Była urodzoną romantyczką i szczerze wierzyła, że prawdziwe uczucie wiązało się z podniosłymi gestami, długimi i poważnymi wyznaniami, ale przy okazji też chyba całym szeregiem poświęceń. To wyjaśniałoby, dlaczego ona sama starała się d o s t o s o w a ć za każdym razem, kiedy na horyzoncie pojawiał się mężczyzna wart jej uwagi.
Teraz robiła to po raz kolejny. Wpuściła do swojego życia osobę, której za wszelką cenę starała się zaimponować, a to z kolei oznaczało, że nie mogła być tak po prostu sobą. Na pewno nie tym wydaniem, którym bywała na co dzień, dlatego starała się spoważnieć i robić dobrą minę do złej gry, jednocześnie wmawiając sobie, że była w tym układzie szczęśliwa.
Bo naprawdę wierzyła, że ma na to szansę. Może nie teraz, j u ż, ale miała szczerą nadzieję,
W innym wypadku dlaczego tak bardzo by ją rozpieszczał?
Dziś zabrał ją do jednej z tych restauracji, w których kompletnie nie umiała się odnaleźć. Niby nie był to jej pierwszy raz, ale z jakiegoś powodu i tak za każdym razem zapominała, który widelec służył do czego i jak w określonych sytuacjach powinna się zachować. Ze wszelkich wpadek starała się jednak wychodzić z gracją, a skoro resztki jej swobody nie wyparowały kompletnie, musiało to oznaczać, że nie radziła sobie najgorzej.
Mimo to odetchnęła z ulgą, kiedy jej c h ł o p a k na chwilę udał się do toalety. Wypuściła głośniej powietrze i rozejrzała się po wnętrzu restauracji, ku czemu wcześniej nie miała okazji, ponieważ była zbyt skupiona na tym, co sama robiła.
Drobne zaskoczenie wymalowało się na jej twarzy, kiedy jej spojrzenie spoczęło na znajomej sylwetce. Gdy dostrzegła, że i Tracy spojrzał w jej kierunku, wystawiła mu język. Tak, cała ta otoczka d a m y prysnęła w okamgnieniu, ponieważ Raynott nie był osobą, przy której nie czułaby się swobodnie.
Przy nim po prostu bywała s o b ą, nawet na odległość.
Tracy Raynott