ODPOWIEDZ
33 y/o
For good luck!
189 cm
Strażak kapitan Toronto Fire Station'
Awatar użytkownika
Strażak, który nie dawno zawalczył o posadę kapitana jednostki, jest jaki jest, może delikatnie skrzywiony, w międzyczasie chciał się oświadczyć ale plan poszedł w łeb, wrócił do obiegu i romansów. Jak potrzeba to dorobi jako striptizer w strażackim stroju
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Rozstanie z dotychczasową partnerką zmieniało wiele. Do tej pory sprecyzowane plany na święta czy Nowy Rok skończyły się na niczym i na pustce, którą należało wypełnić. W pierwszych chwilach cofał się wstecz aby przypomnieć sobie poprzednie lata, prezenty czy po prostu czas dla tylko ich dwójki, a dopiero potem zaglądanie do jej czy jego rodziny. W tym roku musiał jednak postawić na coś innego, plan awaryjny i szukanie wyjścia co robić przez te dni. W pierwszej chwili pomyślał o wzięciu zmiany w remizie, aby mieć święty spokój i nie myśleć o świętach, a skupić się na tym co może zrobić jako strażak w tym czasie. Nie żeby coś ale szczerze nigdy już nie jarał go świąteczny szał jak w chwili gdy był dzieciakiem, gdy dostawał prezenty pod potężną choinką w rodzinnym domu. To był ostatni moment gdy czuł szczęście i tego bakcyla. Z roku na rok gdy już osiągnął dorosłość nie było w nim tej samej energii, wręcz przeciwnie - miał wrażenie, że zamienia się sam w zgorzkniałego Grincha. Czy łatwo go było winić? Szał świąteczny trwał praktycznie cały miesiąc, a przeskakiwanie radia na kolejne kanały tylko na nowo rozpoczynały przebój Carey. Odmrażana w grudniu jak co roku...
Sam pamiętał kto wyszedł z inicjatywą, czy to był Michael, a może młodsza siostrzyczka, ale dostał zaproszenie aby się zjednoczyli na święta. Z jednej strony może tego Reece potrzebował? Siedzenie samemu w pustym mieszkaniu jedząc chińczyka czy inne świństwa z Kevinem w tle, to nie było najmilsze. Wigilia w rodzinnym domu z rodzicami u boku to też nie szczyt marzeń dla dorosłego faceta, tym bardziej że pojawiłby się tam sam, już bez partnerki. Słodko-kwaśne komentarze? Sugestie ojca czy matki? Nie czuł się z tym dobrze, ale... stało się. Wybrał parę drobnych upominków dla każdego, do tego dobrał dobry alkohol dla męskiej strony i coś lekkiego dla Pań.
Jak już ustalili wcześniej wspólną godzinę na ten rodziny zjazd, tak Reece wpadł punktualnie zgodnie z regułami tej gry. Pamiętał zawsze o tym co za zasady panują w domu, co i jak wypada a czego nie, co by nie robić już od startu pod górkę. Miało być miło i miało być rodzinnie, no nie?


Michael Graham
Ruby J. Graham
28 y/o
For good luck!
164 cm
Doktorantka Biologii University of Toronto
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracji3 os
czas narracji
postać
autor

