ODPOWIEDZ
25 y/o
Welkom in Canada
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Czy te święta mogą się już skończyć?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alexander Hall

Okres około świąteczny w schronisku był najgorszym czasem, z którym musiała się mierzyć. Powroty prezentów powodowały prawdziwy ból głowy. Czasami miała wrażenie, że w tym okresie pojawiało się zdecydowanie więcej podopiecznych. W każdym roku wyglądało to identycznie. Z tego powodu nie lubiła końcówki roku. Próbowała odnaleźć w nim wiele razy pokłady nadziei, ale za każdym razem serce bolało ją bardziej.
Ludzka okropność wydawała się jej być z roku na rok coraz bardziej brutalna. Smutne miny, szczenięce szczekanie i te niespełnione oczekiwania. To potrafiło rozdzierać serce. Dzieliło je na dwa kawałki. Ludzie byli prawdziwymi bestiami. Za to ona musiała zwracać się do nich z takim samym szacunkiem, delikatnym uśmiechem. Uprzejmość była za każdym razem tak samo sztuczna. Pies zdążył się przyzwyczaić do właścicieli, a oni postanowili wynieść go do śmietnika jak resztki jedzenia po Wigilii.
Z tego powodu Erza była przemęczona. Brwi jej drgała za każdym razem w ten sam nerwowy sposób, kiedy tylko ktoś wchodził do schroniska. Nieważne, kogo widziała. W głowie słyszała złą wiadomość. Schronisko było przepełnione, a ona powoli chorowała na pierdoloną bezsilność. Sama nie wiedziała, co powinna zrobić dalej. Nawet nie uniosła wzroku, kiedy Alexander wszedł do pomieszczenia. Słyszała już spodziewaną formułkę.
Dzień dobry — mruknęła, finalnie unosząc wzrok na mężczyznę. Doskonale wiedziała, co zaraz usłyszy. Typowa formułka o niegrzecznym szczeniaku. W głowie zaczęła się już szykować na ostateczną informację — a pan przyszedł... — zaczęła lekko zmęczonym tonem. Niby mogła szykować się na najlepsze, ale spodziewała się najgorszego — oddać psa? Czy w jakim celu? — z jej głosy wybrzmiewała bezsilność. Miała dosyć schroniska. Chciała móc poczuć chwilowy przypływ dopaminy, ale teraz już niczego się nie spodziewała. Nie było szans na nadzieję.
27 y/o
For good luck!
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Święta minęły dokładnie tak, jak się spodziewał - w akompaniamencie głuchej ciszy, którą co jakiś czas przerywał tylko szum lodówki albo dźwięk powiadomienia w telefonie, którego i tak nie chciało mu się sprawdzać. Podczas gdy cały świat wydawał się zamykać w choinkowych lampeczkach, prezentach i rodzinnych kłótniach o byle co, Lex spędził te dni sam. Kolejne Boże Narodzenie przed telewizorem, z zimną pizzą i butelką whisky, która miała pomóc mu zasnąć szybciej niż zdąży o czymkolwiek pomyśleć.
Wmówił sobie, że to lubi. Ciszę, spokój i brak rodziny, na którą musiałby wydawać swoje ciężko zarobione pieniądze. Że święta to tylko komercyjny syf dla sentymentalnych idiotów. Ale kiedy obudził się rano drugiego dnia świąt i uświadomił sobie, że jedyną żywą duszą, do której odezwał się przez ostatnie czterdzieści osiem godzin, był on sam, poczuł tak silne uczucie osamotnienia, że ta przestrzeń w jego mieszkaniu nagle stała się po prostu nie do zniesienia. Za duża, za pusta, zbyt cicha.
Właśnie dlatego teraz, gdy poświąteczny szał zakupów już opadł, zaparkował swoim lancerem pod miejskim schroniskiem. To nie była przemyślana decyzja - nie stała za tym długa lista za i przeciw. To była czysta, desperacka potrzeba zmiany tej cholernej rutyny. Potrzebował kogoś, kto nie będzie oceniał jego blizn, nie będzie pytał o przeszłość i nie zostawi go, gdy tylko zrobi się trudno. Potrzebował psa. Może chociaż ten zwierzak, zamknięty za kratami tak samo jak on w przeszłości w murach sierocińca, będzie w stanie go pokochać? Hm...
Wszedł do środka, gdzie został przywitany przez drobną, rudą pracownicę schroniska. Nie spierdol tego, Lex. Zatrzymał się przy ladzie, wkładając dłonie głęboko w kieszenie kurtki. Wziął głęboki wdech. Spodziewał się wielu rzeczy - formalności, pytań o metraż mieszkania albo radosnego merdania ogonem - ale nie tej bijącej od kobiety rezygnacji. Przez moment patrzył na nią w milczeniu, a jego wzrok, zazwyczaj chłodny i oceniający, tym razem złagodniał o ułamek stopnia. Rozpoznał to spojrzenie. Widział je w lustrze zbyt często, by go nie zrozumieć.
