— Czasem mam Cię naprawdę dość, prezesie — odezwała się akcentując ostatnie słowo. Oczywiście wśród współpracowników czy na jakiś spotkaniach - ważnych lub mniej ważnych zwracała się do niego właśnie per prezesie, ale nie z jakimś niemiłym czy wrednym tonem. Bardziej naturalnie, tak jak powinno to brzmieć, bo co jak co, ale Meena potrafiła być profesjonalna w swoim fachu. W przeciwieństwie do Galena. On to chyba nie potrafił ugryźć się w język.
Warto też zaznaczyć, że kiedy byli sami, bez wścibskich oczu i uszu dookoła ich relacja była bardziej luźna, bardziej naturalna, oczywiście nie obywało się bez dogryzania, komentarzy i wypominania, że jest dzieckiem, ale robiła to tylko kiedy byli sami. Jakby granice momentalnie się zacierały, czy było to dobre? Pewnie nie, ale tak już było od zawsze. Z resztą Meena udusiłaby się gdyby czasem nie wcisnęła swoich trzech groszy do jego wypowiedzi, nawet lubiła łapać go za słówka. A to wszystko dlatego, że inaczej by zwariowała.
Nie kłóciła się, nie próbowała mu wmówić, że ma inne plany na ten wieczór - bo ich praktycznie nie miała. Znów siedziałaby w domu jak skończona idiotka i czytała kolejną książkę albo siedziała nad papierami, które rozwalone są po całym jej mieszkaniu. Wczoraj na przykład o mało co nie wyprała w pralce jednego z raportów, inny znalazła w lodówce. Nie potrafiła wyjść z pracy, która była jej jedyną rozrywką.
— Nie byłam na urlopie od...nigdy? Po pierwsze nie mam czasu, po drugie może i zarabiam więcej niż typowa sekretarka, ale nie na tyle aby pozwolić sobie na jakieś wakacje. — oznajmiła całkowicie naturalnie, tak jakby właśnie opisywała mu pogodę za oknem. Nie miała tyle szczęścia co on aby urodzić się w bogatej rodzinie, kiedy on szalał na zagranicznych wakacjach i rozbijał się drogimi samochodami w najlepszych klubach w mieście to Meena ciągnęła dwa etaty. Potem zmarł ojciec, matka zachorowała i każdy grosz jaki miała pakowała w jej opiekę, bo tak było trzeba. Nawet jeśli ktoś zaproponowałby jej milion za skok z mostu, bez wachania by to wykonała, zrobiłaby wszystko aby sprawić, że jej ukochana - i jedyna żyjąca krewna - mama chociaż w ostatnich chwilach miała godne życie i świetną opiekę.
Wierzyła w niego, naprawdę mocno i cholernie, bo gdyby nie to to nie zostałaby w tej cholernej pracy. Po prostu swoim zachowaniem chciała pokazać, że ma w niej bardzo dużo wsparcia. Może nie żyła w jego świecie, ale nie była ślepa, potrafiła dostrzec tą zmianę w jego oczach za każdym razem kiedy ktoś wspominał, że jego ojciec był niesamowity, że był świetnym biznesmenem i miał nosa do interesów. Widziała, że chciał być jak on, że czeka na ten jeden wyjątkowy moment, w którym ludzie dostrzegą, że jest taki jak on, albo nawet i lepszy. Może i jej zdanie nie miało wcale dla niego znaczenia, bo kimże była aby to zdanie się liczyło? Nikim, zwykłą asystentką, która biega na każde zawołanie.
— Skończmy ten temat, mamy inne rzeczy na głowie. — przerwała nie potrafią opanować swojego zażenowania tą durną historyjką, której jej szef kompletnie nie kupił. Miała 27 lat na karku, a czasem wymyślała historie gorsze niż nie jeden dzieciak, a tyle czasu z nimi kiedyś spędzała, że jak widać nie nauczyła się niczego.
— Nie dam się przekupić, nie mogę lecieć. Nie. Mogę. — pewnie, łatwiej byłoby się przyznać, że ma problemy z lataniem i samolotami i jej głowa nie ogarnia tego jak kilkunasto tonowa maszyna leci w niebo, ale wstydziła się. Niby nie jest to powód do wstydu, ale halo, tyle było wypadków. Nawet oferta wielkiej kasy jej do tego nie przekona, szanowała ziemię, czuła się pewnie stąpając po niej i nie chciała tego zmieniać.
W jej głowie powinna zapalić się lampka, w momencie, w którym zdecydowała się na położenie swoich dłoni na jego ciele. Tylko w pierwszej sekundzie nie miała niczego złego na myśli, dbała nie tylko o to aby wszystkie dokumenty były na miejscu, dbała również o jego wizerunek i wygładzenie jego ubrania było dla niej czymś normalnym. Bardziej nienormalne i totalnie nie na miejscu była długość spojrzenia, patrzyła w jego oczy z delikatnym uśmiechem na ustach. Może nie znajdowała się zbyt blisko niego, ale przekroczyła granicę bo pod opuszkami swoich palców dalej czuła delikatny materiał jego marynarki, czuła też jak jego klatka piersiowa unosi się z każdym jego oddechem.