Ruby nigdy nie była wielką entuzjastką świąt. Nie miała nic przeciwko nim, ale też nie odczuwała tej ekscytacji, którą widziała u innych. Dla niej grudzień był po prostu kolejnym miesiącem, chyba że pojawiał się powód, by naprawdę się zaangażować. A takim powodem były jakże nieliczne rodzinne spotkania. Choć przez lata mieszkała w Oxfordzie, z dala od rodzinnego domu, zawsze starała się znaleźć czas, by odwiedzić braci gdy tylko wpadałą z wizytą do Canady. Reece i Michael byli dla niej ważni, nawet jeśli czas i odległość sprawiły, że ich relacje stały się bardziej powierzchowne niż kiedyś.
Tym razem jednak Ruby czuła się niepewnie. Wiedziała, że spotka się z braćmi, ale nie była pewna, czy rodzice dołączą do zgromadzenia. Ta niepewność wprowadzała w jej myśli lekki chaos. Z jednej strony cieszyła się na rozmowy z Reecem, który zawsze potrafił ją rozbawić, i z Michaelem, bardziej powściągliwym, ale równie bliskim jej sercu. Z drugiej strony zastanawiała się, czy obecność rodziców nie zmieni atmosfery i czy nie pojawią się stare napięcia, które czasem wychodziły na jaw przy świątecznym stole.
Ruby nigdy nie ignorowała rodzinnych wizyt. Nawet jeśli święta same w sobie nie były dla niej czymś wyjątkowym, to więzi rodzinne miały dla niej znaczenie. W głębi duszy wiedziała, że te chwile są okazją, by odbudować relacje, które przez lata studiowania i pracy w Oxfordzie zaczęły się rozluźniać. Czasem zastanawiała się, czy jej dystans do świąt wynikał z potrzeby prostoty, czy może z obawy przed sztucznością, którą często dostrzegała w dekoracjach, prezentach i wymuszonych uśmiechach. Nie chciała udawać, że święta są dla niej najważniejszym wydarzeniem roku...bo nie były. Ale chciała być obecna dla tych, którzy byli dla niej ważni.
W drodze na spotkanie Ruby rozmyślała o tym, jak zmieniły się ich życia. Reece, zawsze pełen energii, teraz miał własne plany i obowiązki. Michael, bardziej skupiony na pracy, rzadko dzielił się szczegółami swojego życia. A ona? Czuła, że musi na nowo poznać swoje rodzeństwo, zrozumieć, kim się stali. Może właśnie w tym tkwił sens tych świątecznych wizyt,nie w tradycji, nie w prezentach, ale w próbie odbudowania czegoś, co nigdy nie powinno zniknąć.
Kiedy dotarła na miejsce, poczuła znajomy zapach przypraw i pieczonego ciasta. W salonie stała choinka, wystrojona do prawdopodobnie każdego kąta. Przecisnęła się przez drzwi ze wszystkimi poradunkami dla każdego ledwo utrzymując równowagę. Kątem oka zauważyła jednego z braci. - Reece! - zawołała zakryta w całości pudełkami. Gdy udało jej się je ustawić bliżej choinki bez większej destrukcji otoczenia odstapnęła rozklądając się po okolicy. - Michaela jeszcze nie ma? - zapytała patrząc po kontach. - Dobrze cię widzieć. - dodała podchodząc do brata i dając mu delikatny uścisk ze swojej strony. Może nie chodziło o same dekoracje czy rytuały, ale o obecność i o to, że mimo różnic i upływu czasu wciąż potrafili być razem? Zrozumiała, że nawet jeśli rodzice się pojawią, nawet jeśli rozmowy będą trudne, warto było tu być. Bo święta, choć nie były jej ulubionym czasem, dawały coś, czego nie dało się kupić ani zaplanować.



Michael Graham
Reece Graham
36 y/o
CHRISTMASSY
183 cm
ratuję życie nie tylko w Mount Sinai Hospital
Awatar użytkownika
He has been burned before.
Now he keeps his hands just far enough away to feel the warmth without the pain.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

