-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Praca. Odkąd wróciła do firmy, nie wychodziła praktycznie z biura. Zbyt wiele działo się w trakcie jej nieobecności. Nie potrafiła przejść obojętnie obok wszystkiego, co działo się dookoła niej. Papiery tylko jej przebywały, umowy musiały zostać podpisane, a nie wszystko dało zaleczyć się jednym, oderwanym plasterkiem. Czuła pustkę we własnym sercu. Za to nie była w stanie nic powiedzieć, nic zrobić. Dlatego całą swoją aktywność skupiła na tym, co było stałe. Na własnej firmie. Niezależnie od tego, co miało mieć miejsce później, próbowała łatać wszelkie słabości, błędy, pojawiające się przez jej nieobecność. Trudno żyło się jej z Corvinem. Był jak wrzód na tyłku. Cały czas pulsował i bolał bardziej niż jakakolwiek rana.
To dzisiejsze spotkanie należało do kategorii kolejny, przykry obowiązek. Znała Devona od paru dobrych lat. Widząc go na studiach, cały czas krzyczała misiu. Tak go nazywała biedna dziewczyna. Dla niej to określenie przylgnęło do niego, mimo lat które upływały. Raz na jakiś czas przychodził do jej biura, żeby spierali się o kolejne pozwy. Nienawidziła tego w nim. Dziś zaczynał się kolejny, nudny maraton, którego nie mogła powstrzymać.
— Misiu — zaczęła, kiedy tylko wszedł do jej gabinetu. Jej usta wykrzywiły się w charakterystycznym, złośliwym uśmiechu, a oczy jej zabłysnęły. Nie spodziewała się zbyt wiele po mężczyźnie. Załatwiał sprawy dla innych, był pupilkiem rodziców. Wiele cech ich łączyło, ale rzadko kto powodował u niej tak wielką chęć wydalenia ostatniego śniadania — dalej pozostało w Tobie więcej słodkości niż profesjonalizmu — zacmokała ustami, podając mu rękę. Miała w sobie wiele uprzejmości. Gdyby nie był jednym z wielu znajomych ze studiów, nie pozwoliłaby sobie na to. Teraz jedynie wbijała w niego chłodne, brązowe tęczówki. Po uścisku usiadła w swoim bajecznie drogim fotelu, kręcąc się, by kątem oka zobaczyć widok na panoramę Toronto.
— Przyszedłeś z kolejnym pozwem? — spytała, unosząc jedną brew. Zaśmiała się cicho pod nosem. Miała dużo poważniejsze problemy niż kolejne pismo od Koncecny'ego — Nudzi mnie to już — usta ułożyły ją w podkówkę. Wiedziała, że nie mogła pozwolić sobie na jakąkolwiek słabość w kierunku do Devona, zbyt szybko, by ją wykorzystał.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Najgorsze było to, że Cherry znała jedną - J E D Y N Ą rzecz, która potrafiła rozbroić go od środka, wysadzając całą skorupę, w której był uwięziony. I choć brzmiało to komicznie, że mężczyzna, którego nazwisko siało postrach wśród najgrubszych ryb w mieście, miał swoją piętę Achillesa; tą, przez którą padał na kolana.
Gdy cichy, przyjemny głos asystentki poinformował go że może wejść do gabinetu pani Marshall, wziął głęboki oddech i ruszył w stronę pomieszczenia które znał aż za dobrze. Nigdy się do tego nie przyzna, ale uwielbiał te ich potyczki - dawały mu solidny zastrzyk dopaminy. I tak jak zawsze nie zdążyli nawet dobrze na siebie spojrzeć, kiedy ona, z tym swoim niepokojąco pewnym uśmieszkiem, rzuciła w jego stronę to jedno - J E D Y N E słowo.
- Ani dzień dobry, ani witam. Panno Marshall, oczekiwałem choć odrobiny profesjonalizmu z pani strony - powiedział chłodno, z tym swoim nieugiętym spojrzeniem. Kusiło go, żeby wejść z zaprzyjaźnioną rywalką w jej ulubioną grę, ale miał zlecenie: zniszczyć doszczętnie wszystko, co reprezentowała. Jego pracodawcy ostatnio w tych aspektach byli aż nadto bezlitośni. - A w tobie, moja droga, więcej arogancji niż elegancji - odciął się natychmiast. Cherry była jedną z niewielu osób z prawniczego świata, które naprawdę szanował. Poza nią i Charlotte każdy inny prawnik wydawał mu się obcy, a sama ich obecność budziła w nim niechęć niemalże natychmiastową.
