-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Dzień jak co dzień. Dyżury powoli dawały jej porządnie w kość. Dni tygodnia wydawały się ze sobą zlewać. Jeden przychodził po drugim. Do głowy przychodziły myśli, jak w zasadzie się nazywam. Jakby miały to być myśli, które jako jedyne utkwiły. Zakorzeniły się. Marazm pracy rezydenta był najgorszym, co ją spotkało.
Codzienne lewatywy, zszywanie prostych ran oraz codzienny obchód. Te trzy aktywności wypełniały dni Ivy. Jeśli ktoś twierdził, że życie stażysty jest trudne, to dopiero na rezydenturze go poznała. Kiedyś uważała za największą zbrodnię przeciwko ludzkości występowanie kaca. Imprezowanie na studiach uznawane było przez nią za największy wyczyn. Musiała uzupełniać procenty, by nie czuć beznadziei życia. Uczucie trzeźwości wydawało się torturą. Teraz zmieniła zdanie. Wysiłek fizyczny wyczerpywał bardziej, wieczne uczucie stresu, który wydawał się nie przechodzić. Zapałki byłyby w stanie przytrzymywać jej oczy, byle nie zasnęła.
Zwykły dzień w pracy wcale takim nie był. Ivy lubiła pomagać ludziom. Gdy ktoś opowiadał jej historię, skupiała się na niej całą sobą. Mało kiedy odpuszczała. Śledziła ją, potakiwała i co najgorsze angażowała się. Zawsze całą sobą, próbując dogodzić najgorszym ludziom. Nawet jeśli oni nie zasługiwali na nią. Próbowała być w ich historii. Tak dzisiejszego dnia pożegnała pierwszego pacjenta, leżącego na jej oddziale. Cała drżała. Kiedy weszła do szatni rezydentów, szybko chwyciła za kosz, wymiotując do niego treść żołądka. Wszyscy dookoła niej zniknęli, a ona została sama ze sobą, płacząc cicho. Zbyt szybko się przywiązywała, za mocno angażowała. Ten powrót do domu należał do pasma nieszczęść. Dwa razy nie zauważyła szyby, wychodząc ze szpitala. Raz potknęła się na prostej drodze i zasnęła w autobusie, przejeżdżając przystanek. Nic dziwnego, że wejście do mieszkania przywitała z błogim uśmiechem na twarzy.
— Mam dosyć — wymruczała, kładąc się na kanapie twarzą do siedzenia. Czuła, jak przez całe jej ciało przechodzą niemożliwe skurcze spowodowane zmęczeniem i przepracowaniem. Całe ciało odmówiło jej posłuszeństwa. Jedyne na co liczyła to święty spokój. Właśnie to mógłby jej Dante sprezentować na święta. Odrobina ukojenia, ciszy i relaksu, za którym człowiek chce podążać. W ten sposób mogłaby nie myśleć, wyłączyć się, choć na moment. Nawet jego brak w domu przyniósł jej swego rodzaju ukojenie, którego potrzebowała. Na krótką chwilę mogła się zrelaksować, przestać myśleć o tym, co będzie później. Czy znowu się pokłócą? Jaki numer tym razem jej wywinie? Zwyczajnie mogła przymknąć oczy i się zrelaksować.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zresztą… pewnie i tak nie było sensu jakkolwiek się łudzić. Przecież nawet gdyby faktycznie zdecydował się na to, by nieco poukładać własne życie, niewielkie były szanse na to, by pomiędzy nim i Ivy zapanował całkowity spokój.
Czemu więc wciąż ze sobą byli?
Pewnie było to dość zasadne pytanie. Choć chyba żadne z nich nie zdążyło go sobie zadać tak na poważnie.
Jeśli natomiast chodziło o spokój… Ten nie był dany Ivy zbyt długo. Klucz zazgrzytał w zamku ledwie kilkanaście minut po tym, jak ta zdążyła ułożyć się na kanapie. Mniej więcej wtedy też pojawił się pierwszy sygnał ostrzegawczy, za jaki można byłoby uznać dość niecodzienne odgłosy pod drzwiami wejściowymi – coś zaszurało, coś drapnęło w nie raz lub dwa… A gdy tylko drzwi stanęły otworem, coś wbiegło przez nie jak burza.
Bardzo kudłate, bardzo mokre od topniejącego śniegu i bardzo podekscytowane coś.
I zdecydowanie trudno byłoby to przeoczyć, skoro jeszcze przed tym jak Dante zdążył zamknąć za sobą drzwi, czworonożny kłębek ekscytacji wparował pędem do salonu i bezceremonialnie wpakował się na zajmowaną przez Ivy kanapę. Nie przejmując się ani trochę zostawianymi wszędzie ubłoconymi plamami, futrzak postanowił radośnie przywitać się z kolejnym nowo poznanym tego dnia człowiekiem.
