23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Na obecnym etapie swojego życia Milo był tak przyzwyczajony do mikroagresji przeciekającej z niemal każdej sfery codzienności, że dopiero przy bardziej kreatywnych próbach zajścia mu za skórę - która to stała się z oczywistych względów głównym celem ataku - reagował czymś ponad wzruszenie ramion. O ile w ogóle zauważał, był kurewsko oporny na aluzje.
Lianowi również się obrywało, ale w przeciwieństwie do Rivery, Mei był niekwestionowanym mistrzem w wywieraniu milczącej presji na otoczeniu i większość osób, która dla żartu podnosiła temat jego pochodzenia w rozmowach w kontekście innym niż standardowy bardzo szybko tego żałowała. Milo miał mniej cierpliwości, a przy połączeniu z jego jawną niechęcią do ludzi au general, efekt był prosty do przewidzenia.
Inaczej sprawa się miała z Dylanem.
Nie nazwałby go uprzywilejowanym, nie on przecież decydował o obecnym kształcie systemu w jaki obaj zostali wepchnięci siłą braku alternatywy. Jechali na tym samym wózku słabo opłacanych dorywczych prac, studenckich pożyczek i rachunków, dodatkowo ciągnąc własne bagaże życiowych doświadczeń. Pod tym względem byli absolutnie równi; dzielili tę samą dolę, którą mogli poprawić łącząc siły.
Bo obiektywnie, odkąd Gauthier wprowadził się do ich ciasnego mieszkania ze swoimi mapami nieba, podręcznikami i nieprzyzwoicie mięciuchnymi bluzami, sytuacja znacząco się poprawiła.
Milo przeczuwał jednak, że Dylan znający dotąd tylko Kanadę stojącą bielą nie był przygotowany na inną rzeczywistość, w której on sam tkwił odkąd nielegalnie przekroczył granicę ze Stanami Zjednoczonymi.
Dawniej czuł na sobie ciężar i lepkość spojrzeń niemal fizycznie, marząc tylko o tym by zniknąć lub, co też zdarzało mu się niegdyś o wiele częściej, życzył sobie skóry dostatecznie jasnej, aby wtopić się w tłum. Później, w okresie dojrzewania problem obrósł w dodatkową warstwę pozornej, kanonicznej głosem większości estetyki w tym zakresie, do i tak obszernego zestawu wykręcających postrzeganie własnego ciała przekonań dołączyła mała, kolejna obsesja: karnacja.
Unikał więc słońca, które tak bardzo kochał i za jakim zwykł podążać jak słonecznik gnący się w ciągu dnia, byle bliżej, zupełnie jakby pozostawanie w cieniu miało przynieść jakikolwiek efekt. W okresie swojego najdłuższego stażu w oficjalnej rodzinie zastępczej we Fresno, do niemal codziennej wieczornej rutyny dołączyły wątpliwej skuteczności pasty i kremy, które zamawiał przez internet za kieszonkowe. Pillesterowie musieli wiedzieć, wszystkie paczki przechodziły przez ich ręce, ale nigdy nie powiedzieli ani słowa.
W ten sposób nabawił się kilku jaśniejszych plam na ramionach, niezbyt widocznych, o ile ktoś nie spojrzałby z bliska, a jako że Rivera do fanów intymności nie należał, a więc prawie nikt jak dotąd nie zauważył. Między innymi dlatego zawsze opancerzał się w bluzy i unikał bezrękawników jak ognia.
Była również bariera językowa, która dawniej wydawała mu się problemem nie do przeskoczenia ze względu na oczywiste braki i słyszalny po dziś dzień akcent. Obecnie czasem dla własnej satysfakcji, czasem z braku odpowiednika, a czasami zwyczajnie przez roztrzepanie mieszał angielski z hiszpańskim w obrębie jednego zdania. Parę lat temu zrobiłby wszystko, by ten lingwistyczny nałóg wymazać.
Może dlatego ta wizja potencjalnej pracy w środowisku posługującym się często obcym mu językiem francuskim tak bardzo go przerażała odkąd Dylan wspomniał o niej parę tygodni temu?
Ponad wszystkim jednak, tym, o czym nadal myślał a tym, o czym zdążył zapomnieć, Milo wiedział, że był przyzwyczajony i odporny. Gauthier... raczej nie. I w zasadzie nie chodziło o chęć trzymania go pod bezpiecznym, sterylnym kloszem; w Milo po prostu podnosił się nerw na samą myśl, że ktoś mógłby spojrzeć na niego z tej perspektywy, nawet jeżeli sam Dylan nie byłby tego do końca świadom.
Palce czasami kreślące okręgi i elipsy na jego plecach, czasami dociskane i wpuszczane głębiej pod rozluźnionymi mięśniami nie stały się tłem jak to zapewne bywało w przypadku większości osób przyzwyczajonych do dotyku. Nie był to naturalnie pierwszy raz, kiedy ręce Gauthiera chwytały go tak jak stał, siedział lub leżał, nie odskakiwał już zresztą jak na samym początku - z czego obecnie chciało mu się śmiać ilekroć przypomniał sobie trwający niemal miesiąc tryb podchodów - mimo to Milo nadal czasami tężał i wiercił się, gdy nie pasował mu ich kierunek.
Doceniał natomiast, że Dylan zapamiętał jak newralgiczną strefą był kark i go omijał.
Jeżeli będę chciał dać komuś w mordę to zrobię to tak czy inaczej 一 podsumował bardzo rzeczowo, bez wdawania się w przepychanki dla konwenansu. Raczej stwierdzał oczywistość jednocześnie twardo określając, że nie należał do osób które chętnie ulegałyby presji nawet najlepszych intencji ze strony najbliższych osób. 一 Tu honor es mí honor.
Nie rozwijał tego tematu głębiej wiedząc doskonale, że Dylan zaparłby się jeszcze bardziej próbując udowodnić mu jak bardzo nie obchodzą go takie rzeczy, na co on oczywiście nie mógłby przystać i skończyłoby się awanturą. Wiedział, że Gauthier ma dobre chęci, którym niestety nie zawsze mógł ulec.
Wolał w milczeniu przyjmować jego fascynację swoimi lokami, w które plątało się coraz więcej wtykanych jak kwiatki pocałunków. Prawie nie czuł ich na czubku głowy, najwyżej wróżył po dźwięku i miejscowo przyuważanej presji uginających się włosów.

To jest... zupełnie nie to, o co mi chodziło i... -ah. 一 Tyle zdążył z siebie wydusić zanim Gauthier postanowił na odchodne przewrócić go na plecy i sponiewierać w najgorszy, a zarazem najlepszy sposób jaki dotąd na niego działał; uwielbiał czuć na sobie ciężar jego ciała, a klaustrofobiczna świadomość braku jakiejkolwiek drogi ucieczki żenująco obezwładniała go w miejscu. Mógł sobie co najwyżej zasłonić oczy przedramieniem i wymruczeć pod nosem coś rodzimego, czego Dylan nie rozumiał, ale z kontekstu i intonacji słusznie mógłby wywnioskować, że Milo musiał tym czy innym sposobem wyrazić zniecierpliwienie.
Joder. Nie powinienem być aż tak zajebiście łatwy.
Ledwo przeszło mu to przez głowę, a obecność ust Gauthiera w okolicy skupiska arterii drobnych żyłek i aorty po boku jego niefrasobliwie odsłoniętej na atak szyi spowodowało tak gwałtowny reset, że Rivera zapomniał na parę długich sekund jak się oddycha. Otworzył jedynie szerzej oczy patrząc na niego z osobliwą blendą emocji właściwych dla przypartego do muru zaszczutego zwierzęcia na polowaniu (dobrze) i świeżo rozbudzonym zainteresowaniem (jeszcze lepiej, aczkolwiek na ten moment niekoniecznie praktyczne).

Czy ty... czy ty chciałeś mi kurwa zrobić malinkę...?! 一 zapytał z histerycznie uniesionym, wysyconym niedowierzaniem głosem. Mimo to cała jego postawa - to jak leżał płasko bez natychmiastowego zrywu po tym jak Dylan się uniósł i w zasadzie dał mu taką możliwość, jak obie ręce wciąż trzymał nieruchomo po obu stronach swojej twarzy i ledwo unosił pierś w płytkich, przyspieszonych oddechach - krzyczała wręcz, błagała, żeby Gauthier popierdolił rozsądek do jakiego Milo apelował jeszcze parę minut temu i po prostu to zrobił.
Właściwie to niemal zrobił to na głos. Och, wręcz układał już usta do okrągłej, żałosnej i niepasującej do niego prośby, ale zdążył ją przełknąć zanim wybrzmiała i pozbawiła go resztek godności.
Nagły chłód i brak nacisku w konsekwencji jego nieobecności Rivera przyjął z rozczarowaniem pomimo, że rozumiał jego konieczność. To było rozsądne. Do tego próbował się przekonać, nie pojmując za to dlaczego nagle zaczął zwracać uwagę na takie rzeczy.
I dlaczego ni z tego ni z owego zaczął tych rzeczy pragnąć, skoro do tej pory ta funkcja zdawała się być niedostępna.
Usiadł na materacu wciąż z lekka oszołomiony, wymamrotał jakąś uwagę na temat bezpłciowości ubrań dla rozluźnienia atmosfery i sam bez większego przekonania porozglądał się za swoim plecakiem.