- Ale przechodząc do sedna, skarbie. Lepiej to podpiszcie. Doskonale wiecie, że wasze szanse wynoszą mniej niż pięć procent, choć i tak mocno zawyżone - powiedział otwarcie. Choć nie łączyło ich nic seksualnego, lubił zwracać się do niej w sposób, który zawodowo rezerwował wyłącznie dla niej: zdrobniale, z nutą emocji, których inni prawnicy nigdy od niego nie dostali. Wszystkich innych niszczył… bez żadnego wcześniejszego ostrzeżenia. 001
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Dla niektórych koniec roku kojarzy się przede wszystkim ze świętami, za to dla Cherry był to najbardziej pracowity okres. Musiała dać do zarządu wszystkie potrzebne zestawienia. Czas ten charakteryzował się przede wszystkim nieustanną chęcią dopięcia roku kalendarzowego. Gdzieś w oddali tliło się ubieranie choinki, choć rodzina Marshall raczej nie słynęła z ducha świąt. Nawet w ich trakcie rozmawiali przede wszystkim o firmie. Nigdy nie liczyła się dla nich rodzinna atmosfera, a tego roku Cherry nie chciała tego zmieniać.
Wywróciła oczyma, kiedy tylko wszedł do sali. Zawsze w ten sposób na niego reagowała. Powodował u niej coś na wzór reakcji alergicznej. Nie mogła wyjść z podziwu, kiedy przekraczał próg. Nikt nie wywoływał w niej takiego pomieszania nostalgii z obrzydzeniem. Jednak jemu to się udało.
— W twoim przypadku to czas wyjść misiaczku, nic u mnie nie wskórasz — zacmokała z tym swoim, aroganckim uśmiechem na ustach. Ani razu nie zszedł jej z buzi od momentu przekroczenia drzwi. Lubiła być na wygranej pozycji, a on wchodząc do jej jaskini, popełnił cholerny błąd. Nie miał w sobie nic, co spowodowałoby u niej spięcie. Jedynie poprawiła delikatnie włosy, unosząc wyżej podbródek — w arogancji mi do twarzy, zwłaszcza kiedy mierzę się z miernym przeciwnikiem — wyglądała i czuła się jak najpiękniejsza choinka. Nie taka biedna sosenka w lesie. Bardziej przypominała idealnie obwieszony, potężny świerk. W jej pewności siebie i ego nie było nic tandetnego, jedynie prawdziwy urok.
— Mniej niż pięć to poziom twojej inteligencji — skwitowała, a jej usta ułożyły się w charakterystyczny grymas. Westchnęła cicho, słuchając go. Czekała, aż zapadła niezręczna cisza. Przechyliła delikatnie głowę, wpatrując się w niego oczami — szczerze Devon, nie boję się Ciebie — ten pozew był dla niej niczym prezent w oczach jej ojca. Mogła być pewna, że w żadnym razie go nie zawiedzie. Czytała ten stek bzdur. Jedyne czym mógł jej zagrozić, to mąceniem spokoju w jej własnej firmie — walczyłam z gorszymi ludźmi niż ty, a te papiery wyglądają gorzej niż mój papier toaletowy — a ten którym podcierała się ona, był pewnie z jakimiś nitkami złota dla bogaczy. Nabrała powietrza do ust, słysząc to zdrobnienie. Jej to w żaden sposób nie łamało, powodowało jedynie pojawienie się kurwików w jej oczach — a i jeszcze raz nazwiesz mnie skarbem, to Cię wykastruje — powiedziała finalnie, wbijając w niego ostre, chłodne spojrzenie. Bywały takie chwilę, w których potrafiła się mentalnie łamać, ale nie przez byle prawnika — chociaż nie — zaśmiała się cicho pod nosem, unosząc jeden kącik ust ku górze — misie i tak nic tam nie mają — nie spodziewała się zbyt wysokiego lotu rozmowy. Nie potrafiła patrzeć na niego z powagą. Widziała w nim jedynie uroczego pantoflarza, którego była nazwała misiem.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jego rozbawiony wzrok, ukryty za zasłoną zimnego uśmiechu, krążył wokół kobiety, nieustannie śledząc każdą jej reakcję. I choć ich relacja należała do tych słodko-gorzkich, z wyraźnym przechyleniem na gorzką, zawsze z ekscytacją wyczekiwał kolejnych konfrontacji. Szczególnie, że dzisiejsza sprawa którą się zajmowali, była wręcz idealnie pod nich stworzona.