- Nie przyszedłem nikogo oddawać - zaczął szybko, zapominając odpowiedzieć uprzejme "dzień dobry" z tego wszystkiego. - Przyszedłem stąd kogoś zabrać.
Wyjął ręce z kieszeni, jakby podświadomie chciał pokazać, że nie chowa w nich żadnych złych zamiarów, i oparł je o blat. Przez chwilę bębnił palcami o porysowaną płytę, czując się dziwnie głupio. Nigdy tego nie robił. Całe jego życie opierało się na braniu odpowiedzialności tylko za siebie, a teraz stał przed zmęczoną dziewczyną, prosząc o istotę, która będzie od niego całkowicie zależna.
- Więc... hm... tak. Chciałbym adoptować psa - powtórzył, jakby chciał dać samemu sobie gwarancję, że to, co robi, ma jakikolwiek sens. - Tylko nie mam pojęcia, jak to u was wygląda. Nie szukam szczeniaka ani niczego, co wymaga różowej obroży...
Urwał, nie wiedząc, co jeszcze mógłby powiedzieć. Przejechał dłonią po karku, czując nagły przypływ zakłopotania, który desperacko starał się ukryć pod maską obojętności.
Emocje, fuj.
Help.

Erza B. Fernandes
isiek
wszystko git jest
25 y/o
Welkom in Canada
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Czy te święta mogą się już skończyć?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alexander Hall

Przywykła do obojętności. Musiała wrzucić odpowiednią maskę, bo każde wejście do schroniska oznaczało kolejną porzuconą duszę. Wyrzuconą, gdzieś zostawioną samotnie samą sobie. Chociażby starała się, to miejsce nigdy nie będzie przypominało normalnego domu. Ciepłej kanapy, na którą można było wskoczyć. Stąd tak bardzo grudzień ją męczył. Sama nie wiedziała, co dokładnie powinna z tym zrobić. Ludzie byli bezduszni. Tego nikt nie zmieni. Dobrze, że oddawali psy tu, a nie zostawiali je w trakcie mroźnej nocy na śmietniku. Takie zgłoszenia też się zdarzały.
To jeżeli Pan zabłądził, mam całą mapę Toronto. Mogę pomóc w odszukaniu drogi... — zaczęła tradycyjną formułkę. Nikt normalny nie adoptuje psa w grudniu. To jest miesiąc porzucenia, a nie dawania szansy. To bolało ją najbardziej. Po samych oczach dało się zobaczyć, że miała po prostu dosyć codzienności — słucham? — spytała lekko skonsternowana, a po paru sekundach namalował się na jej twarzy najszczerszych z uśmiechów. Normalnie pocałowałoby Alexandrowi ręce i podziękowała — naprawdę przyszedł pan zapoznać się z naszymi psiakami?! — oczy jej zabłysnęły z ekscytacji. Ta szara, nudna codzienność nagle prysnęła jak bańka mydlana. Dla takich chwil pracowała w schronisku. Dziś jeden z psiaków pozna swojego nowego właściciela, na to liczyła.
Nigdy nie widziałam bardziej cudownego człowieka grudniu — powiedziała ze szczerością w głosie, wywalając dolną wargę do przodu. Była wręcz tym zauroczona, serce biło jej szybciej — ale jest Pan pewny, naprawdę? — miała nadzieję, że to nie był kiepski żart. Oczami wyobraźni widziała, jak jej zaraz odmówi. To nie mogło być prawdziwe, bo było stanowczo zbyt piękne. Taka sytuacja nie zdarzała się zbyt często.
Szczeniaki nie wymagają różowej obroży — mruknęła pod nosem lekko zbita z tropu — w jakim wieku chciałby pan psa? — zagadnęła, uśmiechając się szeroko. Wtedy podrapała się delikatnie po głowie, powinna zająć się jeszcze jedną bardzo ważną kwestią — no i może zacznijmy od tego — sięgnęła po segregator i trzasnęła nim przypadkowo o biurko — to formularz zawierający wszystkie pana dane i uwzględniający możliwości w sprawie psiej adopcji — wypięła jakieś pięćdziesiąt kartek, dając je do przejrzenia. Adopcja psa to była bardzo trudna, złożona praca. Pełno formularzy, a w nim tysiące rubryczek, by ocenić, czy kandydat na właściciela trzyma odpowiedni poziom.
27 y/o
For good luck!
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

To jeżeli Pan zabłądził, mam całą mapę Toronto.
