
looks like i was wrong, and i’ve been out lost
— To co zwykle?
Kiwam głową.
— Szkocką. Bez dodatków.
Wystukuję rytm piosenki usłyszanej w radio. Modląc się, aby barman ruszył się szybciej, uderzam obiema dłońmi w drewno. Czuję lepką warstwę wilgoci, ale przywykłem — od dwóch dekad trafiam do obskurnych barów, o lwiej części dowiaduję się jednak wyłącznie z opowieści. Lubię takie miejsca. Większość pamięta o ludzkich porażkach, błędach i głupich wyborach — ten także. Śmierdzi dymem tanich papierosów. Nieudolnie wciśnięty pomiędzy lombard a zamkniętą od wieków aptekę pęka w szwach. Chłopak obok dużymi łykami wychyla piwo, za szybko, trochę tak, jakby bał się, czy barman sprawdzi mu dowód. Dziewczyna niedaleko uśmiecha się, mówiąc coś głośno, za głośno.
Wszystko żyje swoim rytmem, nieważne, jak pokręconym.
Rzędy butelek na półce za barem są równe. Wyobrażam sobie, jak zamawiam wódę, najtańszą, najgorszą wódę, ale… Zamiast tego kręcę się na obrotowym krześle ni to w oczekiwaniu, ni to niepewności, raz w jedną, raz w drugą stronę, aż wreszcie odwracam się bokiem i opieram łokieć o blat, rozglądając się dookoła. Ładna dziewczyna zmysłowo kręci biodrami. Obserwuję małe, kształtne piersi, perliste krople potu, a potem chude, opalone uda. Uśmiecha się niewinnie.
Oddycham głębiej, a potem odwracam się, ciężko opierając łokcie o blat. Od razu wyczułem znajomy aromat — dym wymieszany z suszem owocowym — tak jak wyczuwałem niegdyś, powiedzmy, większość klubów dla dżentelmenów. Niespiesznie dotykam szkła trzema palcami, czując pod opuszkami chłodną, gładką powierzchnię. Szkocka uderza o ścianki, zostawiając za sobą mokre smugi.
Głośno przełykam ślinę.
— Jeszcze chłodna, taka, jaką lubisz.
Barman wyciera lepki blat, uśmiechając się ze zrozumieniem.
Przygląda mi się wyłącznie kątem oka.
Wyłącznie przez sekundę.
— Zawsze zaczynam od tego samego — mówi. — Od patrzenia.
Wciąż obserwuję szklankę w milczeniu. Jeszcze raz delikatnie dotykam brzegu, tak, jakbym sprawdzał, czy rozleci się w drobny mak. Tyle że ona nadal stoi. Moje palce mocniejszym, wyuczonym ruchem uciskają szkło, przysuwając naczynie bliżej — wyłącznie o parę centymetrów. Kręcę się, próbując odnaleźć wygodną pozycję, ale stołek skrzypi, a głośna, trzeszcząca muzyka zagłusza większość dźwięków.
Dostrzegam wszystko jakby w przyspieszonym tempie — gorącą dłoń na swoim barku, gorące usta, całujące płatek mojego ucha, zmysłowy szept. Ładna dziewczyna mówi coś sprośnego.
Gwałtownym ruchem rzucam pognieciony banknot na blat.
— Idę.
the triple gold one
— Chcesz porozmawiać o tym, co cię męczy? Powiedzieć coś o sobie? Ostatnio próbowałeś… — Thomas ucichł, marszcząc brwi, kiedy odczytywał coś z kartek wypełnionych nierównym pismem — …”zebrać to w całość”.
— Zebrać w całość? Takich słów użyłem? Cholera, Tom, to wcale nie brzmi jak coś, co bym powiedział.
Odchylam się do tyłu, przysłuchując się trzeszczeniu nierównego, ledwo stojącego krzesła, rozchybotanego i niepewnego jak cała cholerna grupa wsparcia. Skłamałem w pełni świadomie. Przecież doskonale wiedziałem, czemu o tym zapomniałem. Pociągałem z butelek. Lubiłem popić. Ciągle lałem w siebie wódę. Da się to określić jeszcze prościej?
Widząc poczerwieniałą twarz podstarzałego psychoterapeuty w przetartym swetrze w kolorze gównianego brązu, unoszę obie dłonie w obronnym geście. Poszczególni członkowie „grupy wsparcia” szepczą coś między sobą, przyglądając się moim wytatuowanym rękom.
Powyciągana bluza nieopatrznie zsunęła się z moich przedramion.
Cholera…
Nerwowym ruchem opuszczam ręce, krzyżując ramiona na piersiach.
— Pytałeś o to, kim jestem, tak? Jak bym się określił? O to chodzi? Tak… no to chyba najpierw zaczniemy od tego, kim nie zostałem.
