Rzeczywiście, niektórych ludzi nie trzeba było nawet bacznie obserwować, by potwierdzić pierwsze wrażenie. Mówili oni, podobnie jak Elías, każdym gestem, bodaj było to toczenie kółek biodrami czy darcie japy w niezrozumiałym języku, iż – jeszcze jak! – mają nierówno pod sufitem. Ich charaktery były proste, łatwe i nieskomplikowane: najpierw działaj, później myśl. Naturalnie, w tej pobieżnej ocenie Eunsoo kierowała się ignorancją, brakiem obiektywizmu, przeświadczeniem o własnej wyższości i z góry zmierzała ku określonemu celowi: irytować się wszystkim, czym tylko mogła. Bo, o właśnie, w takich warunkach łatwo było znaleźć uzasadnienie dla wszelkich niepowodzeń, które ją spotykały i gniewu, jaki napędzał do czynienia kolejnych złośliwości. Gdyby była inna, cóż, najpewniej siedziałaby na kozetce jakiegoś mądrali mówiącego o przeszłości, do której wracać nie zamierzała w żadnym momencie swojego życia. Porzuciła ją. Tylko ona jakoś nie chciała porzucić jej. Cholera.
Zadarła głowę, gdy mężczyzna w końcu zdecydował się porzucić marzenia o karierze tancerza i zrobić to, co zrobić miał: przyjąć zamówienie. Nie skupiała się na twarzy, bo nic ją nie obchodziła morda osoby, którą widzi pierwszy i najpewniej ostatni raz – nadzieję wobec smaku dania zdążyła porzucić w przedbiegach – ale zawędrowała spojrzeniem na medalik. Symbol katolików. Uniosła brew, w duchu przyznając, że rzeczywiście dobrze to sobie wymyślili klechy – najlepszy ojciec to taki, który jest nieobecny. Pożałowała nawet, że i jej ojciec, naturalnie niewierzący w nic i w nikogo, nie zachwycił się księgą nad księgami. Może wtedy poszedłby wzorem ichniego stwórcy. Może.
Zignorowawszy absolutnie wszystko, co powiedział, położyła plastikową kartę na ladzie.
— Tacos bez kolendra — powtórzyła mechanicznie i bez entuzjazmu.
A on, entuzjazm znaczy się, zawisł w powietrzu, tylko niekoniecznie w tym, które łapała nozdrzami celem uzupełnienia braków w płucach. Tak czy owak, nie wnikała w to, czym jest proponowana birria, jaki powód do radości ma sprzedawca i czemu tak słaby gust muzyczny. Nie dała się nawet skusić na przewrót oczami – choć pokusa była olbrzymia – bo, jak dobrze wiemy, to wymaga wysiłku kilku mięśni, a lenistwo, zaraz po gburstwie, przylepiło się do skóry koreanki niczym paskudna, brocząca ropą narośl.
Tak jak była spokojna i rzeczowa, tak też w momencie, gdy mężczyzna zawisł rękoma nad Baekho, wszystko w niej stanęło gwałtownym ogniem. Zęby zwarła, aż zgrzytnęły, brwi ściągnęła w jedną czarną linię. Oczy, choć niewidoczne spod przyciemnionych szkiełek, napełniły się wściekłością, gotowe by strzelić kurwikami i wypalić dziurę w czole tego, który stał naprzeciwko. Usta wykrzywiła w grymas, słowa już się nanież cisnęły, ale utrzymała je na smyczy. Podobnie jak psa, który z czystej przekory rozdziawił paszczę, by ugryźć rękę, która chciała karmić. Niech tylko ktoś spróbuje podważyć teorię, jakoby zwierzę upodabniało się do właściciela – oto potwierdzenie, dowód żywy jak marudliwa sąsiadka spod piątki. A wszyscy wiemy, że stare baby nie chcą zdychać.
— Zabieraj łapy — syknęła toksycznie, wręcz z obrzydzeniem, jak na prawdziwą żmiję przystało i pociągnęła zwierzę w tył.
Ani myślała pozwolić psu na kolejne zatrucie – ni mięsem z kota i miski, które, jak podejrzewała, stanowiło podstawę farszu do tacos, ni tym, z którego zbudowany był sprzedawca. Troski, w każdym razie, o dobrostan Elíasa nie miała w sobie nawet krzty. Bo i czemu miałaby go żałować? O meksykanach zdążyła nasłuchać się wystarczająco, by nie mieć względem nich choćby zalążka ludzkich odruchów – że brudni, że leniwi, w dodatku najczęściej nielegalni i higienę traktujący w kategorii „opcjonalnie”.
— Gāisǐ de Mòxīgērén — zaburczała pod nosem, bardziej do siebie, niż do sprzedawcy, dając upust wpompowanemu w krew poirytowaniu, które zaprowadziło ją na peryferia ojczystego skarbu – rasizmu.
Ten, cóż, w wydaniu Azjatów, wcale nie był tępiony u podstaw. Wręcz przeciwnie: cały świat dawał im nieme przyzwolenie na traktowanie się jako jedynej słusznej rasy na własnych terenach. Jak więc nietrudno się domyślić, czym skorupka za młodu… Rzecz działa się w Kanadzie? Nieważne, bo jak każdy przedstawiciel tej szczególnej narodowości, nawet będąc migrantką, nie czuła, iż wpada pod ten sam parasol, co „tamci” – czyli czarni, śniadzi i w ogóle nie-biali (z białymi też bywało przecież różnie). Gdzież tam. Hipokryzja w najgorszym wydaniu. Niemniej nie odczuwała z powodu tej nieuświadomionej głupotki żadnego bólu w piszczeli czy innym splocie słonecznym. Ba, nawet gdyby zechciała się nad tym wszystkim głębiej zastanowić, najpewniej wyklęłaby go tak samo. Go i wszystkich innych, choćby niewinnych niczemu niczego. Obrażała ludzi bowiem z tak samo żywą pasją, jak ksiądz zamachuje się szczotą i wodą święconą – chlup w głupi dziób. Prawo-lewo, bez patrzenia. Przecież pierwszą i najistotniejszą zasadą przy złoszczeniu się jest to, by szybko się jej pozbyć.
Double it and give it to the next person. Była w tym bardzo szczodra.
— Baekho-ya… Jinjeonghaera! — zwróciła się z kontrastującą czułością, tym razem po koreańsku, do psiska, które zaczęło ujadać. Miłość Eunsoo była trudną miłością. Tak otulającą, jak każdy azjatycki rodzic miał w naturze – zatem w wymiarze zupełnie autorytatywnym, skondensowanym w karcącym palcu, który ulokowała nad łbem Shiby.
Zwierzę wcale nie zamilkło. Otóż stała się rzecz zupełnie odwrotna. Natychmiast do wskazującego dołączyła reszta palców i, bynajmniej nie w chęci uderzenia, sięgnęła pyska Tygrysa, ażeby za nań złapać, przytrzymać i w efekcie uciszyć tak wrzaski, jak i warczenie. No, prawie. W każdym razem wystarczająco, by doczekać zamówienia. Chyba.
Elías Violante