- Skarbie, ale to wam powinno bardziej zależeć na pokojowym rozwiązaniu. Jesteś świadoma, kogo reprezentuję, i wiesz, że jeżeli się ze mną nie dogadasz… polegniecie - westchnął delikatnie, jakby faktycznie miał dziś aż nadto dobry dzień, by po tak mocnych i wulgarnych określeniach wciąż mieć ochotę się z nią droczyć. Być może złudnie oczekiwał, że uda się rozstrzygnąć sprawę bez ciągania się tygodniami po sądach. - Miernym przeciwnikiem? Próbujesz mnie rozzłościć czy rozbawić? - zapytał, czując że jedna z jego brwi zaczęła nerwowo drgać. W przeciwieństwie do kobiety nie wyrzucał od razu wszystkich kart. Lubił się z nią droczyć, bo jeszcze nigdy nie potrafiła w pełni wyprowadzić go z równowagi, zauważając, że każda kolejna konfrontacja stawała się coraz bardziej wulgarna w słowach.
- Niesamowite. Cofnęliśmy się chyba do podstawówki tym poziomem - mruknął, bo te teksty były jednymi z najsłabszych i dziecinnych, jakie mógł usłyszeć. Delikatnie się poprawił, i sięgając do teczki, wyjął dodatkowy sort ugód, przeczuwając że może pójść coś nie tak. Spodziewał się, że napięty klimat nie pozwoli im się dogadać, bo w powietrzu aż nadto wyczuwalny był zapach gigantycznej niechęci. - Mój klient przygotował tutaj różne propozycje. Wydaje mi się, że każda z nich powinna sprostać rekompensacie za wszystkie możliwe szkody - ujął w najbardziej profesjonalnym tonie, jaki potrafił. Jeżeli Marshall naprawdę chciała wyprowadzić go z równowagi, musiała się bardziej postarać. Ta nerwowa chwila nie była dowodem, że wychodziła na prowadzenie - była straszakiem, że w każdej chwili może nadejść jego ciemna, niekontrolowana strona. -Przyszedłem tutaj szybko załatwić sprawy. Ale skoro tego tak pragniesz, to przecież możemy umówić się prywatnie, skarbie.
Cherry Marshall
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Charity wbrew pozorom była skupiona na celu. Zmierzyła Devona chłodnym wzrokiem, wzdychając ciężko. Często ją nazywał w ten sposób. Poniekąd zaczęło już ją to nudzić. Te wieczne przepychanki, które nie miały dla niej większego sensu. Przymknęła na moment oczy, odliczając do dziesięciu w myślach. Musiała uspokoić własne myśli. W ten sposób miała kontrolę nad sytuacją. Byli w jej wieżowcu, jej biurze, na jej terenie. Co mogłoby pójść nie tak? Wystarczy, że krzyknie do ochrony, a mogłaby go posądzić o molestowanie. Sprawa zamknęłaby się, zanim na dobre się rozpoczęła.
— Jeszcze raz nazwiesz mnie skarbem, to wyjmę gaz pieprzowy i zawołam ochronę — warknęła Charity, a jeden z kącików jej ust niebezpiecznie drgnął. Wiele słów mogła mu przekazać. Choć czyny wydawały się skuteczniejsze. Im częściej otwierał buzię, tym bardziej miała ochotę włożyć mu wprost do gardła skarpetkę, żeby się zamknął — legnąć to mogę na kanapie, a nie pod wpływem twoich klientów — wycedziła Charity, a czując spięcie w całym ciele. Rzadko kiedy pokazywała wszystkie karty, które miała przed sobą, ale musiała.
— Raczej powiedzieć Ci, żebyś spojrzał prawdzie w oczy — skwitowała chłodnym tonem, błądząc wzrokiem po gabinecie. Doszukiwała się w nim jakiegokolwiek ziarna kurzu, źle poprzestawianych książek. Wszystko wydawało się być idealnie na miejscu. Przymknęła delikatnie oczy, zastanawiając się, w jaki sposób powinna go rozegrać. Przez krótki moment zapadła niezręczna cisza.
