Jej słowa były niczym lodowaty podmuch powietrza, który uderza z taką siłą, że trudno jest oddychać, a co dopiero poruszyć się. Nie musiała nawet podnosić głosu; wystarczyło, że wypowiedziała je w ten sposób, dostatecznie chłodno, pewnie, tak jakby od lat była przygotowana na tę chwilę. Każde z nich wbijało się w niego z chirurgiczną precyzją, odsłaniając to, co tak starannie chował pod warstwami fałszywego opanowania. Wiedział doskonale, że sam wystawił policzek, oddajac pierwszy cios i należało się tego spodziewać, ale... być może nie podejrzewał, że podejmie rękawicę tak łatwo? A być może po prostu nie przemyślał, że jego działania mogą mieć natychmiastowe konsekwencje, zupełnie tak, jak w przeszłości.
Tchórz. Hipokryta. Dwa słowa, które mogłyby brzmieć banalnie, gdyby nie to, jak idealnie do niego pasowały.
Zatrzymał się. Łyżwy wydały nieprzyjemny dźwięk na lodzie, rozdzierając ciszę między nimi i jednocześnie zostawiając głęboką bruzdę w gładkiej powierzchni. Nie potrafił się odwrócić. Wiedział, że jeśli to zrobi, jeśli spojrzy jej w oczy, coś w nim pęknie. A przecież przez dziesięć lat całym sobą walczył o to, by nic więcej w nim nie pękało, a już na pewno nie za sprawą jej obecności.
W jej głosie, ruchach, a nawet w spojrzeniu było coś, co przywróciło mu obraz tamtej nocy, gdy przyjechał się pożegnać. Torby z rzeczami miał spakowane w bagażniku swojego samochodu, a kilkanaście pudełek z rzeczami znajdowało się już w drodze za granicę. Postawił wszystko na jedną kartę i jakby bezwstydnie przyjechał postawić ją przed faktem dokonanym: poinformować, że skreśla to, co mieli, odwraca się plecami i ucieka przed tym, co między nimi było. Wtedy też mówiła podobnie, bez krzyku, bez łez, z pewnego rodzaju nienaturalnym opanowaniem, które bolało bardziej, niż wszystko inne. Chciał wtedy wierzyć, że podejmuje właściwą decyzję, a ich chłodne pożegnanie przez lata służyło mu za swoisty wyznacznik – przecież gdyby chciała, by został, zatrzymałaby go.
Zatrzymałaby go, prawda?
Teraz już wiedział, że to była tylko wymówka. Tchórzostwo w najczystszej postaci, które, jak się okazuje, opanował do perfekcji.
—
Wiem. — Słowo wymknęło mu się prawie bezgłośnie, bardziej do siebie samego, niż do niej. Jedno, krótkie przyznanie się miało w sobie więcej ciężaru, niż tłumaczenia, które mógłby jej teraz zaserwować. Przeszło mu przez myśl, że prawdopodobnie nie było sensu bronić się przed prawdą, którą oboje znali. Dlatego nie odpowiedział, nie głośno, nie prosto w oczy. Wątpił, by w ogóle był w stanie zdobyć się na coś podobnego.
W końcu wykonał wymierzony półobrót, niemal nieśmiały, jakby bał się stanać twarzą w twarz z własnym odbiciem. Jego spojrzenie prześlizgnęło się po niej, rejestrując pewność (czy aby na pewno?), dumę zaklętą w jej postawie, ruchach, nawet w uniesionym podbródku. Jeśli czuła tyle, co on, nie dawała łatwo tego po sobie poznać i w pewnym sensie podziwiał to: nie był pewien, czy on sam nadal panuje nad swoimi ruchami, nad swoją mimiką, swoim spojrzeniem. Czuł się tak, jakby tę walkę przegrał już w przedbiegach, choć przecież żadne z nich ewidentnie nie wiedziało, na co się pisze.
Oboje zostali zapędzeni w ten sam kąt i oboje dusili się z niedoboru przestrzeni, nawet w tej wielkiej, lodowatej hali.
Chciał jej coś powiedzieć. Cokolwiek. Wytłumaczyć się, nie, porozmawiać, po prostu zapytać, czy wciąż nie potrafi spać, kiedy przed zawodami pada deszcz, ten absurdalny szczegół, który tylko on pamiętał, albo o to, czy wciąż wiąże łyżwy w ten specyficzny sposób. Ale każde słowo i zdanie, które przychodziło mu do głowy, wydawało się zbyt... nie na miejscu. Zbyt spóźnione. Jednocześnie czuł, jakby widzieli się zaledwie wczoraj i dobitne zdawał sobie sprawę z tego, że między nimi stał potężny mur zbudowany z niedopowiedzeń i dekady milczenia.
Obrócił się w jej stronę bez przemyślenia tego, co cisnęło mu się na usta.
—
Może jestem tchórzem i hipokrytą, ale wiesz co? Tom nie wróci. — Słowa wystrzeliły z niego zanim zdołał je pomyśleć. —
Olał cię, tak jak ja kiedyś. Spojrzał ci chociaż w oczy? — Podjechał w jej stronę. Wiedział, że stąpa po k r u c h y m l o d z i e, przekracza granice, które i tak rozciągnęły się już nienaturalnie, grożąc tragedią; serce dudniło mu tak, że słyszał jego bicie, kiedy próbował złapać oddech, ale nie odpuścił. —
Nie odpowiadaj, właściwie mam to gdzieś. — Emocje w nim buzowały, zbliżając się do wrzenia. —
Jeśli chcesz coś jeszcze osiągnąć, zanim usłyszysz, że w tym wieku do niczego się już nie nadajesz, wejdziesz teraz na lód, ze mną. — Jeżeli pozwolił jakiejkolwiek emocji przebić się na zewnątrz, była to frustracja; to z niej uszyty był idealny płaszcz dla desperacji, którą czuł, rozlewającą się po jego ciele z każdą chwilą. Bo tak naprawdę bał się. Bał się, że naprawdę zamierzała się poddać, zrezygnować, odejść. Wyślizgnąć mu się przez palce jak ziarenka piasku, rozsypać na miliony kawałków i zniknąć.
Willow Greenfield