Nieprzyzwoitość kołysze teraźniejszością, jak bladą chorągwią. Oznacza to mniej więcej tyle, że targane między nimi emocje – jak lekki, strzępiony czasem materiał – dają się szarpać w nieprzewidywalnym kierunku. Niewidzialne i nieprzesiąknięte żadną konkretną intencją, emocje te nie są także widoczne dla oka, ani wprost przez nich ujawnione – mimo tego wciąż trwają, uobecniają się w relacji między nimi wbrew ich woli i ożywają nawet teraz, za sprawą słów Daisy.
Pamięta o niej i ma nadzieję, że ona o nim w podobnym stopniu.
Pamięta o błogich nocach spędzonych w cieple nagrzanego łóżka; o paru urwanych oddechach po dogłębnym zbliżeniu; o liniach ich nagich ciał, pięknie zbiegających się w odbiciu pamięci. Ale też o przypadkowych muśnięciach dłoni przy podaniu kubka kawy; o leniwych, ale relaksujących porankach spędzonych w ciszy; o wszystkich tych z pozoru zwyczajnych drobiazgach, na które składał się ich związek.
Czuje pewne zrozumienie dla tej tęsknoty w tembrze jej głosu, w miękkości uśmiechu, ocenianego jako mu przychylny i w ich wzajemnym spojrzeniu, pełzającym po skórze w nadmiernym rozgrzaniu jak płomienie uczuć. To wtedy też właśnie, gdy patrzą na siebie o tę parę sekund dłużej niż powinni, Jon ma wrażenie, że do atmosfery uciekają świeżo rozpalone iskry wspomnień, a w jego ciało wsiąka tęsknota. Jakby Daisy za sprawą ledwie tlącego się w niej uczucia, wlała w jego serce odrobinę otuchy. Przeświadczenia, że wciąż między sobą COŚ budują, nawet jeśli jest to ledwie cień poprzedniej relacji.
W efekcie, drga kącik ust Jonathana, zachęcony do tego sentymentem. Wibruje również w głowie pierwsza naiwna myśl (
Wrócisz kiedyś do mnie?) i jednoczesny pierwszy dreszcz nadziei, który jak opatrunek z ich przeszłości, przylega do ciała i kości.
Nigdy nie przypuszczałby, że ledwie oddech nawyku, czy cień tęsknoty, jaki słyszy w jej wypowiedzi, stanie się bodźcem do jego refleksji nad
powrotem do niej, i że uczucie to, pewna nieunikniona potrzeba wspólnego obcowania, napnie się między nimi jak struna.
Nie powinnaś tu być.
Powinien to powiedzieć głośno. Słowa rozsądku grzęzną jednak w gardle, bo wie, że wieczór bez niej jest wprawdzie bezpieczny – nie ma w nim żadnych pytań i głębszych interakcji – ale przy tym zupełnie monotonny i pusty. Wyjałowiony od znaczenia.
Jej obecność nie jest ciężarem, jest wartością. Wetkniętą między proste działania, gdy w obietnicy nakarmienia jej włącza piekarnik, a potem wyciąga gotową lasagne z lodówki, pozostawiając ją na chwilę na blacie.
—
Coś w tym rodzaju — mimo chęci pomocy ze strony Daisy, podobnie jak dziesiątki razy wcześniej, dziś również nie jest w stanie mówić o słabościach wprost. Przyznawać się do tego, co gryzie go po ogonie i goni za nim nieustannie.
Czy ma więcej pracy? Jeśli tak, to na własne życzenie. Zero odpoczynku w imię ciągłego życia w pędzie, zmęczenie kładące się cieniem na twarz i falą rozpalenia po mięśniach. Wszystko po to, by nie dać się zamknąć w klatce własnego domu, a może bardziej w klatce własnych myśli, które jak szarańcze, gotowe są zeżreć jego szczęście aż do kości.
—
Nie potrzebuję odpoczynku.
Nie umiem odpoczywać, korygują myśli Jona, tego jednak nie mówi jej już wprost. W reakcji na jej pomoc i wyciągnięcie kieliszków podsuwa jedynie butelkę whisky w jej kierunku, ułatwiając jej dalsze rozlanie trunku. Sam w tym czasie wstawia lasagne do nagrzanego już po części piekarnika, ustawiając timer.
—
Nie, nie brzmi paskudnie. Brzmi... prawdziwie. Każdy czasem potrzebuje odpoczynku. Od wszystkiego. Nawet od tych, których kocha najbardziej.
Uśmiecha się delikatnie, nieco enigmatycznie, z tym rodzajem ciepła, które ma przykryć coś głębszego, może wspomnienie, może niedopowiedziane
kiedyś. Ciało w tym czasie porusza się dalej. Przechodzi tuż obok niej i ściąga na moment puste szklanki z blatu, by napełnić je lodem z kostkarki, dopiero wtedy powraca do Daisy, nieprzypadkowo opierając się bokiem biodra o wyspę w kuchni tuż obok niej, celowo zbliżając się do jej przestrzeni. Nieznacznie, ale wystarczająco, by poczuła tę subtelną, niemal instynktowną presję, którą Jonathan wywiera.
Kieliszki lądują tymczasem z powrotem przed nią, czekając na wypełnienie.
—
Czego potrzebujesz, by zaufać?
Nie pyta o Niego. To nie ojciec Sophie interesuje go w tym pytaniu najbardziej. Pyta, bo doświadczenie ich relacji również zakończyło się z podobnych pobudek: brak zaufania w kwestii wychowania Sophie i opieki nad nią zawsze wisiał gdzieś w powietrzu między nimi, jak ciężkie, morowe powietrze. Przyduszał ich relację kawałek po kawałku, aż przestali nią oddychać. Takie miał wrażenie.
Daisy Jenkins