Niezależnie od tego, co ten konkretny człowiek miałby na ten temat myśleć.
– Poczekaj, trzeba cię najpierw trochę… – chwilę po psie w salonie pojawił się również Dante, który przerwał swoją wypowiedź w momencie, kiedy dotarło do niego, że również Ivy była już w domu. Bynajmniej jednak nie dlatego, że miałby w tej chwili poczuć nagłą chęć wytłumaczenia się z całego tego zamieszania.
– Chcesz pomóc mi go wykąpać? – rzucił z uśmiechem, jakby faktycznie były to najbardziej adekwatne słowa, jakie wypadałoby w tej sytuacji wypowiedzieć. – I chyba przydałoby się wybrać na jakieś zakupy. Z nim było trochę ciężko, a pewnie przydadzą się jakieś miski i inne takie…
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Przyzwyczajenie oraz przywiązanie to dwa słowa idealnie opisujące ich relację. Codzienne kłótnie wywracające porządek dnia. Buzująca adrenalina w żyłach w trakcie wywracania mebli. Słów, które bolą zbyt mocno, a także ta krótka chwila, kiedy postanowili się godzić. Zgoda trwała chwilę. Zbyt krótką by można o niej pamiętać. Życie z nastolatkiem wymuszało na niej wchodzenie na wyższy poziom odpowiedzialności. Choć największy strach pojawiał się w niej, kiedy po kłótni zapadała cisza. Jej bała się najbardziej.
Ona budziła w niej najgorszy strach, który mógł zapanować w jej głowie. Utrata mężczyzny. Kochała go. Chciała dla niego jak najlepiej. Czasami przegryzała poliki, tłumacząc sobie, że powinna dać sobie spokój. Nie wszczynać kolejnej awantury dotyczącej imprezy. Bywały dni, gdy sama chciała w nią ruszyć. Poczuć beztroskę i wolność, oferowaną przez Levasseur'a. Tylko za każdym razem konfrontowała się z rzeczywistością. Dość bolesną, zostawiającą drzazgę w sercu. Jej zmieniły się priorytety, a on pozostawał taki sam. Wyprowadziła się dla niego do nieznanego miasta. Gdzieś w mieście była rodzina, do której bała się odezwać. Idealnie skrojona przyszła pani chirurg, potrzebowała odwagi, by odezwać się, dać jakikolwiek znak życia.
Powoli zaczynała zasypiać po ciężkim dniu. Jej oddech się zrównał. Jedną ręką chwyciła niezdarnie kocyk, okrywając się nim. Kolejna pobudka za osiem godzin. Po szesnastogodzinnym dyżurze brzmiało to jak koszmar, z którego nie chciała się obudzić. Wymagania rosły wraz ze zdobywanym doświadczeniem, a jedyne czego potrzebowała to odpoczynku. Udała się do krainy snu, gdzie jej jedynym celem był święty spokój. To jego chciała doświadczyć. Nie zauważyła dźwięku otwieranych drzwi, ani cichego tupotu małych łapek. Za to poczuła je na sobie, gdy pies wparował na kanapę.
— O kurwa — wymruczała, podnosząc się do siadu. Z lekko zmrużonymi oczami, próbując ogarnąć, co dokładnie działo się przed jej oczyma. Wpierw zwróciła uwagę na odciski łap, później na mokre ślady na koszulce, a dopiero później zobaczyła uroczego kundelka przed oczyma. Odwróciła głowę na Dantego, słysząc jego głos. Na jej twarzy wymalowało się niezrozumienie. Głowa powoli zaczęła procesować, co się właśnie przed nią działo.
— Chcesz mi coś powiedzieć? — spytała surowym tonem, wyciągając rękę w stronę szczeniaka. To nie jego wina, że znalazł nieodpowiedzialnego człowieka na swojej drodze. Oczami wyobraźni widziała kolejny obowiązek, który trafił się jej razem z Dante — dlaczego pojawił się tutaj ten pies? — proste pytanie, prosta odpowiedź. Tylko tego od niego oczekiwała. Zamiast tego usłyszała kolejne słowa, wywołujące w niej emocjonalnego fikołka — jaka miska, jakie zakupy, jaka kąpiel? — wyjazd do schroniska. Oni nie byli przygotowani na nowego domownika, a plan Ivy uniemożliwiał jej zajmowanie się... dwójką. Psiecko i Levasseur brzmiały jak połączenie pełne kłopotów — to jakiś nieśmieszny żart? — spytała, wstając ze zmarszczonymi brwiami. Wzięła głęboki oddech, próbując się uspokoić. Kundelek nie był niczemu winny. Dante mógł napisać, spytać się, a zamiast tego postanowił postawić ją przed faktem dokonanym.