— Ty tam zostałeś, od kiedy pamiętam — powiedziała finalnie, przerywając milczenie. Westchnęła ciężko. Czuła się, jakby trafiła do gimnazjum, a facet próbował ciągnąć ją za warkoczyki. Tacy ludzie wydawali się być dla niej najgorsi — jaka kobieta nazywa swojego faceta misiem? Obecna też to robi? — parsknęła głośno. To tak jakby partnerka usilnie próbowała zmniejszyć mu penisa, nic ciekawego. Aż westchnęła cicho, cała zadowolona z samej siebie — za jakie szkody? To twój klient spierdolił sprawę. Nie mydl mi oczu, Misiaczku — za jej pokerową twarzą kryło się coś więcej. Lubiła te starcia z Devonem. Powodowały u niej krążenie adrenaliny w żyłach. Szybsze bicie serca i głębsze oddechy. Tego potrzebowała do całkowitego szczęścia. Do powrotu lwicy na lwią skałę. Ona nigdy się nie poddawała.
— Ile razy jeszcze nazwiesz mnie skarbem? — spytała finalnie, czując, jak zaczyna męczyć ją monotematyczna wypowiedź Devona. Pokręciła chwilę głową — jak chcesz się umówić na randkę, to zacznij błagać — parsknęła pod nosem. Umawianie się prywatnie z nim? W innym życiu może byłoby to możliwe, ale zbyt często ich interesy nie zgadzały się ze sobą.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
To była loteria, w której albo wygrają oboje, albo oboje zginą.
- Uwielbiam cię, wiesz? - rzucił, spoglądając jej prosto w oczy czując narastające zażenowanie całą tą chwilą - Nikt nie grozi mi najpierw kastracją, by po chwili przejść do panicznego straszenia ochroną. Naprawdę?! - Nie spodziewał się, że w tej rozmowie cofną się do szczenięcych lat, kiedy używało się jedynej karty wzywania osób trzecich. Zwłaszcza, że dyskusja nawet nie zbliżyła się jeszcze do krzyków, awantur czy otwartych gróźb. Wciąż mieściła się w granicach szarmanckiego obustronnego wbijania sobie szpileczek. Nie wiedzieć czemu, po chwili wyprostował się i wyciągnął z teczki kolejne dokumenty. Była to jego prywatna propozycja ugody, która choć uderzała w jego dobre imię, miała jeden cel: bezpieczeństwo ich obojga. - Słuchaj, Charity - powiedział poważnie chcąc choć na moment przerwać tę krótką, nieudolną próbę podrywu. - To jest moja propozycja. Jeśli podpiszesz, pozwolę ci się radować, że zatriumfowałaś nad wielce niepokonanym. - Westchnął ciężko, czując ciężar każdego wypowiedzianego słowa. Porażki bolały go zawsze, ale te zadane przez kogoś takiego jak Charity najbardziej. Nie dlatego, że uważał ją za gorszą przeciwniczkę. Przeciwnie. Była mu równa, a takie porażki najmocniej godziły w imię, które tak skrupulatnie budował.
- Ale nie wiem skarbie - dodał po chwili, podsuwając jej dokumenty do wglądu i czując ulgę, że ma ten fragment rozmowy za sobą. - Od początku rzucasz jakimiś seksualnymi podtekstami. Jeśli tak bardzo pragniesz randki, wystarczy po prostu grzecznie poprosić - dopowiedział czując ogromną satysfakcje z tych słów. Devon nie był typem, który z kobietami takimi jak Charity wytrzymałby w jednym pomieszczeniu dłużej niż tydzień. Oboje byli zbyt nieprzewidywalni, by stworzyć razem coś stabilnego. A może? Może byli za bardzo podobni do siebie...
glina cherry
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Przechyliła nieznacznie głowę. Na jej twarzy malował się grymas. Nigdy nie potrafiła jasno zdefiniować ich relacji. Momentami bawiły ją te przepychanki. Potrafiły przynieść dodatkowy powiew świeżości. Dla niej walka z Devonem przypominała odwieczną bitwę wody z ogniem. Wszystko zależało od warunków, które należało spełnić. Istniały przecież pożary w oceanie, zabijające każdy fragment życia biotopu. Z kolei silne deszcze gasiły największe płomienie.
— Myślałam, że nienawidzisz — prychnęła krótko pod nosem. Strzeliła oczami. W takich momentach zastanawiała się, co jest ważniejsze. Krótkie przepychanki słowne, czy przedziwna chemia, którą zaczynała czuć w pomieszczeniu. Tyle że Cherry już jej nie ufała. Za szybko dopuszczała do siebie ludzi, by później zlizywać rany — oh, daj spokój Devon. Oboje wiemy, że to twoje marzenia erotyczne — odpowiedziała z uśmiechem wymalowanym na twarzy. Drobne szpileczki wbijała mu bardzo precyzyjnie. Devon należał do tego grona mężczyzn, któremu absolutnie nie mogła zaufać. Miał za dużo za uszami. Zbyt często ją prowokował, a ona od życia potrzebowała czegoś więcej.