Pójdę do Diego. W sensie, do pokoju obok, do... hmm, przebiorę się, może ukradnę mu na jeden wieczór kurtkę. Zobaczymy się w kuchni?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Problem szerzącej się na świecie dyskryminacji ze względu na pochodzenie czy wygląd był mu dobrze znany, w końcu nie urodził się wczoraj, jednak było to bardzo powierzchowne i obserwowane co najwyżej z boku. Jeśli ktoś czepiał się jego znajomych naturalnie reagował, odcinał z najbliższego towarzystwa jednostki, których poglądy zbyt diametralnie rozjeżdżały się z jego, a jak trzeba było przypomnieć staruszkowi w kolejce w supermarkecie, że nie bez powodu jego dzieci do niego nie dzwonią, chętnie brał to zadanie na siebie. Widział codziennie oznaki tego jak długą drogę jeszcze mieli przed sobą jako społeczeństwo, głośno i aktywnie wyrażał swoje niezadowolenie tym faktem, jednak na tym się to kończyło. Nie posiadał doświadczeń z pierwszej ręki, miejsce, w którym się wychował, nie dało mu odczuć tego jak bardzo było to systemowe i zdawał sobie sprawę z tego, że mógłby przez przez życie całkowicie ten problem ignorując. Stąd, nawet jeśli nie było to świadome, ani tym bardziej celowe, nie do końca wziął sobie ostrzeżenia Milo na serio. Przyjął informacje, wierzył mu na słowo, przytoczona historia rodem z serialu kryminalnego zaszczepiła w nim odrobinę dyskomfortu, jednak nie wzbudzało to w nim takiego lęku czy zmartwienia jakie wyraźnie odczuwał Rivera. Dylan nie wiedział nawet do końca jak mogło wyglądać takie bycie na celowniku, jakie ciągnęło za sobą odczucia, ani czym tak właściwie groziło. Mógł jedynie przygotować się mentalnie na brak zwyczajowej, kanadyjskiej uprzejmości od mijanych na ulicy ludzi, a cała resztę, cóż, będzie musiał zobaczyć na własną rękę.
- Wiem - mruknął, odpuszczając sobie kłótnie, jako że już kiedy zaczynali ten temat zdawał sobie sprawę, że nie jest w stanie tak naprawdę mu tego wyperswadować. Znał go za dobrze by zakładać, że jest w stanie w jakikolwiek sposób go kontrolować i nawet tego nie chciał, miał jedynie nadzieję, że ten nie będzie niepotrzebnie pakował się w kłopoty. Jedynie musiał wyrazić swoją dezaprobatę na głos, zwłaszcza, że dotyczyło go to osobiście i to nie tylko pod względem bycia potencjalnym celem, a także samej reakcji łańcuchowej jaka wynikłaby z eskalacji potyczek słownych. Milo mógł łamać nosy do woli, jednak jeśli ktokolwiek chociażby spróbował mu oddać, Dylan nie zamierzał stać neutralnie z boku. Jak wpakują się w bójkę to razem i o ile wolałby tego uniknąć, zwłaszcza w nowym miejscu, widząc swojego chłopaka w tym stanie mentalnie godził się z tą możliwością.
Spontaniczne skorzystanie z chwili nieuwagi by wyciągnąć od mężczyzny jeszcze odrobinę bliskości, jakiej potrzebował ostatnimi czasy bardziej niż powietrza by odbić sobie pełen rok gubienia się jak dzieci we mgle, wywołało znacznie intensywniejszą reakcję niż mógłby się tego spodziewać. Rzucił mu zaciekawione spojrzenie i wyszczerzył zęby w uśmiechu na pytanie. Chciał. Mało czego chciałby w tej chwili bardziej, zwłaszcza gdy wzrok i postawa Milo sugerowały poruszenie wyjątkowo mile widzianej kwestii, nawet jeśli po samym tonie głosu spodziewałby się bardziej, że straci za to głowę.
- Niejedną - potwierdził, z nieco wygłodniałym i bez wątpienia entuzjastycznym błyskiem w oczach zbierając wszystkie drobne zmiany w jego twarzy, zaledwie przelotnie zahaczając o punkt w jakim kilka chwil wcześniej rozważał podpisanie się. W teorii nikt by nie wiedział, nie mieli skąd, o ile żaden nie puściłby pary mogłyby należeć do kogokolwiek, jednak to zachęciłoby zbędne pytania i przyciągało uwagę tam, gdzie jej teraz nie potrzebowali. - Dokończymy ten temat wieczorem, jak wciąż będziesz zainteresowany - zaoferował, spokojnie, jakby przerywali dyskusję na temat klimatu politycznego w Szwecji, albo dzielili się teoriami na temat oglądanego serialu, nawet jeśli mrowienie pod skórą i przyspieszone bicie serce sugerowało coś całkowicie odwrotnego. Usilnie próbował skupić się na przeszukiwaniu bagażu, chociaż jego wzrok uciekał raz po raz w stronę siedzącego na materacu mężczyzny, jakby po cichu liczył, że odpuszczą sobie wyjście na rzecz powrotu do czegokolwiek co wkopało go w ten stan. Dopiero następne słowa przebijające ciszę w małym pomieszczeniu tknęły go dostatecznie by zmienił tor myślenia. Bo nagle tak całkowicie zwyczajna rzecz jak pożyczenie ciuchów od znajomego dała radę wywołać w nim ciężki do zignorowania dyskomfort.
- Możesz wziąć moją - rzucił zanim zdążył to w pełni przemyśleć, podając mu jego bagaż, kiedy zobaczył jego szukające spojrzenie, i licząc że jego głos wyrażał dostateczną nonszalancję by zakryć faktyczne emocje jakie wywołało w nim to jedno, głupie zdanie. Uwielbiał widywać Milo w swoich bluzach, nawet jeśli dla zasady zdarzało mu się czepiać kradzieży w biały dzień, nie było to niczym zaskakującym ani nowym, jednak nie spodziewałby się, że będzie to działało także w drugą stronę. Wychodziło na to, że sama myśl o Riverze tonącym w przydużej kurtce należącej do innego faceta niewygodnie przewracała mu wnętrzności.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Był prawdopodobnie jedną z najbardziej opornych na próby wywarcia wpływu osób. Milo skłaniany do spolegliwości o wiele chętniej robił na przekór, już nie tylko dlatego, że taki miał z początku zamiar ale również dla zasady. Z Dylanem było trochę inaczej, tu zdecydowanie częściej chodził jednak na ustępstwa i dwukrotnie kwestionował swoje decyzje zanim je ostatecznie podejmował, mimo to nie zawsze wychodził na przeciw oczekiwaniom. Chyba po prostu nie potrafił inaczej.
Był też niekiedy na tyle domyślny (zwłaszcza, gdy ciąg przyczynowo-skutkowy miał charakter logiczny a nie spekulacyjny) by stwierdzić, że ewentualna burda jaką mógłby spowodować skończyłaby się nie tylko z jego udziałem; oczywiście, że Gauthier dołączyłby do niego bez zastanowienia, to byłoby w jego stylu.
Na widok ofiarnie wyciągniętej ku niemu torby zerknął przelotnie dostrzegając na wierzchu faworyta - granatową bluzę z czarnymi ściągaczami, pozbawioną logo, ale za to z puchatą podszewką, jaka dla odmiany nie gryzła go w skórę; nie zawsze zakładał pod spód podkoszulek.
Och, super, dzięki 一 mruknął zaskoczony, oglądając pożyczajkę z każdej strony, zupełnie jakby wcale nie znał każdego jej szczegółu, każdej wystającej niteczki na pamięć. 一 Będzie pasowała. Zaraz wrócę, kurtka przyda się tak czy inaczej.
Wrażliwość na oczywiste sygnały nie była jego forte.
Ktoś bardziej lotny pojąłby w moment w czym rzecz i prawdopodobnie obróciłby sytuację w śmiech, zareagował jak należy - ale nie Milo, który widząc w tym wszystkim wyłącznie warstwę dosłowną zignorował wszystkie pozostałe sygnały.
Z bluzą przyciśniętą do swojej piersi jak największym skarbem (i trochę głupawo rozanieloną miną - naprawdę lubił ten polar od spodu) wyminął Gauthiera po drodze, przemruknął coś jeszcze o tym, by sam nie zapomniał ubrać się ciepło i zanim zostałby choć trochę naprowadzony na to jak bardzo ślepym był idiotą, wymknął się z pokoju tylko po to, by w sąsiadującym zrzucić z siebie sweter i bezczelnie zanurkować do szafy Camareny.



Diego siedział na koślawym stołku w progu pomiędzy kuchnią a wąskim przedpokojem i z wyjałowionym z widocznych emocji wyrazem twarzy obserwował jak Dylan schodzi po schodach. Palcami wygrywał jakiś rytm na krawędzi ledwo stojącego stolika obłożonego warstwą serwetek; w tle słychać było przyciszony dźwięk odbiornika i pochrapywanie zmęczonej nerwami Estelli.
Nie odezwał się od razu, wyczekał parę długich, niezręcznych minut jednocześnie nie sprawiając wrażenia jakby owa cisza go uwierała. Przeciwnie - każda sekunda ciągnąca się jak mała nieskończoność cieszyła go na swój sposób.

Diva potrzebuje czasu? 一 zagadnął nawet nie patrząc w jego stronę. Potylicą wsparł się o okienną ramę, opuszkami palców badał wszystkie nierówności wyryte nożem na miękkim drewnianym blacie. Nogi wyprostowane przed sobą miał złożone w kostki, koszulę rozpiętą pod szyją o dwa guziki. Jak na ironię, jej odcień był niemal identyczny jak kolor bluzy, którą Dylan pożyczył Milo zaledwie parę minut temu.
...kupując cztery opakowania soku pomarańczowego marki Fresco otrzymasz... 一 wtrąciła się reklama w przerwie pomiędzy jednym odcinkiem serialu a powtórką innego.
Powiedział ci, żebyś dla własnego dobra zachował zdrowy dystans? Na twoim miejscu wziąłbym to sobie do serca... Daren? Daniel. Nie, Dylan. Dylan, prawda?
Tym razem obrócił głowę i wbił w niego badawcze, poniekąd szczerze przepraszające spojrzenie.

Dylan. Mam kiepską pamięć do imion, co chwila poznaję nowe i nie wszystkie utrzymują się dość długo by je zapamiętać.
...zastanawiałeś się kto zapłaci za twój pogrzeb? Jeżeli jesteś... 一 Kolejna reklama wbiła się klinem w ciszę.
Jesteśmy bardzo zgraną społecznością, nie przepadamy za obcymi bez względu na to kto daje za nich głowę. Bo... zdajesz sobie sprawę, że w tym momencie Miles nadstawia za ciebie kark, sí?
Nie brzmiał na urażonego, w zasadzie trudno było wyczuć w jego głosie pretensję. Diego sprawiał raczej wrażenie kogoś, kto wolał upewnić się podwójnie i podkreślić co ważniejsze, zanim z niedopowiedzeń wynikłyby kłopoty i z oczywistych względów robił ro mniej subtelnie od Rivery.

Nie chcę, żeby wpieprzył się w jakiś syf 一 przeszedł do rzeczy i otrzepał obie dłonie tak, jakby czymś je sobie przykurzył. 一 Są święta, ja też nie mam ochoty na... cóż, cokolwiek by z tego wynikło, więc dopilnujmy, żeby ten gremlin nie czuł potrzeby interweniowania. Zgoda?
Pochylił się, oba łokcie wsparł na swoich kolanach i w zasadzie tym sposobem przeszedł do bezpośredniej propozycji złożonej Gauthierowi w ramach czegoś na kształt nieoczekiwanego wsparcia. W tym samym momencie w okno stuknęło coś wystraczająco głośno by nie dało się tego zignorować, na co Diego momentalnie wystawił głowę i spojrzał w dół; pokręcił głową, parsknął szorstkim, ochrypłym śmiechem i poderwał się ze swojego stołka gestem zachęcając, by Dylan skierował się w stronę drzwi. Widząc, że niewiele z tego zrozumiał, Camarena poklepał go po ramieniu i nakierował dla zachęty.

Wyszedł oknem. Zawsze lubił skakać po dachach, nie wiedziałeś?
Puścił go dopiero na klatce schodowej, trzymając się z tyłu za plecami Gauthiera, cicho aż do czasu, gdy obaj wynurzyli się z dusznej kamienicy na wąski zaułek prowadzący na główną ulicę.
Milo zupełnie niewzruszony, tak, jakby wymykanie się oknem stanowiło część rutyny każdego normalnego człowieka obserwował właśnie z boku wymazane sprayem metalowe żaluzje zasłaniające witrynę warsztatu, delikatnie trącając dolne listewki czubkiem trampka; obie dłonie upchnięte miał w kieszeniach czarnej, skórzanej ramoneski spod której wystawał kaptur granatowej bluzy.

