-
Am I the monster in your eyes? Or just the victim of your lies? You made me into what you fear and now you're coming for me here.
I am the monster. You created what you see. I am the monster, that you forced me to be. You wanted darkness, you got your wish. I am the nightmare you can't dismiss.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Spodziewał się, że Senna nie będzie chciała zostać tam zbyt długo, ale może myślał, że skoro wróciła na „stare śmieci”, to odbierze ją koło pierwszej w nocy, a nie dwudziestej trzeciej. Chociaż on był ostatnią osobą, która powinna oceniać, bo samemu nie chodził na żadne imprezy i jakby został zaproszony… zapewne nie spędziłby tam zbyt wiele czasu. Jakby nie patrzeć, nie był osobą, którą bawiły takie spotkania, wspólne picie czy plotkowanie. W dupie miał większość ludzi, których spotykał. Nie odczuwał potrzeby, aby się z nimi integrować.
Więc rozumiał czemu Senna nie chciała tam zbyt długo siedzieć.
Podjechał po nią o wyznaczonej godzinie. Droga była praktycznie pusta, możliwe, że przez to, że większość ludzi już siedziała w domach lub szykowała się do faktycznych świąt. Sklepy były pozamykane, więc nie mogli drugi raz w ciągu dnia jechać do hipermarketu, bo zapomnieli wykupić połowę mięsa z mięsnego.
Chyba nigdy nie zrozumie tej fascynacji i szału świątecznego, nie tylko dlatego, że sam pochodził z Północy, gdzie jedzenie było luksusem. Zwyczajnie nie czuł tej magii. Nie rozumiał tradycji, która go omijała. Był ostatnią osobą do dekorowania domów, ubierania choinki oraz śpiewania kolęd. O tyle dobrze, że nie miał też teściów do których musiałby jeździć i nikt go nie wciskał w te brzydkie, kolorowe swetry.
Zatrzymał się pod budynkiem restauracji. Obserwował jak roześmiani i rozśpiewani ludzie wychodzą przez drzwi, chwiejąc się na boki. Już przez to mógł stwierdzić, że niektórym impreza się udała, o ile można to było opisać poprzez procentowe stężenie alkoholu we krwi.
Gdy dostrzegł doskonale znaną mu sylwetkę w długiej sukience okrytej płaszczem, odblokował auto, aby mogła wsiąść na miejsce pasażera.
— Jak się bawiłaś? — spytał, gdy zatrzasnęła drzwi za sobą. — Ktoś umarł?— Bo jeśli ktoś zgonował pod stołem, albo zrobił burdę przy szefie, to mógł chcieć tego posłuchać.
Odpalił auto, ignorując jakieś głośniejsze zawołania w kierunku Senny, gdy ta wsiadała do środka. Możliwe, że byli ciekawi kto po nią przyjechał, tylko, że Damon niespecjalnie miał ochotę się zapoznawać z pijanymi kolegami z medycznego środowiska. Dlatego też nie zwracając na nich większej uwagi, wycofał się i zwyczajnie odjechał w kierunku głównej drogi.
Niegrzecznie, Damon.
— Kopertę dostałaś? Warto było? — spytał, zerkając na nią kątem oka. W końcu to o to się rozchodziło. Miała tam dostać jakąś premię świąteczną czy coś. Osobiście uważał, że nie było jej to potrzebne, zwłaszcza kiedy samemu nareszcie zaczął zarabiać sam na siebie. I nie były to małe kwoty, bo Giovanni nie tylko zapewniał mu służbowy samochód czy telefon, ale też kartę, która była jego… wypłatą. O ile można było tak powiedzieć.
Zaprzedał mu duszę bez możliwości odwrotu. Więc chociaż mógł to wykorzystać.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Piła tylko wtedy, kiedy czuła się bezpiecznie w otoczeniu. A czuła się w nim bezpiecznie, kiedy w jej orbicie znajdował się Damon.
Nie planowała jednak wychodzić aż tak szybko.
Wielu rzeczy nie planowała.
Z restauracji wyszła jako jedna z pierwszych – przegrała tylko z osobami, które miały dzieci na przechowaniu u kogoś i należało je odebrać i zabrać do spania. Gdy dostrzegła znajomy samochód, wsiadła do niego.
Wyraźnie napięta.
— Wyśmienicie — odpowiedziała sucho, zapinając pasy. — Moje chęci do życia — odparła na drugie z pytań, bez zagłębiania się i rozwijania tematu. Równie dobrze mogło to być po prostu kiepskawym żartem; jednym z wielu, które sobie opowiadali.
Chociaż jej chęci do życia to umarły już bardzo dawno temu. I jeśli trzymać się dalej w medycznych żartach, to Damon najwyraźniej był jej respiratorem, który faktycznie trzymał ją przed całkowitym zgonem.
Sama też nie zwracała uwagi na podchmielonych znajomych, których nawet znajomymi nie potrafiłaby nazwać – kilka ekstrawertycznych dusz z oddziału ratunkowego, którym chęć socjalizowania się wzrastała wprost proporcjonalnie do ilości wypitych kieliszków.