Słuchała go w ciszy. Twardy wyraz twarzy wbity w mężczyznę. Nic nie było w stanie jej zdradzić. Żaden niesforny ruch kącika ust, wywrócenie oczami, aż do momentu gdy parsknęła głośnym śmiechem.
— Pozwolisz mi? — spytała widocznie rozbawiona, kuriozalną sytuacją — kurwa Devon, zabawny jesteś — nie była w stanie powstrzymać salwy śmiechu. Po kilku chwilach pokręciła krótko głową. Nie spodziewała się, że to spotkanie będzie bardziej przypominało komedię. Rozbawił ją niesamowicie. Choć kolejne słowa spowodowały pojawienie się powagi na jej twarzy.
— Ja nie proszę Devon, to mężczyźni proszą mnie — odpowiedziała krótko, dosadnie. Dosyć latała za facetami, by zrozumieć, że to nie przynosi nic dobrego — a ty masz dziewczynę — po paru sekundach dodała — desperatką nie jestem — by spotykać się z zajętym mężczyzną. Mogła mieć ogromne pokłady libido, ale miała pewne zasady.
Z niechęcią chwyciła za ofertę z widocznym niezadowoleniem na twarzy. Zaczęła spokojnie ją kartkować kartka po kartce. Im dłużej się w nią wczytywała, tym większe miała rozbawienie. Lepsze warunki była w stanie wywalczyć w sądzie.
— Nic nie podpiszę, to słaba oferta — rzuciła papiery na biurko i uniosła delikatnie wzrok na Devona — w treści dodaj zakaz nazywania mnie skarbem — dodała półserio, pół żartem. Irytowała ją ta rozmowa. Zaczynała powodować u niej ból głowy. Podpisz, bo nic lepszego nie dostaniesz. Potrzebowała czegoś bardziej stymulującego — pieniędzy nie oddam, musiałbyś mieć coś lepszego, żeby mnie przekonać — wytłumaczenie, powód, coś co mogłoby ją przekonać. Zamiast tego dostała wydurnianie się, o którym szczerze wolała zapomnieć.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Uwielbiam to, jak bardzo nie potrafisz oddzielić spraw zawodowych od prywatnych. Wiem, że na studiach niezbyt nam się powodziło. Ale, pani mecenas, dla dobra klientów powinniśmy jednak zachować pełen profesjonalizm - odetchnął z ulgą, sam wbijając w jej stronę drobną szpilkę. Nie chciał podczas tej rozmowy - zwłaszcza że naprawdę zależało mu na dobru kobiety poruszać mrocznych tematów, które mogłyby pogrążyć ją i jej klienta w żałobie po stracie wszystkiego, czego bronili. I nie chodziło wyłącznie o kwestie zawodowe. W takim przypadku Devon wiedział, że sprawa może potoczyć się zarówno w jedną, jak i w drugą stronę. Te dziewięćdziesiąt pięć procent ryzyka nie dotyczyło jednak samej rozprawy, lecz konsekwencji, które nastąpią później. Jego szemrani pracodawcy mieli na swoich kontach już nie takie sprawy. Nawet jeśli wychodzili z sali sądowej jako przegrani, na końcu i tak zwyciężali pozbywając się ofiar w taki sposób, że nikt nigdy nie oskarżył ich o dokonanie zabójstwa. - To nie ja rozmawiam o kastracji, która swoją drogą mogłaby posłużyć jako dowód, gdybym przypadkiem nagrywał te rozmowy. Ale wiesz co? Z uwagi na moją ogromną słabość do tego, jak słodko się denerwujesz, nie byłbym w stanie ci tego zrobić - westchnął cicho, obserwując jej kolejne reakcje. Gdy się denerwowała, była naprawdę urocza. Każdy możliwy moment na takie komentarze sprawiał, że na twarzy mężczyzny pojawiał się szeroki uśmiech.