— Pies?! Chyba oszalałeś? Kto będzie się nim zajmował? — milion pytań, a im więcej z nich wybrzmiewało, tym bardziej widziała w samej sobie własną matkę. Kochała ją, ale... miała już za dużo na głowie. Nie była gotowa na kolejne zobowiązanie, nawet jeśli pies tak pięknie zaglądał do jej oczu, prosząc o uwagę.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Przyplątał się do mnie w parku. Co niby miałem z nim zrobić? – w dość krótkie, okrojone ze zbędnych szczegółów wyjaśnienie wkradła się już poirytowana nuta. Jednocześnie przeszedł przez pomieszczenie, chcąc zabrać psa z kanapy i rzeczywiście zająć się próbą doprowadzenia go do nieco czystszego stanu. Niestety, zwierzak najwyraźniej miał inne plany, bowiem ewakuował się wyjątkowo szybko i sprawnie, pędem udając się na zwiedzanie pozostałych zakątków mieszkania. W tym natomiast Dante póki co nie zamierzał mu przeszkadzać, powracając spojrzeniem do Ivy i wymownie wywracając oczami na jej kolejne słowa.
– Ty tak na serio? Jakbym chciał zamieszkać z własną matką, to bym się do niej wprowadził – nie sposób byłoby nie przyrównać zadanego przez nią pytania do niemal identycznego, jakie rzeczywiście miał okazję usłyszeć jeszcze jako dziecko, próbując przemycić do domu psa. Nawet, jeśli było ono całkiem zasadne i jeśli faktycznie warto byłoby zastanowić się nad tym, czy któreś z nich miało wystarczająco dużo czasu lub było dość odpowiedzialne, by zająć się jakimkolwiek zwierzęciem. – Nie dramatyzuj, to tylko pies. Nie potrzebuje opiekunki, która zajmowałaby się nim całymi dniami.
Choć pewnie jakieś minimum kontroli nad tym nowym obowiązkiem mogłoby się przydać. Nawet w tym konkretnym momencie, kiedy po zniknięciu psa z zasięgu wzroku dość szybko zapanowała złowroga cisza mogąca sugerować, że ten właśnie zajmował się czymś, czym absolutnie nie powinien.
– Ale skoro tak bardzo ci przeszkadza, to śmiało, możesz zawieźć go do schroniska. Albo z powrotem do parku, jak chcesz – oczywiście, że nie zakładał, by Ivy miała się zdecydować na coś podobnego. Przypuszczał raczej, że nawet gdyby w nerwach rzeczywiście postanowiła wynieść psa z domu, ledwie po chwili zdążyłby ją całkowicie kupić błyszczącymi ślepiami i wywalonym radośnie jęzorem. I tyle najpewniej wystarczyłoby, żeby zwierzak ponownie wylądował w mieszkaniu – wraz z wiszącym w powietrzu pytaniem o to, czyim obowiązkiem powinna stać się opieka nad nim…
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wzięła głęboki oddech. W głowie powoli odliczała do dziesięciu. Pięści mocno ścisnęła, by nie wybuchnąć. Jeszcze niedawno wierzyła, że istniały nieprzekraczalne granicy w ich związku. Dante co chwila przepychał je jeszcze dalej, mocniej. Pies mógłby zostać ich symbolem. Kundelek biegał wesoło po mieszkaniu, pewnie właśnie sikając na ukochany dywanik Ivy, a oni musieli wyjaśnić najistotniejsze sprawy. Kwestię jego pobytu.
— Zadzwonić do mnie? Zawieźć do schroniska? — zaproponowała dwie najprostsze czynności jej zdaniem. Na którąś z nich musiał wpaść. Bardzo tego chciała. Po paru sekundach zdążyła dodać — Cokolwiek, byle jakiś kundel nie budził mnie z drzemki po szesnastogodzinnym dyżurze! — miała małe pokłady cierpliwości. Potrzebowała snu, jedzenia, a na pewno nie małego huraganu, przemierzającego całe jej mieszkanie. Kolejny, głęboki oddech. Miała wrażenie, że zdążyła zapanować nad własną złością, ale tylko strzeliła oczami na słowa Dantego.