To była dla niej męczarnia, którą miała jej wynagrodzić premia, ale… Cóż. Zapytana o to, przez chwilę milczała, wpatrując się w drogę. W końcu westchnęła i podjęła:
— Złożyłam wypowiedzenie na serwetce — odpowiedziała, na wpół kwaśno, wpół tym faktem rozbawiona. Oczywistym, przez ton, było, że nie żartowała. — Napisałam je i oddałam dyrektorowi szpitala. — Wzruszyła ramionami, rozwijając tę historię o parę niepotrzebnych detali. W tym wszystkim chyba i tak miał być najistotniejszy powód, dla którego w ogóle to zrobiła, a tego i tak nie zamierzała zachowywać dla siebie.
Wątpliwym dla niej było też to, że jego logiczny umysł i potrzeba panowania nad sytuacją – nawet nad jej własną sytuacją – nie pozwoliłaby mu tego pozostawić bez wyjaśnień. Tym bardziej, że broniła tej pracy twierdząc, że była w porządku i dawała jej to, co była jej potrzebna.
— Koperty nie dostałam. Jako jedyna. To znaczy – dostałam – ale z życzeniami. — Rozluźniła nieco mięśnie, przez co na fotelu usiadła już jak na – no właśnie – fotelu, a nie materacu do akupresury. — Podobno szpital kara tak ludzi, którzy migają się od pracy, będąc na zwolnieniu chorobowym.
Wszystko by zrozumiała, gdyby nie fakt, że w pierwszej kolejności na zwolnieniu wylądowała przez wykonywanie pracy, a po drugie – przedłużenie nie wynikało z wyimaginowanej choroby, a z realnej kontuzji, która wpływała na wykonywanie tego samego zawodu. Nie dało się przecież wrócić, mając rozoraną dłoń i ścięgna, wymagające rehabilitacji.
— Tak więc możesz to powiedzieć — dodała na koniec, odwracając spojrzenie na niego z nikłym, ale rozbawionym półuśmiechem. — Możesz powiedzieć, że lepiej było zostać z tobą — i dać się wyruchać — a nie ci odmawiać, aby iść na jakąś szpitalną potańcówkę. — Gdzie ona nawet nie tańczyła.
W zasadzie przez większość wydarzenia siedziała na swoim miejscu, nawet jeśli to miało być samotne siedzenie przy stoliku; Jej to nie przeszkadzało – zabawową duszą przecież nie była w zasadzie nigdy. I nie odnajdywała się w zdrowym, rozrywkowym środowisku. Znacznie bardziej wolałaby siedzieć tam z Damonem, bo chociaż w znacznym procencie podzielał jej punkt widzenia na świat.
— Jedzenie chociaż dobre mieli. Zabrałam ci swoje resztki. — Chociaż mówiąc o jej resztkach to raczej jak o pełnoprawnym posiłku. Zerknęła odruchowo w kierunku papierowej torby, która stała na ziemi, w jej nogach, w której faktycznie spoczywał plastikowy pojemnik. Tego, że karmili tam smacznie, nie mogła odmówić i zasadniczo to był jedyny plus, który stamtąd wyniosła.
Damon Tae
-
Am I the monster in your eyes? Or just the victim of your lies? You made me into what you fear and now you're coming for me here.
I am the monster. You created what you see. I am the monster, that you forced me to be. You wanted darkness, you got your wish. I am the nightmare you can't dismiss.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tak myślałem — powiedział krótko. Sam by się zapewne tam dobrze nie bawił, bo to nie były jego klimaty. Jakby ktoś go kiedyś zaprosił na wesele, to by odsiedział swoje i pewnie nie ruszał specjalnie z miejsca, każąc się walić wszystkim pijanym wujkom, którzy chcieliby mu polać. Był człowiekiem, który nie znał słowa „zabawa” i „wyluzować”. Miał wiecznego kija w dupie, który był już przytwierdzony do jego kręgosłupa moralnego i niespecjalnie chciał to zmieniać.
Dzięki temu kijowi mieli sporo wspólnego z Senną.
Przeniósł na nią spojrzenie, gdy poinformowała go, że złożyła wypowiedzenie. I to nie w tradycyjny sposób, tylko… na serwetce.
— Kreatywnie. — Musiał przyznać, że się tego nie spodziewał. Zwłaszcza, że była zdania, że przecież podobno lubiła swoją pracę i w jakiś tam dziwny sposób pozwalała jej się spełniać. Oczywiście nie było to to samo co siedzenie za sterami ciężkiej maszyny, ale nie zamierzał wchodzić w szczegóły. Skoro uważała, że było dobrze, to nie odwodził jej od tego. Sama najwyraźniej stwierdziła, że to gówno warte. — Widział je chociaż czy się zmyłaś zanim je przeczytał? — spytał, bo był ciekawy reakcji jej przełożonego.
Jak dla niego nie musiała chodzić do pracy, ze względu chociażby na jego zarobki. Mogła znaleźć coś lepszego i bardziej opłacalnego, chociaż wiedział co byłoby najlepszą opcją. Amerykanie w dalszym ciągu mieli na nich oko, więc nie mogli się niepotrzebnie wychylać. Fakt, że jemu Giovanni zapewniał wszystkie „legalne” papiery było bardzo na rękę. Z jednej strony może udałoby się zagadać, aby Sennie też pomógł znaleźć coś bardziej… odpowiedniego, ale z drugiej, wolałby aby nie zaprzedawała mu duszy. Wystarczy, że on siedział w gównie po uszy.