# 010
Willa w York Mills pyszniła się pod grubą warstwą śniegu w strategicznych estetycznie miejscach, bo wszelkie drogi i podjazd zostały oczyszczone dla wygody domowników oraz gości. Stając przed głównym wejściem do domu, omiótł wzrokiem front, uświadamiając sobie, że nerwowy ścisk w gardle wiąże się nie tylko ze strachem, ale i sentymentem. Dni, jakie tu spędził w ostatnich latach, mógłby policzyć na palcach obu dłoni. Unikał wszelkich świąt i uroczystości, po ślubie z Danny już bardziej z przyzwyczajenia, niż rzeczywistej niechęci do spotykania się z bliskimi. W tym roku były to jego pierwsze bożonarodzeniowe święta w Kanadzie, pierwsze po utracie pracy w wojsku i pierwsze po swoim rozwodzie. Stres się nawarstwiał, ale nie mógł przez wieczność wymigiwać się przed zobowiązaniami.
Nie naciskał dzwonka do drzwi, a wszedł po chwili zawahania, nie będąc pewien, czy wciąż powinien rościć sobie prawo do bycia domownikiem. Uznał, że woli w ten sposób, niż dostać zaraz lawiną pytań od matki, z serii ”co ty tak, jak obcy?!” i ogarnął wzrokiem przestronny, udekorowany świątecznie hol. Wiele lat temu sam chętnie biegał po rezydencji, zawieszając lampki i łańcuchy, czy śpiewając kolędy, dziś Boże Narodzenie kojarzyło mu się wyłącznie z mało wygodnym obowiązkiem.
Mike! — rozległo się wołanie i z bocznego przejścia wyłoniła się drobna kobieta o farbowanych na miękki, jasny blond włosach, upiętych w finezyjny kok. Aksamitna sukienka miała kolor głębokiej, świątecznej czerwieni. — Kazałeś na siebie chwilę czekać. Wszyscy już są. — W jej głosie nie było surowej nagany, a matczyne, wyrozumiałe ciepło.
Mamo — odpowiedział uśmiechem, zamykając Dorothy w ramionach. — Aż tak napięty grafik? Atrakcje są już przygotowane? — zaśmiał się, bo dzisiejszy wieczór miał być wyłącznie dla Grahamów, dla najbliższej rodziny, spędzającej czas w swoim towarzystwie. Żadnego pośpiechu, trudnych rozmów, mało komfortowych wyznań — mieli się bawić. A przynajmniej taki mglisty plan miał Michael, łudząc się, że wszystko pójdzie gładko.
Reece, Rubelle, patrzcie, kogo nam przywiało! — Dorothy wprowadziła Michaela do salonu, ogarniając całą trójkę zadowolonym spojrzeniem; w końcu to niezwykle rzadka okazja, by mieć tę gromadkę w jednym miejscu. — Lucy zaraz przyniesie aperitif. Nie rozpijcie się za bardzo przed kolacją — zażartowała jeszcze, by zaraz zniknąć w głębi domostwa, zostawiając dzieci same.
Czy wy też wietrzycie jakąś katastrofę? — zwrócił się Mike do reszty rodzeństwa, rozkładając ręce pytająco. Oglądał całkiem niedawno filmy z serii Knives Out, które zrodziły w głowie skojarzenia o tajemniczych morderstwach. Nie, oczywiście, że nie życzyłby sobie takiej historii w prawdziwym życiu, ale kim by był, gdyby nie zażartował? Uścisnął siostrę oraz brata, na tym drugim osadzając spojrzenie nieco dłużej. Rozstanie z ukochaną nie było doświadczeniem, które komukolwiek by polecał, zwłaszcza mając w pamięci, jak państwo Graham zareagowali na rozpad związku Mike'a z Zaylee. Nie dzielił się bratem współczuciem, na pewno nie chciał klepania po plecach, ani ukradkowych spojrzeń, więc zwyczajnie posłał mu blady uśmiech.
Do salonu wniknęła gosposia ze srebrną tacą i ustawionymi nań drinkami. Michael znów się zawahał, kiedy podsunięty pod nos poczęstunek owiał go mieszaniną słodko-gorzkich zapachów, po czym sięgnął po szklankę i skinął do Lucy głową. Skoro już zjawił się na rodzinnej imprezie, na trzeźwo jej nie przetrwa.