— Wiem, po prostu... — zamilkła, nie wiedziała co chciała powiedzieć. Z cichym
"przepraszam" ściągnęła dłonie z jego ciała i zrobiła krok do tyłu tym samym łapiąc zdrowy dystans. Czuła jak jej policzki zaczynają robić się delikatnie ciepło co znaczyło, że na bank przybierały różowy kolor. Meena uniosła lewą dłoń i poprawiła kosmyk swoich długich i ciemnych włosów za ucho.
I w końcu ruszyli, od razu po wejściu do sali gdzie siedzieli goście Evans posłała im tylko uśmiech, skinęła głową i usiadła na swoim stałym miejscu, gdzieś w kącie sali tuż za plecami Galena. Przez całe spotkanie milczała, nawet się nie ruszała - robiła wszystko aby być jak najmniej zauważoną. Bycie niewidzialną wcale jej nie przeszkadzało, czasem to lubiła, czasem też miała okazję do obserwowania i to właśnie robiła. Obserwowała prezesa Wyatta, na jej twarzy malował się ciepły uśmiech kiedy widziała jak świetnie sobie radził. Gdyby tylko mógł spojrzeć na siebie jej oczami widziałby, że w tym momencie była niemalże zachwycona jego postawą. Był pewny siebie, inteligentny i przebojowy, świetnie wyglądał przy konferencyjnym czarnym stole, w idealnie skrojonym garniturze. Nieświadomie zagryzła swoją dolną wargę nie mogąc oderwać spojrzenia od tego obrazka, a raczej dzieła jakim był Galen. Dodatkowo przed oczami dalej miała scenę z korytarza, ten jego wzrok, w nosie dalej czuła zapach jego mocnych męskich perfum, które przyjemnie głaskały jej zmysły. Boże, co ona wyprawia.
Drgnęła dopiero kiedy mężczyźni zaczęli się zbierać. Chyba przegapiła moment, w którym uścisnęli sobie dłonie tym samym podpisując dokumenty, które przygotowała z samego rana. Kiedy goście wychodzili Meena wstała i pożegnała się z nimi tak jak przywitała, kisieniem głowy i uśmiechem.
— Owszem, słyszałam. Gratulacje. — wyznała całkowicie szczerze i podeszła bliżej stołu, zatrzymała się tuż obok i dłonie oparła o oparcie zasuniętego krzesła.
Nawet ślepy by dostrzegł, że słowa zagranicznego właściciela innej firmy były ważne dla Galena, szczególnie takie, że tamten dostrzegł, że jest lepszy niż jego własny ojciec. Duma aż biła od ciemnowłosego i to wywołało w Meenie nieodpisane szczęście.
— Byłeś świetny, trochę się martwiłam, ale poradziłeś sobie naprawdę dobrze, byli Tobą oczarowani. — ton jej głosu zdradzał dumę i szczęście, a szeroki uśmiech na ustach tylko to potwierdzał. Obserwowała jego ruchy, dalej stała w tym samym miejscu nie zmieniając pozycji. Byli tutaj sami, dookoła była cicho bo w tą cześć budynku mało kto się zapuszczał, z resztą co się dziwić, ta sala należała tylko i wyłącznie do prezesa, to w tej sali zawierane były najważniejsze umowy. Prawie jak gabinet owalny w Białym Domu.
Zaskoczył ją tą propozycją, już miała otwierać usta i powiedzieć, że to kompletnie nieprofesjonalne, ale szybko wybrnął z tego dodając, że porozmawiają o wyjeździe służbowym. Poczuła dziwnego rodzaju ukłucie w żołądku, tak jakby była odrobinę zawiedziona. Na co ona liczyła? Na jakąś randkę? Z nim? Dobre sobie, nie miała kompletnie u niego szans, byli z dwóch różnych światów, byli...kurde, czemu ona się nad tym zastanawia. jak zwykle już wyobraża sobie za dużo i źle odczytuje sygnały.
— Zgoda, możemy iść na służbową kolację. — odezwała się kiedy zdała sobie sprawę, że zbyt długo milczała. Spojrzała na jego twarz tak jakby szukała tam czegoś czego jeszcze nie dostrzegała.
— Może weźmiesz ze sobą Connie? To ta urocza blondynka, stażystka, pracuje tutaj od niedawna, ale świetnie sobie radzi. Jest bardziej...reprezentatywna niż ja. — zaproponowała, była uparta, tak bardzo uparta. Ten pomysł, że ma jechać z nim długonoga blondynka o anielskiej twarzy też jej się średnio podobał, ale w tym momencie ważniejsze było dla niej jej zdrowie psychiczne i życie niż myślenie o tym czy jego dłoń przypadkiem nie wyląduje na kolanie Connie podczas wspólnego lotu.
Latanie było jej największą fobią i strachem, z którym kompletnie nie potrafiła sobie poradzić, nie chciała umrzeć w samolocie przez atak paniki i napady duszności. Bo na pierwszą pomoc od swojego szefa nie miała co liczyć bo chyba unikał kursu.
Galen L. Wyatt