ODPOWIEDZ
26 y/o
For good luck!
164 cm
Asystent Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Górne światła już od dawna były wyłączone. Lampka na biurku oraz monitor laptopa rozświetlały jej twarz. W biurze od co najmniej dwóch godzin było tak cicho, że słyszała jedynie szum elektroniki w tym ekspresu do kawy w oddali, który co jakiś czas się załączał na samooczyszczenie. Dźwięk ten przypominał jej, gdzie wciąż się znajduje od… dziesięciu godzin? Straciła już rachubę.
W piątek miała pierwszy raz zaprezentować swój projekt. Czekała na tą szansę od roku. Odkąd tylko przekroczyła próg biura dwanaście miesięcy temu, a nawet znacznie wcześniej, kiedy zamarzyła o zostaniu architektem. To było w ostatniej klasie szkoły średniej. Dlatego nie było możliwości, aby mogła przegapić swoją szansę. Tym bardziej, że dzisiaj była środa, więc niewiele czasu jej pozostało, aby wszystko dopracować. A Skye była przecież perfekcjonistką. Poprawiała i zmieniała koncepcję tysiące razy. Sprawdzała obliczenia tak często, że momentami musiała na chwilę przymykać oczy i odchylać głowę, bo wzrok jej wszystko rozmazywał. Z prawej strony pod ręką miała też swój skórzany notatnik. Prezent, który dostała w pierwszym tygodniu pracy. Lubiła notować w nim pomysły i wszystkie ważne wiadomości. W tej kwestii była trochę oldschoolowa. Oparła się wygodnie o oparcie fotela, by spojrzeć na cały plan nieco z oddali. Jednocześnie co rusz jej dłoń rysowała nic nieznaczące wzory na stronie notatnika. Próbowała wyłączyć umysł i skupić się tylko na pracy. To było jej teraz priorytetem.
Ale umysł lubił przecież płatać figle, czyż nie? Najwyraźniej jej był niezłym żartownisiem, bo rzucał jej obrazy z Joshem. Pierwsze spotkanie w klubie. Pierwsza randka. Pierwszy pocałunek. Pierwszy seks. Pierwsze wyznanie miłości. Nie czekała z tym długo, bo nie czuła takiej potrzeby. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Taka, która uderza Cię znienacka i pochłania całkowicie. Bez pytania ani ostrzeżenia. Zakochała się bez pamięci i była to odwzajemniona miłość- nie miała co do tego wątpliwości. Lecz z czasem przyszły też te pierwsze kłótnie. Pierwsze łzy. Pierwsze krzyki. Pierwsze niespełnione oczekiwania i żal. Mimo wszystko wciąż byli razem, podnosząc się po każdym upadku i idąc dalej wspólnie przez życie. Skye wiedziała, że w tym wszystkim dużą rolę odgrywała osoba trzecia. Czasami żartowała nazywając go dobrą wróżką jej związku z Joshem. Jednak to nie był tylko nic nieznaczący żart, ponieważ Murray uważała momentami, że gdyby nie Dominic, jej związek nawet by się nie zaczął. Czy to nie było przeznaczenie, że akurat wylądowała w tej samej firmie co on? To od niego dostała numer do Josha. To on nie raz podsuwał jej pomysł, co mu kupić w prezencie, bo przecież najlepiej znał swojego przyjechała. Poza tym był od zawsze dużym wsparciem dla kobiety. Pocieszał ją po kłótniach próbując jakoś to wszystko pogodzić, a na dodatek był jej mentorem w pracy. Otoczył ją niewidzialną ochroną. Stawał się nie tylko przyjacielem jej chłopaka, ale także i jej własnym. Już tyle wieczorów przegadali po godzinach pracy, że ciężko jej było go tak nie nazywać. Przy nim czuła pewną swobodę. Całkowitą lekkość wypowiedzi bez ryzyka niezrozumienia czy wyśmiania. Zawsze ją wysłuchał. Zawsze był przy niej.
Powinna się skupić tylko na projekcie. Na tym czy wszystko ma ręce i nogi i nie zaliczy ogromnej wtopy w najbliższy piątek. Jednak nie mogła całkowicie wymazać tych dwóch mężczyzn ze swojej głowy. Gdzieś kłębili się w jej głowie, gdy wpatrywała się w ekran monitora. Nagle usłyszała dźwięk za swoimi plecami i wyrwana niczym z transu wyprostowała się szybko na krześle.
- Boże, Dominic… wystraszyłeś mnie- powiedziała, gdy po odwróceniu zauważyła mężczyznę za sobą. Mówił coś do niej? Nie była pewna. Przestraszyła się trochę, co było widać po szybko unoszącej się klatce piersiowej. - Co tutaj jeszcze robisz? Myślałam, że już wszyscy wyszli- spytała już nieco pewniej z lekkim uśmiechem. Reyes zawsze wywoływał na jej twarzy uśmiech. Nie potrafiła już inaczej reagować na jego widok niż szeroko uniesionymi kącikami ust. Skye, to normalne! W końcu to Twój przyjaciel. Tylko przyjaciel. Przyjaciel Josha również.


Dominic Reyes
29 y/o
For good luck!
186 cm
Architekt w Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

#1

Gdyby najbliższych Dominica poproszono o określenie mężczyzny jednym słowem, w przeważającej większości odpowiedź brzmiałaby: pracoholik. Blondyn zdecydowanie zbyt często zatracał się w pracy, spędzając długie godziny nad projektami, by doprowadzić każdy szczegół do perfekcji. Pochłonięty szkicami i obliczeniami, nie tylko tracił poczucie czasu, ale przede wszystkim skupiał myśli na jedynej sensownej rzeczy, która w życiu mu wychodziła. Tylko w ten sposób skrzętnie zagłuszał zdradzieckie podszepty podświadomości, że może jednak istniało coś więcej poza pracą?
Ilekroć taka myśl zapalała mu się w głowie, uparcie wmawiał sobie i innym, że niczego więcej nie potrzebował do szczęścia. Lubił wolność i nawet nie chciał się zastanawiać nad tym, czy kiedykolwiek chciałby z niej całkowicie zrezygnować. Co prawda, wcale nie pocieszało to jego mamy, ale nawet ona nie była w stanie wpłynąć na zmianę stylu jego życia. Widząc jej zatroskane spojrzenie, zwykle żartował, że jest w jednym poważnym związku… z pracą.
Ten wieczór również spędzał w biurze. Dźwięk nadchodzącej wiadomości odwrócił jego uwagę od kreślonej właśnie na ekranie więźby dachowej. Odchylił się na fotelu i zerknął na telefon.

Hej, Przystojniaku, czekam ;)