— Nie porównuj mnie do twojej matki — warknęła, mocno zaciskając pięści. Były porównania, które nigdy nie powinny zostać powiedziane. Westchnęła cicho. Stała. Nie ruszyła się ani na moment. Kolejne słowa Levasseur lekko ją ocuciły. Zwierzak nie potrzebował opiekunki, ale za to oczu dookoła głowy już tak. Tak wiele mogło się wydarzyć, np. zjedzenie jej ukochanych crocsów, przegryzienie kabli, zjedzenie trującej rośliny. Aż zmieniła zdanie, kiedy w głowie zaczęła wszystko analizować — POTRZEBUJE — wycedziła przez zaciśnięte zęby. Sama się tego po sobie nie spodziewała. Cokolwiek by się nie miało wydarzyć, musiała pilnować nie jednego, a dwóch — wynajmujemy mieszkanie, a on będzie tu sikał, srał i niszczył, co popadnie — rzuciła, lekko unosząc głos. Jeszcze nie krzyczała. Próbowała się powstrzymać, by sąsiedzi nie postanowili nagle wezwać policji. Na klatce mieszkała sąsiadka nazywana Krysią. Była prawdziwym monitoringiem osiedlowym. Czasami Ivy miała wrażenie, że zamiast oglądać telenowele, podsłuchuje co się dzieje u nich w mieszkaniu — nie mam czasu, by zajmować się Tobą i nim — argument nie do odparcia. Dante nie miał za grosz odpowiedzialności, a Harrison nie miała czasu. Między spaniem, posiłkami, a dyżurami miała niewiele czasu. Ciągła edukacja, utrzymanie porządku w domu. To wszystko miało koszty, od których nie dało się uciec.
— Cudownie, to zabieram go do schroniska — powiedziała poważnym tonem Harrison i odwróciła się na pięcie, idąc w stronę psiaka. Długo go nie szukała, właśnie zajadał się frędzelkami dywaniku Ivy. Wzięła głęboki oddech, po czym wzięła go na dłonie. Nie spojrzała mu w oczy. Trzymała go z daleka od siebie. Miała litość i empatię do zwierząt. Jedno spojrzenie mogłoby ją złamać.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zdawał sobie wprawdzie sprawę z tego, że sam również całkiem sporo czasu spędzał poza domem. Z tym, że powody takiego stanu rzeczy pozostawały kompletnie różne od tych, które wpływały na nieobecność Ivy. Niejednokrotnie zdarzało się więc, że w mieszkaniu niemal zupełnie się mijali, a wspominanie o tym niewątpliwie trąciło hipokryzją. Albo po prostu można było to zaliczyć do kolejnego zagrania z puli tych raczej słabych. Dokładnie tak samo, jak wcześniejsze porównanie Ivy do własnej matki.
– To może przestań zachowywać się jak ona? – niby powinien zdawać sobie sprawę z tego, że dolewając oliwy do ognia niespecjalnie przyczyniał się do poprawy sytuacji i ewentualnej zmiany nastawienia do potencjalnie nowego domownika… Z drugiej jednak strony… gdyby którekolwiek z nich próbowało przypomnieć sobie choćby jedną sytuację, w której dowolną błahą sprawę udałoby im się wyjaśnić na spokojnie i bez zbędnych emocji – jak przystało na dwoje dorosłych ludzi… – najpewniej nie byliby w stanie wskazać ani jednej. Nie było więc chyba niczym dziwnym, że tym bardziej próba niezapowiedzianego sprowadzenia psa do domu musiała skończyć się dość nerwowo…
– No jasne, w ogóle najlepiej pozakrywaj tu jeszcze wszystko folią, żeby przypadkiem nic się nie zniszczyło i nie pobrudziło… – w przeciwieństwie do niej najwyraźniej niespecjalnie zamierzał przejmować się wścibską sąsiadką. Nie hamował się więc przed podniesieniem głosu, tym samym ułatwiając wszystkim potencjalnie zainteresowanym nasłuchiwanie, jakaż to kolejna kłótnia odbywała się właśnie w ich mieszkaniu. Zresztą, nawet jeśli mieszkali tu stosunkowo krótki czas, większość sąsiadów – przynajmniej tych z najbliższego otoczenia – zdążyło już prawdopodobnie przywyknąć do tego, że podobnie emocjonalne dyskusje toczyły się tutaj dość regularnie. W takim wypadku tym, co mogłoby ich rzeczywiście zaniepokoić powinna być zbyt długo trwająca cisza i spokój.
– I wcale nie musisz się nim zajmować. Ani tym bardziej mną! Co to w ogóle miało być? – oczywiście, nikt przecież nie powinien mieć kompletnie żadnych wątpliwości, że Dante potrafił doskonale zająć się sam sobą – jak przystało na człowieka w pełni odpowiedzialnego i dojrzałego. A przynajmniej wiele wskazywało na to, że podobnych wątpliwości nie miał sam Dante, a usłyszane zdanie całkiem realnie mogło go zaskoczyć i wyprowadzić z równowagi.