Szybko jednak okazało się dlaczego też złożyła wypowiedzenie. A przynajmniej on to uznał za jeden z powodów.
— Co? — wyrzucił z siebie, może zbyt chłodno, gdy przyznała, że jako jedyna nie dostała premii. — Kara? Za to, że sami cię w to wjebali? — Bo jakby nie było, był to wypadek w pracy, a potem… no potem też miała prawo przedłużyć swoje zwolnienie. Dla niego było to logiczne, ale najwyraźniej dla jej szefostwa uchodziło za karygodne.
Nie odpowiedział jej. Nie zamierzał na głos rzucać „a nie mówiłem”, ani nic w tym kierunku. Zacisnął mocniej palce na kierownicy, zastanawiając się nad kilkoma kwestiami, gdy mówiła mu, że miał rację. Nie zależało mu na tym. Irytował go jednak fakt, że poszła tam dla jednego, głupiego powodu, a została metaforycznie wyruchana na pieniądze, bo siedziała na zwolnieniu dłużej niż chciałaby tego góra. Może i nie znał się na tych wszystkich prawach pracownika, ale też im nie podlegał. A co ważne, generalnie nie podlegał większości praw, jakie funkcjonowały w świecie.
Zwykle to on egzekwował prawo. I tak też zamierzał zrobić.
Jednym zwinnym gestem, gdy miał ku temu okazję, zawrócił gwałtownie auto, powodując prawie dwa wypadki. Dźwięki kilku klaksonów rozbiły się po nocnym mieście, gdy mijał się na centymetry z autami innych, przypadkowych ludzi. Brew mu nawet przy tym nie drgnęła. Nie zamierzał się też odwracać, aby zobaczyć czy nikomu nic się nie stało.
— Jak się twój szef nazywa? — spytał luźno, jakby pytał o pogodę za oknem.
Zapewne domyślała się, że nie spodobało mu się to, jak została potraktowana. Nie zamierzał tam jednak wchodzić z buta, aby wszystkich rozpierdolić, bo to wzbudziłoby zbyt wiele uwagi. Było też za dużo świadków. Może i Senna zmyła się jako jedna z pierwszych, ale ostatecznie wszyscy musieli wrócić do domu, nie?
A jeśli nie zrobią tego dzisiaj, to najpóźniej jutro Callahan tak czy siak otrzyma kopertę. Możliwe, że z dopłatą i zadośćuczynieniem za bycie głupim chujem.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Najprawdopodobniej uznał, że po prostu się obraziła za brak premii świątecznej. Z drugiej strony – miała prawo; pomijając już fakt, że jako ratownik medyczny dostawała bardzo niską płacę, za naprawdę beznadziejną, a jednocześnie niezwykle ryzykowną i odpowiedzialną robotę.
— Widział — odparła lakonicznie, nie podejmując samej szerzej tematu. Faktem było, że raczej nie uznają formy doręczenia, więc oficjalne pismo i tak będzie musiała wysłać, by dopełnić procedur. Akurat kto jak kto, ale ona nie robiła takich rzeczy pod wpływem impulsu; nie chodziło tylko o to, że zdenerwowała się brakiem koperty, ale o samo traktowanie.
A może było coś jeszcze. Może przez ten czas życiowych perturbacji zakrytych zwolnieniem lekarskim, uświadomiła sobie, że w obliczu perturbacji życiowych, jakie miała i przygód w jakich brała udział to nieco za mało.
I że może zazdrościła trochę Damonowi.
Nie odpowiedziała, a jedynie wzruszyła ramionami. Zgadzała się z tym, że to wszystko, cała ta przerwa, zaczęła się od wypadku w pracy, ba – nawet miała płacone jak za taki, ale późniejsze przedłużenie zwolnienia chorobowego przez zdarzenie, którego nie do końca potrafiła wytłumaczyć (bo jak wiarygodnie wyjaśnić ranę taką, jaką miała, nie przyznając się przy tym do brania udziału w czymś skrajnie niebezpiecznym) wydawało się być tą zmienną, która doprowadziła do wątpliwości.
Niemniej spodziewała się, że jakąkolwiek premię dostanie, bo jednak trochę miesięcy popracowała. W tym roku, a także w poprzednim – i chociaż za poprzedni uzyskała gratyfikację, tak teraz… cóż.
Zaparła się ręką, gdy Damon wykonywał gwałtowny manerw, zerkając przy tym na niego z niewypowiedzianym wyrzutem – z lwią zmarszczką pomiędzy brwiami, która niemo pytała ‘jak jeździsz?!’.
Słysząc jednak jego pytanie, prychnęła cicho pod nosem. Nabrałaby się na jego zwyczajność, gdyby już kiedyś czegoś podobnego nie usłyszała. I w podobnych okolicznościach, w których ona była pokrzywdzoną przez tego, o czyje nazwisko pytał.
— Daj spokój — odezwała się, tonem głosu będąc gdzieś na pograniczu rozbawionej wdzięczności, a zmęczenia.