Zamrugał kilka razy, patrząc na dziewczynę w konsternacji. Propozycja wyciągnięcia mapy Toronto była tak absurdalna, że przez chwilę poważnie zaczął się zastanawiać, czy to on wygląda na tak bardzo zgubionego, czy to ona ma już po prostu dosyć tej pracy. Zanim jednak zdążył cokolwiek odpowiedzieć, atmosfera w pomieszczeniu zmieniła się o sto osiemdziesiąt stopni. Dziewczyna, jeszcze kilka sekund temu pochłonięta zmęczeniem i marazmem, teraz wręcz zapłonęła entuzjazmem. Patrzył na jej promienny uśmiech i błyszczące oczy, czując się jeszcze bardziej nieswojo niż minutę temu. Nie był przyzwyczajony, by ktokolwiek cieszył się na jego widok tak, jakby właśnie wygrał los na loterii. Poza tym zapach schroniska - mieszanka środków do dezynfekcji, karmy i psiej tęsknoty - drażnił jego nozdrza i poczuł dziwne duszności. Naprawdę przez chwilę rozważał szybką ewakuację, ale postanowił wziąć głęboki wdech i nie ruszyć się z miejsca.
Kiedy na biurko z hukiem spadł segregator, a przed nim wylądował plik kartek grubości książki telefonicznej, uniósł brwi, czując narastającą konsternację.
- Pół setki pytań, żeby sprawdzić, czy nie jestem potworem? Ta ilość kartek sugeruje, że łatwiej byłoby mi zdobyć licencję pilota niż pozwolenie na psa - mruknął pod nosem, patrząc na formularz z niedowierzaniem. - Zapewniam, że mam gdzie mieszkać i nie zamierzam go zjeść na sylwestrową kolację.
Przesunął dłonią po karku, czując, jak duszność powoli ustępuje pod wpływem jej szczerego uśmiechu. Choć biurokracja go przerażała, nie zamierzał się wycofać. Nie teraz, gdy widział tę iskrę w jej oczach.
- Nie szukam szczeniaka, proszę pani - zaczął uprzejmie. - Szczeniaki zawsze znajdą dom, pewnie pani doskonale o tym wie. Każdy chce mieć w grudniu ładnego malucha, który będzie pasował do zdjęć przy choince.
Zatrzymał wzrok na segregatorze, ale go nie otworzył. Zamiast tego spojrzał prosto na Erzę.
- Myślę, że szukam kogoś, kto czeka tu trochę za długo - stwierdził nagle. Ta myśl po prostu go olśniła, uderzając w niego z siłą dobrze wyprowadzonego prostego. - I tak, jestem pewny.
Nagle, zamiast zapachu schroniska, poczuł duszny fetor pastowanych podłóg i taniego mydła w sierocińcu. To było dokładnie to samo uczucie - bycie „pominiętym”. Doskonale pamiętał ten specyficzny rodzaj ciszy, który zapadał, gdy kolejne małżeństwo opuszczało budynek z dzieckiem, które nie było nim. Z każdym rokiem tracił na wartości, stając się jedynie kolejną pozycją w kartotece; chłopcem zbyt trudnym i zbyt starym, by ktokolwiek zechciał zaryzykować.
Otrząsnął się z tych wspomnień, choć ich chłód wciąż czuł pod skórą. Przesunął palcami po krawędzi grubego segregatora, czując do niego niemal fizyczną niechęć.
- Ale jeśli mam być szczery, to jeśli mam wypełnić to wszystko sam, to prędzej ten pies zdechnie tu ze starości. Czy mogłaby pani mi w tym pomóc? - spytał, a w jego oczach pojawiła się niema prośba. Łatwiej było zdecydować się na psa niż przebrnąć przez tę papierologię, serio.
W jego głowie pojawiła się myśl, że najchętniej to najpierw pooglądałby pieski.

Erza B. Fernandes
isiek
wszystko git jest
25 y/o
Welkom in Canada
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Czy te święta mogą się już skończyć?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alexander Hall

Uśmiechnęła się nieznacznie, słysząc słowa Alexandra. Formularze były nieodłączną częścią każdej adopcji. Dzięki nim schronisko było w stanie skontrolować potencjalnych kandydatów. Niektórzy trzymali psy na łańcuchy, a jeszcze inni urządzali walki. Po to były formularze, wizyty, by mieć na celu jedynie dobro samych zwierząt.
Pół setki pytań, by sprawdzić, czy jesteś w stanie wyżywić psa, zapewnić mu opiekę weterynaryjną oraz behawioralną — poprawiła go delikatnym, uprzejmym tonem. Widziała sens, nieraz zwierzęta wracały do nich po adopcji. Trzeba było, niestety, kontrolować za każdym. Ludzie budzący zaufanie, potrafili za jednym razem je doszczętnie zniszczyć — jakby to było takie proste, to każdy mógłby mieć czworonoga — stwierdziła finalnie, unosząc ku górze oba kąciki ust. Wiele można było jej zarzucić. Jeszcze więcej wypomnieć. Erza nie była w stu procentach prospołeczną osobą. Dla niej liczyły się wyłącznie zwierzęta.