– Na pewno… – rzucił z powątpiewaniem na jej deklarację, nie mogąc jednocześnie odpuścić sobie tego, by pójść w ślad za nią i zobaczyć na własne oczy jej kompletną porażkę. Mógłby w duchu obstawiać, czy uda jej się w ogóle wynieść psa z mieszkania, czy może jednak rozmyśli się jeszcze przed progiem. Gdyby tylko starczyło mu cierpliwości, kiedy przez moment przyglądał się jak nieporadnie trzyma zwierzaka, kiedy ten ze wszystkich sił starał się – wbrew jej zamierzeniom – skrócić wytworzony dystans.
– Upuścisz go – mruknął, bez większego zastanowienia podchodząc, żeby przejąć od Ivy psa i odstawić go z powrotem na podłogę. – Zostaje tutaj. I nikt nie każe ci się nim zajmować.
Jakby powtórzenie wcześniej już wypowiedzianego zdania miało sprawić, że to stanie się prawdą. Co do tego, na kogo ostatecznie miałby spaść obowiązek zajmowania się psem, żadne z nich nie powinno mieć chyba wątpliwości. Mimo to przynajmniej na tę chwilę Dante mógł brzmieć jakby był absolutnie pewien swego. Przynajmniej w kwestii tego, że pies miał zostać w mieszkaniu – drugą część wypowiedzi lepiej byłoby pewnie uznać za niebyłą…
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— A co ma to do rzeczy Dante?! — nie mogła powstrzymać się od krzyku. Levasseur zawsze powodował w niej skrajne uczucia. Nigdy nie było nic pomiędzy. Albo rozszalała wściekłość, przypominająca prawdziwy sztorm, albo największe szczęście z błyskiem w oczach — ty za to mógłbyś wyprowadzić się do kraju wiecznej imprezy — warknęła niemalże od razu, kręcąc przy tym głową. Jej nie było, bo miała ku temu dobry powód, za to Levasseur znikał przez skuteczniejszy. Momentami zastanawiała się, dlaczego oni właściwie byli razem — kurwa Dante, no właśnie — rzuciła Ivy z wkurwikami w oczach — nie ma nas praktycznie w domu, a ty przynosisz kogoś, dla kogo musielibyśmy w nim być — widziała przyczyny i konsekwencje. Życie nigdy nie było czarno i białe. Nie dało się łatwo przejść na skróty. Wzięła głęboki oddech, próbując opanować myśli. Tylko z każdym kolejnym słowem bolało ją to coraz mocniej. Zwłaszcza słowa o matce.
— Przestań — warknęła, uderzając go delikatnie pięścią w ramię. Nie była w stanie się powstrzymać. Słowa dotyczące matki były jak czerwona płachta na byka. W oczach pojawiły się ogniki nie do zatrzymania. Wystarczyło zapalić je raz, a była w stanie rozhulać prawdziwą kłótnię wszech czasów.
— Ja pierdole — kiedyś Ivy nie przeklinała, później poznała Dante. Nie mogła powstrzymać wypowiadania gorzkich słów. Same opuszczały jej usta. Kiedyś by się ich powstydziła, z każdą chwilą czuła coraz większą furię — a kto zapłaci na uszkodzenia? Ja z mojej nędznej pensji, czy pójdziesz do mamusi, licząc, że da Ci pieniądze? — ktoś musiał zadać poważne pytania. Zgromiła go od dołu do góry wzrokiem. Nienawidziła lekkodusznego podejścia. Mogłaby przecież odejść, uwolnić się. Żyć własnym życiem. Zamiast tego próbowała naprawić każdy najmniejszy kawałek ich relacji. Próbowała w nią uwierzyć. Kiedyś życie było prostsze, a potem przyszły obowiązki.
— RZECZYWISTOŚĆ — krzyknęła, ściskając mocno pięści. Chciała go rozszarpać na milion kawałeczków, ale stała sparaliżowana. Głowę uniosła delikatnie ku górze, patrząc mu prosto w oczy. Próbowała uspokoić oddech. Jedna chwila, jeden impuls, a zniszczy coś, co miała blisko — no właśnie, mój drogi rzeczywistość — wycedziła, kręcąc głową. Nie musiała wchodzić w dyskusję. Poznała ich wspólną dynamikę wręcz dogłębnie. Znała przepracowane schematy oraz każdy kolejny krok.
— Mówię poważnie. Może następnym razem przyniesiesz węża? — spytała, unosząc do góry jedną z brwi. Wzięła głęboki oddech, by uporządkować myśli. Wystarczyło tylko zawieźć szczeniaka. Zostawić go w miejscu, gdzie na sto procent będzie miał odpowiednią opiekę. Trzymała psa na prostych rękach, byle jej nie dotknął. Doskonale wiedziała, że wtedy mogłaby pęknąć.