Pod wiadomością pojawiło się zdjęcie autorki w koronkowej bieliźnie, na które Dominic zawadiacko uniósł kącik ust. Ostatni raz spojrzał na swoje dzieło, upewniając się, że wyglądało rozsądnie, po czym zapisał zmiany, zgarnął z blatu telefon oraz klucze do auta i udał się do wyjścia.
Przyzwyczaił się wychodzić z biura o skandalicznie późnych porach, gdy większość pomieszczeń spowijał już półmrok. Zaskoczyło go więc niewielkie światło zapalone w części otwartej. Przy jednym z biurek ukazała mu się postać ciemnowłosej dziewczyny. Odwrócona tyłem, w pełni skupiona na ekranie monitora, zupełnie nie zwracała uwagi na otoczenie.
Dominic zwolnił kroku, a na jego usta niepostrzeżenie wkradł się uśmiech. Doskonale wiedział, jak bardzo Skye czekała na moment, w którym w końcu będzie mogła się wykazać. Gdy tylko przekazano jej zlecenie na zebraniu, wystarczyło jedno porozumiewawcze spojrzenie, by zobaczyć iskierki w jej oczach, które mówiły znacznie więcej niż słowa.
Po raz pierwszy zauważył je rok temu. Wtedy powodem błysku w jej błękitnych tęczówkach stał się Josh. Na nikogo innego nie patrzyła tak, jak na najlepszego przyjaciela Dominica. I choć mężczyźni zwykle nie gustowali w takich samych dziewczynach, tak już wtedy blondyn zazdrościł kumplowi, że to on wpadł Skye w oko. A później Reyes spotkał ją w pracy i w ciągu ostatniego roku poznał ją znacznie lepiej, by tylko się upewnić, że Josh był ogromnym szczęściarzem. Dominicowi pozostało jedynie pilnować, żeby tak pozostało.
Niestety, ostatnio iskierki w oczach Skye pojawiały się znacznie rzadziej. Zamiast tego coraz częściej odbijał się w nich smutek i zatroskanie, a na to Nicky nie potrafił już patrzeć bezczynnie. Nie mówił na głos, jak wkurzało go, że Josh czasem nie potrafił się zachować, jak na faceta przystało, i występował w roli mediatora. Najgorsze było to, że był zbyt lojalny względem obojga, przez co czasem jedyne, co mógł zrobić, to być.
Gdy w dłoni zawibrował mu telefon, na moment mocniej zacisnął na nim palce. Czuł, że nie powinien jej przeszkadzać. Poza tym kolejny sms przypomniał mu, że oczekiwano go w innym miejscu i powinien się pospieszyć. Mimo to, kiedy brunetka niemal podskoczyła wystraszona na swoim fotelu i podniosła na niego spojrzenie, obdarzył ją pełnym uśmiechem.
Hej, Piękna — odezwał się w swoim zwyczaju i podszedł bliżej. — To tylko ja. Ty i Twój projekt jesteście bezpieczni. - Uniósł ręce w obronnym geście, a jego usta pod wpływem rozbawienia rozszerzyły się jeszcze bardziej. — No, właśnie, miałem zadać to samo pytanie. Czy mi się wydaje, czy postanowiłaś robić mi konkurencję? Myślałem, że to ja mam tytuł pracownika miesiąca w kieszeni. - Mówiąc to, ściągnął żartobliwie brwi, po czym schował komórkę do kieszeni marynarki i przysiadł na skraju biurka, tuż obok notatnika. Tego samego, który podsunął Joshowi jako pomysł na prezent. - Jak Ci idzie? - zapytał, spoglądając przez ramię na pracę Skye. Jej propozycja już na pierwszy rzut oka wyglądała obiecująco. Tak naprawdę akurat o to nie musiał się martwić, bo był pewien, że cokolwiek kobieta przedstawi w piątek, wypadnie świetnie. Bardziej niepokoił go fakt, że spędzała przy tym o wiele więcej czasu, niż musiała. I to sama.


Skye Murray
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
164 cm
Asystent Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Lubiła zostawać w biurze po godzinach. Rozkoszowała się ciszą na open space, gdzie w ciągu dnia zawsze panował harmider - dźwięki drukowanych projektów zlewały się ze stukaniem w klawiaturę i rozmowami między pracownikami. Przez większość czasu ten panujący chaos dawał jej energię do działania. Dobre kontakty z ludźmi z biura powodowały, że z przyjemnością przyjeżdżała do pracy jeszcze przed czasem, a ten z kolei upływał jej znacznie szybciej. Ale ta chwila, gdy już wszyscy wyszli i mogła zostać sama ze swoimi myślami? Bez pośpiechu sprawdzić czy wszystkie zadania zaplanowane na dzisiaj wykonała. Zweryfikować plany na kolejny dzień. Wypić jeszcze jedną kawę i zostawić na biurku nieskazitelny porządek. A czasami tak jak dzisiaj - pracując w ciszy i spokoju, gdzie była tylko ona i laptop skrywający materiały, które przygotowywała, by wykazywać się przed przełożoną każdego miesiąca.
Było też drugie dno tych coraz częstszych wieczorów spędzanych po godzinach pracy przy ekranie monitora. Gdzie miała się spieszyć? Nikt na nią w domu nie czekał. Jej współlokatorka pracowała w klubie zazwyczaj na drugą zmianę, więc przez większość czasu się mijały. Miało to sporo plusów jak chociażby namiastkę mieszkania tylko dla siebie przy podziale kosztów. Dodatkowo nie zajmowały sobie nawzajem łazienki i nie było problemu, że któraś jest za głośno, gdy druga śpi. Wydawać by się mogło, że był to układ idealny, ale Skye czuła się samotna. Czy powinna się tak czuć będąc w szczęśliwym związku z mężczyzną jej życia? Coś było w tym nie tak. W teorii powinna być szczęśliwa. Hipotetycznie pary z rocznym stażem nie powinny mieć żadnych większych problemów korzystając z każdej wolnej chwili, aby ją spędzić we dwoje. Niestety w jej życiu teoria nie miała tak wiele wspólnego z rzeczywistością, w której czuła, że Josh jest nią znudzony. Jak inaczej wytłumaczyć fakt, że spotykali się coraz rzadziej? Gdy coraz częściej spędzali wieczory osobno - każde w swoim mieszkaniu. To była kolejna rzecz, która zaczęła ich różnić. Skye nie była pewna czy ten związek jest traktowany przez niego na poważnie, skoro nie wykazuje żadnych chęci wspólnego zamieszkania. Natomiast jej próby rozmowy o ich związku zbywał i nazywał naciskaniem. Dlatego o wiele przyjemniej było spędzać więcej czasu w biurze, w którym miała coraz więcej miłych wspomnień niż we własnym domu.
I w biurze był też Dominic. Tak samo jak ona - zawsze punktualny. Poza tym? Nie mieli już żadnych cech wspólnych. On mimo młodego wieku stawał się już cenionym i szanowanym architektem z własnym gabinetem, gdy ona z kolei raczkowała w tej branży. Do tego był zabawny i czarujący roztaczając przy tym aurę ciepła, a także pewnej tajemniczej niedostępności. To i tak nie przeszkadzało prawdopodobnie wszystkim kobietom w biurze wzdychać do niego, a facetom zazdrościć mu tego czegoś. Skye natomiast nie była w żadnej grupie. Ona patrzyła na niego z pewnym podziwem i wdzięcznością, że jest w jej życiu. Widziała w nim mężczyznę, który to co miał osiągnął ciężką pracą - czy to godzinami spędzonymi nad projektami czy w siłowni rzeźbiąc swoje ciało. Dostrzegała w nim ten zadziorny charakter, ale i inteligencję oraz błyskotliwość. A przede wszystkim ceniła go za ogromną empatię.
Dlatego poczuła ulgę, że to on był za nią, ale i jej serce nieco przyspieszyło. Ostatnio coraz częściej miała tak w jego towarzystwie. Czy to wstyd przed problemami, z którymi borykali się z Joshem? - Oh myślałeś, że kolejny miesiąc będzie tak łatwo? Czy to nie jest zbyt nudne? Nie lubisz trochę porywalizować?- poruszyła wymownie brwiami na koniec unosząc jedno znacząco. Odchyliła się ponownie na krześle obserwując jak zajmuje miejsce na jej biurku. Mimowolnie uśmiechnęła się jeszcze szerzej, że przystanął na chwilę chociaż był dzisiaj w biurze chyba jeszcze wcześniej niż ona. - Myślę , że w tym miesiącu możesz się pożegnać z tytułem- puściła mu oczko rozbawiona, zanim spojrzał na projekt i poruszył ten temat. Kąciki jej ust opadły momentalnie. Westchnęła głośno odchylając głowę do tyłu i zasłaniając twarz dłońmi. - Albo będziesz mieć wygraną w kieszeni, gdy zwolnią mnie po piątkowym spotkaniu- jęknęła sfrustrowana, że tak wiele zależy od jednego spotkania! Chciała dobrze wypaść. Chciała udowodnić im, że potrafi. Rodzicom. Tym, którzy nie akceptowali jej wyborów i zawsze wymagali więcej i więcej. Chciała im pokazać, że świetnie sobie radzi. Ale jak ma to zrobić, gdy stworzyła projekt, który pewnie nikomu się nie spodoba?
Zabrała dłoń z twarzy i spojrzała ponownie na Dominica. Próżno było szukać u niej uśmiechu, a zaczynała się pojawiać rezygnacja. - Wiesz, że wtedy będziesz musiał mi urządzić imprezę pożegnalną? Tak jak teraz robi się imprezy z okazji rozwodu, tak ja chcę imprezę z okazji wyrzucenia z pracy - zsunęła się bardziej na fotelu opierając łokcie o podłokietniki. Uwielbiała Dominica. Był jej mentorem i wsparciem. Ale jednocześnie peszyła się przy nim jeżeli chodziło o sprawy zawodowe. On wszystko opracowałby znacznie lepiej. On był perfekcyjny w każdym calu. Ona? Zwykłą Skye Murray.