Trochę wam zajęło 一 skomentował na dzień dobry, zatrzymując się spojrzeniem na dłużej przy Dylanie, któremu posłał wyjątkowo zadowolony z siebie uśmiech.
Znowu kradniesz mi ubrania? Uważaj, bo wyegzekwuję zwrot.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odprowadziwszy Milo wzrokiem potrzebował momentu na przełknięcie gorzkiego smaku porażki. Czuł się irracjonalnie przykładając taką wagę do sprawy tak głupiej jak ubrania, które dla żadnego z nich nie oznaczały przecież zwykle więcej niż ich podstawowa funkcja użytkowa, jednak przez ostatnie kilka miesięcy zdążył przyzwyczaić się do pewnego bardzo komfortowego stanu rzeczy, aktualnie wymykającego mu się między palcami. Małe, przytulne mieszkanie w sercu Toronto, jakie w ostatnim czasie zaczął uznawać za dom, rozpieściło go w kwestii posiadania Rivery na wyłączność. Poza codziennymi obowiązkami, indywidualnymi wyjściami ze znajomymi czy potrzebą samotności ze względu na projekt na studia czy zwyczajną chęć oddechu, zwykle wybierali się wzajemnie. Oczywiście w dużym stopniu dlatego, że chcieli, w końcu nie wylądowali w związku przypadkiem, jednak po części wynikało to z wygody oferowanej przez dzielenie przestrzeni - spędzali razem czas nawet jak nie było to celowe, a jedyna dodatkowa szafa w jakiej Milo mógł nurkować należała do niego. Najwidoczniej błędnie założył, że tak będzie to wyglądało także tutaj i ta świadomość niewygodnie gryzła go przez cały proces zmiany ubrań. Porzucił ciuchy z samolotu na rzecz białego t-shirtu bez nadruków i swojej ulubionej jeansowej kurtki z naszywkami, zestawiając to z czarnymi spodniami, i w takim stanie zszedł piętro niżej tylko by spotkać się sam na sam z Diego. O ile nic do faceta nie miał, poza tym drobnym spięciem jakie spotkało ich w samochodzie, przez moment szczerze rozważał odwrót i cofnięcie się na górę by poczekać na Milo. Zanim zdążył się namyślić Camarena zaczął z nim rozmowę, więc podszedł o kilka kroków bliżej i oparł się ramieniem o ścianę, krzyżując przedramiona na piersi.
- Przynajmniej mamy pewność, że nie wyjdzie w piżamie - odparł na pytanie, spoglądając w stronę sufitu. Co jak co, ale prędkość szykowania się nie sprzyjała mu w kwestii podejmowania adekwatnych decyzji modowych. Przekonał się o tym na własnej skórze, kiedy zgodnie ze złożoną obietnicą zwracał uwagę na jego stroje tuż przed wyjściem na uczelnię po zarwanej nocy i dwukrotnie oddelegował go do pokoju na przebranie. Raz faktycznie chodziło o spodnie od piżamy, drugi raz musiał sięgnąć do złego stosu i ilość plam po bliżej nieokreślonych substancjach przeraziła nawet Dylana. Następny zaczęty przez mężczyznę temat zachęcił go do przemyślenia pomysłu z powrotem do bezpiecznych czterech ścian pokoju Rivery, zwłaszcza kiedy coraz dosadniej dawał mu odczuć jak bardzo jego obecność mogła im zaszkodzić. Zaszkodzić Milo. Zgrzytnął zębami i spojrzał w kąt pokoju, śledząc wzrokiem nierówności w tapecie na linii zagięcia i kręcąc bransoletkę od siostry między palcami schowanymi pod łokciem drugiej ręki. W tej chwili potrzebował jej dla zachowania spokoju, by nie wylać na Diego narastającej frustracji z zapewnieniem, że owszem, jest coraz bardziej świadomy tego jak tragiczną decyzją najwidoczniej było ściąganie go tam i przeprowadził tę pogadankę ze swoim faktycznym chłopakiem, jako że była to ich sprawa, a nie jego współlokatora z dzieciństwa. Zamiast tego wziął oddech przez nos i zmusił się do spojrzenia na to z nieco innej strony, tej oferującej więcej zrozumienia. Chociaż znajdował się pod niezasłużonym ostrzałem, był w stanie założyć, że zapewne wszystko to wynikało ze zmartwienia o bliską osobę. Jako najstarszy brat potrafił pojąć to jak mało kto.
- Zgoda - odparł, mierząc mężczyznę wzrokiem, jakby z starał się z mowy ciała zrozumieć jego pełną motywację. - Nie jesteś tu jedyną osobą, której zależy na jego bezpieczeństwie, i liczę, że też zdasz sobie z tego sprawę - dodał, niezbyt zadowolony z faktu, że musi to podkreślać. Widzieli się pierwszy raz, nie oczekiwał od niego bezgranicznego zaufania, jednak w tej chwili zdawało się ono znajdować na minusie. Nie wiedział o nim nic, a zdawał się zakładać, że pakowanie Milo w kłopoty znajdowało się na jego liście planów na ten wyjazd. - Powiedzmy, że przygotował mnie na to, czego mogę się spodziewać. I nie jestem tu po to, aby nakręcać wasze konflikty - zapewnił go pokrótce, czując potrzebę podkreślenia, że wszelkie napięcia znacząco poprzedzały jego pojawienie się w tym miejscu. Rozumiał z czego wynikały, przynajmniej w teorii, jednak nie zmieniało to faktu, że nie dotyczyły go personalnie i nie zamierzał czuć się winny za chęć poznania bliskich swojego partnera. Nawet jeśli reszta świata usilnie próbowała to w nim wywołać.
Nagłe stukanie w okno i decyzja o wyjściu w pierwszej chwili wpakowała Gauthiera w wyraźną dezorientację, która szybko została wyjaśniona jednym zdaniem. W tym momencie Milo miał szczęście, że znajdował się już na poziomie ulicy, a potrzeba zejścia po schodach dała mu cennych kilkanaście sekund by Dylan dołączył do niego bez aż takiej chęci wytargania go za ucho. Zwłaszcza, że część jego uwagi przejął dobór słów Diego. Owszem, nie wiedział. Nigdy nie wyszło to w rozmowie, nie miał okazji dowiedzieć się w praktyce i o ile zbieranie nowych informacji o Riverze zwykle cieszyło go jak otwieranie prezentów gwiazdkowych, tym razem źródło odczuwalnie zmąciło to doświadczenie. Podobnie jak wyjście z budynku tylko by zobaczyć Milo w tej nieszczęsnej kurtce.
- A tobie trochę za krótko - odparł, unosząc brwi i obrzucając go kontrolnym spojrzeniem od czubka głowy po podeszwy trampek w poszukiwaniu potencjalnych urazów związanych z wyskakiwaniem z okna. - Uważaj na siebie - poprosił po wstępnych oględzinach, utrzymując z mężczyzną kontakt wzrokowy by podkreślić, że mówi serio, chociaż nie robił mu wyrzutów. Tak jak domagając się zapięcia pasa w aucie, zwyczajnie chciał by ten trochę bardziej przejmował się własnym bezpieczeństwem. Dopiero po tym podniósł głowę by ocenić wysokość z drugiego piętra i spróbować znaleźć jego preferowaną trasę na dół, chociaż dla własnego spokoju ducha nie wiedział czy chce to sobie wyobrażać. Na komentarz Camareny przewrócił oczami, spoglądając w stronę lokalu jaki planowali odwiedzić i wciskając kciuki do tylnych kieszeni spodni.
- Może powinieneś, nic innego raczej go nie powstrzyma - dodał, przykrywając humorem własny dyskomfort i rzucając Diego pełne zrozumienia spojrzenie, jakby sam miał dokładnie ten sam problem i wcale nie rozpływał się jak kostka lodu na patelni za każdym razem, kiedy Milo wychodził w jego ciuchach z łazienki.
- Jak nie czekamy na nikogo innego skaczącego z okna to prowadźcie. Tyle się o tym miejscu nasłuchałem, czuję się jak przed spotkaniem z legendą - przyznał, posyłając młodszemu mężczyźnie rozbawiony uśmiech i ruszając w stronę wyjścia z uliczki. Czuł się inaczej niż za pierwszym razem, kiedy dopiero wypakowywali się z auta. W międzyczasie otrzymał dostateczną ilość ostrzeżeń by uwierzyć w istnienie metaforycznej smyczy owiniętej wkoło swojej szyi, kończącej się w dłoni Milo. Gdzieś z tyłu głowy mignęła mu myśl, że być może wcale nie miałby problemu z bardziej dosłowną wersją, jednak nie był to ani czas ani miejsce na takie rozważania.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Błogo nieświadomy dyskusji, jaka rozpoczęła się pomiędzy kuchnią a przedpokojem, a która jeszcze się nie zakończyła wisząc nadal w powietrzu jak drażniący, duszący pył, Milo posłał Dylanowi dłuższe spojrzenie spod kołyszących się przy każdym ruchu loków; chwilę później, gdy już nawiązał kontakt wzrokowy, uśmiechnął się do niego szeroko w ramach odpowiedzi, jak złośliwy gremlin - którym przecież był.
Zasugerowałbym kłódkę, ale to raczej nie rozwiąże problemu. 一 Nie, kiedy otwierał zamki dla relaksu, jednocześnie przeglądając notatki z wykładów. Na krótki moment spoważniał jednak nieprzystająco do tematu rozmowy i przeniósł spojrzenie na Diego, nagle w pełni skupione i pytające. 一 Tego nie było.
Palcami ledwo wystającymi zza podwójnego mankietu bluzy i ramoneski, Rivera wskazał na coś, co wyglądało jak wyraźne ślady po kulach zdobiące róg budynku. W wielu miejscach tynk obsypał się i rozkruszył, ale głębokość i kształt uszkodzeń nie pozostawiały złudzeń; ktoś strzelał.
Camarena zmarszczył łagodnie brwi, trochę tak, jakby chciał jednocześnie powiedzieć wydaje ci się i nie interesuj się zanadto. Nie w obecności Dylana.

Mieliśmy w tym roku wyjątkowo gorące lato 一 liznął powierzchownie temat, wiedząc, że Rivera choć oporny na sugestie, odkryje drugie dno bez potrzeby doprecyzowywania. 一 Teraz się ochłodziło, łatwiej oddychać.
Innymi słowy: „Był problem. Rozwiązaliśmy go niedawno.”
Milo obrzucił jego twarz jeszcze jednym, kontrolnym spojrzeniem; w odpowiedzi Diego również na niego zerknął, z tym samym ciężarem świadomości sytuacji w jakiej dzielnica żyła od dawna, w krótkotrwałej milczącej wymianie, cóż, myśli.
Do czegoś musieli w końcu dojść, bo Camarena podniósł rękę i udając, że jest to teraz najwłaściwsze, zerknął na mankiet swojej koszuli upewniając się kolejny tuzin razy, że podwinięty rękaw dobrze odsłania umięśnione przedramię. Milo złowił się na ten znajomy, bardzo charakterystyczny odruch, zamiast indagować poprzedni temat utkwił wzrok w kilku tatuażach zaczynających się od połowy ręki, niknących pod granatowym materiałem kawałek dalej, przez co ciężko było rozpoznać dokładny wzór.

No pasa nada, Miles. Mamy plany na wieczór, przestań się już nad tym łamać.
Milo przełknął ślinę wraz z resztą pytań, które pojawiły się wraz ze spostrzeżeniem wyżłobionych, niemożliwych do pomylenia z czymkolwiek innych dołeczków w znajomej fasadzie ich kamienicy. Skinął tylko krótko głową i odwrócił się plecami do znaleziska, by nie znajdywać już następnych powodów do słusznej ciekawości.
Diego ruszył przodem zostawiając ich uprzejmie o parę kroków za sobą, obdarował ich jednak cichym, rzuconym półgębkiem „zachowujcie się”.

No pasa nada, Dylan. Wszystko będzie okay.


El Suspiro przypominało z zewnątrz jeden z tych lokali, który zwykle omijało się nawet go nie zauważając, mimo że nad drzwiami neonowy baner działał bez zarzutu migając, zmieniając kolory i gdyby mógł, pewnie tańczyłby nad nadprożem, odkąd Rivera naprawił go w zeszłym roku.
Dwie duże witryny zasłonięte były wiklinową plecionką i być może dlatego miejsce tak bardzo wsiąkało w municypalny ciąg innych sąsiadujących miejscówek; w tej dzielnicy nawet mikrych rozmiarów sklepy spożywcze oferujące warzywa, oranżadę i papierosy posiadały przynajmniej dwa plastikowe krzesła wystawiane na chodnik i popielniczkę na parapecie.