— Nie Dante — odpowiedziała, wbijając w niego intensywne spojrzenie. Sama zaraz się schyliła, by zabrać go stąd — wychodzę z nim — brzmiała niczym nauczycielka nieznosząca żadnego słowa buntu — oboje wiemy, że jestem do tego zdolna — powiedziała, idąc w kierunku drzwi. Położyła psa na podłodze i chwyciła po ubrania. Wpierw czapka wylądowała na jej głowie, przełożyła wokół szyi szalik. Jeden rękaw płaszcza miała już założony, a wtedy... straciła równowagę. Szczeniak zauważył okazję i od razu podbiegł do niej, by zacząć lizać ją po twarzy. Pierwszy raz się uroczo roześmiała.
— Jaki słodziak — bąknęła cicho pod nosem, finalnie drapiąc psa za uchem. On cały czas próbował skraść jej buziaka, na co ona nie mogła mu pozwolić.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– Faktycznie, może powinienem – choć w rzuconym w nerwach stwierdzeniu niewiele było prawdy, a potencjalna wyprowadzka zdecydowanie nie była czymś, co Dante miałby w tym lub jakimkolwiek innym momencie rozważać… trudno byłoby zaprzeczyć temu, że ze zdroworozsądkowego punktu widzenia faktycznie byłoby to całkiem niezłe rozwiązanie. Tym bardziej, że tak działające jej na nerwy porównanie Ivy do jego matki, powinno nasunąć skojarzenie całej tej sytuacji z wieloma niemal bliźniaczo podobnymi, których to Dante miał przecież okazję wysłuchać całkiem sporo, kiedy jeszcze mieszkał pod jednym dachem z obojgiem rodziców. Zresztą, chyba rzeczywiście musiało ono przynajmniej na moment pojawić się w jego głowie. Może nie na długo, ale wystarczająco, by w połowie wykonanego gestu powstrzymał się przed złapaniem ręki Ivy, kiedy ta trąciła go w ramię. I – co pewnie ważniejsze – odpuścił sobie również dalsze drążenie tematu.
– No kurwa, wyobraź sobie, że ludzie mają w domach psy. I, może to dla ciebie nowość, ale wcale nie mieszkają przez to w jakichś zdemolowanych ruinach – aktualnie pewnie już nawet ci niezbyt zainteresowani sąsiedzi mogli całkiem dobrze usłyszeć cała tę wymianę zdań. Trudno jednak byłoby się nimi przejmować, kiedy Ivy aż za dobrze zdawała się wiedzieć, w jakie struny uderzyć, by zirytować go równie skutecznie jak on ją. – Zresztą, coś wymyślę, jak faktycznie coś zniszczy.
Rozłożył ręce, jakby chcąc dać do zrozumienia, że rzeczywiście rozwiązanie było aż tak banalne. W ostatniej chwili ugryzł się zresztą w język, w porę zdając sobie sprawę z tego, że nadmierne drążenie tematu pieniędzy mogłoby skończyć się co najwyżej kompletnym pogorszeniem całej sytuacji. I to już w całkowitym oderwaniu od rzeczywistego tematu tej sprzeczki, a więc psa.
– Jak tylko znajdę jakiegoś w parku, to na pewno dam ci znać – sarknął, choć pewnie wcale nie byłoby to aż tak bardzo niemożliwe, by któregoś dnia wrócił do domu nie z psem, a właśnie jakimś dorodnym gadem. Może nie znalezionym w parku, ale na przykład przygarniętym od kogoś, kto niespecjalnie miałby pomysł na to, co z nim zrobić. Ewentualnie zwędzonym ze sklepu – scenariusz zależny prawdopodobnie tylko od tego, w jakim akurat znajdowałby się stanie świadomości.
– Nawet nie… – urwał w połowie, przez moment przyglądając się scenie, jaka miała miejsce podczas średnio udanej próby założenia płaszcza przez Ivy. Po chwili zdecydował się do tej sceny dołączyć, podchodząc i kolejno zdejmując jej z głowy czapkę, odwijając szalik z szyi, a na koniec podnosząc niezałożony przez nią płaszcz i odwieszając całość na wieszak. Bo najwyraźniej właśnie zostało ustalone, że Ivy jednak wcale nigdzie się nie wybierała.
