
Z dzieciństwa Oswin zasadniczo pamięta się kolory. Głęboką zieleń trawnika po deszczu, blade błękity pościeli suszącej się na sznurze przed domem i cynamonowy beż parujących wypieków babci. To ona, zaraz po śmierci męża, przyjechała do miasta na stałe, przynosząc ze sobą nie tylko swój akcent i religijną pobożność, ale też ciepło, którego w ich domu od tamtej pory nigdy nie zabrakło. Mieszkała tuż obok, nieopodal swych wnucząt, w białym, skrzypiącym domku tak bardzo odstającym od chłodnej marmurowej posiadłości rodziców Oswina. Babcia pozwalała mu zyskiwać azyl w miejscu gdzie z okien wyrastały pelargonie, a zegar tykał zawsze o kilka sekund za wolno.
Z siostrą, dzielili wszystko, pokój, uwagę matki, a nawet pierwsze marzenia. Ale to jego siostra zawsze miała głos głośniejszy, śmiech bardziej perlisty i odwagę, by mówić to, co Oswin zatrzymywał w sobie. On obserwował. Notował. Milczał, znacznie częściej niż mówił, jakby słowa miały zbyt dużą wagę, by rzucać je ot tak, na wiatr. Ona miała przejąć rodzinne prawnicze imperum, on chciał tylko żyć w cieniu w nieco bardziej pstrokatej palecie barw.
Nie był samotnikiem z wyboru – był nim z natury.
Już jako dziecko zatrzymywał się przy starych kapliczkach przydrożnych i drewnianych krzyżach, dotykając ich powierzchni z niepokojącą czułością. Fascynowała go cisza miejsc zapomnianych przez ludzi, ale nie przez czas. Gdy inne dzieci marzyły o wielkich przygodach, on śnił o tym, by usłyszeć historię każdego spękania w murze.Sztuka była dla niego swoistym lekarstwem dla duszy.
Lata szkolne były ciche. Przesiadywał w ostatnich ławkach, rysował gotyckie łuki na marginesach zeszytów. Nosił podniszczone trampki i bluzy, które kupował w lokalnych lumpeksach za kieszonkowe, próbując nie wyróżniać się z tłumu. Ale nigdy nie potrafił być zwyczajny. Miał duszę starca i serce poety. To właśnie ta mieszanina sprawiła, że dostał się na wymarzone studia na akademii sztuk pięknych – jego wielką i jedyną szansę. Tam, na drugim końcu kraju, nauczył się żyć bez zapachu domu. W wynajętym pokoju na poddaszu pożerał książki o symbolice religijnej i ikonografii. Późne wieczory spędzał w bibliotekach, w towarzystwie gęstej kawy i duchów przeszłości. Zakochał się w idei, że można przywrócić coś zniszczonego – nie do pierwotnej formy, ale do nowego życia. W tym właśnie była jego sztuka – nie w odtworzeniu, a w ocaleniu.
Po zakończeniu studiów i krótkiej tułaczce po kraju zatrzymał się na dłużej na północy, znalazł zatrudnienie jako konserwator zabytków sakralnych. Kaplice, krzyże, freski, kielichy. Stare figury, drewniane tabernakula, zżarte przez czas i sól, a jednak pełne świętości. Miał cierpliwość mnicha i dłoń rzeźbiarza. Szybko zyskał renomę i uznanie.
Jego ukochana była inna niż wszystko, co znał. Poznali się w kościele. Ona, muzykolog. A on konserwator z odrobiną kurzu na rękawach, wiecznie umorusany farbą Ich miłość nie była burzliwa, a kojąco głęboka. Milcząca. Śmiali się, że spotkali się w ruinie i odnaleźli w niej coś magicznego.
Planowali ślub w starym, zamkniętym kościele, który wspólnie odnawiali. To miał być ich rytuał , miłość odrodzona wśród gruzów przeszłości. Ale pewnego dnia, kiedy jego narzeczona została sama wewnątrz świątyni, zawaliło się sklepienie. Bez ostrzeżenia. Bez powodu. Jakby samo niebo uznało, że nie zasługuje na tę historię. Oswin nie był wtedy obecny. I nie przestał się za to karać.
Przeniósł się z powrotem do miasta już prawie dwie wiosny temu. Blisko rodziny. To był jego cel. Daleko od wszystkiego innego. Nie porzucił pracy, wręcz przeciwnie. Jednak zdecydował się objąć stanowisko wykładowcy na lokalnej uczelni. Wolał uczyć historii sztuki niż ratować stracone dzieła z dawnych lat. Czemu? Otóż, każda renowacja, każda deska, każdy złocony ornament, wszystko przypominało mu p dawnej ukochanej. Może niektóre dusze nie chcą już być sklejone.