Szczeniaki nie zawsze znajdują dom — powiedziała lekko smutnym tonem. Wiele było historii. Na początku idealne zwierzaki, ale ludzie nie potrafili poradzić sobie z puppy blues — dorastają — dodała, unosząc ku górze kąciki ust. Większość ludzi zabierała ze sobą mniejsze czworonogi, licząc, że nie będą sprawiały problemów. Czas ich szybko weryfikował — mam tu takiego jednego, co jest z nami od trzeciego miesiąca i ma parę lat — kilka razy był oddawany. Sprawiał za dużo problemów. Sikał na podłogę, gryzł meble. Nie był agresywny, psie dziecko potrzebujące zejścia z energii.
Większy, średni, czy mniejszy? — zagadnęła Fernandes, wybierając w myślach najlepszego, lub właściwie najgorszego psiego kandydata — trochę to brzmi, jak sprzedaż, ale sam Pan rozumie — zaśmiała się cicho pod nosem. Miała sobie sporo do zarzucenia. Zbyt łatwo trudne tematy stawały się banalne. Czasem śmiech był jedyną sensowną bronią.
Jasne — mruknęła, potakując delikatnie pod nosem. Wyjęła z szafy długopis i od razu mu go podała — pierwszy formularz dotyczy danych osobowych, drugi warunków mieszkaniowych, trzeci kwestii finansowych, a czwarty jest zdecydowanie bardziej złożony, ale na jego podstawie będziemy w stanie wybrać odpowiedniego czworonoga — wytłumaczyła w skrócie, jak to wyglądało. Posłała mu też jeden z cieplejszych uśmiechów — nie znam Cię, więc nie wypełnię tego za Ciebie, ale jak masz jakiekolwiek problemy, to pomogę wypełnić — stwierdziła dość poważnym, ale rzeczowym tonem. Nie wiedziała nawet, jak się nazywał oraz co skłoniło go do przyjścia w jej rejony.
27 y/o
For good luck!
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lex przyglądał się przez chwilę stercie papierów z miną człowieka, który właśnie analizuje skomplikowany plan taktyczny. Początkowe zdezorientowanie szybko ustąpiło miejsca chłodnej akceptacji. Nie był tu po to, żeby dyskutować z systemem, ale żeby wyjść stąd z psem. Jeśli te formularze były murem, który musiał przeskoczyć, zamierzał zrobić to z marszu.
- Pół setki pytań... Skoro to jedyna droga, żebyście mieli pewność, że pies nie trafi na łańcuch, to nie widzę problemu - stwierdził w końcu rzeczowo. - To w sumie dobrze, że nie oddajecie ich pierwszemu lepszemu facetowi z ulicy tylko dlatego, że ma ładny uśmiech i gotówkę w portfelu.
Słuchał uważnie swojej rozmówczyni, a gdy wspomniała o psach wracających z adopcji i o tym jednym „weteranie”, który jest u nich od szczeniaka, dostrzegł ten cień smutku w jej oczach. Zrobiło mu się jej szkoda - musiała stykać się z tymi wszystkimi emocjami i sytuacjami na co dzień. Nie dałby rady pracować w takim miejscu.
- Szkoda psiaka - mruknął cicho, nie bardzo wiedząc, co mógłby dodać więcej. Dlatego szczerze docenił zmianę tematu na bardziej konkretny. Większy, średni, czy mniejszy? - Myślę, że średni lub większy. Taki, który dotrzyma mi kroku i nie przestraszy się dłuższego spaceru. Codziennie biegam, więc mógłby biegać razem ze mną.
To naprawdę miało sens. Pies był brakującym elementem jego codziennej rutyny. Wyobraził sobie te poranne kilometry wzdłuż jeziora, gdy słońce ledwo wstaje, a on nie jest już sam na sam ze swoimi myślami, tylko ma u boku kogoś, kto cieszy się z każdego kroku tak samo jak on. Pomyślał o weekendowych wypadach za miasto i o lasach, w których mógłby puścić zwierzaka wolno, z dala od zgiełku miasta. To byłaby idealna wymówka, żeby częściej znikać z Toronto. Pies nie pytałby o przeszłość, nie oceniałby jego blizn ani reputacji. Po prostu biegłby obok. Na samą myśl uśmiechnął się pod nosem.
- Brzmi jak plan, prawda? - dodał, posyłając dziewczynie krótkie spojrzenie. - Bieganko, dużo świeżego powietrza i weekendy w terenie. Myślę, że żaden pies nie narzekałby na nudę czy brak ruchu.
Przyjął długopis od dziewczyny.
- Dzięki. Doceniam to - odpowiedział krótko, ale szczerze, odwzajemniając uśmiech. - I za długopis, i za propozycję pomocy. Postaram się nie polec na danych osobowych.