Dominic Reyes
29 y/o
For good luck!
186 cm
Architekt w Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

W kwestii pracy rzeczywiście byli do siebie podobni - oboje starali się zachować pełen profesjonalizm i pokazać się z jak najlepszej strony, swoją wartość okazując poprzez działanie. Dominic zdawał sobie sprawę, ile wysiłku trzeba było włożyć, by zostać dostrzeżonym w branży i wybić się ponad tłum. I że Skye czekała jeszcze pewna droga, którą dopiero co sam kroczył. Wiedział jednak, że skoro on sobie poradził, i to bez żadnych znajomości, to ona tym bardziej. Nie wykluczał, że z czasem uczeń przerośnie mistrza i jeśli miałby być całkowicie szczery - nie przeszkadzałoby mu to. Starał się jak mógł, by spełnić jej marzenia i stać się tego chociaż częścią. Małą gwiazdką na jej niebie. To mu wystarczyło. To musiało mu wystarczyć.
Oczywiście, że lubię, ale tylko wtedy, kiedy mam jakiekolwiek szanse na wygraną - mrugnął do niej zawadiacko. Nawet nie miała pojęcia, jak bardzo lubił rywalizować, zwłaszcza podczas gier słownych, w których, bez względu na wynik, ostatecznie każda z osób była równie usatysfakcjonowana. Skye miała się nigdy o tym nie przekonać. — Kiedyś w końcu musiało to nadejść - pokręcił głową w odpowiedzi, udając zawód. Gdy jednak dziewczyna odsłoniła przed nim maskę pozornej pewności siebie i wyznała mu swoje obawy, Dominic ściągnął brwi. Już dawno zauważył, że czasem za bardzo się przejmowała. Zbyt często obawiała się opinii innych, przez co traciła swój naturalny optymizm, który tak w niej lubił. Brakowało jej wiary w siebie, a Josh niestety niczego jej nie ułatwiał. Na samą myśl o tym blondyna aż skręciło ze złości, ale w tej chwili postanowił skupić się przede wszystkim na Skye.
Przecież nie może być tak źle, Słońce. Tyle razy patrzyłaś mi przez ramię i sprawdzałaś moje projekty, że nawet z zamkniętymi oczami doskonale wiesz, co robić, żeby wyszło dobrze - spojrzał na ciemnowłosą znacząco. Jeśli ona nie była tego pewna, to on był za ich dwoje. - No, chyba że musiałabyś pomylić jakieś współczynniki, żeby narazić konstrukcję na zawalenie - wydął dolną wargę w zastanowieniu, lecz jego spojrzenie zdradzało rozbawienie. Czasem do takich błędów dochodziło, bo łatwo mogło się to przeoczyć, ale wyszkolił Skye na tyle, że akurat w tym aspekcie nie powinna mieć żadnego problemu. Znając ją, milion razy sprawdziła obliczenia, zanim przeszła do szkicowania. Podobała mu się ta jej skrupulatność, z którą podchodziła do każdego powierzonego jej zadania. Widział, jak bardzo przykładała się do wszystkiego, co jej zlecano, i ile serca potrafiła włożyć w każdą czynność. Zdążył poznać wiele osób, które nie potrafiły doskoczyć jej nawet do pięt. Pod żadnym względem.
Usłyszawszy jej życzenie, zaśmiał się szczerze.
Nie urządzę Ci takiej imprezy, bo nie będzie takiej potrzeby - zapewnił, gdy już uspokoił oddech, ale szeroki uśmiech nie schodził mu z twarzy. - Skye, jesteś cholernie dobra w tym, co robisz, tylko pozwól innym jeszcze się o tym przekonać. I nie dostosowuj się do nich, zrób swoje. A jeśli… JEŚLI coś im się nie spodoba, co absolutnie wykluczam, to znaczy, że coś z nimi jest nie tak. I dopiero wtedy pomyślimy co dalej, hm? - Przechylił nieco głowę, wbijając w nią swoje spojrzenie z oczekiwaniem. Jego dar przekonywania potrafił czynić cuda, ale Skye była dla niego niewiadomą - nigdy nie mógł być pewien, co odpowie lub co zrobi. Mimo rocznej przyjaźni wciąż potrafiła go zaskoczyć i odpowiedzią sprowadzić na ziemię. Zupełnie, jakby była odporna na jego czar. Może to i dobrze? A może Dominic świadomie nigdy nie próbował wpłynąć na Skye tak, jak zdarzało mu się to czynić z pozostałymi kobietami? Szanował granice, których nie powinien przekraczać.
No, dobra. Żeby nie być gołosłownym, możesz mi pokazać swój projekt. Jeśli chcesz - zaproponował, wskazując na laptop. Nie chciał robić niczego wbrew jej woli i wolał, żeby sama podjęła decyzję, czy była w stanie mu zaufać, choć sam nie widział ku temu żadnych przeszkód. Przecież w pozostałych sprawach udało im się stworzyć wokół siebie bańkę bezpieczeństwa, dzięki której całkiem dobrze się dogadywali. Nie stanowił dla niej żadnego zagrożenia. Albo przynajmniej o tym zapewniał siebie i innych.