Byłaby to druga osoba, o której nazwisko pytał, a którego nie chciała mu podać. Tyle tylko, że tym razem, była pewna, że zrobi z nim coś, czego wolałaby uniknąć. Do pacyfistów się nie zaliczała, ale wolała sobie nie bruździć. Nawet jeśli mogła się domyślać, że Damon zainterweniuje w taki sposób, który nie będzie rzucał jej jako pierwszej w grono podejrzanych.
— Mną byś się zajął, a nie zajmujesz sobie myśli jakimś starym facetem — dodała po chwili, pół żartem, ale też w połowie serio, chcąc całkowicie zawrócić jego myśli z toru, na który zdawały się już wejść.
Wiedziała, że love language Damona sprowadzał się do niczego innego, jak to acts of service. I to bardzo dosadnie: acts of service. Czegoś znacznie innego niż wyrzucanie śmieci samodzielnie czy pomaganie jej przy gotowaniu obiadu lub sprzątanie po nim.
Była zbyt zmęczona na to; zbyt rozdrażniona, by teraz rozwałkowywać temat i myśleć nad konsekwencjami. Próżno mogłaby oczekiwać, że on to wyczuje i zrozumie, bo empatia u niego była na bardzo niskim poziomie, ale chociaż nie zerowym, jeśli chodziło o nią. Tyle tylko, że ta sama szczątkowa empatia zwykle wiązała się z koniecznością podjęcia działań, bo tylko tak najwyraźniej sobie radził z jej emocjami. Z jej złością czy przybiciem.
Damon Tae
-
Am I the monster in your eyes? Or just the victim of your lies? You made me into what you fear and now you're coming for me here.
I am the monster. You created what you see. I am the monster, that you forced me to be. You wanted darkness, you got your wish. I am the nightmare you can't dismiss.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
I nie rzucać jakichkolwiek podejrzeń na kogokolwiek.
Daj spokój.
Nie odpowiedział. Skupił się na drodze powrotnej do restauracji w której Senna miała to całe spotkanie wigilijne z którego nie tak dawno temu ją odebrał. Nie mówiąc o tym, że daleko i tak nie zajechali. Wyminął kilka kolejnych aut, aż w końcu skręcił w odpowiednią uliczkę z której wyjechał jakiś czas temu.
— Najpierw odbierzemy twoją premię, a potem z przyjemnością cię przelecę tam, gdzie tylko będziesz chciała. — Tak zwane, najpierw obowiązki, a potem przyjemności.
Zerknął na nią krótko, acz wymownie. Jego spojrzenie kryło nie tylko groźbę, ale też obietnicę. Bo chociaż zamierzał jej zapewnić te cholerne pieniądze, które jej się należały jak psu buda, to jeszcze po wszystkim obiecał się nią odpowiednio zająć. Tak w ramach przeprosin, że jednak jej nie posłuchał i nie zwrócił jak by tego chciała.
Bo domyślał się, że wolała bez burdelu wrócić do domu. Jemu się jednak nie spodobało zachowanie jej szefa i… na to już nie mógł wiele poradzić. Był człowiekiem czynu, który działał nieszablonowo i często brutalnie. Oczywiście nie zamierzał człowieka mordować. Miał zamiar być po prostu bardzo… przekonujący. Bez widocznych śladów na ciele.
Zajechał na miejsce i zatrzymał się nieco dalej.
— Poczekaj tu — powiedział, odpinając pas.
Wysiadł z auta i skierował się spokojnym krokiem w stronę budynku. Zniknął za zakrętem i nie było go… dłuższą chwilę. Damon może miał styl jaki miał, nie działał z finezją, ale był skuteczny. Znał się na swojej robocie, wiedział co miał robić, aby osiągnąć zamierzony cel. Dlatego uchodził za najlepszego na Północy. Nie używał półśrodków i nie brał jeńców. Nie mówiąc też o litości, bo błagania i próby płaczu na niego nie działały.
Wrócił jak gdyby nigdy nic. Wyglądał jakby poszedł do sklepu po bułki. Nie wzbudzał żadnych podejrzeń, nawet jeśli sama jego morda była cholernym ostrzeżeniem.
Otworzył drzwi od strony kierowcy i wsiadł do środka. Usiadł na siedzeniu, a na kolanach Senny położył dwie koperty.
— Szef był tak miły, że dał ci podwójną premię w ramach przeprosin za bycie dupkiem — powiedział, jakby to była prawda.
Nikt nie wiedział kto miał otrzymać premię, którą zabrał Damon, ale Tae słynął z tego, że trzymał mordę na kłódkę i nie zdradzał żadnych szczegółów co do swoich misji. Zwłaszcza jeśli chodziło o jego własne pobudki. Nie był typem co zdradza cały plan swojej ofierze.
Upewnił się jednak, że szef nikomu nic nie powie. Ani teraz, ani za trzydzieści lat.
Ruszył ponownie przed siebie, wracając na tą samą trasę, którą jechali nie tak dawno temu.
— Zgaduję, że głodna nie jesteś — rzucił, całkowicie normalnie, jakby przed chwilą wcale nie napadł na jej szefa, aby zdobyć premię. Dla jednych mogło to być drastyczne, a dla niego było normalnym piątkiem.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Poczekaj tu
— Damon — rzuciła upominawczym tonem, ale to go miało nie zatrzymać.