Reece Graham Ruby J. Graham
space cadet
33 y/o
For good luck!
189 cm
Strażak kapitan Toronto Fire Station'
Awatar użytkownika
Strażak, który nie dawno zawalczył o posadę kapitana jednostki, jest jaki jest, może delikatnie skrzywiony, w międzyczasie chciał się oświadczyć ale plan poszedł w łeb, wrócił do obiegu i romansów. Jak potrzeba to dorobi jako striptizer w strażackim stroju
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkizaimki
typ narracjityp narracji
czas narracji-
postać
autor

Wracał do rodzinnego domu z małym napięciem i pasmem problemów na karku. Wszak to dzisiaj miał nadzieję wkroczyć do tego domu i rodzinnego kręgu z narzeczoną u boku, tak jak to widział w swojej głowie. To dzisiaj miałby ogłosić rodzinie takie radosne wieści, poczuć wsparcie ich oraz to błogosławieństwo na resztę wspólnego życia. Realia okazały się jednak brutalne, a on smętnie kroczył w śniegu z pakietem prezentów i sztucznym uśmiechem, przyklejonym dla dobra ogółu, dla skupienia się na klimacie świąt, radosnych i z dala od trosk. Na powrót miło będzie poczuć znajome zapachy wydobywające się z potraw, matkę całą w ekstazie na widok wszystkich swoich dzieci razem przy jednym stole. To był dzień pojednania wszystkich latorośli rodu Graham, nie było w tym miejsca na jego szarobure życie i pustkę jaką miał po odejściu kobiety, którą to wiąż kochał całym sobą.
Tutaj jednak miał swoje promyczki, matkę która była kobietą życia, jedną z najważniejszych do końca swych dni, a potem i siostrzyczkę, której chciałby znowu dokuczać ale i śmiać się jak za dawnych lat z głupot i tych wspomnień. Nie chciał więc wchodzić w to ze złą energią, a to co pozostawało w jego życiu beznadziejne, niech dzisiaj koczuje na wycieraczce przed drzwiami.
Wchodząc do środka oczywiście nie omieszkał pocałunkiem powitać rodzicielkę, już na wstępie rzucając jej wiązankę ciepłym życzeń oraz pozytywnej energii. Umiał w te całe wiązanki od zawsze, tak samo jak po prostu lubił tą energię od niej, nakręcenie które rozpromieniało już na samym wejściu. Sam szybko podrzucił podpisane prezenty w miejsce na to przeznaczone i zabrał się za zrzucenie zimowych warstw. Toronto swoją pogodą nie rozpieszczało, a Reece jak to on - nigdy nie był fanem zimy, bo nawet jeśli było mniej pożarów, to z kolei wypadków i kolizji w brud, nie mówiąc już o przygodach na zamarzniętych chodnikach.
- Ruby! Wyrosłaś? Wypiękniałaś? Wymądrzałaś? Wielkie W! - rzucił, ale zaraz tonął w jej ramionach, zaciągając się jej zapachem i ciepłem. Chyba sam nie rozumiał jak bardzo potrzebował takiej drobnostki, takiego choćby przytulenia na kilka sekund. Ten blask, który zgasł w jego życiu był jak brakujący puzzel do układanki, zagubiony i poszukiwany na już. - Nic jeszcze nie wiem, dopiero się zjawiłem i miałem zamiar szukać kapci. - dowcipny jak zawsze, ale uściskał siostrę przechodząc dalej w znajome kąty. Długo na wspomnianą zgubę nie musieli czekać bo i brat się za parę chwil zjawił. - Mamoo.. zapowiadasz go jak świętego Mikołaja.. - stwierdził, ale pewnie i tak podszedł do braciaka aby sprzedać mu solidny męski niedźwiedzi uścisk. To nie było nigdy udawane czy reżyserowane, ta więz między nimi chociaż zatarta przez lata na karku, wciąż była szczera.
- Byle choinka się nie spaliła! - szepnął, tak aby rodzicielka ich nie słyszała gdy się tak krzątała po okolicy i pojawiała się na powrót, a także znikała. W zasięgu wzroku brakowało mu ojca, a więc czyżby tu było coś na rzeczy? Rozwód po latach pożycia? Zakopała go w ogródku? Czy inna rewolucja francuska w takim wieku u nich? Tak czy inaczej on również nie odmawiał dobroci, tym bardziej będąc już w wieku odpowiednim do picia i dotrzymywania tępa męskiemu gronu. Na trzeźwo i z rodziną święta? Tylko człowiek wielkie wiary by wytrzymał!

Ruby J. Graham
Michael Graham
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ W czasie”