—
Okej, masz rację, to jest moje ulubione. Strasznie uciągnąłeś tę sukienkę, ale kurwa, warto było, jak nic — skwitowała wciąż roześmiana, kręcąc głową na myśl o tamtym dniu. Słynne zdjęcie widziała już setki, jeśli nie tysiące razy (wbrew protestom Millera miała je ustawione jako tapetę w telefonie przez dobry miesiąc, bo było po prostu zbyt dobre, żeby leżeć odłogiem w galerii), ale nie mogła
nie zanieść się donośnym śmiechem, gdy tylko przyjaciel odwrócił ekran w jej stronę. Musiało być to jednym z ulubionych wspomnień z ostatnich lat, choć podobnego materiału w historii ich znajomości było przecież pełno; w końcu durne zakłady zawierali zawodowo — Lucas był jedną z nielicznych osób, które były równie niepoważne co Indie, a połączenie ich sił generowało absurdy tak potężne i niekiedy niewiarygodne, że w którymś momencie liceum przyległ do nich szlachetny tytuł "głupi i głupsza". Nawet nie można było się z tym kłócić, bo serio, żaden z ich wspólnych pomysłów, zwłaszcza z lat nastoletnich, nie dawał nikomu najmniejszych podstaw aby sądzić, że w głowach mieli coś więcej niż po marnej połówce tej jednej, jedynej szarej komórki, którą pomiędzy sobą dzielili.
Czasem szło zwątpić nawet w tą samotną szarą komórkę, a jeśli nie w samą jej obecność, to przynajmniej w ich umiejętności korzystania z niej. Jak teraz, na przykład, kiedy Indie w końcu myślami dogoniła własne czyny i zreflektowała się, że istotnie, była głupsza niż jej się dotąd wydawało. Spodziewała się pożałować tego bezmyślnie rzuconego komplementu — bo może rzeczywiście nie był aż tak bardzo na miejscu, biorąc pod uwagę... no,
wszystko — ale nawet mając już pełną świadomość tego, co przed chwilą tak beztrosko palnęła, otrzymany w reakcji uśmiech Lucasa sprawił, że wcale nie czuła potrzeby się z tego wycofać. To, co ostało się z niepewności i zawahania zniknęło momentalnie wraz z dźwiękiem jego odpowiedzi:
Tobie też całkiem niesamowicie.
Aż powtórzyła to sobie w myślach, słowo po słowie.
Tobie. Też. Całkiem. Niesamowicie.
—
Tak?
Serce rozbijało się w klatce piersiowej tak mocno, że wyraźnie czuła moment, w którym nagle zaczęło przyspieszać. Dotąd uważne spojrzenie stało się odrobinę rozbiegane, gdy Indie próbowała zdecydować, czy bardziej wolała śledzić jego spojrzenie i to, jak raz po raz zatrzymywało się na jej twarzy, czy może przyglądać mu się równie dokładnie, co on jej. Mogłaby przysiąc, że całe to napięcie sprawiło, że już od dawna ani drgnęła, ale zauważyła, że tamten i tak szczątkowy dystans pomiędzy ich ciałami stał się tak niewielki, że właściwie aż znikomy — albo jej się wydawało, albo w międzyczasie jakoś instynktownie przysunęła się trochę bliżej? Może to właśnie to było powodem, dla którego całkiem umknął jej zrywający się wiatr: będąc tak blisko, nie czuła na skórze absolutnie niczego poza ciepłem jego ciała, więc łatwo było zapomnieć się i przegapić wszystkie znaki na niebie i ziemi, które wskazywały na to, że należało natychmiast zwinąć manatki.