Ten, jak już coś postanowił, to nie było możliwości zmiany jego zdania. Jebany Asperger. Obserwowała, jak oddala się od samochodu, czując jak z każdym kolejnym jego krokiem coś się zaciska w jej trzewiach. Nie chciała, aby tam szedł, nie chciała, aby się wtrącał w jej sprawę z pracą, bo uznała to za etap zamknięty. Nie dostała koperty z premią – trudno; nie wzbogaciła się i była w punkcie zero. Tyle tylko, że ta zaborczość i nadopiekuńczość Koreańczyka wydawały się mieć o tym zupełnie odmienne zdanie.
I teraz kierowały kupę mięcha prosto do miejsca, w którym nie chciała, aby był. Już nawet nie dlatego, że możliwie zrobiłby komuś krzywdę, tylko to była jej sprawa, którą sama chciała zamknąć. Jej decyzja, jej kontrola.
Ale nie było jej to dane.
Gdy zobaczyła, jak wraca, odwróciła spojrzenie od okna, zerknęła w jego kierunku z powrotem, kiedy mężczyzna wsiadł do auta, a ona zdołała zauważyć, że ma coś w dłoni. I nie musiała zbyt długo się domyślać co to było. Nie zwróciła uwagi na koperty, które ułożył na jej nogach, ale ich piórkowa waga, zdawała się być dla niej ciężarem nie do zniesienia.
Niedbałym gestem odrzuciła je na jego kolana, kompletnie ignorując jego słowa.
Ale to, że je przemilczała, nie znaczyło, że ich nie słyszała i że nie wywarły na niej żadnej reakcji.
Nie chciała tych pieniędzy, bo miało ich nie być. Bo ich nie dostała. I nie chodziło o to, że to co zrobił, było niehonorowe. Ale o fakt, że to w ogóle zrobił, a przez to te pieniądze straciły dla niej jakąkolwiek wartość. Wcześniej jechała na tę całą wigilię firmową właśnie po to, by otrzymać premię, która zabezpieczyłaby jej niezależność finansową od niego. Oczywiście, że gdyby chciała, mogłaby w ogóle nie pracować i żyć na jego utrzymaniu, ale to zajadle gryzło się z jej własną osobą. Chciała niezależności i chciała kontroli we własnym życiu, nawet jeśli zdecydowała się je z kimś współdzielić, to przecież nie znaczyło, że nie mogła o niczym decydować samodzielnie. Zwłaszcza o samej sobie.
A jej granica została naruszona, nawet jeśli w dobrej wierze, o ile w ogóle można o takiej mówić przy tym, co prawdopodobnie zrobił w budynku.
Milczała. Nie w formie kary dla niego, bo wiedziała, że cisza to dla niego żaden problem. Milczała, bo wszystko procesowała w głowie, przeżuwała i próbowała jakoś uporządkować. Ale też milczała, bo nie miała mu nic do powiedzenia. Każdy komentarz spłynąłby po nim jak woda po kaczce; a jego wypłowiała empatia nie pozwoliłaby mu spojrzeć na to wszystko z jej perspektywy, bo ta z kolei nie była w pełni logiczna. Nie patrzyła na to w schemacie pieniądz to pieniądz. Dla niej pieniądz to niezależność i kontrola nad samą sobą. A teraz były tylko dowodem, że ktoś uznał, że wie lepiej.
Nie była typem, który teraz by robił awanturę. Milczała, wewnętrznie się cofnęła, a chłód był tylko i wyłącznie funkcjonalny.
Najwyraźniej jedynym, co miałby okazję przelecieć miała być lista filmów na Netflixie, aby znalazł sobie jakieś zajęcie.
— Nie jestem — odpowiedziała oszczędnie, obserwując drogę, która odbiła się w lusterku bocznym po jej stronie. Nie była z dwóch powodów – z jednego, o którym mówiła i który dotyczył jedzenia na imprezie, które wyniosła także jemu; z drugiego – bo jej żołądek i gardło były teraz mocno zaciśnięte. I to nie przez urażoną dumę, choć mogło to tak wyglądać z cudzej perspektywy.
-
Am I the monster in your eyes? Or just the victim of your lies? You made me into what you fear and now you're coming for me here.
I am the monster. You created what you see. I am the monster, that you forced me to be. You wanted darkness, you got your wish. I am the nightmare you can't dismiss.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie uważał, że postąpił źle, bo te pieniądze przecież i tak się jej należały. Nie rozumiał więc, że mogłaby mieć o to do niego jakikolwiek żal czy problem. To jednak nie powinno być też zaskoczeniem, bo Damon… był ciężkim przypadkiem gdy chodziło o uczucia, emocje czy jakiekolwiek czytanie ludzi, gdzie nie chodziło o wydobycie informacji czy szczegółów. Umiał obserwować gdy chodziło o ich czynności, monotonność dnia, zwyczaje i całą resztę, ale kiedy miał już czytać samych ludzi, to miał z tym pewien problem.
Nawet teraz.
Gdy odrzuciła koperty, zerknął tylko na nią krótko, ale się nie odezwał. Bez słowa zapiął pasy i ruszył przed siebie, aby jechać w kierunku mieszkania do którego mieli kilkadziesiąt minut.