– I chyba nie masz zamiaru zamykać tego słodziaka w kojcu w schronisku, nie? – musiał się odezwać, na wypadek gdyby nadal jeszcze nie dotarło do niej, że zdecydowanie nie tam było miejsce czworonoga. Krótkie cmoknięcie w czubek nosa, z jakim nachylił się nad nią zamierzając pomóc jej pozbierać się z podłogi, ewidentnie miało natomiast pomóc jej utwierdzić się w przekonaniu, że lepiej było wybrać jego rozwiązanie i zatrzymać zwierzaka w domu. Nawet mimo potencjalnie kosztownych zniszczeń.
Ivy Harrison
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Nie potrafili żyć w zgodzie, ale bez siebie też nie. Ivy nie potrafiła zacząć tygodnia od spojrzenia mu w oczy, wysłania mema, a nawet ich kłótnie traktowała jako codzienność. Męczyły ją, wyniszczały, za to ta jedna, krótka myśl o zerwaniu trawiła ją dogłębnie. Jaki nie był Dante, to wiedziała jedno. Kochała go całą sobą.
— Weź, nie pierdol — krzyknęła w złości — nie wytrzymałbyś beze mnie tygodnia — wycedziła przez usta. Wystarczyło jedno słowo, a ona była w stanie pociągnąć kłótnię dalej. Tak jak w normalnym życiu nienawidziła się kłócić, tak wszystkie negatywne cechy wychodziły przy Dante. Porównanie jej do matki, zgoda na wyprowadzkę. Wielkie i mniejsze kwestie powodowały stan zapalny mózgu Ivy, w którym miała ochotę chwycić za walizki.
— ALE SĄ W TYM DOMU — pierwszy raz głos dobił tak wysokich tonów. Teraz sąsiedzi nie usłyszeli pojedynczych słów, ale całe zdanie. Aż któryś z nich postanowił uderzyć w kaloryfer, by się zamknęli. Tylko Ivy to nie obchodziło, w jej oczach pojawiły się najprawdziwsze kurwiki — a nas praktycznie w nim nie ma — dodała słabym tonem, czując się słabo. Gdyby przebywali w domu, spędzali w nim czas, coś by się zmieniło. Stąd miała daleko do szpitala, nie mówiąc już o dyżurach. Podobno gdy dziecko chce się nauczyć odpowiedzialności, daje mu się psa. Tylko to nigdy nie będzie obowiązek małolata, finalnie rodzic musiał przejmować opiekę. W takiej sytuacji postawiona była Ivy. Nie dość, że będzie musiała opiekować się facetem, to jeszcze jego psem.
Choć niedługo to może będzie jej pies?
— Coś wymyślisz? — prychnęła. Musiała strzelić oczyma, nie mogła się powstrzymać — będziesz czekał, aż JA rozwiążę problem! — głos zaczynał jej drżeć, kiedy patrzyła mu prosto w oczy. Chciała coś jeszcze powiedzieć, coś więcej dodać, a zamiast tego machnęła na niego ręką — zawsze tak to się kończy — mruknęła już dla siebie cicho pod nosem. Nie chciała wzniecać kłótni dotyczącej istoty ich związku. Wolała skupić siebie na psie, ale im dłużej Dante zaczynał mówić, tym bardziej nie mogła zostawić na nim suchej nitki.
— Nawet sobie nie kpij — warknęła Ivy. Samo wyobrażenie sobie gada w ich mieszkaniu wywoływało u niej dreszcze — zostawię Cię wtedy i nawet nie będę wtedy płakać — oczami wyobraźni widziała ich zamrażalnik ze zamrożonymi chomikami, czy innymi myszami. Aż wzdrygnęła się. Miała granice, których nie mogła przekraczać. Gdyby chciała mieć do czynienia z wężami, poszłaby do teściowej.
Może jeszcze próbowałaby się kłócić. Może jeszcze by coś powiedziała, ale leżała na podłodze wraz z psem, który lizał ją na twarzy. Uspokoiła się, widząc zachowanie Levasseur'a. Wystarczyło krótkie okazanie troski, by zobaczyła coś w nim na nowo. Zresztą nie tylko ona, bo i kundelek się uspokoił.
— Czasem... potrafisz być kochany — mruknęła cicho pod nosem Ivy, unosząc delikatnie wzrok na niego i uśmiechając się delikatnie. Westchnęła ciężko, słysząc o schronisku. Nie, nie miała zamiaru, zwłaszcza kiedy widziała pogodę za oknem — Musisz zawsze wygrywać kłótnie? — spytała ze zmarszczonymi brwiami. Dopiero groźna mina prysnęła z jej twarzy przy cmoknięciu. W takich momentach pękała. Skorzystała z jego pomocy i... musieli wymyślić cały plan.
— Czyli... myjemy go? — spytała cicho — a potem idziemy na zakupy? — obawiała się, że tej decyzji będzie mocno żałować. Coś w środku ją ściskało na samą myśl. Obowiązki, nowa lista zadań, kolejny segregator na półce na ważne i istotne informacje.