Skye Murray
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
164 cm
Asystent Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Odpowiedź Dominica ją usatysfakcjonowała i pokiwała ze zrozumieniem głową, bo miało to sens. Nikt chyba nie lubił rywalizacji, jeżeli wiedział, że nie ma żadnych szans, aby wygrać. A to, że on uważał, że tak jest w ich przypadku? Połechtało to jej ego, nawet jeśli wiedziała, że to żart. Lubiła te ich przekomarzanki. Chociaż momentami czuła jak się nagle urywają… Tak jakby Dominic chciał coś powiedzieć, ale obawiał się jej reakcji. A może to tylko złudne wrażenie?- Ciesz się , że to do mnie może trafić ten tytuł. Wolałbyś, aby zgarnął go Jenkins? Dziwię się, że Louise się jeszcze nie zorientowała jak on kombinuje i przerzuca robotę na innych- przewróciła z lekkim rozgoryczeniem oczami na myśl o koledze z biurka obok, który prześlizgiwał się między projektami i udawał wielce zapracowanego, gdy w rzeczywistości nie robił prawie nic. Skye miała uczulenie na leni i kłamców. Nienawidziła kłamstwa. Zaraz jednak sobie o czymś przypomniała i aż z rozrzewnieniem się wyprostowała na fotelu. - A przy tym ostatnio go przyłapałam jak podkrada mi moje jogurty kokosowe!- tak. To był bardzo ważny aspekt rozmowy, bo przecież to Reyesowi się żaliła od dwóch tygodni, że znika jej ulubiona przekąska z lodówki. Nawet jeśli rano były tam jeszcze dodatkowe opakowania, których akurat ona nie wsadzała, to w porze lunchu znikały już wszystkie.
Jednak na jego kolejne słowa się nieco speszyła. Aż zarumieniła słysząc najpierw to Słońce , a potem całą resztę. Jej oczy momentalnie się rozszerzyły i zaświeciły na pochlebstwa, których ostatnio tak rzadko słyszy. Szczególnie od osób, na których jej najbardziej zależy. Miło było, że ktoś wierzy w nią i jej umiejętności. Nawet jeśli nazwał ją Słońcem tak jak pewnie mówi do prawie każdej kobiety - to sformułowanie ją rozczuliło. Było w tym coś czułego, ale starała się też nie tworzyć wokół tego drugiego dna. Tym bardziej, że ostatecznie i tak zażartował sobie z niej. - Dominic, nawet tak nie żartuj!- jęknęła głośniej udając obrażoną, ale w rzeczywistości była tym trochę rozbawiona, więc i tak się roześmiała na koniec. Była szansa, że się pomyliła w obliczeniach. Nawet jeśli sprawdzała jej tysiące razy, to szansa była. Nie mogła też zaprzeczyć, że nie raz go podglądała jak pracuje. Oczywiście, żeby się nauczyć od niego zawodu, a nie obserwować to cholernie seksowne skupienie na twarzy.
Natomiast kolejne słowa nie tylko znowu podbudowały jej ego, ale też nieco skonsternowały. Dominic zawsze był dla niej miły. Prawda była taka, że on był miły dla wszystkich kobiet. Już pierwszego wieczoru, gdy poznała jego i Josha, Reyes przeskakiwał z jednej dziewczyny do drugiej. Skye miała wrażenie, że on się wręcz otacza wianuszkiem pięknych i chętnych na niego kobiet i jak najbardziej mu odpowiada tak spore zainteresowanie jego osobą. Nie dziwiła im się, bo nie można było zaprzeczyć, że był przystojny, a do tego czarujący i inteligentny. Już na pierwszy rzut oka był ideałem faceta. Niestety według Murray ideałem, który szukał tylko zabawy. Ona tym nie była zainteresowana. Tak samo jak Josh, który skradł jej serce. Dominic utorował sobie drogę do niej poprzez przyjaźń i bardzo doceniała tą relację z nim. Już od pierwszych dni w pracy stał się jej mentorem, a w kolejnych miesiącach dał jej niesamowite wsparcie także w życiu prywatnym. To momentami ją przytłaczało, bo dotychczas radziła sobie ze wszystkim sama. Nie chciała innym się narzucać i nie oczekiwała, że będą za nią rozwiązywać jej problemy. Zrobiło jej się głupio, bo poczuła się, że z Joshem przesadzili angażując Dominica w swoje konflikty. Ona przesadziła tak bardzo pokazując mu, że ta jej pewność siebie i niezależność to często maska pod którą ukrywa się zmęczona, a nawet i samotna dziewczyna pełna kompleksów. To była jej walka. Nie jego. Wysiliła się na lekki uśmiech w końcu. - Wtedy albo dalej będę siedzieć na posadzie asystentki kolejny rok czekając na swoją szansę albo będę musiała poszukać innej pracy, jeżeli mnie jeszcze do tego zwolnią- postarała się nawet trochę zażartować, ale zaraz ponownie spoważniała. - Ale to będzie mój problem, nie Twój- chciała zabrzmieć dosadnie, a nie oschle i miała nadzieję, że tak to odebrał. - Nie chcę Ci zawracać głowy, przecież wychodziłeś już do domu- dodała już znacznie łagodniej wskazując głową na jego marynarkę, która w przeciwnym razie zostałaby jeszcze w gabinecie, gdyby wyszedł stamtąd tylko na chwilę. Facet jak on pewnie miał znacznie ciekawsze plany niż sprawdzanie jej projektu. Świadomość tego ją w dziwny sposób ukłuła. Spuściła wzrok nie chcąc dać po sobie tego poznać. Podsunęła się za to z powrotem bliżej biurka, dając mu sygnał, że wraca do pracy. - Ewentualnie jutro w ciągu dnia jakbyś znalazł chwilę , to byłabym bardzo wdzięczna- dorzuciła jeszcze podnosząc na niego spojrzenie i zdając sobie sprawę z tego, że będąc bliżej komputera, była też bliżej niego. Chwytając za notatnik, delikatnie opuszkami palców przeciągnęła po jego udzie. Jego bliskość nigdy jej nie przeszkadzała, a jednak było w tym coś tajemniczego, co nie potrafiła do końca rozszyfrować. Czuła, że puls wtedy przyspiesza, ale to nie był dyskomfort. To było coś przyjemnego, a jednocześnie niebezpiecznego. - Chyba, że boisz się , że będę Ci teraz podbierać tytuły i spróbujesz sabotować mój projekt, żeby się mnie pozbyć z firmy- zażartowała ponownie chcąc rozluźnić atmosferę. Była mu wdzięczna za jego wsparcie. Największe jakie kiedykolwiek dostała w swoim życiu, ale nie chciała go wykorzystywać. Nie chciała żeby poczuł się przez nią wykorzystywany.