W końcu skupił się na dokumentach. Kiedy doszedł do części o warunkach mieszkaniowych, zawahał się na ułamek sekundy. Przez myśl przebiegł mu obraz jego skromnego lokum w Parkdale, gdzie elewacje budynków od lat prosiły się o remont, a klatki schodowe pachniały wilgocią. Mieszkanie było małe, ciasne, ale zawsze starał się utrzymać w nim porządek. Wpisał metraż bez koloryzowania. Nie miał zamiaru kłamać - jeśli miał zostać skreślony za brak luksusów, wolał wiedzieć to od razu.
Wypełniając rubrykę o spacerach, poczuł jednak przypływ pewności. Jego dzielnica mogła być biedna i szara, ale niedaleko miał park, plaże i dużo terenów zielonych, które były idealne na długie, męczące spacery. Pies nie potrzebował złotych klamek - potrzebował ruchu, a tego Lex mógł mu zapewnić pod dostatkiem.
Skończył pisać i odłożył długopis na blat, przesuwając papiery w stronę rudowłosej. Trochę mu to zajęło.
- Skończone. Nie wpisywałem tam żadnych bajek o apartamentach z tarasem - powiedział, patrząc jej prosto w oczy. - Metraż jest niewielki, ale okolica ma sporo miejsc, gdzie można się porządnie zmęczyć.
Dał jej chwilę, żeby zapoznała się z jego wypocinami, ale niecierpliwość wzięła górę.
- I co myślisz? Znaczy, pani, myśli? - poprawił się, zerkając jej ciekawsko przez ramię.

Erza B. Fernandes
isiek
wszystko git jest
25 y/o
Welkom in Canada
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Czy te święta mogą się już skończyć?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alexander Hall

Uśmiechnęła się grzecznościowo. Formularza nie dawały całkowitej pewności, były zaledwie preludium do testowania kandydata na właściciela. Jeśli ktokolwiek myślał, że to proste, bardzo się mylił. W Toronto dodatkowo była opłata za adopcję psa, by móc zarobić na kilka worków karmy więcej, lub na leczenie innego podopiecznego.
Cieszyła się, że trafił się jej odpowiedzialny kandydat. Niektórzy przy samym formularzu odpadali, za to Alexander miał w sobie coś, co sprawiało, by mogła mu zaufać. Rzadko kiedy podchodziła do ludzi z sercem na dłoni. On sprawił, że coś w niej pękło. Pierwszy raz od dawna, widząc obcą twarz, chciała podejść do niej odpowiednio. Rozumiał jej pogląd na życie, była mu za to wdzięczna.
To nie zależy od wielkości — odparła, uśmiechając się szeroko — niektóre większe psy wolą bardziej leniwe życie, ale odnotuję, że bardziej aktywny osobnik — dla niej wydawała się to być najważniejsza informacja ze wszystkich. Pies potrafiący zrównać się krokiem z wysportowanym człowiekiem. Kilka tutaj takich mieli.
Chyba że taki z problemami stawów — stwierdziła, słuchając jego wywodu dotyczącego większych osobników — u dużych psów często występuje dysplazja — jeden z faktów, o których mało kto zdawał sobie sprawę. Im większe ciało, tym większy ciężar. Szybciej ciało zwierząt stawało się obciążone. To łączyło się z fizjoterapeutą, operacjami, lekami. Wszystko generowało koszty.
To wcale nie jest takie straszne, jak się wydaje — zaśmiała się, widząc jego minę — ja będę musiała to przeczytać — rzuciła dosyć luźno, po czym wyszła na zaplecze. Potrzebowała kolejnej dawki kofeiny. Oczy robiły się cięższe, a przed nią połowa zmiany. W trakcie tych kilku minut wraz z kubkiem świeżej kawy, której zapach zaczął się rozprzestrzeniać, mogła przejść się samodzielnie po boksach, by wybrać kilku kandydatów. Choć chciała zostawić wybór mężczyźnie, o ile będzie dobrym kandydatem. Po paru minutach wróciła z uśmiechem na twarzy.
Cieszy mnie to — stwierdziła, odbierając stos dokumentów — daj mi zerknąć — potrzebowała kilku minut, by przejrzeć papiery. Przy okazji upijała kilka łyków z plastikowego kubka. Powoli wczytywała się w dokumenty, starając się analizować każdy szczegół. Finalnie z delikatnym hukiem zamknęła segregator.
Wygląda całkiem dobrze — skinęła głową, licząc w głowie, że trafiła na odpowiedniego człowieka — mogę pójść pokazać Ci parę psiaków — zaproponowała, idąc na tyły. Przechyliła głowę w stronę drzwi — ale dziś nie wrócisz do domu z psem. Wpierw musicie siebie poznać i jeżeli poczujecie wzajemną chemię, to po trzecim spacerze będziesz mógł go stąd zabrać — wolała, by zdawał sobie sprawę z każdej procedury panującej w schronisku. Musiał wiedzieć o każdym, nawet najmniejszym szczególe. Adopcja nie jest łatwa, to jak prawdziwa wojna na ugorze.