Puść Diego przodem 一 mruknął Gauthierowi na ucho, między wierszami dając mu do zrozumienia, że w pozostałych przypadkach również powinien trzymać się czyichś pleców wchodząc do któregokolwiek z lokali w tej części miasta. 一 A poza tym bądź sobą. Jeżeli ja cię lubię, oni też będą musieli. Wybór nie należy do nich. 一 Stuknął go lekko łokciem w ramię dla zachęty zanim obie dłonie wcisnął w kieszenie skórzanej kurtki i zdystansował się o pół kroku. Nie miał na to najmniejszej ochoty, w ostatnim czasie odkrył w sobie niezbadane dotąd pragnienie posiadania go w zasięgu ręki i bardzo bolał wewnętrznie nad tym, że z oczywistych powodów musiał spoglądać na Dylana jak na eksponat w gablotce.
Drzwi zgrzytnęły - dokładnie tak, jak zapamiętał - a wraz z przestąpieniem progu w ich twarze uderzyło rozedrgane gorąco, wraz z zapachem smażonych warzyw, dobrze doprawionego mięsa i czegoś słodkiego, co Milo rozpoznawał jako salsę z mango.
O dziwo El Suspiro od środka nie wyglądało jak miejsce, w którym można było stracić portfel, nerkę czy godność, było w miarę jasne i poza nisko zawieszonymi, tanimi lampami z kloszem z niegdyś białego plastiku, pomarańczowym neonem nad wąskim barem. Rząd wysokich stołków dla kogoś nietutejszego mógł wyglądać zachęcająco, ale na ogół nikt z nich nie korzystał. Większość stałej ekipy, teraz upchniętej w rogu zaraz obok rzężącej lodówki z napojami, zazwyczaj trzymała się swoich kątów.
Na widok znajomych twarzy i barmana, będącego jednocześnie świetnym kucharzem, najbardziej nieprzyjemnym i nierobotnym kelnerem oraz marudą, Milo sam rozjarzył się jakąś wewnętrzną wesołością niczym kolejny neon, w odpowiedzi doczekując się bardzo podobnej reakcji. Cztery inne osoby, z których część wstała z kanapy obciągniętej rdzawym skajem, błysnęły w odpowiedzi uśmiechem, niektórzy podnieśli rękę, jakby można ich było przeoczyć w praktycznie pustej o tej porze knajpie. W tle słychać było bardzo domowy dźwięk smażenia, ostre przyprawy gryzły w nos, z głośników Ariana Grande jęczała jakąś balladę.
I nagle wszystkie spojrzenia zogniskowały się na Gauthierze, pytająco, niektórzy odwrócili wzrok, inni zacisnęli mocniej usta.
Wydawało się, że nawet mięso przestało syczeć na metalowej, rozgrzanej płycie.

Okay, to jest Dylan, on...
Ale nieoczekiwanie z odsieczą przyszedł Diego, zanim ktokolwiek zdążył wyciągnąć zbyt pochopne wnioski i siłą przyzwyczajenia wywołać awanturę. Camarena poklepał Gauthiera po ramieniu jakby był, cóż, swój, mierząc bardzo znaczącym spojrzeniem towarzystwo.
Rozmawialiśmy o tym, nie chcecie chyba rozczarować Milo?

Panowie, nie róbcie sceny. Milo importował go aż z Kanady, jak on twierdzi, że gringo jest w porządku to nie będziemy dyskutować, tak? 一 Camarena oparł się całym ciężarem ciała o Gauthiera, przechylając głowę na bok jakby oceniał nastroje. Rivera również to robił w pełnej napięcia chwili ciszy, spojrzenia migrowały od twarzy do twarzy.
A potem dwóch z obecnych za wypłowiałym od słońca i porysowanym od nieustannego używania stołem skinęło krótko głową. Sąsiadujący duet nadal przyglądał się Dylanowi nieufnie i wątpliwym było, aby to miało się prędko zmienić. Właściwie wszyscy od Camareny poczynając, a wyłączając rzecz jasna Milo, podchodzili do obecności Gauthiera jak do tykającej bomby, z którą należało obchodzić się ostrożnie i nie spuszczać jej z oka.

Niech siada 一 burknął najwyższy, siedzący na skraju mężczyzna w wieku zbliżonym do Diego. 一 Zobaczymy czym kurwa stoi Kanada.
Nie odmroziło wam tam dupy? 一 wtrącił inny, ciemny jak oni wszyscy, za to z wyróżniającym go białym pasmem włosów przy prawej skroni. Miał również ciętą bliznę na policzku.
Nie, chociaż myślałem, że fiknę jak zobaczyłem minus dziesięć na termometrze. Dylan, ten z brzegu to Felipe. Najwyższy w tym przypadku równa się najgłupszy, trzymaj przy sobie portfel bo on nie ma w zwyczaju oddawać tego co ukradł.
Hej...!
A ten obok... 一 Wskazał na mężczyznę z białą pręgą na włosach. 一 Emilio, ale wszyscy mówią na niego po prostu Ems...
Wszyscy poza tobą 一 wyszczególnił mężczyzna, patrząc mało przyjaźnie na Gauthiera.
...który dostanie w mordę jak mu się nie udzieli świąteczna kurwa atmosfera i nie zacznie być uprzejmy. Ten gówniarz to Carlos...
Joder, Miles, jestem przecież starszy od ciebie!
I przy tym najniższy, a wszyscy wiemy co to oznacza w hierarchii. I na końcu człowiek, który załatwi wszystko i znajdzie każdego - Javier. Polecam usiąść obok niego, jest najnormalniejszy z nas wszystkich i na ogół nie ma lepkich rąk.
Nie wygląda na kogoś, komu warto przetrzepać kieszenie 一 ocenił ze znawstwem sam wywołany do tablicy mierząc Dylana badawczym spojrzeniem. 一 Pali?
Rivera przewrócił oczami, jednocześnie wciskając Dylana w fotel i samemu dosiadając się obok. Konfiguracja w której po lewo miał Diego, po prawo Dylana, dalej Javiera, Carlosa, Emilio i Felipe wydała mu się najwłaściwsza.

Czy ja jestem jebanym translatorem? Nie mówi w suahili, zapytaj go jak człowieka.
Uwaga, jaką Gauthier skupił na sobie z całkiem zrozumiałych względów była mieszana, ślizgała się niezdecydowanie od łagodnie nieprzyjaznej po coś na kształt kredytu zaufania, w domyśle udzielanego na procent, co Milo zamierzał mu właśnie wyjaśnić.

Powinieneś postawić pierwszą kolejkę 一 mruknął mu na ucho, by ułatwić mu i tak trudny start.一 Najlepiej tequilę, nie wymyślaj niczego fancy, okay? Och, dzięki Sammy, te co zawsze?
Do stolika dołączyło taco, wypełnione po brzegi i parujące gorącem, stężeniem chili wypalającym gardło i wszystko inne po drodze oraz sentymentem, który skłonił kucharza do szarpnięcia się i podania czegoś na koszt lokalu. Mężczyzna nie powiedział nic, tylko kiwnął krótko głową, patrząc na nich twardo ojcowskim spojrzeniem sugerującym, by się zachowywali.
Rivera sięgnął po jedno i trzymając pod spodem rękę dla asekuracji wgryzł się w nie tak, jakby nie widział prawdziwego jedzenia od tygodnia.
Wszyscy pozostali również zdążyło się rzucić na swoje, aczkolwiek nagle każdy uparcie gapił się na Gauthiera w wyraźnym oczekiwaniu. Emilio uśmiechnął się złośliwie kącikiem ust, Carlos mruknął coś do niego na ucho rodzimym hiszpańskim po czym obaj zarechotali pod nosem, jakby coś szczególnie ich ubawiło. Milo domyślił się co.