Dominic Reyes
29 y/o
For good luck!
186 cm
Architekt w Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Komplementy, szczególnie te mało oczywiste, okraszone żartobliwym tonem, przychodziły mu z niezwykłą łatwością, kiedy ich adresatką była Skye. Przy niej nigdy nie musiał nikogo udawać, żeby jej zaimponować, bo w jej towarzystwie wszystko przychodziło mu naturalnie - od szczerych uśmiechów, żartów czy pochwał, przez łagodne, pełne zainteresowania podejście i troskę, aż po bliskość i czułość, na jaką mógł pozwolić sobie jako przyjaciel. Co do tego ostatniego, czasem jego naturalne odruchy stawały się aż zbyt swobodne, ale nawet, jeśli wtedy gdzieś w podświadomości zapalała mu się czerwona lampka, że lawirował na granicy, to niekiedy kompletnie to zbywał tłumaczeniem, że to nic takiego.
Od początku go nie lubiłem. Nie dość, że leń to zazdrośnik. Wiesz, że komuś nagadał na mnie jakichś głupot? Na szczęście, szybko wytłumaczyłem mu, co sądzę o nim i o tym, co robi, i z miejsca się uspokoił. - Dominic pokręcił głową z niesmakiem. Nie po to tyle harował, żeby jakiś chłystek rujnował jego ciężko wyrobioną renomę. Oczywiście, nie był kapusiem i nie poleciał do przełożonej mimo, iż znał jej stosunek do takich sytuacji. Reyes wolał jednak sam rozwiązać problem. Nie lubił prosić się o pomoc. Inaczej miała się sprawa, gdy ktoś pomocy potrzebował. Następna informacja od Skye sprawiła, że mężczyzna uniósł wyżej brwi. - Mam z nim porozmawiać? - zapytał, krzyżując ręce na piersi. Nie miałby nic przeciwko kolejnej takiej rozmowie z Jenkinsem. Zabawnie było za pierwszym razem patrzeć, jak koleś trząsł przed nim portkami.
No cóż, Skye naprawdę była jego Słońcem. Ta niewinna pieszczota, której używał czasem w stosunku do dziewczyny, była dla niej idealnym określeniem, gdyż samą swoją obecnością przyprawiała go o uśmiech. Miała dar do poprawiania mu humoru, ilekroć pojawiała się w tym samym pomieszczeniu. Uwielbiał ogrzewać się w jej blasku i cieple, jakie wokół siebie roztaczała. Żadna inna kobieta nie potrafiła tak na niego wpływać. Miał na to swoją teorię - wiele Pięknych chodziło po świecie, ale Słońce pozostawało tylko jedno. - Spokojnie, w większości przypadków orientują się dopiero podczas budowy. Na jakiś czas jesteś bezpieczna - odparł ze śmiechem, z premedytacją zarabiając na kuksańca. Droczenie się z nią było wyśmienitą rozrywką i sprawiało mu ogromną przyjemność, głównie z powodu jej perlistego śmiechu, którym zwykle go obdarzała. Dobrze było widzieć ją szczęśliwą nawet, jeśli miało to trwać tylko chwilę.
Na kolejne jej słowa mimowolnie poczuł ukłucie w klatce. Doskonale rozumiał, że nie mógł wiecznie rozwiązywać jej problemów, ale jej słowa stawiały granice, które jakoś wcale nie przyniosły mu ulgi. Nie miał nic przeciwko byciu dla niej oparciem, którego potrzebowała od przyjaciela i wcale nie musiała go odciążać. Jednocześnie zdawał sobie sprawę, że stanowisko głównego kibica i wsparcia zostało już zajęte. Żeby nie dać po sobie poznać, co go stropiło, z wolna pokiwał głową. Przez myśl przemknęło mu, że może zbytnio się narzucał i potrzebowała przestrzeni, ale gdy dodała wzmiankę o wyjściu do domu, uśmiechnął się kącikiem ust i pokręcił głową. - Nie zawracasz mi głowy. Przypominam, że to ja do Ciebie podszedłem. I wcale mi się nie spieszy - wzruszył ramionami. Praktycznie nie skłamał. Wieczorne spotkanie było niczym w porównaniu z towarzystwem Skye. Świadomie rezygnował z okazji na rzecz kogoś, kto był dla niego znacznie ważniejszy. Może Murray tego nie wiedziała, ale Dominic kierował się w życiu priorytetami, a ona widniała na liście bardzo wysoko. - Ależ oczywiście, dla Ciebie wszystko - przyznał otwarcie, podchwytując jej wzrok. Zmniejszony dzięki kobiecie dystans między nimi sprawił, że mógł przez moment przyjrzeć się jej błękitnym tęczówkom, które ostatnio zbyt często go magnetyzowały. Było w nich coś niespotykanego, przez co mógłby błądzić w nich godzinami, byle móc rozszyfrować zagadkę, a i tak nie miał pewności, czy kiedykolwiek udałoby mu się tego dokonać. Trwało to zaledwie kilka sekund, zanim oderwał wzrok z niej na rękę, którą sięgała po notatnik, zdając się przy tym bezwiednie musnąć opuszkami palców materiał jego spodni. Intymna chwila minęła, kiedy Skye rozładowała sytuację żartem. Na jej słowa uniósł dłoń do klatki piersiowej, jakby poczuł się ugodzony. - Ałć, aż takie zdanie o mnie masz? - skrzywił się z udawanym bólem. - Zawiodłem się na Tobie - dodał, teatralnie wzdychając, ale zawadiackie iskierki w jego oczach zdradzały jego intencje. Gdy już się opanował, przyjrzał się ciemnowłosej uważniej. Czy ona naprawdę zamierzała siedzieć w firmie do późnej nocy? Owszem, otrzymała szansę, na którą długo czekała, ale odkąd tylko ją dostała, pracowała za dwoje i należał jej się przyzwoity odpoczynek.
Dobra, żarty na bok. Wiesz, co myślę? - Zwinnym ruchem przysunął sobie fotel ze stanowiska obok i zajął miejsce przy kobiecie, a następnie delikatnie odwrócił ją w swoją stronę. - Jak znam Ciebie, to za dużo myślisz. Pamiętaj, że często to pierwszy pomysł, który wpada do głowy, okazuje się najlepszy. I o ile wiem, że Ty akurat swoją kreatywność czerpiesz ze studni bez dna, tak czasem każdy na chwilę potrzebuje przystopować. - Na wspomnienie o studni kreatywności łobuzerski uśmiech przez moment zabłądził mu na twarzy, tuż zanim pochylił się nieco w stronę ciemnowłosej i ujął jej zadziwiająco drobne dłonie w swoje. Nie był zaskoczony bijącym od nich chłodem, które lubił otaczać ciepłem własnym rąk. - Dlatego teraz mówię jako przyjaciel: wykonałaś już kawał dobrej roboty, więc zatrzymaj się na dziś. Oderwij myśli od projektu i zrelaksuj się, a jutro tu wrócisz i spojrzysz na niego ze świeżym podejściem. - Mówiąc to, patrzył jej w oczy, delikatnie połyskujące w świetle lampki biurkowej. W tym samym czasie muskał kciukiem wierzch jej dłoni. Miał nadzieję, że brzmiał wystarczająco przekonująco, by Skye dziś odpuściła.
Tym razem znalazł się jeszcze bliżej niej, dzięki czemu udało mu się wyczuć znajomy zapach perfum. Jej magnetyczne spojrzenie, dotyk delikatnej skóry dłoni i bijące od niej ciepło sprawiały, że serce załomotało mu jak szalone i z trudem panował nad własnym oddechem. Nie planował tej chwili, znów działał instynktownie, chcąc jej po prostu pomóc. Tymczasem podświadomie stawał się masochistą.
Co robi dziś Josh? - zapytał, choć to ostatnie, o czym chciał w tej chwili myśleć. Zmusił się do puszczenia jej dłoni i wyprostowania na fotelu, opierając niedbale łokieć o podłokietnik, jakby nie stało się nic takiego. Jakby ta krótka chwila w żaden sposób na niego nie wpłynęła. I tylko on mógł wiedzieć, jak paskudne było to kłamstwo.


Skye Murray
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
164 cm
Asystent Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

W pierwszym momencie była w szoku, że ktoś wygadywał jakieś rzeczy za plecami Dominica na jego temat. Zaraz jednak zrobiła się wkurzona. Mógł zauważyć jak zaciska usta ze złości i zgrzyta zębami. Tak jak on starał się dbać o nią, ona na swój sposób o niego również. Wiedziała ile pracy i wysiłku wkładał w swój sukces do którego doszedł sam. Doceniała go, dlatego informacja o plotkach ją wkurzyła. Na całe szczęście jak widać Reyes sam sobie poradził. Skye oczami wyobraźni widziała jak stoi nad pyzatym Jenkinsem, który się kuli w fotelu w jego gabinecie. Ten obraz w jej głowie wywołał ponownie uśmiech na jej twarzy.- Błagam, opieprzyłeś Jenkinsa i ja tego nie widziałam? Założę się, że musiał wyciągnąć na koniec chusteczkę z kieszeni, żeby wytrzeć pot z czoła- zaśmiała się głośno na tą myśl i poczuła się już lepiej, że sytuacja została wyjaśniona. W przeciwnym razie sama by musiała wkroczyć do akcji. Tak samo jak jej przyjaciel chciał stanąć i w jej obronie. Posłała mu ciepły uśmiech pełen wdzięczności. Poczuła w tym momencie przypływ niesamowitej ulgi, że miała taką osobę w swoim życiu oraz w pracy. Kogoś kto ją zawsze wysłuchał. Kogoś kto zawsze stawał w jej obronie. Ktoś przy kim nie musiała być silna i niezależna, a mogła być małą księżniczką. - Daj spokój, to tylko głupie jogurty. Jak znowu je zacznie podbierać, to dosypię do nich środka na przeczyszczenie- na jej twarzy na chwilę pojawił się ten bardziej zadziorny uśmiech, który w ostatnim czasie pojawiał się coraz rzadziej. Momentami traciła już zapał do wszystkiego. Brak rezultatu po rozmowach i prośbach między nią, a Joshem, zaczęły ją już totalnie wypalać. Na całe szczęście miała pracę, a w niej ludzi na których mogła liczyć. Miała Dominica. - Mam nadzieję, że na etapie budowy, a nie gdy jest odbiór budynku bądź jeszcze później - przewróciła z rozbawieniem oczami, ale zaraz wycelowała w niego palcem. - W dodatku miałeś mnie wspierać, a nie się nabijać. Pamiętaj, że jako mój mentor w pewien sposób też bierzesz odpowiedzialność za moje przyszłe projekty, więc uważaj Reyes- roześmiała się wymierzając mu tego zasłużonego kuksańca, zmuszając się przy tym do pochylenia trochę do przodu.
Już od jakiegoś czasu jego osoba przyprawiała ją o szybsze bicie serca, ale to kolejne słowa sprawiły, że myślała, że ono zaraz wyskoczy.