Wystarczy Erza, Alex — zagadnęła, odwracając się w jego stronę — chyba nie przeszkadza Ci, że będę mówiła Ci po imieniu, co? — właściwie był od niej starszy. Nie wyobrażała sobie, by nazywał ją panią. Skoro miał adoptować zwierzaka z jej schroniska, będą widywali się częściej. Otworzyła dla niego drzwi do pomieszczenia z boksami dla zwierząt.
Gotowy na wędrówkę po schronisku? — zagadnęła, przepuszczając go w drzwiach. Liczyła, że krótkie spotkanie z oczami zwierzaka będą bardziej przekonujące niż jej gadanie.
27 y/o
For good luck!
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lex słuchał jej z uwagą, choć w duchu wciąż walczył z obrazem samego siebie biegającego po parku z psem. Do tej pory jego poranny jogging był samotnym rytuałem, sposobem na wyciszenie agresji i uporządkowanie myśli przed wejściem na ring. Wizja czworonoga dotrzymującego mu kroku zaczynała jednak nabierać sensu - zwłaszcza gdy Erza mówiła o tym z taką pasją.
- Okej, zdaję się na ciebie - mruknął, poprawiając bluzę.
Oparł się biodrem o krawędź biurka. Kiedy Erza wyszła na zaplecze po kawę, wykorzystał te kilka minut, by rozejrzeć się po biurze. Nie był przyzwyczajony do czekania, zazwyczaj to on narzucał tempo, ale tutaj... no, skoro chciał dostać piesa, to nie miał nic do gadania i musiał się dostosować. Kiedy wróciła i wczytała się w jego papiery, nie poganiał jej. Wiedział, że ta chwila skupienia z jej strony jest ważna, w końcu powierzała mu żywe stworzenie.
Gdy segregator zamknął się z charakterystycznym hukiem, Lex uniósł brwi i spojrzał na Erzę, czekając na werdykt.
- I jak? Przeszedłem test czy coś pokręciłem w formularzu? - zapytał spokojnie, będąc gotowym wziąć ewentualną odmowę na klatę.
Wygląda całkiem dobrze. Wow, w końcu zrobił coś dobrze. Skinął głową, przyjmując jej słowa ze spokojem, choć w głębi duszy był nieco zaskoczony. Wspominałam już, że myślał, że to będzie prostsza sprawa - szybka decyzja i szybki powrót do domu? Uniósł brwi, słysząc o tych wszystkich spacerach i czekaniu. Przez chwilę bawił się kluczykami w kieszeni, trawiąc te informacje. Planował to załatwić szybko, ale Erza najwyraźniej nie zamierzała mu ułatwiać życia.
- Trzy spacery...? - zawiesił głos, marszcząc brwi. - A chociaż z tobą? I tak, pewnie, mów mi Alex. I tak będę tu teraz stałym gościem przez te twoje trzy spacery, więc oszczędźmy sobie teatrzyku. I nie, nie przeszkadza mi to.
Kiedy otworzyła drzwi, Lex instynktownie spiął ramiona, przygotowując się na to, co było za nimi. Zapach mokrej sierści i metalu był specyficzny, ale to narastający gwar szczekania sprawił, że na moment musiał się skupić. To było jak wejście na halę treningową przed walką – ten sam rodzaj surowej, niekontrolowanej energii w powietrzu.
- Dobra, Erza, zobaczmy te twoje bestie - dodał, przechodząc przez próg.
Zatrzymał się tuż za drzwiami, pozwalając, by jego wzrok przyzwyczaił się do rzędów boksów. Miał chyba zbyt miękkie serce, bo po plecach przeszedł mu nieprzyjemny dreszcz, który doskonale znał. Ten zapach, te dźwięki... to wszystko uderzyło w niego ze zdwojoną siłą, wywołując wspomnienia, które od lat starał się trzymać w najgłębszych zakamarkach pamięci.
- Ciasno tu u was - rzucił krótko, starając się, by jego głos nie zdradził nagłego przypływu emocji. Schował dłonie głęboko w kieszeniach bluzy.
Przesunął wzrokiem po najbliższych boksach. Te wszystkie psy miały taką samą historię jak on: ktoś je zostawił, ktoś o nich zapomniał, ktoś uznał, że są problemem.
- Dobra, Erza... nie stójmy tak - mruknął, odchrząkując i zmuszając się do zrobienia pierwszego kroku. - Masz jakieś propozycje?
Czuł się trochę przytłoczony i liczył na drobne wskazówki.


Erza B. Fernandes
isiek
wszystko git jest
25 y/o
Welkom in Canada
164 cm
weterynarz Schronisko dla zwierząt
Awatar użytkownika
Czy te święta mogą się już skończyć?