Na jej suchą odpowiedź też nie zareagował. Zauważył jej oszczędność oraz wyczuł, że raczej nie była zadowolona z tego jak postąpił, ale nie zareagował. Nie tak, jak zapewne powinien był. Jak zrobiłby każdy normalny człowiek na jego miejscu. Z drugiej strony, nikt kto nie był nim, nie zachowałby się w taki sposób.
Prowadził w milczeniu, skupiając się na drodze. Nie zagadywał jej już, bo chociaż nie był jebanym emocjonalnym geniuszem, to wyczuwał zmianę nastroju, zwłaszcza w tak małym pomieszczeniu jakim było auto. Nie odczuwał jednak wyrzutów sumienia z tego powodu. Nie czuł się źle z samym sobą, bo w dalszym ciągu uważał, że szefowi się należało.
Ale on miał nieco zaburzone poczucie sprawiedliwości.
Gdy zatrzymali się na jednych z czerwonych świateł, zerknął na nią krótko, gdy dalej się nie odzywała.
— Wkurwiasz się bo? — spytał nieprzejęty, bo najgorsze dla niego było to, że on po prostu nie rozumiał za co miałaby być zła. I to nie tak, że nagle poczuł się źle z tym co zrobił, bo nie poczuł, tylko nie lubił nie wiedzieć. Potrzebował argumentacji i logicznego wyjaśnienia dla tego, że była zła.
Miał tyle gówna na sumieniu przez które się na niego nie wściekała, a teraz miała jakiś problem, którego nie rozumiał. A może po prostu wcześniej nie zauważał jej irytacji lub nie zwracał tak uwagi na to, że się wycofywała lub milczała. Bo chociaż dalej nie był mistrzem komunikacji, to i tak wydawał się adaptować do nowego środowiska oraz osób, które się w nim znajdowały.
Tylko bardzo, bardzo powoli.
— Nawet mu nie przywaliłem — rzucił luźno, ruszając na światłach prostą drogą.
Uważał, że i tak był bardzo łagodny oraz miły, gdy odbierał pieniądze, które nie należały do niego. Zważając na to do czego był zdolny, to nie zrobił praktycznie nic. Po prostu był bardzo przekonującym sobą.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Nie jestem wkurwiona — odpowiedziała, jednak bez tonu zimnej, urażonej baronowej, tylko tak, jak gdyby stwierdzała fakt. Jakby to była zwyczajna, spokojna konstatacja, nic ponad to. Nie odpowiedziała jednak na zawarte pytanie bo, zaczepiając się wygodniejszej kwestii, jaką było sprostowanie błędnie odczytanej przez niego emocji. Złość była absolutnie nietrafiona, bo ta występowała rzadko u niej. A jeśli już, to nigdy nie była jak pożar, który pochłaniał wszystko na swojej drodze. Była raczej niczym tygrys za stalowymi kratami – wielki, groźny, ale uwięziony i przez to też nie tak spektakularny. Często też niezauważony, bo nie był niebezpieczny. Po prostu leżał w swojej klatce, przyzwyczajony do niewoli.
— To dobrze — odpowiedziała automatycznie, kiedy poinformował ją, że nawet dyrektorowi nie przywalił. Nie była pewna, czy powiedział jej o tym, żeby mu biła brawo czy… co właściwie miała zrobić z tą informacją? Mogła się tylko cieszyć, że Damon będzie miał w najgorszym wypadku na karku tylko grabież, ale bez rozboju. Ależ ten mężczyzna się zmieniał.
Tak naprawdę teraz zastanawiała się, czy w ogóle był sens, aby mu to wszystko tłumaczyć. Z tą jego wypłowiałą empatią, nie liczyła na to, że ją zrozumie. Bo jej reakcja, w uproszczonym równaniu: poszłaś tam dla pieniędzy, nie dostałaś ich, więc to rozwiązałem, była absolutnie przecież nietrafiona. Powinna się cieszyć, że dostała kasę, a zamiast tego nie chciała jej przyjąć.
A w tym wszystkim nie było nawet grama urażonej dumy, tylko zupełnie coś innego.
Wolała chociaż nazwać tę ciszę, żeby uniknąć kolejnych interpretacji z jego strony. Był bardzo mądry, choć nie na poziomie emocjonalnym. No i działał na schemacie rozwiązywania problemów
— Nie milczę, bo jestem wkurwiona — podjęła, zanim zdołałby rzygnąć kolejne pytanie czy kolejną próbę dochodzenia, co jest nie tak. — Milczę, bo porządkuję myśli, Damon. Też tak robisz. — On w zasadzie był mało rozmowy, ale ona przy nim też nie wypadała na paplę. Wspólne milczenie było ich wygodną, dobrą formą spędzania czasu.
Układała sobie w głowie to wszystko i próbowała jednocześnie zrozumieć go; możliwie też – przesunąć własne granice tak, aby uniknąć konfliktu z nim, który chciał dobrze, tyle że bezdyskusyjnie i po swojemu. Powtarzała sobie przez cały ten czas, jak mantrę, że naprawdę chciał dobrze. Bo przecież dbał o nią, w ten swój szorstki i bardzo jego sposób; bo przecież nigdy nie chciał źle.
