—
No to fenomenalnie, bo ja z Tobą też nie. — No i pogadane. Akurat całkiem cieszyło ją to, że Miller nie poczuwał się na żadne awantury, bo gdyby faktycznie upierał się przy tym, żeby zostawić go samego, nie miałaby żadnego innego wyboru niż się z nim kłócić. A naprawdę,
naprawdę nie chciała tego robić.
Czort jeden wie, co kazało Indie temat tamtej niesławnej imprezy poruszyć i tym samym rozgrzebać, ale ewidentnym było to, że pożałowała tego w tej samej sekundzie, w której skończyła mówić. Trochę miała ochotę sobie w ten własny pusty czerep pierdolnąć, bo gdyby na przykład zatrzymała się i zastanowiła sekundę albo dwie, może zdążyłaby zadać sobie pytanie o to, czy na pewno chciała o tym wszystkim Lucasowi przypominać.
Że było jej wstyd czy głupio, to jedno — nie można było imprezować tyle co Indie i nie mieć na sumieniu dziesiątek dużo bardziej kompromitujących przewinień, więc pogodzenie się z tym, że narobiła sobie obciachu było akurat jedną z najłatwiejszych rzeczy w całym tym procesie. Tamtego wieczoru Caldwell nie mogła przeboleć z jednej, bardzo prostej przyczyny: nie przestawała męczyć jej myśl, że właśnie taką miał zapamiętać ją Lucas. Nieprzyjemną, bezczelną i nieprzyzwoicie napierdoloną, w niczym niepodobną do tej Indie, którą znał sprzed jej zniknięcia. Nie taką osobą chciała być, nie przy nim.
—
M-hm, tak, okej, nie ma tematu — powtórzyła po nim, przytakując głową w zgodzie. A chociaż nie powiedziała tego na głos, była Millerowi szczerze wdzięczna za to oficjalne potwierdzenie, że chociaż w tym sensie byli kwita — może i nie zmieniało to wiele w ich ogólnej sytuacji, bo taką drobną przysługą z całą pewnością nie odpokutowała swojego zniknięcia (nie była nawet pewna, czy dało się je odpokutować), ale przynajmniej wiedziała, że Lucas chyba jednak nie miał jej tamtej imprezy aż tak bardzo za złe, jak sądziła. I to była naprawdę spora ulga, w zasadzie potencjalnie nawet trochę większa, niż powinna, bo Indie pewnie nie byłaby gotowa tego przed sobą przyznać, ale
może — tylko może — nieświadomie karmiła nią pierwsze zalążki płonnych nadziei, takich, których dla własnego dobra nigdy nie powinna była sobie robić.
No więc dobrze się składało, że zmienił temat.
—
Nie moje — odpowiedziała na jego pytanie, przenosząc wzrok na Drania. Też już zaczynała mieć dosyć jego wątpliwego wykonania koncertu, więc wreszcie uległa i zmobilizowała się do tego, żeby wbrew własnym nerwom jednak odstawić go na ziemię z cichą nadzieją, że może w czymś to pomoże. —
Sąsiadki. Dorabiam sobie na wyprowadzaniu psów — wyjaśniła, obserwując jak Drań próbuje zdecydować, czy bardziej interesuje go trawa wzdłuż pobocza, czy dalsze szczekanie na Millera. W końcu nawet trochę zajęło go to pierwsze, chociaż raz na jakiś czas wtórnie przypominał sobie o Lucasie i piłował ryja, ale przynajmniej mieli okazjonalną przerwę od dźwięku ujadania. —
No kurwa, wiem, jak dwie krople wody, nie? — podchwyciła, uśmiechając się mimowolnie. Może nie powinna sobie była pozwalać na tyle dowcipów, może nie wypadało, ale swoje problemy od zawsze chroniła żartem i tylko tak potrafiła radzić sobie z tym, co trudne, więc jakoś musiała dać temu wszystkiemu upust i pobłaznować. Chociaż trochę. —
Jeszcze też tak język wypierdolę i normalnie mogiła, nigdy nas nie rozróżnisz. Powiedziałabym że zeza też zrobię, ale on to przecież ma jedno oko na Maroko a drugie na Kaukaz, nie wiem czy tak potrafię.
Na pomoc drogową szczęśliwie nie czekali długo, a przynajmniej tak wydawało się Indie — nie miała pojęcia czy to pomoc drogowa dotarła do nich wyjątkowo sprawnie, czy ten czas po prostu upłynął jej szybciej i milej niż się spodziewała, czy może oba na raz, ale miała wrażenie że nie trwało to nawet w połowie tak długo jak mogłoby.
Zanim się zorientowała było już po robocie i Bogu niech będą za to dzięki, bo razem z emocjami opadła też energia i cała ich trójka — z Draniem włącznie, bo nawet on był na tym etapie zbyt zmęczony na dalsze szczekanie — wyraźnie potrzebowała porządnego timeoutu. Buzująca we krwi adrenalina ucichła i organizm dopadło wyczerpanie tak skrajne, że do czasu gdy mechanik odjechał, Indie z Lucasem komunikowała się już tylko jakimiś marnymi półsłówkami i gestami, ostatnie siły przeznaczając na wskazanie mu właściwego adresu. Potem nie odezwała się już słowem — próbujący przetworzyć wydarzenia umysł średnio radził sobie z takimi obciążeniami, więc niewiele zapamiętała ze wspólnej drogi do domu, a jeszcze mniej z pożegnania z Millerem, w zmęczeniu bez najmniejszego żalu pozwalając na to, żeby całe dzisiejsze popołudnie zlało się w jedną, niewyraźną całość, której rozszyfrowaniem zamierzała martwić się dopiero jutro.
Lucas Miller