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkishe/her
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Alexander Hall

Byli gotowi. Formalności papierowe zostały odhaczone, teraz czekały ich najgorsze wybory. Spojrzenie w biedne oczy oczekujące adopcji. Każdy pies, nieważne jaki by nie był, chciał zostać stąd zabrany. Dlatego z taką werwą wychodziły na spacery z wolontariuszami. Merdały ogonami, cieszyły się i dało się zobaczyć w nich ten charakterystyczny błysk szczęścia.
Trzy spacery. Chciałeś zabrać zwierzę, które nigdy nie widziało Cię na oczy? — spytała, marszcząc przy tym brwi. Było to dla niej zaskakujące. Ktoś kto myślał poważnie o adopcji, mógł prześledzić całą procedurę adopcyjną. Lekko się zmieszała, zwłaszcza słysząc pytanie — ze mną? — oczy szerze otworzyła, kręcąc głową — po co mam być na spacerach? To ma być chwila dla Was, żebyś wiedział, jak to będzie wyglądało na co dzień — spytała całkiem szczerze, będąc delikatnie zmieszaną całą sytuacją. Potrząsnęła głową. Kim mogła być, żeby odmówić spaceru? Ale nie znała Alexandra, pies też nie, może lepiej by reagował, widząc kogoś, kogo zna?
Przyzwyczaisz się — stwierdziła, spoglądając po klatkach. Uśmiechnęła się ciut nerwowo, wiedziała, że ludzie różnie odbierali przebywanie w schronisku. Smród, hałas i wszechobecny chaos wypełniały całą halę — jesteśmy w trakcie okresu świątecznego, zebrał on pierwsze ofiary — w trakcie roku psy znikały. Niektóre przez śmierć naturalną, niektóre przez ludzi dobrej woli, inne trafiały do kliniki. Jednak w okresie świątecznym panował tu największy ścisk.
Skinęła głową na słowa Alexandra i poszła w stronę pierwszego podopiecznego.
Gucio, czteroletni pies w typie border collie — czarno-białe szczęście, które na widok obcego człowieka zaczęło biegać w kółko w klatce. Aż Erza zaśmiała się radośnie, dla takich chwil tutaj pracowała — wesoły radosny i jedyne o czym myśli to piłka — do tego posiadał umysł bordera. Sprawnie uczył się komend, byłby wiernym towarzyszem. Chwilę wpatrywała się na Gucia w ciszy, po czym ruszyła w stronę kolejnego boksu.
Tu jest Azar. Ma w sobie coś z mieszańca owczarka niemieckiego — stwierdziła, pokazując głową kolejnego psiaka. Ten siedział i wpatrywał się w nich w ciszy. Bardziej wyglądał, jakby nimi gardził — dumny, ale momentami agresywny... Przy nim potrzebowałbyś być w stałym kontakcie z behawiorystą — na pewno doceniłby aktywność fizyczną, codzienne bieganie, ale trudniejszy byłby okres przystosowania się do najnowszych warunków.
A tu Cipek — mimowolnie kącik ust jej drgnął. Przy każdym wypowiadaniu jego imienia uśmiechała się szerzej — tak, Cipek — potwierdziła, zanim jeszcze zdecydował się zadać pytanie — kilkuletni, ogromny czarny terier rosyjski — jeden z niewielu rasowych psów — przepiękna bestia — stwierdziła, wpatrując się w niego — jego właściciele zginęli w wypadku samochodowym — westchnęła ciężko. Wszyscy zginęli na miejscu, został jedynie pies, którego rodzina nie chciała adoptować — mało kto poradziłby sobie z takim olbrzymem — nawet dorosły mężczyzna. Teriery mają silny instynkt łowiecki. Ich tresura jest wymagająca oraz wymaga odpowiedniej samodyscypliny.
Pokazywać kolejne? — zagadnęła, odwracając od niego głowę. Pierwsza trójka zwierząt wydawała się być dla niej sama zachęcająca. Tylko czy któryś z nich spodoba się Alexandrowi?
27 y/o
For good luck!
183 cm
trener boksu w Kingsway Boxing Club
Awatar użytkownika
i don't get lucky, i make my own luck
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracji3 os.
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lex zatrzymał się na środku hali, ignorując szaleńcze szczekanie dobiegające z boksów. Choć starał się zachować swoją zwykłą, niewzruszoną maskę, bliskość tych wszystkich klatek i świadomość „świątecznych ofiar” sprawiały, że czuł się tu dziwnie obco. Słowa Erzy o tym, że spacery mają być tylko dla niego i psa, uderzyły w strunę, której nie spodziewał się w sobie poczuć - nagłej niepewności. Szczerze? Nigdy nikim się nie opiekował, dlatego nagle pojawiły się wątpliwości. Czy on na pewno da sobie radę z psem?
Po co mam być na spacerach? To ma być chwila dla Was, żebyś wiedział, jak to będzie wyglądało na co dzień.