Zamówić ci horchatę? Żebyś może, hmm, nie wyskoczył ze skóry?
Używacie tam w ogóle przypraw w tej Kanadzie? 一 zagadnął Gauthiera Javier, który nie wiadomo kiedy wsunął swoje taco i właśnie otrzepywał ze spodni okruszki. 一 Co wy tam w sumie jecie?
Milo obserwujący ich wszystkich z boku chrupnął kolejny kęs, walcząc z przemożną chęcią wyciągnięcia się przez stół i strzelenia chichoczącego jak psychopata Emilio w pysk. Jednocześnie równie mocno pragnął chwycić Dylana za rękę pod blatem, ale niestety nie mógł, więc jedynie trącił go kolanem w znajomy sposób, jak to miał w zwyczaju robić w ich mieszkaniu w Toronto, kiedy obaj zalegali wieczorami na kanapie i zaczepiali się w zasadzie po nic. Kontakt dla kontaktu.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spacer widoczną z okna pokoju Milo ulicą minął zdecydowanie zbyt szybko, by dać Dylanowi dostateczną ilość czasu na mentalne przygotowanie przed wejściem do środka lokalu. Włócząc się kilka kroków za Diego, już po pierwszych kilku krokach złapał się na chęci chwycenia za dłoń idącego obok siebie chłopaka, w poszukiwaniu wsparcia i sposobu na uspokojenie nerwów, a całą resztę trasy spędził upominając się, że w tym momencie takie odruchy nie były mile widziane. Zwykle chodząc po mieście nie czuł potrzeby trzymać go w żelaznym chwycie i nie oddalać się na odległość ramienia, przychodziło to bardziej w formie oparcia ręki na jego plecach, poprawiania mu włosów czy trącania palcami jego nadgarstka, jeśli akurat znajdowali się dość blisko, i tak jak normalnie kompletnie o tym nie myślał, wyzbycie się nieświadomie wyrobionych instynktów wymagało porządnych nakładów skupienia. I tak zamiast myśleć o potencjalnym spotkaniu ze znajomymi Milo, prowadził ze sobą cichą wojenkę aż do wejścia do lokalu, gdzie poza krótką mową motywacyjną nie dostał już więcej podpowiedzi na to co zastanie w środku.
I szczerze wątpił by nawet dodatkowe kilka godzin szykowania się dałoby radę pomóc z tym, co faktycznie zastał po przekroczeniu progu knajpy.
Uwaga nigdy szczególnie mu nie przeszkadzała, w codziennym życiu odnajdywał się całkiem nieźle w tłumach ludzi, nawet nieznajomych, często robiąc z siebie pajaca tylko by rozluźnić atmosferę. Między innymi z tego powodu lubił popisywać się na imprezach repertuarem magicznych sztuczek czy trików z kartami, pakował się we wszelkie pijackie wyzwania, prowadził najbardziej zaciekłe mecze beer-ponga, a na uczelni czuł się jak ryba w wodzie mogąc przedstawić przed grupą projekt, który spędzał mu sen z oczu przez kilka tygodni. Zwykle był uśmiechnięty od ucha do ucha, jadaczka mu się nie zamykała, a każdy nieznajomy oznaczał dla niego potencjalnego nowego kumpla. Tym razem, stojąc przed grupą osób, spoglądających na niego jakby popełnił kilka niewybaczalnych faux pas jeszcze zanim w ogóle dotarł do stolika, miał ochotę odwrócić się na pięcie i uciec. Zdaje się, że od zejścia z poddasza ucieczka stanowiła jego podstawowy instynkt obronny. Wziął płytki oddech, jakby obawiając się, że gwałtowniejszy ruch rozbije to nabudowane wkoło napięcie i wpuści na swoje miejsce coś jeszcze gorszego, kontrolnie rzucił okiem na Milo i zadecydował przeciwko braniu nóg za pas. I wcale nie miało to nic wspólnego z faktem, że Diego praktycznie się na nim położył, przytrzymując go w miejscu i najwidoczniej biorąc na siebie próbę ostudzenia atmosfery. O ile Dylan nie był w stanie opanować obrzucenia go krzywym spojrzeniem na nagłą poufałość, powstrzymał się przed silną chęcią wzruszenia ramieniem by go z siebie zrzucić. Mimo wszystko rozumiał, że było to zagranie na jego korzyść, jeśli oceniać po niechętnym zaproszeniu jakie otrzymał od loży szyderców znajomych Milo.
Wbrew nieco grobowym nastrojom, wypuścił powietrze przez nos w wyrazie rozbawienia na wspomnienie szalonych dziesięciu na minusie, po czym przebiegł spojrzeniem rundkę wkoło stołu, skinieniem głowy przyjmując każde nowe imię i przyklejając je do twarzy. Na dłużej zatrzymał się tylko na Emilio, by posłać mu wyjątkowo ciepły uśmiech w odpowiedzi na jawny wyraz niechęci. Urocza gromadka.
- Nie pali - odpowiedział, opadając na miejsce jakie zostało dla niego wybrane i przekręcając głowę by spojrzeć na swojego nowego rozmówcę. - No, przynajmniej nie papierosy - rozjaśnił zaraz, kiedy wyłapał własne niezamierzone mieszanie faktów. Skinieniem głowy przyjął małą wskazówkę na dobry początek spotkania, podnosząc wzrok na talerz z taco, a później kolejno na każdą jedną osobę, która zdawała się być nim zainteresowana bardziej niż własnym jedzeniem. Dopiero po zdaniu sobie sprawy z faktu, że obejmowało to wszystkich obecnych, zorientował się o co tak właściwie chodziło. Nie miał problemu z ostrym jedzeniem, jednak dopiero w tym momencie zaczął zastanawiać się na ile jego definicja ostrego różniła się od reszty towarzystwa.
- Och, um. Nie trzeba, dzięki. Sam skoczę - odparł na propozycję Milo, posyłając mu trochę niepewny, ale wdzięczny uśmiech. Mógł się tylko domyślać jak trudne dla niego samego było odnalezienie się w tej sytuacji i manewrowanie między, na dobrą sprawę, dwoma światami, które nigdy wcześniej nie miały ze sobą styczności. Zanim zdążył za bardzo zawiesić się na chęci pogładzenia go po policzku czy pocałowania w czoło, jego uwagę w pełni przyciągnął siedzący obok Javier, zyskując sobie niemalże urażone spojrzenie Dylana.
- Pytasz o ogół czy tylko o te ostre? - upewnił się, wyraźnie tknięty prosto w nerw kucharza. - Na oba odpowiedź brzmi tak, chociaż tych drugich na pewno mniej niż wy. Ten tutaj absolutnie odmawia mi pozwolenia na zrobienie chili - przyznał, wskazując kciukiem przez ramię z rozbawionym uśmiechem. Krótkie, znajome szturchnięcie pod stołem było dokładnie tym, czego w tej chwili potrzebował, by odrobinę się rozluźnić. - A nasze danie narodowe to frytki z serem - odparł na kolejne pytanie, siląc się na poważny ton głosu, jakby sam nie uznawał tego za jedną z zabawniejszych decyzji swojego narodu. - Ale jak pytasz personalnie to trzymam się głównie kuchni francuskiej i włoskiej, a na rogu mamy całkiem niezłą chińszczyznę - wyliczył, odsuwając się na fotelu. - Zaraz wracam - rzucił do towarzystwa i wymknął się do baru by czynić swoją powinność, jednocześnie korzystając z okazji na odsunięcie w czasie konieczności wystawienia się na pośmiewisko przez taco, które już z daleka pachniało śmiertelnie.
Wyrecytował zamówienie barmanowi, doprawiając je nerwowym por favor, po czym wrócił do stolika na dwie rundy, za pierwszym razem niosąc dwie podłużne, plastikowe tacki po siedem szotów czystej tequili z kawałkiem limonki przyczepionym na rancie każdego z kieliszków, a za drugim z poleconą horchatą, której jedną szklankę postawił przed sobą, a drugą przed Milo. Dopiero po ponownym zajęciu miejsca rzucił okiem na talerz z jedzeniem i, wiedząc, że go to nie ominie, wziął jeszcze parujące taco do ręki. Zważył je w dłoni, obejrzał z obu stron jakby oczekiwał, że to zaraz rzuci się na niego z zębami, po czym przeżegnał się w duchu i wziął pierwszego gryza. Otrzymał dwie sekundy fałszywego poczucia bezpieczeństwa zanim wnętrze jego ust zapłonęło, a w kącikach oczu stanęły mu łzy. Wbił wzrok w stół, sprawnie przeżuwając i kontrolując swoją mimikę, chociaż jego twarz szybko przeszła dwa odcienie różu wyżej, przełknął, odchrząknął, rozkaszlał się jakby do gardła dostały mu się rozżarzone węgielki, a kiedy odzyskał zdolność oddychania podniósł wzrok na resztę towarzystwa ze stoickim spokojem.
- Bardzo dobre, nie za ostre - wychrypiał, siląc się na żart w przekonaniu, że było to łatwiejsze od grania twardziela. Jak tylko uznał swój moment komedianta za skończony, sięgnął po awaryjną horchatę i spróbował ugasić pożar aktualnie trawiący jego podniebienie. Milo zasłużył sobie na porządne podziękowanie za tę sugestię.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Obserwował go dostatecznie długo by być w stanie rozpoznać pierwsze oznaki niewygody. Czuł niemal fizycznie zgniatającą Gauthiera presję, tak, jakby stres parował przez skórę. Dylan rezonował z częstotliwością, do jakiej Milo dostrajał się ostatnimi miesiącami i zaczynał powoli odbierać sygnały, jakie dla innych pozostawały niewidoczne.
Z drugiej strony, gdy spojrzeć na to z boku z odpowiedniej perspektywy, nie było w tym nic spektakularnie zaskakującego. Dylan wychowywany w przyjaznym, otwartym na inności wszelakiej maści środowisku musiał odczuć ostrą różnicę gdy zderzył się z przeciwnym biegunem, w jakim Milo szlifował charakter przez ostatnie lata. Uważał jednak, że Gauthier posiadał wystarczający potencjał by nie wymagać matkowania na każdym kroku; jedynie od czasu do czasu przemycał mu pomocne sugestie, wierząc przy tym, że żaden z degeneratów zebranych przy stole nie zdecyduje się na nic, co wymagałoby jego natychmiastowej interwencji. Bo tak by właśnie było - zadziałałby automatyzm, szarpnęłoby poczucie obowiązku i nawet najbardziej żarliwe próby Dylana odwołania się do rozumu nie miałyby dostatecznej siły przebicia aby utrzymać go w miejscu.
La mota? 一 zainteresował się nagle Emilio; zza jego ucha, niezbyt starannie spod pasma włosów wystawał skręt. Mężczyzna przestał nawet na chwilę chichotać jak pojebany i spojrzał na Gauthiera z czymś na kształt ostrożnego zaciekawienia.
Más te vale callarte! 一 uciął niemal natychmiast Felipe, łokciem stukając Sancheza między żebra. 一 Hablas demasiado, nic dziwnego, że zawinęli cię ostatnio na dołek. Skąd wiesz, może to wtyka? Al-...
No, no te aguanto más, dilo otra vez, te reto, páse-... 一 Milo zdążył zjeżyć się w ułamku sekundy i wstać z kanapy, koniuszkami palców wpierając się o blat, ale Camarena położył mu momentalnie dłoń na ramieniu i sprowadził z powrotem do siadu jak psa.
Okay, wystarczy. 一 Uniesiony głos Diego ukrócił nagłe poruszenie, które w przypadku grupy Latynosów z których żaden nie był jeszcze nawet po trzydziestce nie było niczym nienaturalnym. Często awanturowali się między ze sobą choćby dla sportu, ale nieobyty z ich przyzwyczajeniami Dylan mógł odebrać to jako szorstkie otarcie się o pełnoskalową burdę w zalążku. 一 Jak z dziećmi, kurwa mać. Milo miałby przyprowadzić wtykę? Pod mój dach? Tutaj? Który kurwa jest taki mądry, hmm? Czyj to pomysł?
Nikt nie odezwał się słowem. Nikt nie miał zamiaru dyskutować z Diego, który stukając kantem paczki papierosów w przeszorowany blat mierzył spojrzeniem każdego z osobna.

Felipe? Masz coś do dodania?
Nie 一 burknął Cortez odwracając wzrok i odchylając się w głąb kanapy z zaplecionymi na piersi przedramionami. Milo również krzyżował swoje jak precel, patrząc na niego spode łba, jakby wciąż rozważał czy nie skoczyć mu do gardła.
Ems? Nie palisz ostatnio tego gówna za często?
Emilio otworzył usta gotów odgryźć się czymś dla zasady, ale siedzący obok Carlos szturchnął go łokciem między żebra.

A ty Miles trochę ochłoń, nikt go tu nie zje.
Dopóki trzyma się z daleka od dziewczyn 一 doprecyzował pomocnie Javier, na co reszta stolika prychnęła ni stąd ni zowąd śmiechem. Milo, który jeszcze parę sekund temu był jednocześnie urażony i wkurwiony również parsknął cicho pod nosem. Pomijając oczywistości o jakich reszta grupy nie miała pojęcia, a które bawiły go podwójnie jako że sam niejako był gwarantem zachowania tej równowagi, postanowił wyjaśnić mu na czym polegała hermetyczność tego żartu.
Jego matka pochodzi z Australii. Była tu turystycznie jak wpadła, Javier jest pół na pół.
To zupełnie co innego 一 chrząknął sam temat rozmowy i spojrzał na Gauthiera znacząco. 一 Ja też lubię białe, są mniej pierdolnięte. Ale jakby w drugą stronę, żeby to gringo z naszą? Nie, słuchaj no Dylan 一 Javier przechylił się w jego stronę i ignorując pojęcie przestrzeni osobistej z taką samą łatwością jak pozostali prawie dotknął czubkiem nosa bladego policzka Gauthiera. 一 Mogę z tobą wypić, mogę zapalić, Miles mówi, że jesteś w porządku to i mi wystarczy. Połóż ręce na naszej panience, a do Kanady wrócisz bez huevos.
I klepnął go zdrowo przez plecy, dopiero wówczas puszczając go samopas, żeby mógł wyplątać się zza stołu i skoczyć po kolejkę.
Rivera odprowadził go spojrzeniem aż pod bar, na chwilę zawieszając je na wysokości jego pleców. Wolał nie zastanawiać się nadto czy pojęcie panienka przystawało w tej sytuacji również do niego, bo zaczynał łapać się na bardzo rozpraszających wyobrażeniach.
Towarzystwo zdążyło rozluźnić się do momentu jego powrotu, tak, jakby newralgiczna sytuacja sprzed chwili w ogóle nie miała miejsca; jeżeli Dylan miał zamiar przeżyć ten świąteczny wypad powinien przyzwyczaić się do ich dynamiki i nie poświęcać zbyt wiele uwagi na spięcia pomiędzy członkami ich małej społeczności tak długo, jak nie prowadziły do mordobicia. W ten sposób odróżniało się prawdziwy problem od tego rzucanego na wiatr dla sportu.

Chili to moja działka, ja ci się nie wpieprzam między garnki jak zabierasz się za gotowanie 一 fuknął z udawaną wyniosłością, witając go z powrotem bardzo dyskretnym otarciem uda o jego udo. 一 Ale te wasze kanadyjskie frytki nie są złe, tutaj nie mają o takich pojęcia.
Kilkanaście długich sekund upłynęło w pełnej napięcia ciszy; wszystkie pary oczu skierowane zostały na Dylana, nikt nawet nie udawał, że nie obserwuje zmian jakie pełnym spektrum czerwieni przelały się przez jego twarz po wgryzieniu się w taco. Nawet przełknięcie urosło do rangi dramatycznej pauzy pomiędzy oddechami wszystkich wpatrujących się badawczo w niecodzienny widok białego człowieka kosztującego po raz pierwszy autentycznego, wypalającego gardło meksykańskiego street foodu.
I widocznie Dylan zdał ten test, bo po jego żartobliwym komentarzu atmosfera zdała się odetchnąć z ulgą (a może po prostu był to Milo siedzący jak na szpilkach obok) i kilka osób roześmiało się już przyjaźniej. Z pewnością nie bez znaczenia pozostawał hojny gest w postaci pełnych kieliszków czekających na właściwy moment.