Oczywiście w większości przypadków nie był tak łagodny jak teraz. Najczęściej wystarczało jedno złe spojrzenie, by ujrzeć wszystkie jego wewnętrzne demony. Przy Cherry jednak nie potrafił się odpalić. Nawet teraz, w trakcie kryzysu w długoletnim związku, potrafił przyznać przed samym sobą, że mecenas Marshall mu się podobała. - Kurwa. Marshall, ty rozumiesz, co nas czeka, jeśli wygrasz tę rozprawę? To będzie wojna. Z niej nie da się wyjść zwycięsko. Pewnie słyszałaś o wielu moich sprawach, po których przeciwnicy znikali w niewyjaśnionych okolicznościach. I naprawdę… żebym cię przekonał, mam klęknąć przed tobą i błagać o wiarę? Nie jesteśmy już nastolatkami. - powiedział, podnosząc głos, gdy rozmowa z ironicznej i droczącej się po obu stronach stała się poważna. Nie przepadali za sobą, ale w tej sytuacji nie chciał, by za kilka godzin czy dni znaleziono ich w czarnych workach na dnie jeziora. - Charity, jesteś naprawdę uparta. Nie chcesz. Nie podpisuj. Ale potem nie narzekaj, że nie ostrzegałem. W tej sprawie jestem w stanie zrobić wszystko, by nas uratować. - warknął, odbierając jej dokumenty chowając je z powrotem do teczki. Chciał już wyjść i zacząć myśleć o tym, co ich czeka. Zamiast tego położył obie dłonie na stole i oparł na nich głowę. - Wiem, że ty też chcesz dla nas wszystkich dobrze - powiedział cicho, mając nadzieję, że między wersami potrafiła odczytać to, czego nie wypowiedział na głos.
glina cherry
-
Młoda prezeska próbująca oficjalnie przejąć firmę przed szponami młodszego bratanieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracjiPrzeszłypostaćautor
Charity miała w sobie coś wyjątkowego. Charakterystyczne zacięcie w oku, chłód w głosie, ale też ten upór. Nie mogła funkcjonować inaczej. Musiała kontrolować każdy krok, słowo, a nawet krótki gest dłonią. Uniosła do góry brodę. Mimowolnie w jej głowie pojawił się zalew myśli.
— Moim jedynym klientem jestem ja sama i moja firma — odpowiedziała chłodnym tonem — nie moja wina, że twoi to idioci — prychnęła, wywracając przy tym teatralnie oczyma. Cherry pilnowała każdego możliwego terminu, samodzielnie sprawdzała umowy po własnych prawnikach. Wszystko starała się kontrolować niczym rasowa perfekcjonistka.
— Ja nie jestem słodka, Koncecny — wycedziła zirytowana przez zęby. Zacisnęła mocniej dłonie na kolanach. Powstrzymywała się, by nie wstać i nie strzelić mu plaskaczem prosto w twarz. Nikt nigdy, przenigdy nie powinien uważać ją za osobę uroczą, słodką. Tylko jedno określenie działało na nią bardziej niż płachta na byka i było to mała.
— Tak, powinieneś — błagać ją o podpisanie. Chociaż nawet wtedy mogłaby nie podpisać tego dokumentu — albo zdobyć się na odrobinę szczerości, a nie na jakąś pierdoloną iluzję — znikający klienci nie byli dla niej odpowiednim argumentem. Raczej sygnałem powodującym zwrócenie się do policji. Jeszcze nie miała żadnych dowodów, choć nagranie tej rozmowy byłoby wystarczające, by włączyć w sprawę prywatnego detektywa — nie zniknęłabym. Jestem pierdoloną prezeską międzynarodowej korporacji fotowoltaicznej — tacy ludzie jak ona nie znikają w niewyjaśnionych okolicznościach — zdajesz sobie sprawę, ilu mam ochroniarzy? — nie tylko w firmie, a w apartamencie. Wszędzie była obserwowana.
— Nie podpiszę tego, Devon — skwitowała krótko, patrząc ostatni raz w jego oczy. Mógł chować te dokumenty. Dla niej to spotkanie nie miało większego sensu. Nigdy nie podpisałaby dokumentów, które mogłyby zaszkodzić PR'owo jej firmie. Raz to zrobiła. Inne wyjątki nie mogły wejść w grę.
— Wyjdź — powiedziała krótko, oschłym tonem. Odwróciła się na krześle, by zobaczyć pierdoloną panoramę Toronto. Potrafiła ją uspokoić, widziała w niej coś więcej. Pewne znaczenie, którego pod żadnym pozorem nie dało się ukryć. Widziała w niej spokój.
z/t x 2