Patrzył na nią badawczo, a w jego oczach nie było tym razem kpiarskiego błysku, tylko autentyczne pytanie. To nie była kwestia braku pewności siebie - Alexander Hall radził sobie z bestiami w ludzkiej skórze na co dzień - ale ten świat, świat skrzywdzonych zwierząt i bezinteresownej empatii, był dla niego nowym terytorium. Terytorium, po którym Erza poruszała się z naturalną gracją.
- Mówisz, że to ma być chwila dla nas, żebym wiedział, jak to wygląda na co dzień... ale na co dzień, Erza, ja nie mam zielonego pojęcia, co robić, gdy taki psiak nagle siądzie na środku chodnika i uzna, że dalej nie idzie, bo przypomni mu się coś złego - przyznał, znowu całkowicie szczerze, co rzadko mu się zdarzało. - Nie uważasz, że lepiej reagowałby na kogoś, kogo zna? No właśnie. Ty jesteś tą osobą. Potrzebuję... przewodnika. Nie tylko dla psa, ale i dla mnie.
Lex przeszedł wzdłuż boksów, uważnie przyglądając się każdemu z kandydatów. Gucio był uroczy, ale Lex czuł, że przy takim psie prędzej czy później obaj by oszaleli od nadmiaru energii. Azar budził respekt, ale ta „pogarda” w oczach psa przypominała Hallowi jego własne lustrzane odbicie z gorszych dni – a on nie szukał kogoś, z kim będzie musiał toczyć wojnę domową o dominację. Zatrzymał się jednak na dłużej przy trzeciej klatce. Ogromny, czarny terier rosyjski wyglądał jak kupa nieszczęścia zaklęta w potężnym, kudłatym ciele. Gdy usłyszał historię o wypadku, poczuł znajome ukłucie w klatce piersiowej. No i wylądował w schronisku i do tej pory nikt go nie adoptował. Lex sam wiedział, jak to jest być „problemem”, którego nikt nie chciał do siebie przygarnąć.
- Wypadek, co? Czyli stracił wszystko w jednej sekundzie, a potem nie trafił się nikt zainteresowany- mruknął Lex, a w jego głosie pobrzmiewała głęboka, surowa solidarność z psem. - Pasujemy do siebie. Też niewielu ludzi daje sobie ze mną radę.
Dopiero po chwili do jego świadomości dotarło imię, które Erza wypowiedziała z takim ledwo skrywanym rozbawieniem. Zmarszczył brwi, patrząc na nią z niedowierzaniem, jakby sprawdzał, czy ona naprawdę nie żartuje.
- Czekaj, czekaj... Powiedziałaś: Cipek? - powtórzył, a kącik jego ust drgnął w wyrazie czystej konsternacji. - Erza, spójrz na niego. To jest czterdzieści kilo czarnej, dumnej bestii, a nie kanapowy ratler polany lukrem. Nie wyobrażam sobie wychodzenia z nim na dzielnicę i wołania go po imieniu w parku. Ludzie pomyśleliby, że albo mam udar, albo... cóż, na pewno nie to, że mam groźnego psa.
Oparł dłonie na biodrach, jeszcze raz taksując wzrokiem teriera. Pies, mimo swojej wielkości, wydawał się mieć w sobie pewną stateczność, której Lex podświadomie szukał.
- Nie musisz pokazywać kolejnych. Ta "przepiękna bestia" wygrywa, mimo tego tragicznego imienia - stwierdził, odwracając się do Erzy z błyskiem w oku. - Możemy go wziąć dziś na pierwszy spacer czy mam przyjść kiedy indziej?
Podszedł o krok bliżej do klatki teriera, nie wykonując gwałtownych ruchów, po czym uklęknął. Psiak wesoło zamerdał ogonem. No, już zaczynali się dogadywać!
- Słyszysz to, kolego? Koniec z byciem Cipkiem. Jeśli przeżyjesz ze mną te trzy spacery, wymyślimy ci coś, co nie brzmi jak żart z podstawówki - spojrzał na Erzę, czekając na jej reakcję. - Powinien się nazywać Monster.
Czarna, kudłata masa mięśni uniosła łeb. Pies nie skakał i nie szczekał desperacko jak Gucio. Po prostu patrzył na Alexandra swoimi ciemnymi, mądrymi oczami, w których czaił się ten sam rodzaj zmęczenia światem, jaki Lex widywał u siebie. Wyobraził sobie ich dwóch na ulicach Toronto. Wielki, czarny terier idący noga w nogę razem z nim. To był obraz dwóch twardzieli, którzy znaleźli wspólny język, bo obaj zostali przez kogoś skreśleni. Będziemy razem wyglądać zajebiście.

Erza B. Fernandes
isiek
wszystko git jest
ODPOWIEDZ

Wróć do „Toronto Animal Services”