Dla Ciebie wszystko…

Tak mówi przyjaciel do przyjaciółki, prawda? Wpatrywała się w jego oczy próbując wyczytać z nich coś więcej. I w tej chwili, kiedy akurat byli tak blisko, wydawało jej się, że coś tam się tli. Że to nie jest puste wszystko, które rzucił z grzeczności. Czy może tylko jej się wydawało? Czy dostrzegała znaki, których wcale tam nie było? Tylko dlatego, że tak bardzo chciała je momentami widzieć. Do czego się oczywiście nawet przed samą sobą jej czasami ciężko przyznać. Była przecież w związku z Joshem. Jego przyjacielem. - Dziękuję- odpowiedziała dość niepewnie. Nie chciała, żeby jego słowa przeszły bez echa, a jednocześnie nie wiedziała co innego pasuje powiedzieć w tym momencie. Dlatego zażartowanie wydawało się jej najlepsze. - Podobno w miłości i na wojnie wszystkie chwyty dozwolone- dodała jeszcze odnośnie jego sabotażu. Dopiero po wypowiedzeniu tego na głos zdała sobie sprawę jak dwuznacznie mogło to zabrzmieć. W miłości…. Kochała Dominica. Miłością przyjacielską. Pragnęła jego szczęścia tak jak się pragnie szczęścia przyjaciół. Pragnęła go mieć obok tak jak się pragnie mieć blisko przyjaciół. Lubiła z nim spędzać czas i ufała mu bezgranicznie. To wszystko było czysto przyjacielskie. Musiało takie być. Nie było tam miejsca na nic więcej. Mówiła to sobie za każdym razem, gdy po jej kręgosłupie przebiegał dreszcz pod wpływem jego dotyku. Ganiała siebie w myślach, gdy zbyt często uciekała wzrokiem na jego usta zastanawiając się jak smakują. Była z Joshem. To powinno przekreślać wszystko.
Ale kiedy przysunął sobie fotel do niej łapiąc ją za dłonie - zamarła. Jego słowa docierały do niej niczym z oddali. Wyłapywała pojedyncze wyrażenia. Mając go tak blisko, że czuła jego ciepły oddech , nie była w stanie się skupić. Wystarczyło, aby złapał ją za dłonie, a momentalnie rozgrzewał całe jej ciało. Jeszcze powiew jego perfum uderzał jej do głowy niczym pieprzony afrodyzjak. Tak niewielki dotyk, a tak wiele dla niej znaczył. - A co jeśli powiem, że lubię tutaj przesiadywać po godzinach i to moja forma relaksu?- spytała trochę tajemniczo z dwóch powodów. Pierwszy był taki, że przez tą bliskość nie wszystko do niej dotarło. Drugi był taki, że bała się przyznać wprost, że od tygodni o ile nie od miesięcy, woli czas spędzać w pracy. Z nim. Nie w domu. Nie z Joshem. A z Dominicem żartując nawet w kuchni nad kubkiem z kawą czy próbując swoich dań nawzajem podczas lunchu. Wtedy najwięcej się uśmiechała i relaksowała, a nie siedząc samotnie na kanapie bądź kłócąc się z Joshem. Nie miała odwagi się do tego przyznać nawet przed samą sobą, ale jej tęczówki mogły zdradzać o wiele więcej niż słowa, więc nie odrywała spojrzenia od Dominica.
Przynajmniej do momentu aż nie zabrał dłoni i nie zadał pytania, które ją ukłuło. Na tyle, że wypaliła bez zastanowienia. - Jak widzisz na pewno nie spotyka się ze mną- odparła z przekąsem i słyszalną z daleką złośliwością w głosie. Nie chciała tak zabrzmieć i od razu tego pożałowała. To było jednak silniejsze, gdy po tym intymnym momencie między nimi zakończył je tak brutalnie przypominając o jej chłopaku. Poczuła się jak idiotka myśląc, że może nie jest dla Dominica tylko przyjaciółką, dziewczyną kumpla albo co gorsza - kolejną laską do zaliczenia. Poczuła się jak idiotka zarówno za swój ton jak i ciche nadzieje, którym pozwoliła nieco urosnąć. - Przepraszam Dominic, to było niegrzeczne- momentalnie się zreflektowała prostując na krześle tak jak on. Przymknęła jednak oczy i wzięła głęboki wdech, zanim odezwała się ponownie. Potrzebowała chwili, aby uspokoić chociaż trochę rozszalałe serce.- Naprawdę przepraszam, nie chciałam być złośliwa. Chyba faktycznie powinnam już pójść do domu- dodała zmuszając się na lekki uśmiech i nawet pochyliła się na chwilę do przodu, aby uścisnąć jego kolano niczym na znak, że wszystko jest w porządku. To było… głupie. Bardzo głupie z jej strony. Nie powinna go dotykać. Zabrała szybko dłoń z powrotem i przekręciła się w stronę monitora, by zacząć zapisywać wszystkie dokumenty zanim wyłączy komputer. - A wracając do Josha, to jeżeli chcesz się z nim dzisiaj złapać, to pewnie jest pod telefonem, więc śmiało dzwoń- rzuciła jeszcze przelotem na niego spoglądając. Wciąż jej było niezręcznie za swoje zachowanie.