Doszło do tego, że zaczęła rozważać słuszność własnych granic i własnego samopoczucia, tylko po to, żeby nie być złą na niego, bo przecież chciał dobrze. Nie wiedziała, jak funkcjonuje się w bliskiej relacji; nie wiedziała też, co ma robić z własnymi granicami, kiedy te zostawały nie tyle, co naruszone, a deptane. Nie chciała być problematyczna, bo i tak już widziała w sobie problem – w jej podkopanej samoocenie, w braku poczuciu własnej wartość; w tym, że musiał rozumieć i respektować jej wynikłe z traumy granice, które niesłusznie musiały dotyczyć też jego, a przecież on nic nie zrobił, bo to nie on był oprawcą. Nie chciała tym bardziej wieszać na nim swoich emocji i odczuć, kiedy wiedziała, że on i tak tego nie zrozumie.
Więc to wszystko było dla niej po prostu trudne.
To nie była pierwsza taka sytuacja, kiedy zrobił coś, co ją cofnęło, tak poza jej własną kontrolą. Gdy nawarczał na nią na spacerze z Texem, na długo przed tym, kiedy zostali nimi a nie nią i nim, też coś się w niej przesunęło. Różnica była jednak taka, że wtedy nie było im nawet po drodze do siebie, nawet jeśli ona zaczynała się z nim oswajać; no i taka, że wtedy nie miała poczucia, że przecież chciał dobrze. A efekt był podobnie, lub nawet tak samo, ciężki
Damon Tae
-
Am I the monster in your eyes? Or just the victim of your lies? You made me into what you fear and now you're coming for me here.
I am the monster. You created what you see. I am the monster, that you forced me to be. You wanted darkness, you got your wish. I am the nightmare you can't dismiss.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
W porządku. Skoro nie była wkurwiona, to przyjął ją do wiadomości i niczego nie skomentował. Nie był typem człowieka, który się domyślał. Nie zamierzał dociekać i przepraszać, jeśli też nie miał za co. Nie mówiąc o tym, że on nie zwykł do tego, aby przepraszać za cokolwiek. Jeśli zachodziła taka potrzeba, a on to uznał za słuszne, to potrafił przyznać się do winy. Potrafił powiedzieć, że źle zrobił, że coś było błędem.
Ale to były skrajne przypadki. A to takie nie było.
Sam do końca nie rozumiał dlaczego i tak drążył temat jej milczenia, bo zwyczajnie miałby na to całkowicie wywalone. Skoro ktoś się nie odzywał, był zły lub obrażony, to nie był to jego interes. Nie kierował się wyrzutami sumienia. Dla niego to było nawet lepiej, bo nie musiał podejmować z kimś interakcji. W jej przypadku jednak odczuwał dziwną niedogodność, która była dość irytująca. To był nieprzyjemny dyskomfort, którego chciał się pozbyć. Nie był on jakiś niesamowicie nie do zniesienia, ale był wyczuwalny.
A jemu się to niespecjalnie podobało.
Postanowiła się z nim jednak podzielić pewnym wyjaśnieniem. Czyli to, czego oczekiwał. Milczała, bo musiała uporządkować myśli. To było dla niego do zaakceptowania, bo faktycznie sam często tak robił. W zasadzie całe życie. Nie odzywał się, bo zwykle nie było potrzeby lub analizował kogoś w głowie. Nie zdradzał się ze swoimi zamiarami, ani myślami. I nie zamierzał nigdy też nikogo ciągnąć za język.
Teraz też tak było.
Wysłuchał jej wyjaśnienia i przytaknął głową.
— Okay — rzucił tylko krótko, wracając spojrzeniem do drogi przed nimi.
Więcej się już nie odzywał. Nie zagadywał, ani nie drążył. Skoro porządkowała myśli, to zamierzał jej po prostu na to pozwolić i nie wpierdalać się ze swoim zdaniem. Dlatego skupił się przede wszystkim na kierowaniu i dojechaniu bezpiecznie do domu, nawet jeśli i tak jechał zdecydowanie szybciej niż pozwalało prawo.
Dojechał pod dom i zaparkował. Zgasił auto i zerknął krótko w jej stronę, jak gdyby chcąc ocenić czy zamierzała dalej milczeć, czy jednak się odezwać. Nie wyglądała jednak na zbyt rozmowną, dlatego otworzył drzwi od auta i wraz z nią skierował się do mieszkania. Otworzył jej nawet drzwi do klatki, bo taki był z niego jebany gentleman, chociaż tak naprawdę, to po prostu osłaniał jej tyły. Nawet jeśli byłaby na niego śmiertelnie wkurwiona, to dalej by to robił.
Jechałby obok niej na jebanej autostradzie, jakby zdecydowała się iść z buta.
Wszedł za nią do mieszkania i zamknął za nimi drzwi. Wciąż się nie odzywał, dając jej przy tym tyle przestrzeni ile potrzebowała, skoro porządkowała z jakiegoś powodu myśli. Nie była wkurzona, że tam poszedł i zdobył pieniądze, więc nie rozumiał dlaczego w ogóle nagle zaczęła milczeć. Łatwo szło dodać dwa do dwóch, bo jej zachowanie się zmieniło w momencie gdy wysiadł i wrócił z kopertami. Jednak gdy o to zapytał, ona stwierdziła, że nie jest wkurzona tylko porządkuje myśli.