Güero wie co dobre.
Och, z pewnością wie 一 wymruczał Milo, spontanicznie i bez przemyślenia, aczkolwiek nikt poza Diego nie zwrócił na to szczególnej uwagi.


Kolejną kolejkę zafundował Emilio, który zachęcony otwartością Gauthiera sam wspaniałomyślnie postanowił gryźć trochę mniej. Przy następnej, postawionej przez Carlosa, Javier metodycznie pokazywał i uczył Dylana w jaki sposób prawidłowo pić tequilę, wplatając w to kolejne anegdotki z życia, często gubiąc właściwe słowa i wplatając rodzime zamienniki, jakie Milo musiał przekładać godząc się na rolę tłumacza. Felipe wycofał się jakiś czas później, choć postawił na odchodne kubaneczki, o których Rivera wspominał podczas jazdy samochodem. Obiecał, że zobaczą się jeszcze po świętach, na dokładkę i w ramach prezentu oddając Gauthierowi skradziony bóg jeden raczy wiedzieć kiedy portfel (Milo wiedział i być może właśnie dlatego zguba wróciła do właściciela) i na krótko przed jedenastą czy Dylan tego chciał czy nie, z obcego, nieufnie przyjmowanego siłą przymusu elementu stał się wciąż nieufnie traktowaną, ale znacznie przyjemniej wchłanianą ciekawostką. Tempo było właściwe, kierunek dobry, Milo był w stanie to stwierdzić znając to środowisko od podszewki.
...i no, wprowadził się, ulga na rachunkach i czynszu ogromna 一 relacjonował żywo gestykulując, na tyle ekspresyjnie, że przez nieuwagę przewrócił szklankę i rozlał odrobinę swojej kubaneczki przy salwie śmiechu, tak własnego jak i pozostałych. Rzucili się razem na stół z tym co kto miał by wytrzeć plamę zanim pociekłoby poza blat, zgodnie, bez patrzenia na to jakiego koloru ręce dokładają cienkich serwetek. 一 Joder, skoczę sobie po drinka. Albo nie wiem, kto ma dzisiaj gest?
Nie ma sprawy, nie pozwoliłbym ci płacić. Dylan, skoczysz ze mną? Przyda się więcej papieru. 一 Diego uśmiechnął się do Gauthiera kącikiem ust, posyłając mu dłuższe, sugestywne spojrzenie ponad głową Milo wciąż walczącego z problematyczną, pachnącą intensywnie rumem plamą. Okiełznanie jej okazało się o tyle trudniejsze, że dodatek syropu przyklejał do siebie wszystko, czym próbowali go dotąd poskromić.
Tylko nie mówcie, że to ja rozlałem! 一 wybłagał przez śmiech, unosząc ostatnie, ocieplone alkoholem i rozmigotane niegasnącym szczęściem spojrzenie; miał muśnięte wypiekami policzki, a kilka loków, które umknęły mu z węzła utrzymywanego nieudolnie ołówkiem, przykleiło mu się do skroni. W lokalu zaczynało się robić gorąco.
Camarena wspierał się o krawędź lady gdy Gauthier dołączył do niego po wymanewrowaniu się z kanapy. To, czy czekał na niego czy na to aż ich podsypiający na zapleczu barman zainteresuje się kolejnym zamówieniem było trudne do określenia.

Dobrze ci poszło jak na początek. Mogło być znacznie gorzej 一 odezwał się gdy stanęli ramię w ramię, z wyraźną aprobatą, choć mniej entuzjastyczną niż tą widoczną u Rivery. 一 Felipe zawsze był kutasem, nie ważne jak długo byście się nie znali i tak wyjdzie na to samo. Ems gryzie tylko na początku, Carlos zasypia po paru kieliszkach. Ale Javier chyba nie ma z tobą żadnego problemu, więc... dobry start 一 powtórzył, tym razem z rozwinięciem myśli. Potoczył spojrzeniem cierpliwie po kolorowych butelkach ustawionych równym rzędem przed lustrem i kątem oka wyłapał nadchodzącego barmana. 一 Sammy, jeszcze raz to samo. I ulubione dla Milo, okay?
Czekaj, co to było? 一 Sammy zatrzymał się w pół kroku i podrapał się w zastanowieniu po skroni.
Whisky, sok z czerwonej pomarańczy, skórka z cytryny i tabasco. Możesz dorzucić trochę różowego pieprzu, o ile masz pod ręką.
Diego praktycznie wyrecytował przepis z pamięci, bez zająknięcia, tak, jakby przez ostatnie lata nie myślał o niczym innym. Jego ciemne, zdradzające ledwo minimum zainteresowania otoczeniem spojrzenie powędrowało w stronę ich odbicia w lustrze i wychwyciło mglistą sylwetkę Dylana, przez krótki moment milczał wsłuchany w gwar napływający do nich aż z drugiego końca lokalu oraz chrobotanie kostek lodu o shaker.

Nadal dokucza mu to oparzenie? 一 zapytał zdawkowo, jak gdyby był to najbardziej pospolity temat jaki można było poruszyć w oczekiwaniu na drinka i paczkę chusteczek. 一 Wiesz... 一 Przechylił się w stronę Gauthiera i tylko na krótko obrócił głowę, by zerknąć w kierunku ich stolika; Milo właśnie wybuchnął głośnym, beztroskim śmiechem i klepnął za coś Emilio prosto w ramię. 一 To na prawym udzie. Wysoko.


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Z kilku różnych konfliktów, jakie zdążyły wywiązać się przy stole w dość krótkim czasie, ostrzeżenie dotyczące panienek dało radę rozbawić go najbardziej, nawet jeśli uznanie za potencjalną wtykę także stało wysoko na liście. Koniec końców nie pokazał tego zbyt otwarcie, uznając że wyśmianie ich mogło być uznane za personalny przytyk, a obiecał Milo, że nie będzie pakował się w niepotrzebne napięcia. Zwłaszcza, że otrzymał ostrzeżenie jak mogłoby się to skończyć z jego strony i szczerze wolał tego uniknąć. Diego zdążył wyprzedzić go w próbie uspokojenia chłopaka przed rzuceniem się przez stół, za co był mu odrobinę wdzięczny - we dwójkę mieli większe szanse na opanowanie jego temperamentu, wyraźnie dobijającego do górnych granic w ich aktualnym towarzystwie. Sam przyjął wszystko spokojnie, zagryzając policzek od środka by nie powiedzieć za dużo, a po dostaniu przez plecy jedynie potwierdził skinieniem głowy, że nie planował urządzać sobie podrywów w lokalnej społeczności. W pewnym sensie miał to już za sobą i naprawdę cieszył się, że temat zdążył się zmienić zanim wrócił do stolika, bo nie ufał by jego mimika twarzy zachowała wszystkie sekrety pod kluczem.
Później wieczór ruszył szybciej, dostatecznie lekko by Dylan dał radę przestać siedzieć jak na szpilkach i zwracać uwagę na każdy rzucony w swoją stronę przytyk czy krzywe spojrzenie. Pili, śmiali się, poznawali się lepiej, a Gauthier po drodze dał radę podłapać kilka nowych słów i postawić się w centrum drwin, kiedy jego akcent nie dociągał głosek do końca tak, jak było to oczekiwane. Chociaż niezmiennie czuł się jakby każdy niewłaściwy ruch mógł być zapalnikiem tragedii, wybadał gdzie znajdowały się komfortowe granice i w nich dał radę odetchnąć pełną piersią. Oraz nakopać sobie zbyt wieloma kieliszkami tequili w krótkim odstępie czasu, co odczuł zarówno w formie plączącego się języka, głośniejszego śmiechu i rąk, wymagających wzmożonych nakładów kontroli. Po części po to, by utrzymać w niezdarnych palcach wypełnione alkoholem szkło, priorytetem było jednak trzymanie ich przy sobie by nie zapędzić się do objęcia Milo ani instynktownego znalezienia jego dłoni pod stołem.
W jednym takim momencie, kiedy odrobinę za bardzo zawiesił się na obserwowaniu jak jego usta wykrzywiają się w uśmiechu zanim jeszcze skończył zdanie, z niespodziewaną odsieczą przyszedł mu Diego. No, jak już wstępnie opanowali kryzys na stoliku aktualnie przypominającym wielki lep na muchy. Krótki spacerek mógł mu się przydać do otrząśnięcia się z procentowego zamglenia umysłu, więc przyjął tę propozycję pozytywnie, nawet jeśli nie wiedział do końca w jakim celu mężczyzna mógłby go potrzebować przy barze. Wstając z miejsca dyskretnie ścisnął Riverę za kolano, kiedy użył go w ramach podpórki przy wydostawaniu się z fotela, a znajomy śmiech roznoszący się po lokalu tylko poprawiał mu nastrój, gdy odprowadzał go do baru.
- Są w porządku, jak już dadzą się poznać - przyznał na pochwałę pierwszych chwil w tym dość specyficznym towarzystwie. - Spodziewałem się gorszego i parę razy faktycznie mogło pójść w tę stronę, więc dzięki. Za trzymanie ręki na pulsie - dorzucił, jako że widział doskonale kto w tym towarzystwie trzymał wszystkich w ryzach. Diego miał ich posłuch, zdaje się, że wyrobiony latami szacunek i całkiem nieźle uspokajał sytuacje stresowe. Włącznie z pilnowaniem by Milo nie rzucił się nikomu na szyję. Rozmowę przerwał im barman i Dylan skupił się bardziej na stojącej po swojej prawej, małej tablicy z ofertą promocyjną naskrobaną kredą na czarnym tle, niż na wymianie zdań między mężczyznami, chociaż zwrócił uwagę na recytację przepisu na drinka bez zawahania. Było to tylko potwierdzeniem opowieści o ich częstych wizytach, kiedy oboje mieszkali jeszcze z Estellą, nic co miałoby go szczególnie zaskoczyć.
W odróżnieniu od następnego tematu, który w pierwszej chwili instynktownie wyciągnął z niego twarde spojrzenie w stronę Camareny. Rozpoznawał prowokację, kiedy ta uderzała go prosto w twarz. I, być może, gdyby chodziło o kogokolwiek innego, nawet dałby się pociągnąć irytującym igiełkom irytacji i pozwoliłby, aby jego zbyt bujna wyobraźnia przejęła stery. Jednak rozmowa tyczyła się Milo. Tego samego, który jeszcze kilka miesięcy temu prawie wyskakiwał ze skóry na nawet niewinny dotyk; którego skóra płonęła żywym ogniem na znalezienie się w jego przestrzeni osobistej, już nawet nie mówiąc o pocałunkach; który wyłożył mu czarno na białym jak mało doświadczenia tak naprawdę miał. I chociaż wiedział co Diego próbował zrobić, w końcu dobór słów nie był tu przypadkowy, nic z tego co wiedział o Riverze nie dawało mu powodu by zaczął zbyt głęboko zastanawiać się nad tym co mogło zajść między nimi w małym pokoju na poddaszu. Samo rozważanie, dlaczego sam o niczym mu nie powiedział, mogło być uznane za sensowną reakcję, gdyby nie pewna kontuzja, którą sam trzymał blisko serca, a której ślady Milo mógł kiedyś znaleźć na jego ciele, jeśli zacząłby szukać.
- Nie skarżył się - odpowiedział szczerze, jednak jego ton wskazywał, że uznawał rozmowę o bliznach swojego chłopaka za zakończoną. Tych zarówno bardziej, jak i mniej schowanych pod ubraniami, chociaż jeszcze jedno wspomnienie o jego udach z użyciem tego tonu mogło doprowadzić do pierwszych rękoczynów tej nocy. Wygrzebał z kieszeni odzyskany od Felipe portfel i wyłożył na bar dość banknotów by pokryć personalizowanego drinka.
- Muchas gracias - rzucił przede wszystkim do barmana, po części do samego Diego, sięgając po szklankę przeznaczoną dla Milo, gdy tylko ta przed nimi wylądowała, po czym odwrócił się na pięcie i odmaszerował w stronę stolika. Mężczyzna, którego zostawił w tyle, był dla niego pewną enigmą, chociaż rozmowa przy barze dała mu pewien wgląd w to, z kim miał do czynienia. Z kimś, na kogo musiał mieć oko, jako że on zdawał się mieć je za bardzo na jego chłopaku. Z teatralnym ukłonem i jedną ręką zgiętą za plecami zaserwował drinka Riverze.
- Tego spróbuj nie wylać - wytknął z rozbawionym uśmiechem i wrócił na swoje miejsce, w międzyczasie przechylając się w jego stronę. - Ostatni i się zbieramy? - zasugerował cicho, blisko jego ucha. Niewątpliwie bawili się dobrze i nie chciał przedwcześnie odrywać Milo od znajomych, jednak miał wrażenie, że Diego wytrącający go z równowagi zapoczątkował problem, który nie powinien być rozstrzygany podczas sytuacji wymagającej od niego ostrożności. Szczerze wątpił by reszta siedzącej wkoło bandy miała słuchać jego wersji wydarzeń, jakby puściły mu nerwy. Włącznie z barmanem.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Diego obserwował Dylana w drodze powrotnej do stolika, sam natomiast zamarudził jeszcze chwilę przy barze. Słyszał jak Milo oburza się na pokaz, udaje urażonego insynuacją, wpada w słowotok i przeklina cicho, gdy któryś z chłopaków szturchnął go łokciem.
Na wierzch przebiło się wywołane do tablicy wspomnienie, w którym siedzący pod ścianą na poddaszu szczeniak telepał się tak, jakby to, co w sobie dusił usiłowało wyjść na zewnątrz. Gwałtownie, mimo woli, poza kontrolą. W za dużej koszulce, którą Camarena wygospodarował mu z własnej szafy i wypłowiałych szortach, z oklapniętymi lokami przyklejonymi od potu i łez do wychudzonej twarzy wyglądał żałośnie, ale duże, skanujące czujnie otoczenie oczy, mimo, że widać w nich było panikę, zdawały się dawać bardzo jasny przekaz: mogę ugryźć.
Nieregularna plama koloru dojrzałej wiśni na jego prawym udzie wychylała się zza rantu cienkich szortów, widząc jednak, że Diego zauważył, Rivera przechylił nogę w bok i złożył obie razem, ucinając jego zainteresowanie.