Dominic Reyes
29 y/o
For good luck!
186 cm
Architekt w Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Z tak zaciętą miną, jaką ciemnowłosa właśnie ukazała Dominicowi, słysząc o incydencie z Jenkinsem, wyglądała doprawdy uroczo. To była jego wojna, ale w pierwszej chwili schlebiło mu, że przejęła się sprawą. Czyżby jej zależało na nim tak samo, jak jemu na niej? Gdy tylko taka myśl zakiełkowała mu w głowie, zganił się w myślach. Nieprzyjemna sytuacja z Jenkinsem wywołała w dziewczynie emocje najpewniej głównie dlatego, iż ona również miała na pieńku z tą miernotą. Nie powinien był doszukiwać się w tym niczego więcej. — Taa, i wymienić fotel - zawtórował jej śmiechem. Oczywiście trochę koloryzował w tym przypadku, ale zrobiłby wszystko, by dobry humor Skye trwał jak najdłużej. Jej pełen wdzięczności uśmiech odwzajemnił własnym, choć za nic nie musiała mu dziękować - od tego był. Tak robili przyjaciele, prawda? Trwali w doli i niedoli, pomagali, jak potrafili, słuchali i wspierali. - Och, Ty diablico! Chyba nie chciałbym mieć Cię za wroga - zaśmiał się na myśl o tym, co też wymyśliłaby w odwecie dla niego, gdyby spróbował jej się narazić. Na szczęście, na razie nie musiał się tym przejmować, a Jenkinsa wcale nie było mu szkoda. Dostałby za swoje. - A myślisz, że czemu chcę zajrzeć do tego projektu? Też wolę mieć czyste sumienie. - Spróbował nieudolnie obronić się przed kuksańcem, a jego śmiech po raz kolejny poniósł się po pustej sali. Musiał przyznać przed samym sobą, że po ciężkim dniu nad własnym projektem strasznie brakowało mu takiej beztroskiej atmosfery i śmiechu, szczególnie jej śmiechu. Jakby przez moment świat i otaczające ich problemy przestały istnieć. Mogli poudawać, że wszystko w końcu wydawało się być na miejscu.
Nie było. Mógł zapewniać Skye o swojej lojalności i wsparciu, ale tylko na tyle, na ile pozwalała mu przyjaźń. Jednak w słowach Dla Ciebie wszystko kryło się znacznie więcej, niż mógł, niż powinien wyznać. Kiedy tak patrzył na Skye, nagle naszła go obawa, że uda jej się to z niego wyczytać. Przerażały go konsekwencje i jednocześnie nachodziła go coraz śmielsza nadzieja, by właśnie tak się stało. Wmawiał sobie, że jeszcze wiele był w stanie znieść, w tym każdą reakcję dziewczyny, ale ile tkwiło w tym prawdy?
Na wspomnienie znanego przysłowia nieznacznie drgnął, a następnie ściągnął brwi. – Nie byłbym tego taki pewien - stwierdził tajemniczym tonem. Bez wątpienia ją kochał. Okazywał to w każdym geście i słowie, w każdym spojrzeniu i dotyku. Łudził się przy tym, że tak wyglądała zwykła przyjaźń, bo i pierwszy raz tak poważnie przyjaźnił się z kobietą. Ale z każdym kolejnym spotkaniem z nią sam na sam, bez Josha i innych osób trzecich, coraz mniej przekonywały go własne argumenty.
Wystarczyło się do niej przysunąć i wziąć ją za ręce, by Dominic upewnił się, jak bardzo tkwił w błędzie, a przynajmniej z własnej perspektywy. Nie dało się być tak blisko ciemnowłosej i nic nie czuć. — Mógłbym powiedzieć to samo o sobie - przyznał, nieznacznie unosząc kącik ust. Naprawdę lubił swoją pracę. Dawała mu tyle możliwości… oprócz tych oczywistych, pozwalała na przykład oderwać się od niepotrzebnych myśli. Ale też nieoczekiwanie stała się idealną wymówką na pozostanie w pobliżu Skye. Miał nieodzowne wrażenie, że jego instynktowne działania i śmiałość w końcu go zgubią, ale też nie przestawał stąpać po cienkim lodzie, jakby uzależnił się od adrenaliny, jakiej mu to dostarczało. Niestety, przestawał się tym sycić i znajdował się coraz bliżej granicy, by po chwili bezpiecznie się wycofać. Tak, jak zrobił to niespodziewanym pytaniem o Josha.
Gorycz, jaka uderzyła go w odpowiedzi, wywołała w nim nieprzyjemny ucisk w gardle. Momentalnie zacisnął szczęki, aż zarysowały się mocniej na jego twarzy. Wyglądało na to, że to, co wyczyniał Josh, bolało ją znacznie bardziej, niż przypuszczał, i coraz bardziej utwierdzał się w przekonaniu, że już niewiele mógł dla nich zrobić. Właściwie to część niego przestawała chcieć dalej pomagać temu związkowi. Po co ciągnąć na siłę coś, co samoistnie i tak zmierzało ku wymarciu? Skye zbyt wiele czasu i nerwów straciła przy Joshu, była zbyt piękna i inteligentna, żeby marnować się u jego boku. Najgorsze w tym wszystkim było to, że lata znajomości z przyjacielem wystarczająco pokazywały, iż Josh, mimo lepszej reputacji od blondyna, również potrafił wprowadzać trochę zawirowań, ale kiedy poznał Murray, sam przekonywał Dominica o swoim przeczuciu, że tym razem było inaczej i to czas na coś poważniejszego. Mieli już niemal trzydzieści lat, a ciemnowłosa wydawała się idealnym materiałem na coś więcej, dlatego postanowił kuć żelazo póki gorące. Reyes mu uwierzył, a teraz zaczął odnosić wrażenie, że przyjaciel ostatecznie się sparzył i przeliczył z własnymi fantazjami o ustatkowaniu. Joshowi eksperyment się nie udał, a Skye stała się w nim główną poszkodowaną. Blondyn czuł się temu współwinny i teraz niewiarygodnie ciężko patrzyło mu się na walczącą z emocjami kobietę.
Nie spodziewał się ruchu z jej strony. Każdą cząstką siebie chciał złapać ją za rękę i nie pozwolić się cofnąć, a nawet prosić o więcej, jednak w porę zacisnął dłoń na podłokietniku, by w sobie to zdusić. Kurwa, Dominic, ogarnij się. Ona tego tak nie widzi. Pokręcił głową, próbując skupić myśli na tym, co mówiła.
Heej, nigdy nie przepraszaj za swoje emocje, okej? Masz prawo je czuć, zwłaszcza, kiedy Josh jest takim zjebem - starał się mówić łagodnym tonem, ale w ostatnich słowach dało się wyczuć nutę pogardy. Co prawda, Josh był jego najlepszym kumplem, ale jego zachowanie zaczynało przekraczać granice przyzwoitości. Reyes niemal prychnął, gdy dziewczyna ponownie wspomniała o swoim chłopaku. Całkowicie źle go zrozumiała. — Pieprzyć go. Miałaś się trochę odstresować, a skoro on jest tego zupełnym przeciwieństwem to do niczego nie jest nam potrzebny - stwierdził lekceważąco. Nie minął się z prawdą. To Josh powinien zadbać o dobre samopoczucie ciemnowłosej, a nie stanowić źródło jej problemów. W tym trójkącie stawał się więc zbędny. Dominic nie mógł jednak pozwolić, żeby Skye wróciła do pustych czterech ścian i została sam na sam z własnymi myślami. - Skoro ustaliliśmy już, że nie masz planów na wieczór to teraz już masz. I nie przyjmuję odmowy - oznajmił tonem nie znoszącym sprzeciwu i obdarzył ciemnowłosą wymownym spojrzeniem, po czym wstał i wyciągnął do niej rękę. I mimo iż instynkt samozachowawczy bił na alarm, po raz kolejny w ciągu tego roku postanowił go zignorować. Wspólne wyjście jeszcze do niczego nie prowadziło, prawda?


Skye Murray
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
26 y/o
For good luck!
164 cm
Asystent Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Oboje byli gotowi zawalczyć o dobro drugiej osoby. Oboje to widzieli w swoim wyrazie twarzy i słowach. A jednak tak uparcie zaprzeczali temu wszystkiemu. Skye nie wątpiła w to, że może liczyć na Dominica w każdej sytuacji. Udowodnił to wiele razy. Zarówno wtedy, gdy już w pierwszym tygodniu ze stresu się popłakała w łazience po godzinach, a on wtedy siedział z nią na podłodze i ją rozśmieszał. Czy kiedy po kolejnej kłótni z Joshem, gdy się pogodzili przyznał się jej, że Dominic go namawiał, żeby walczył o ich związek i nawet podpowiedział jakie kwiaty jej kupić. I nawet wiedział, że powinny to być jej ulubione lilie. Czy kiedy brał ją na spotkania z klientami, by mogła poznać i tą stronę pracy. Było wiele sytuacji, którymi utwierdził ją w przekonaniu, że jest lojalny i pomocny. Nawet jeśli początkowo go uznała za bawidamka. Jako przyjaciel był najlepszy. Jako partner? Nie widywała u jego boku dłużej tej samej kobiety, więc raczej w tej kwestii nie szukał niczego poważnego w jej postrzeganiu. Uważała to za ogromną stratę dla społeczeństwa, bo gdyby nie poznała Josha zaledwie dwa dni przed rozpoczęciem pracy w Forward Interiors, to może wybrałaby kogoś innego? Jak potoczyłby się jej los, gdyby wtedy nie poszła na tamtą imprezę? Czasami miała takie myśli w głowie i ganiała się za nie, bo przecież kochała swojego faceta. Nie powinna w taki sposób myśleć o innym mężczyźnie.
- Zdecydowanie nie chciałbyś. Chociaż podobno przyjaciół trzeba trzymać blisko, a wrogów jeszcze bliżej- DLACZEGO TO POWIEDZIAŁA?! Znowu wypaliła tekst bez zastanowienia i zdała sobie sprawę zbyt późno jak ponownie dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Sama już nie wiedziała o co jej chodzi. Czy jej ciało podpowiadało, że chciałaby żeby trzymał ją blisko? Bliżej? Nie jako wroga, ale też nie jako przyjaciółkę. Miała momentami wrażenie, że jej umysł w ogóle nie współgra z sercem. Jakby grały do innej bramki i w różnym tempie. Serce zdecydowanie wychodziło teraz na wyprowadzenie, gdy Dominic złapał ją za dłoń. W jego ciepłych, dużych dłoniach, jej drobna, zimna dłoń wydawała się zagubiona, a jednocześnie zaopiekowana. Patrząc w jego oczy, cała się tak czuła. Gdzieś po drodze zaczęła się gubić w swoich marzeniach, związku, łapania chwil w życiu. Nie potrafiła odnaleźć swojego miejsca w ostatnich miesiącach. Coraz ciężej jej było zasnąć i traciła ten zapał do działania. Lecz wystarczyło towarzystwo Reyesa. Jego bliskość i czułość, że czuła się nagle jakby była w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie. I z odpowiednim mężczyzną. Jednak to ostatnie było bardzo często wypychane przez rozum, które krzyczało, że już ma partnera i nie powinna uwodzić Dominica, skoro nie ma u niego żadnych szans. On był po prostu miły. Może i momentami z nią flirtował, ale przecież flirtował z większością kobiet, prawda? Ona powinna być odporna na jego urok. Nie powinna wpatrywać się w jego tęczówki, jakby był jej odpowiedzią na całe zło.
- Wiesz, że ktoś stojący z boku mógłby nazwać nas teraz pracoholikami i powiedzieć, że to się leczy?- zażartowała z lekkim uśmiechem. Prawda była taka, że ktoś obserwujący ich teraz w biurze mógłby uznać, że to jest dwoje zakochanych w sobie ludzi. I kochali się oczywiście, ale jako przyjaciele. Tylko tyle. Choć w przypadku Dominica to AŻ tyle, bo takich przyjaciół jak on to ze świecą szukać.
Dlatego Skye było głupio, że na niego naskoczyła. Nie zasłużył na to ani trochę. - Ale nie mam prawa ich wyładowywać na Tobie. Szczególnie, że jesteś ostatnią osobą, którą kiedykolwiek chciałabym zranić- powiedziała całkowicie szczerze. Oczywiście lista jej wrogów była bardzo krótka i obecnie zawierała już tylko Jenkinsa. A Nicky? Zrobiłaby wszystko, żeby wywołać uśmiech na jego twarzy. Sądziła, że gestem dłoni na jego kolanie okaże mu fizyczne oparcie. Po tym jak sam złapał ją za dłoń, to wydawało jej się czymś całkowicie normalnym. Ale znowu ten sprzeczny znak - dostrzegła ruch jego głowy i zaciśnięte palce na podłokietniku. Nie podobał mu się kontakt z jej strony. Pewnie wolał sam inicjować kontakt na własnych zasadach, ale nie życzył sobie tego z jej strony. Skye tego w ogóle nie potrafiła zrozumieć, więc zabrała dłoń.
Gdy padła jego propozycja spędzenia dzisiaj wspólnie wieczoru, była wyraźnie skonsternowana. Naprawdę? On? On? - A nie wspominałeś coś o zrelaksowaniu się? Nie wiem czy relaks i odstresowanie się zawsze idą w parze-zaczeła nieporadnie i wyraźnie zestresowana, ale obserwowała go uważnie. Czy kryło się coś pod tą propozycją? Co to będzie ? Czuła się podekscytowana, ale i zestresowana wspólnie spędzonym czasem poza biurkiem.
- Dobrze- odezwała się w końcu, ale bez wahania w głosie. Nie może wiecznie siedzieć i narzekać, więc może faktycznie wyjście z domu czy z pracy, to coś do niej. Pozapisywała dokumenty na laptopie i go wyłączyła zostawiając na biurku. - Ale tylko na chwilę. Muszę jutro przyjść wcześniej do biura- dodała pakując rzeczy do torebki z coraz wyraźniejszą ekscytacją. Gdy były gotowa, podała mu dłoń czując jak ponownie przyjemne ciepło rozchodzi się po całym jej ciele, ale żołądek jej ścisnęło. A moze to były tylko motylki w brzuchu?


