholera!
Była w takim szoku, że dopiero pod rezydencją mężczyzny zdołała wyjaśnić im, że sytuacja przedstawiona na nagraniu miała miejsce przed blackoutem, czyli miesiąc wcześniej. Na wszelki wypadek dodała jeszcze, że nie była żadną prostytutką, a jej relacja z Lucienem była całkowicie dobrowolna. Oboje oczywiście uwierzyli.

Koniec.

Lucien Spencer
Pola
Sprawdź moje granice rozsądku.
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Dzielnica Mieszkalna”