Inne wspomnienia późniejszych nocy miały często podobny początek, ale inne zakończenie. Te same zmęczone i przerażone oczy patrzyły na niego błagalnie, przygarbiona do przodu sylwetka i owinięte wokół niej własne ramiona Rivery skłaniały ku skojarzeniu, w którym zabiedzony siedemnastolatek próbuje stać się mniejszy. Niewidoczny być może, łatwy do pominięcia, jakby to miało uchronić go przed koszmarem z którego się obudził, paranoją nie pozwalającą złapać choćby jednego pełnego oddechu albo innymi wewnętrznymi demonami, które stawały się głośniejsze gdy świat cichł.
Wyciągał do niego ręce, a Camarena udawał, że nie widzi świeżych śladów zębów i głębokich sierpów po paznokciach.


❁❁❁


Och na litość boską! 一 Milo zmarszczył nos, a oba kąciki ust mimo, że zatrzymały się w pełnym uśmiechu, zrobiły to na różnej wysokości. 一 Zupełnie jakbym nic innego nie robił tylko rozlewał na lewo i prawo... Ems, powie一hej! Uważaj gdzie pchasz ten łokieć, ślepy jak zawsze...
Wyżej nie dosięga, ciesz się, że to żebra a nie... pendejo! 一 tym razem to Javier oberwał od Carlosa, bo przy stoliku pod nieobecność Dylana zdążyło dojść do rotacji i teraz właściciel bardzo ruchliwych łokci siedział pomiędzy Riverą a de la Cruzem. 一 Czekaj no, zobaczymy jutro jak będziesz śmigał po warsztacie, wtedy...
Reszta reprymendy popłynęła bocznym torem, wciąż słyszana, ale przyjemnie szumiąca jak znajome tło, w którym dla odmiany Milo nie musiał nadstawiać uszu by wyłowić czy czasem go nie obrażano. W obu rękach trzymał przed sobą wściekle pomarańczowego drinka, szklanka delikatnie zaczynała się pocić, ale zupełnie mu to nie przeszkadzało; z tęsknym błyskiem w oku spoglądał na swój cudaczny miks być może cieplej niż parę godzin temu na Estellę.
Chwilę później przeniósł spojrzenie na Gauthiera, pytająco, po jego uchylonych ustach błąkało się niezadane, ale oczywiste pytanie: skąd wiedziałeś?
A potem zerknął na Camarenę uwieszonego baru i pokiwał głową, mrucząc coś do siebie pod nosem na znak, że rozumie; najwyraźniej Dylan zdążył wejść z Diego w komitywę kiedy nie patrzył.
Ale po pierwszym łyku, kiedy whisky i tabasco zaczęło mu rozkosznie wypalać przełyk i parzyć wargi, Milo spojrzał na szklankę w taki sposób, jakby jednak czegoś bardzo dotkliwie mu w niej zabrakło.

W Kanadzie dodaję teraz syropu klonowego 一 oznajmił rzeczowo, wykonując jakiś gest dłonią nad swoim drinkiem - drugą trzymał go mocno by uniknąć kolejnej tragedii. 一 Łyżeczkę, wtedy jest perfecto.
Korzystając z chwilowego pijackiego zamieszania po swojej prawej, Milo trącił kostkę Gauthiera czubkiem trampka i oparł policzek na tej dłoni, którą chwilę wcześniej gestykulował. Ciepłe, serdecznie ucieszone całokształtem dobiegającego końca wieczoru spojrzenie zatrzymał na dłużej na wysokości oczu Dylana, tak nietypowo niebieskich od przeważających brązów i czerni, że aż sapnął niezbyt świadomie pod nosem. Tequila zrobiła swoje, drink natomiast zdawał się domykać tę ciężką pracę u podstaw - rzadko zdarzało mu się utrzymać kontakt wzrokowy tak długo, dzisiaj jednak czuł się odważnie.

Ostatni 一 zgodził się półszeptem, z nieodpartym wrażeniem, że mimo owocnych starań by utrzymać prawdziwą naturę ich relacji w tajemnicy, coś ciepłego, tęskniącego i niezadowolonego tym nagłym dystansem wylewało się z niego mimowolnie i ciągnęło w stronę Gauthiera. 一 Później możemy... no manches Diego! Okay, zaraz po deserze, hmm?
Camarena nadciągnął po cichu z całym talerzem churrosów, tak gorących, że sięgający z łakomstwa po jednego z brzegu Milo aż syknął, kiedy oparzył sobie palce. To jednak nie powstrzymało go przed posłaniem wszystkim wokół ostrzegawczego, pasywnie-agresywnego grymasu, zupełnie jakby całą porcję traktował jako ofiarę dla samego siebie.
A potem przy stoliku znów nastał chaos, niemal wszystkie pary rąk rzuciły się do zażartej walki, z której Emilio wyszedł z odrapanym kciukiem, Carlos znów szturchał wszystkich łokciami między żebra, Javier korzystając z chwili nieuwagi zwinął jednego i na tym poprzestał, a Milo... cóż. Milo bezczelnie porwał garść i uprzedzając, że każda próba kradzieży zakończy się ugryzieniem, zaczął konstruować wieżę na kilku rozłożonych na płasko serwetkach.

Zanim powiesz cokolwiek... 一 wymamrotał do Dylana, gdy reszta towarzystwa dorośle postanowiła się zachowywać i zaczęła dyskutować o czymś, co parę dni temu miało miejsce w warsztacie samochodowym ojca Emilio. Tylko Diego patrzył cierpliwie na to, jak Rivera dłońmi stabilnymi niczym te neurochirurga dokładają kolejne pięterka. Lata pracy z lutownicą. 一 ...to jest wysoce skomplikowany, doskonały architektonicznie projekt, którego wasze ograniczone umysły nie pojmą. Bardzo przemyślany. Bardzo chrupiący.
W skupieniu przechylił głowę na swoje prawe ramię i położył ostatnią beleczkę, żałując, że nie wziął ze sobą telefonu. Wyłożył się na blacie na łokciach by popodziwiać swoje dzieło, a w pijackim rzucie perfekcjonizmu nieprzystająco skupionego na niepoważnym projekcie, wymamrotał coś krytycznie na temat podstawy. Przez moment był w swoim świecie, wpatrzony w stertę churro jak w ucieleśnienie najgłębiej sięgających jego serca marzeń, tak, jak często przepadał gdy po zakończeniu jakiegoś użytecznego kodu albo urządzenia obserwował sobie swoją pracę z boku, raz jeszcze przeżywając w myślach proces krok po kroku.



❁❁❁


Powrót do sypialni odbył się pętlą, bo Rivera w przypływie chęci i energii wybłagał by oprowadzić Dylana po najbliższej okolicy. Potykając się co raz o trampki, wybuchając śmiechem i przeklinając na zmianę ilekroć niemal zderzył się z latarnią, Milo opisywał każdy klaustrofobiczny lokal dodając przynajmniej po jednej anegdotce, aby sam kontur nabrał głębi w wyobraźni Gauthiera.
Tu sprzedają najlepszy sok z guavy. Opiliśmy się kiedyś tak bardzo, że Carlos wyrzygał pół żołądka.
Tutaj wypożyczało się czasami blachy do pieczenia dla Estelli. Pani Rodriguez ma ich tonę, Javier podobno widział ją raz bez stanika.
Och, widzisz ten kiosk? Sprzedawali komiksy, pokażę ci później w pokoju, mam ich... mam ich za dużo.

Towarzystwo powoli odłączało się pojedynczo, każdy został odprowadzony do domu, choć nie był to początkowy plan, aż zostali sami we troje, na ostatni krótki, ledwie kilkunastometrowy odcinek drogi.