Dominic Reyes


KONIEC <3
29 y/o
For good luck!
186 cm
Architekt w Forward Interiors
Awatar użytkownika
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjiIII os., l. poj.
czas narracjiczas przeszły
postać
autor

Ze słów ciemnowłosej zdawał się wyczytać jedno: czyżby nie przeszkadzała jej ich większa poufałość? Skoro stąpali po cienkiej granicy między przyjaźnią a czymś, czego Dominic nie potrafił (bądź nie chciał) nazywać, to bliżej być już się nie dało. Poza tym, teoretycznie przez cały czas tylko sobie nieszkodliwie żartowali. Niemniej mężczyznę zbyt łatwo dało się wciągnąć w tę grę słów.
Ale Jenkinsa tak blisko byś mieć nie chciała - zauważył ni to z rozbawieniem, ni to z nieodgadnionym wyrazem twarzy, wciąż zgrabnie żonglując słowami, próbując przemycić w nich drugie znaczenie. Przy niej zdecydowanie bardziej musiał się pilnować, co mówił i co robił, aczkolwiek sprawiało mu to coraz większą trudność. Jednocześnie lubił wyzwania, a Skye była największym, z jakim przyszło mu się zmierzyć, więc chociaż tyle był w stanie czerpać z tej relacji. I pewnie dlatego nadal brnął w te masochistyczne zachowania, bo kobieta pozostawała dla niego nieosiągalna. A to, co nieosiągalne kusiło najbardziej, czyż nie?
Niektóre choroby są nieuleczalne - skrzywił się, i choć w tonie jego głosu pojawiła się typowa dla niego żartobliwość, to w rzeczywistości na ułamek sekundy jego głowę zaprzątnęła mu złowroga wizja, jak mogłoby wyglądać życie, gdyby Skye nagle z niego zniknęła. Ilekroć rzucał się w wir pracy, by choć na chwilę zapomnieć o dziewczynie, wystarczyło spotkać się z nią na korytarzu czy przy ekspresie do kawy, żeby poczuć, jak każda cząstka jego ciała, wbrew rozsądkowi, pragnęła znaleźć się bliżej. Chcąc nie chcąc, uzależnił się od niej i wolał już męczyć się w duchu z własnymi myślami i wyobrażeniami o tym, czego nie mógł mieć, niż stracić to, co już faktycznie miał.
To, co oznajmiła chwilę później, mimowolnie przyprawiło go o dreszcz. Zdawał sobie sprawę, że nie powinien przypisywać jej słowom drugiego dna, a jednak zrobiło mu się cieplej na sercu, gdy z takim przekonaniem zaprzeczyła wszelkim świadomym próbom wyrządzenia mu krzywdy. Po chwili zreflektował się - nie mogła wiedzieć, że przyjaźń z nią wywoływała w nim zbyt wiele skrajnych emocji, w tym również ból związany ze świadomością, że była z jego najlepszym przyjacielem. Który wcale na nią nie zasługiwał. Dominic nie winił jej za to. - Nie masz czym się przejmować - pokręcił głową. Tak naprawdę mogła zrobić wiele, a i tak jakoś by to zniósł. Co mogło być gorsze od nieodwzajemnionych uczuć? Zignorowanie jej dotyku wydało mu się rozsądne, ale gdy jej wzrok na chwilę uciekł na jego zaciśniętą dłoń, natychmiast pożałował impulsywnej reakcji. Pluł sobie w brodę, że nie mogło wyglądać to inaczej, ale zaraz przypomniał sobie, że może to lepiej? O ile był w stanie jako tako kontrolować swoje zamiary, tak nie miał pewności co do skuteczności gestów Skye. Wystarczyła chwila nierozwagi, żeby całkiem się poddał i w jednej chwili wszystko stracił.
Nie zrobię Ci gorącej kąpieli, ale myślę, że chwila oddechu poza biurem może Ci się spodobać. - Sam był sobie winien za jej niepewność, gdy raz ją do siebie przyciągał słowami i gestami, a raz zachowywał między nimi pewien dystans. Chciał dla niej jak najlepiej nawet, jeśli to oznaczało, że musiał czasem trzymać swoje myśli, słowa i ręce na wodzy. Najważniejszym było dla niego zachować przyjaźń, a to, co działo się w jego głowie, miało w niej pozostać na zawsze.
Jasne. Ale najpierw… jesteś głodna? - zapytał, uśmiechając się szeroko, gdy tylko usłyszał zgodę. Z ogromną przyjemnością i przyspieszonym biciem serca uścisnął szczupłą dłoń Skye, po czym poprowadził ją przez korytarz. - Pomogę Ci - powiedział tuż przy wieszaku z dwoma ostatnimi okryciami wierzchnimi i sięgnął po jej płaszcz. Znalazłszy się za nią, jej intensywniejszy zapach perfum załaskotał go w nozdrza, sprawiając, że niepostrzeżenie mocniej odetchnął, chcąc się nim odrobinę zaciągnąć.
Gdy poprawiał kołnierz własnego, w marynarce zabrzęczał mu telefon. Na moment ściągnął brwi i ukradkiem do niego zajrzał, a ujrzawszy kolejną, nieco zniecierpliwioną już wiadomość od jego koleżanki, uświadomił sobie, że kompletnie o niej zapomniał. Tak naprawdę wisiało mu, co ona na to, dlatego wystukał szybko: Przepraszam, nie mogę i wyciszył komórkę, by już nic więcej mu nie przeszkadzało.
To co, gotowa? - Szeroki uśmiech wstąpił na jego twarz. Miał nadzieję, że nie zawiedzie Skye.

Skye Murray

/z tematu
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
gall anonim
ODPOWIEDZ

Wróć do „Forward Interiors”