— Wiesz co Dante... — w końcu chwyciła go za rękę, przyciągając bliżej siebie — kocham Cię — zamknęła oczy, chcąc go pocałować. Milimetry dzieliły ich usta, chwila wydawała się być wręcz idealna. Tylko zamiast jej ust poczuł na sobie język czworonoga. Ivy szybko wcisnęła go w dłonie mężczyzny i stwierdziła odwrót.
— Zemsta jest słodka! — zaśmiała się, wbiegając do salonu. Byle żaden z nich jej nie dopadł.
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
– O to nie musisz się martwić – niestety, w grę nie wchodziło również przyznanie jej racji. Zwłaszcza, gdy zapanowanie nad słowami nie było jego najmocniejszą stroną. Choć mimo wszystko w wypowiedzianym stwierdzeniu można było wychwycić już nie tylko nieco mniej nerwów, ale i przekonania co do ich słuszności.
Jeszcze mniej tego przekonania musiałoby się najprawdopodobniej zawrzeć w ewentualnych próbach zaprzeczania kolejnym zarzutom. Tym bardziej jeśli już rzeczywiście zamierzał posłuchać tego cichego głosiku – czyżby można było go uznać za zdrowy rozsądek…? – który stanowczo usiłował utrzymać go w przekonaniu, że sprzeczka o przyniesionego do domu psa nie powinna kończyć się awanturą o zasadność dalszego trwania ze sobą. Trudno byłoby oprzeć się nieprzyjemnej – nawet jeśli nie do końca uświadomionej – obawie o ewentualne wnioski, które można byłoby z niej wyciągnąć, dlatego też lepiej chyba było zdecydować się na wymowne milczenie.
Do czasu.
– Nie wytrzymałabyś beze mnie tygodnia – oczywiście, że nie sposób byłoby zmarnować tak idealną okazję do tego, by powtórzyć jej własne słowa. – Bez płaczu pewnie nawet krócej, najwyżej pół dnia.
Choć może lepiej byłoby tego nie sprawdzać i przynajmniej w ciągu najbliższego miesiąca oszczędzić Ivy konieczności oswajania się z kolejnym, tym razem pełzającym domownikiem. Na szczęście zapraszania własnej matki również nie planował ani w najbliższej, ani też nieco dalszej przyszłości, toteż o ewentualne żmije i węże w mieszkaniu Ivy nie musiała się martwić.
Chyba.
– Nic na to nie poradzę – zaskakujące, jak szybko i płynnie można było przejść od kipiącej wściekłości do całkiem szczerego rozbawienia. Choć może… w ich przypadku niekoniecznie powinno się już uznawać to za jakkolwiek zaskakujące. – Zresztą, możesz już przyznać, że jak zwykle chciałaś się ze mną zgodzić już od samego początku. Nikomu nie powiem.
Bez namysłu przysunął się do niej bliżej, w odpowiedzi na jej gest nachylając się do pocałunku. I na pewno nie spodziewając się, że miałoby się to wiązać z jakimkolwiek podstępem ze strony Ivy…
– Też cię… – zanim zdążył dokończyć, zaskoczył go przypływ czułości ze strony… na pewno nie tej, której się spodziewał. Szybko odsunął od siebie psa, w kolejnej chwili odstawiając go na ziemię i pozwalając mu pognać za Ivy. – Kurwa… Ciebie akurat jeszcze nie.
Rzuciwszy w kierunku zwierzaka krótkie stwierdzenie, sam pospiesznie wparował do salonu, doganiając ją i obejmując od tyłu.
– Zmiana planów, jednak podjedziemy do tego schroniska. Zamiast psa mam zamiar zostawić tam ciebie, może znajdą ci jakiś przytulny kojec i towarzystwo – choć opierając brodę na jej ramieniu póki co raczej nie zamierzał nigdzie się ruszać. W końcu… wywiezienie własnej dziewczyny do schroniska pewnie mogło nieco poczekać. Kąpiel psiaka, który i tak zdążył już ubłocić całkiem sporą część mieszkania, tym bardziej mogła poczekać. – Albo zamiast tego zostawię ci kąpanie go, zasłużyłaś sobie…
I chociaż pewnie całkiem miło byłoby beztrosko zignorować wszystkie nowe obowiązki – albo przynajmniej rzeczywiście zrzucić te mniej przyjemne na Ivy – rzeczywistość w postaci energicznego szczeniaka musiała wreszcie dać o sobie znać. A tym samym konieczność doprowadzenia go do nieco mniej ubłoconego stanu, a także zaopatrzenie we wszelkie niezbędne rzeczy...
/zt
Ivy Harrison