Nie śpijcie do południa 一 zasugerował Camarena, gdy po wspięciu się na poddasze stanął w progu swojego pokoju. 一 Estella ma jakieś plany, być może do rana o nich zapomni, ale lepiej nie ryzykować.
Zatem miejmy nadzieję, że jej dziurawa pamięć i tym razem okaże się błogosławieństwem 一 mruknął wyraźnie zniecierpliwiony, przestępując z nogi na nogę. 一 Dobranoc.
Dobranoc.
Ciche domknięcie drzwi od strony Diego nijak miało się do znacznie głośniejszego stuknięcia tych od strony Rivery, który zupełnie jakby o niczym innym nie myślał od ostatniego kwadransa po prostu pchnął je kolanem. Po tym nastąpiła chwila dźwięczącej w uszach ciszy, wygłuszony odgłos upadku czegoś na podłogę po drugiej stronie ściany i Milo, stojący pośrodku sypialni jak królik na polowaniu, wbił intensywne, skupione spojrzenie w Dylana oddalonego ledwie o krok.
Przez parę sekund wstrzymywał powietrze w płucach, z czego nie zdawał sobie sprawy dopóki nie przypomniał sobie, że potrzebuje tlenu, serce natomiast obijało mu się o klatkę piersiową tak, że jego rytm słyszał w uszach. Nie pozostawiający wiele do interpretacji schemat - wzrok na moment zatrzymany na wysokości oczu Gauthiera, nerwowe drgnięcie jabłka Adama gdy Milo przełknął ślinę i ostatni przystanek, na jakim ostatecznie przystanęło jego spojrzenie: znajoma krzywizna ust Dylana. Klarowna zapowiedź wszystkiego, co nastąpiło chwilę później.
Krok do przodu, bez zawahań, bez zwykle nieopuszczającej go nerwowości, jego obie dłonie wczepione w białą koszulkę, pchnięcie do przodu posyłające Dylana plecami prosto na regał; zrzucił przy tym jeden z komiksów, książka wylądowała grzbietem do góry na porysowanym parkiecie, chwilę później dołączyła do niej jeansowa kurtka. Milo strącił mu ją przypadkiem, nawet nie zauważył.
Dłonie odczepił od zmiętego bawełnianego t-shirta i zagonił się palcami w jasne, krótkie włosy Gauthiera, po to, by pociągnąć go do pochylenia głowy. Czuł gorąco na policzkach, własny nieregularny rytm serca i bliskość, nie tylko fizyczną, choć oczywiście trudno było ją zignorować kiedy Milo sam dociskał go swoim ciałem do wżynających się w plecy półek.
A potem gorączkowo zwilżył usta koniuszkiem języka i po raz pierwszy odkąd sięgała ich zdefiniowana relacja jako pary, pocałował go naprawdę.
Pierwsze muśnięcie było płytkie, przez co znajome i próbne, ale nie oddalił się od niego jak to na ogół bywało, zamiast tego zadowolony z efektu spojrzał na Dylana spod rzęs, z uśmiechem wyostrzonym satysfakcją, ale wciąż nie do końca kontent.
Drugie było chaotyczne, skupione na wyraźnej potrzebie wyzbycia się irytującego, wietrzejącego obowiązku trzymania się od niego z daleka. Skubnięcie zębami w dolną wargę, powierzchowne zaczepienie językiem - nic więcej, poza tym, że Milo zdążył w to jeszcze wpleść kolejny, jeszcze szerszy uśmiech oraz bezgłośny, wypchnięty na wydechu śmiech.
Trzeci raz był inny.
Rozluźnił uścisk palców na włosach Dylana, a ciężar swojego ciała wsparł o Gauthiera, bo od stania na czubkach swoich trampków zaczynały boleć go łydki. Obie dłonie złożył w koszyczek i uwiesił się jego odsłoniętego karku, znów zerknął krótko ale bezpośrednio w jego oczy, by zaraz z powrotem uciec spojrzeniem do jego ust.
Nie spieszył się aż tak. W pocałunku wciąż co prawda było czuć niecierpliwość, ale i nową chęć do zbadania wszystkiego dokładniej, stąd wreszcie postanowił uchylić swoje wargi i tym razem pozwolić by Dylan pokazał mu więcej. Milo nadal smakował whisky i tabasco, na policzku nosił wojenne barwy z cukru pudru, a jego odrobinę rozmiękczony tequilą mózg łaskawie wyłączył tryb nadmiernej kontroli.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Raz na jakiś czas, pomimo znajdywania się w centrum niechcianej uwagi jeszcze nie tak dawno temu, cofał się do roli pobocznego obserwatora, chłonąc dynamikę relacji łączącej siedzących wkoło stolika mężczyzn. Przede wszystkim skupiał się oczywiście na tym, jak w to wszystko wpasowywał się Milo, samemu odbijając bezwiednie szerokie uśmiechy i rozweselone spojrzenia, śmiejąc się nawet z tych żartów, których nie rozumiał i pozwalając się pochłonąć komfortowej atmosferze wieczoru. Starczyło mu zapewnienie o wyjściu z lokalu zanim sytuacja mogłaby wymknąć się spod kontroli na mniej przyjemne tory, by ponownie rozluźnił się, odwzajemniając ciepłe spojrzenie w ich małym świecie zamykającym się wkoło nich, nawet kiedy znajdywali się wśród ludzi. Reszta równie dobrze mogłaby nie istnieć, gdy łapał kontakt wzrokowy ze śmiejącymi się oczami, dostawał chwilę na przyjrzenie się jak sypnięte na nosie piegi wyglądały w przyciemnionym świetle lokalu, oraz jak jego policzek zgniatał się o dłoń, zmuszając jego oko do częściowego przymrużenia. Zaróżowiony od zawyżonej temperatury i skumulowanego w krwiobiegu alkoholu Milo odbierał mu dech w piersiach i mentalnie cofał go do tych wszystkich imprez, kiedy rzucał mu ukradkowe spojrzenia zza stołu lub zgarniał na kanapę obok siebie jak tylko znajdował się w zasięgu ręki, czy nawet gdy wychodził szybciej tylko by być w stanie odprowadzić go do domu bądź wprosić się na noc na kanapę. Do czasów, kiedy tłumaczył to sobie przyjacielską sympatią i przywiązaniem; kiedy czuł, że potrzebuje pretekstu. Tym razem nie musiał okłamywać samego siebie, a świadomość, że ten kradnący churrosy garściami gremlin, niemalże syczący na wszystkich wkoło jak kot broniący swojej miski, jeszcze kilka godzin temu leżał pod nim na materacu i zapewne niedługo będą mogli do tego wrócić, sprawiała, że czuł się jak największy szczęściarz pod słońcem. Bo co zrobił, żeby sobie na niego zasłużyć?
- Uh-huh - potwierdził, podgryzając jeden z wypieków po skorzystaniu ze strategii Javiera i zgarnięciu go po cichaczu pośród większego chaosu. Odchylony na oparcie, podpierając się skronią o zamkniętą pięść, obserwował proces tworzenia Krzywej Wieży w El Suspiro i raz na jakiś czas łapał się na wstrzymywaniu powietrza, jakby niewłaściwy oddech miał posypać konstrukcję niczym domek z kart. - Marnujesz się na tej elektryce. Tylko nie wiem czy bardziej pasowałaby ci architektura czy powinienem zaciągnąć cię do kuchni na cukiernika - przyznał, wodząc wzrokiem po churrosach ułożonych niczym klocki Lego, oraz po sylwetce chłopaka opartego o stół i rozmarzonego nad swoim projektem. I chociaż on sam nie miał przy sobie telefonu, Dylan wyjął swój i pod pretekstem sprawdzania godziny albo zebranych powiadomień - które całkowicie zignorował pomimo ich niespodziewanego natłoku - ukradkowo zrobił kilka zdjęć rozgrywającej się przed sobą sceny.
Droga do bazy wypadowej minęła mu po części na słuchaniu opowieści o zdaje się każdym mijanym lokalu na osiedlu, a po części na pilnowaniu by rozchichotany Rivera nie skręcił sobie kostki na krawężniku ani nie wszedł w żadną latarnię. Chociaż sam chodził lekkim slalomem, raz na jakiś czas na wpół świadomie, na wpół automatycznie wyciągał rękę, by pociągnąć mężczyznę za kaptur własnej bluzy, albo nakierować go za ramię bliżej środka chodnika. Czuł się lekko, jakby wszelkie napięcie trzymające się go falami od wyjścia z samolotu pozostało w ostatniej pustej szklance odstawionej usłużnie na bar, by Sammy nie musiał fatygować się po naczynia do stolika. Miasto nocą było chłodniejsze, bardziej wyludnione i złudnie spokojne. Gauthier bez wątpienia powinien postawić na wzmożoną czujność, pamiętając ostrzeżenia, jednak pozwolił sobie uwierzyć w bezpieczeństwo oferowane przez otaczające go, stopniowo pomniejszające się towarzystwo, aż nie wylądowali z powrotem na poddaszu. Już teraz dostatecznie znajomym by Dylan odetchnął z ulgą na szczycie schodów, jakby wrócił do siebie po zbyt intensywnym dniu.
- Dobranoc - dołączył do pożegnań, tymczasowo zostawiając dla siebie fakt, że planował zebrać się z samego rana na przebieżkę po okolicy. Kanada o tej porze roku nie oferowała zbyt przyjemnych warunków treningowych na zewnątrz, natomiast Kalifornia wydała mu się dobrą metodą na oszukanie losu i upchnięcie kilku dodatkowych treningów zimą. Od przekroczenia progu pokoju miał jednak znacznie lepsze zajęcia niż rozmyślanie nad bieganiem w cieple nienaturalnym o tej porze roku, jako że wraz z zatrzaśnięciem drzwi opadła potrzeba trzymania rąk przy sobie i ta świadomość uderzyła go jak obuchem przez łeb. Znalazł Milo wzrokiem, jednak zanim zdążył zniwelować dzielący ich dystans, ten postawił go wyprzedzić i pchnąć prosto na pobliski regał. Wypuścił zaskoczony oddech, wychodzący nierówno, gdy wymieszał się z bezgłośnym śmiechem. Poza pierwszym szokiem zalała go zarówno fala ulgi na pierwszy nie-do-końca-przyjacielski dotyk, ciepło paradoksalnie wzmagające się, kiedy jego kurtka poleciała na podłogę, oraz głód, jedynie rosnący po pierwszym, krótkim pocałunku. Objął go w pasie, przyciągając bliżej przedramieniem zahaczonym za jego plecami, drugą dłonią znajdując miejsce na policzku i przesuwając kciuk pod jego szczękę, by łagodnie odchylić mu głowę w górę.
Trzymał go blisko, szukając jego wzroku źrenicami praktycznie połykającymi błękitne tęczówki, z kącikami ust uniesionymi w bezwiednym uśmiechu, jakby w drodze między barem a mieszkaniem dał radę się naćpać. W rzeczywistości był to tylko Milo. Milo. Przejmujący wszystkie jego zmysły, lekko wstrząsający jego światem samym okazaniem chęci zainicjowania fizycznej bliskości, zachęcający do przymknięcia powiek, gdy wpił się w jego wargi i zaprosił go do porzucenia wszelkich granic, za którymi schował się gdy wychodzili na miasto. Z gardła wyrwał mu się cichy jęk, zapewne aprobaty, chociaż brzmiący jakby Rivera kopnął go w brzuch i złożył wpół jednym pewniejszym gestem.
Zatracał się w pocałunki całym sobą, jakby w tym konkretnym momencie wziął sobie za punkt honoru udowodnienie skąd wzięło się to skojarzenie z jego rodzimym językiem. Zwracając uwagę na dłonie ciągnące go w dół i oparte o siebie ciało, przy krótkiej przerwie na oddech zgiął kolana, złapał go pod udami i prostując się odwrócił ich wkoło własnej osi, by podeprzeć trzymanego na rękach mężczyznę do wypełnionego komiksami regału. W tym wszystkim prawie potknął się o plączącą się pod nogami kurtkę, którą odkopał ze zniecierpliwionym sapnięciem zanim ponownie znalazł wargi Milo.
- Stęskniłem się - wymamrotał tuż przy jego ustach, jakby cała jego mowa ciała nie krzyczała dokładnie tego samego od kiedy weszli do pokoju. - Mogę nawet dostać w ryj, nie robimy tego więcej - wyraził sprzeciw względem potrzeby pilnowania się z każdym najdrobniejszym gestem, chociaż igrający na ustach uśmiech sugerował, że nie mówił do końca na serio. Jakby chodziło tylko o niego, nawet by się nie zastanawiał. Tymczasem zostało mu dramatyzowanie podkręcone pijacką potrzebą kontaktu i odurzenie posiadaniem Milo tak blisko po tak szalenie długim czasie.

Milo Rivera
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”