A jakby tak—
Przez myśli momentalnie przemknęły momenty — nie wszystkie, bo było ich zwyczajnie zbyt wiele — w których siedząc obok Lucasa zadawała sobie to samo pytanie. Przeważnie przerywała sobie szybciej niż zdołała faktycznie zacząć zastanawiać się,
a co gdyby, bo tak było najłatwiej. Nie myśleć o tym za długo. Albo lepiej: wcale. W ten sposób nigdy nie musiała pochylać się na przykład nad tym, dlaczego to pytanie wkradało się do jej głowy aż tak często, co było jej oczywiście bardzo po drodze, bo te trzy razy na krzyż kiedy rzeczywiście spróbowała to skonfrontować, prowadziły ją tylko i wyłącznie do takich konkluzji, do których nie miała najmniejszej ochoty nawet zacząć zmierzać. Tak było lepiej, bezpieczniej — dopuszczenie do siebie tych okazjonalnych objawień byłoby postawieniem znaku zapytania nad całą ich znajomością, na co Indie nie była gotowa w najmniejszym stopniu; przyjaźń z Lucasem była jedną z niewielu stałych w jej życiu, ceniła ją sobie bardziej niż jakąkolwiek inną i to właśnie o tym przypominała sobie za każdym razem, kiedy zaczynała wątpić w to, że tak było lepiej. O tym, że nie warto było tego wszystkiego ryzykować dla jakiegoś głupiego, zmyślonego przez nią
przeczucia, którego jasnego, konkretnego potwierdzenia doszukiwała się w zachowaniu Millera, zupełnie na próżno. Były przeciągnięte spojrzenia, okazjonalne aluzje, liczne żarty, całe mnóstwo rzeczy, którymi dotąd mogła karmić nadzieje na to, że może
mogliby, ale wszystkie były tak drobne, że nawet ich suma nie była wystarczającą podstawą aby móc stwierdzić, że to, co czuła, jednak nie było jednostronne.
Aż do teraz.
Powiedzieć, że ta realizacja z miejsca zachwiała całym światopoglądem Indigo, to jak nie powiedzieć nic. Czuła się dokładnie tak, jak czułby się zagorzały, praktykujący od dekad katolik, gdyby w jego salonie nagle objawiłby się Jezus Chrystus we własnej osobie — jakby całej jej wierze nadano właśnie nowy, prawdziwy sens i niespodziewanie potwierdzono, że wcale nie była stratą czasu ani jej prywatnym, durnym wymysłem.
I może nawet dźwignęłaby ten ciężar z honorem (pewnie nie), gdyby nie fakt, że miała całe pół sekundy na oswojenie się z tą myślą, zanim wszystko
dosłownie pierdolnęło, z grzmotem za ich plecami i ścianą deszczu włącznie. Cała sytuacja była tak dezorientująca, że chwilę gapiła się bezrozumnie to na Lucasa, to na niebo, ale kolejny grzmot — czy raczej kolejne pierdolnięcie, bo serio, tak trzeba było to opisać — wymusiło na Indie powrót na Ziemię i zerwanie się na równe nogi. Bogu dzięki, że Miller w swoich refleksach był trochę szybszy i mogła po prostu wyłączyć się i bezmyślnie pójść w jego ślady, bo ciężko powiedzieć, ile zajęłoby jej teraz samodzielne dojście do wniosku, że faktycznie należało działać szybko. Dopiero pod klonem miała rzeczywistą szansę na to, aby w spokoju sformułować jakąkolwiek porządną, składną myśl. Nie, żeby jej się to udało. Nie była nawet blisko.
—
Ja pierdolę — odezwała się po raz pierwszy od dłuższej chwili i nie bardzo jasne było to, czy w ten sposób komentowała samą burzę, czy raczej to, co
prawie stało się przed nią. Może oba? —
Ja pierdolę — powtórzyła głucho, ewidentnie nie potrafiąc znaleźć żadnych innych, właściwszych słów do skwitowania całej sytuacji. W zebranych pospiesznie rzeczach odnalazła swój telefon, nieprzytomnym spojrzeniem omiatając ekran i gapiąc się w niego tylko dlatego, że nie chciała spojrzeć się na Lucasa. —
Kurwa, ten... no, tak w zasadzie to powinnam już iść — wybełkotała nieskładnie, choć oczywiście
już iść wcale nie musiała ani powinna. Powinna być rozsądna — pomyśleć chwilę, przez sekundę albo trzy, dać sobie szansę na przetworzenie choćby ułamka całej tej sytuacji, ale problem był taki, że w całym organizmie Indie nie było nawet jednej rozsądnej komórki.
Ani jednego pierdolonego atomu.
Lucas Miller