Dla niego to był jasny sygnał.
Rozebrał się z kurtki i butów, wszedł wgłąb mieszkania i poszedł do łazienki. Zerknął za nią w milczeniu gdy przechodził, ale nic nie powiedział. Wziął krótki, szybki prysznic i wrócił, ubrany w czarne spodnie od dresu. Przejechał ręcznikiem po włosach, niedbale je wycierając.
— Doszłaś do jakichś wniosków? — rzucił mimochodem, opierając się ramieniem o framugę drzwi do sypialni. Skoro układała myśli, to musiała nad czymś myśleć. Nie pytał o czym, ale był mimo wszystko ciekawy czy chociaż wszystko sobie uporządkowała.
Valkyrae Callahan
-
— What are your biggest weaknesses?
— Tall men who need therapy
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Ale nie ignorowała go. Reagowała na każde spojrzenie, każdy ruch – nieco słabiej, ale wciąż.
Gdy się zatrzymał to nawet podziękowała mu za to, że ją odebrał. Nie traktowała tego jako jego obowiązek – przecież mogła wziąć ubera. Albo po prostu nie pić, czego w zasadzie nie robiła przez całą wigilię. Może by się przełamała później do kieliszka szampana, ale cóż.
Po wejściu do mieszkania poszła prosto do sypialni, siadając na łóżku, aby jeszcze raz wszystko w spokoju przemyśleć. Szum prysznica uspokoił ją nieco, bo wiedziała, że ma nieco więcej czasu. Bo zakładała, że król praktyczności i racjonalizmu to nie pozwoli temu wszystkiemu tak leżeć i nie dawać jasnego wyniku.
W końcu wstała by zdjąć sukienkę. Damon pojawił się chwilę później
Nie odpowiedziała od razu na to pytanie, mieląc je w głowie. Stała przez chwilę w tym miejscu, w którym ją zastał, czując jak jego pytanie ciężko siada na jej umyśle, może nawet ciężej niż powinno. Z pozoru przecież brzmiało to bardzo neutralnie, bardzo w jego stylu bo technicznie, ale w jej głowie automatycznie uruchomiło cały ciąg dalszy. Wnioski oznaczały decyzję, a decyzja oznaczała albo konflikt albo jego brak. Konflikt z kolei oznaczał konieczność powiedzenia na głos czegoś, czego jeszcze nie umiała ubrać w słowa w taki sposób, żeby nie zabrzmiało jak wyrzut. I aby w ogóle to zrozumiał. Bo nie sądziła, że to co dla niej było problemem i to głęboko osadzonym, dla niego byłoby zrozumiałe.
Wiedziała też, że to nie była złość, choć może powinna. Byłaby znacznie prostsza, dawałaby kierunek i zapalnik do walki o swoje. Tutaj jednak tegp zapalnika nie było, tylko poczucie cofnięcia się o krok w momencie, w którym miała przecież wrażenie, że już nauczyła się stać pewnie. To co zrobił nie było dla niej przemocą ani zdradą zaufania, było czymś gorszym w tej chwili: decyzją podjętą za nią, chociaż w dobrej wierze, bez konsultacji, z pełnym przekonaniem, że tak jest lepiej i pomimo tego, że chciała inaczej.
Mogła – albo raczej: powinna – powiedzieć, że przekroczył granicę. Spróbować wytłumaczyć, że nie chodzi już nawet o pieniądze, tylko o fakt, że to ona chciała decydować, nawet jeśli decyzja była niewygodna. Wiedziała jednak, jak to by zabrzmiało w jego głowie. Jak coś kompletnie pozbawione sensu czy logiki. A ona była zmęczona, zbyt zmęczona na ten moment, żeby prowadzić rozmowę, w której to ona musiałaby udowadniać zasadność i logiczność własnych granic. I to z pełnym przekonaniem, że i tak nie zrozumie, bo patrząc na to pragmatycznie – było głupią decyzją pozbawioną sensu
— Tak — odpowiedziała w końcu, odwieszając sukienkę do szafy. Ton głosu zachowała spokojny i bez tego głupiego wybrzmienia domyśl się. I bez wydźwięku urażonej baronowej. — Przepraszam — powiedziała, odwracając się na moment w jego stronę, aby wiedział, że to on był adresatem tych przeprosin. — Niepotrzebnie zrobiłam z tego problem — dodała, odwracając się z powrotem do szafy, aby wyciągnąć luźniejszą koszulkę, by ją na siebie wciągnąć i mianować dzisiejszą piżamą.
Wykonała krok w tył. Rekalibrację własnej granicy i pozycji w tej relacji, oddając mu więcej kontroli, niż faktycznie by chciała. Ale zamknęła temat, co pozwalało pozostać dalej bez bezpośredniej konfrontacji, której nawet nie potrafiłaby podjąć. Ze świadomością że nie musiała dalej tłumaczyć, bronić się ani wycofywać z własnych słów.
Po prostu: zostawiła to w sobie. Tak jak wiele innych rzeczy wcześniej, nawet nie za jego kadencji.
Damon Tae