Wodzę wzrokiem tuż nad podłogą, po krzesłach ustawionych w okręgu, omijając twarze siedzących tam ludzi. Mimowolnie wyobrażam sobie uda Carmen owinięte dookoła moich bioder. Powinienem przestać się gapić, wiem. Młoda dziewczyna czerwienieje, jakby słyszała moje myśli. Co chwilę podnosi, a potem opuszcza wzrok, skubiąc rąbek sukienki. „Zachowuj się”, słyszę w myślach upierdliwy głos Toma.
Cieszy mnie to pragmatyczną, egoistyczną radością, taką dającą ogrom satysfakcji i samozadowolenia. Od zawsze, dostrzegając wzrok innych, wolałem „taktownie” przemilczeć swoje „uczucia”. Co innego kiedy się odwracają — w takich chwilach mogę mówić naprawdę w s z y s t k o.
— Zadzwoń do opiekunki swoich dzieci, Carmen, długo tutaj posiedzimy.
Jedno z krzeseł szurnęło. Starsza pani wstaje, kręcąc głową z niezadowoleniem, po czym uderza torebką o tylko trochę wygodniejsze, mniej chyboczące się siedzisko.
— S a r a h, nie Carmen — odzywa się, a potem zaczyna swoją śpiewkę o Bogu, moralności i braku wychowania, machając ręką tak, jakby próbowała skarcić mnie jak swojego wnuka. No, wreszcie coś, co mnie obchodzi. Lubię staruszkę właśnie za to — zawsze odpala od razu, bez rozbiegu, bez ostrzeżenia. Rozmawiać z fanatykami religijnymi to tak, jakby świadomie wchodzić na pole minowe.
Opieram się łokciami o kolana, uciskając palcami nasadę nosa.
— Siadaj, słuchaj i, do diabła, przestań wreszcie hałasować. Nie mogę zebrać myśli.
— Demianie — Tom wychyla się z miejsca, jakby chciał odwrócić moją uwagę od dwóch z trzech kobiet w grupie. Jeszcze brakowało, aby zaczął tańczyć i śpiewać. — Kim jeste…
— Nie.
Tom wzdycha.
— W takim razie kim nie jesteś?
Odsuwam palce od nasady nosa, tym razem celowo podciągając rękawy czarnej, powyciąganej bluzy. Splatam ze sobą dłonie, a następnie wyginam mocno palce, których trzask przerywa ciążącą ludziom ciszę.
— Żołnierzem — mówię, odczekując parę sekund, chociaż prawdę mówiąc, odpowiedź przygotowałem już dawno temu. — Chciałem iść do wojska, proste, cholera, nawet wszystko ogarnąłem: rekruter, papiery, pełen bak. Byłem gotowy do startu. Snajper — tak to sobie wymyśliłem. Serio, nie wiem, czemu to. Ale brzmiało jak coś, w czym bym się odnalazł. Tyle że ojciec…
Waham się, ot, od niechcenia, trochę tak, jakbym próbował odczytać pojedyncze litery wytatuowane wzdłuż knykciów. Spociłem się. Pocieram niecierpliwie wewnętrzną część dłoni kciukiem, dociskając mocno palec. Przynajmniej Tom przestał patrzeć na mnie z tą miną, jakby zjadł coś nieświeżego.
— Dwadzieścia lat robił jako krawężnik. Nikt ważny, wiadomo, ale miał dojścia, więc wystarczyło parę telefonów.
— Co dokładnie zrobił? Doprecyzujesz?
Chrząkam raz, drugi, jakbym próbował wyrzucić coś z gardła. Jednak zanim zdążę pomyśleć, już mówię dalej.
— Dupek dobrał się do moich papierów.
— Papierów?
— Kartoteki, no. Od czasu do czasu kradłem w sklepach — tłumaczę. — Właściciel chętnie by mi wybaczył, ale tatusiek dowiedział się, kim był, i przekonał do wniesienia oskarżenia. Postawili mi zarzuty i nagle byłem notowany jako młodociany przestępca.
— Czy zastanawiałeś się kiedyś, dlaczego twój ojciec…
— Adopcyjny — wchodzę mu w słowo. — Byłem… problematyczny, jasne. Adoptowany, wychowany dobrze, serio, przynajmniej w teorii. Ale co z tego? Parę bójek, parę kradzieży i głupich wybryków, a potem „przestępstwo typowe u nieletnich”. Wojsko powiedziało mi „nie”. Dostałem ładną laurkę z odmową, życzyli mi dobrego dnia, ale ja… no, nie życzyłem im dobrze.
Tom lekko przechyla głowę.
— Co wtedy?
— The triple gold one… Potrójne złoto.
— Co?
Mocno zaciskam dłonie, aż czerwienieją mi palce.
— Potrójne złoto. Taki głupawy konkurs strzelecki — mówię głośniej. — Trzy strzały w dziesiątkę, triple gold, pierwszy raz, kiedy pomyślałem sobie, że…
Carmen — Sarah, cholera, S a r a h — zamiera w pół ruchu. Wypuszcza materiał sukienki spomiędzy palców. Słucha. Ale ja uparcie milczę. To nie będzie żaden cholerny moment przełomowy.
Cisza się przeciąga. Tom krzywi się tak, jakby coś utknęło mu w gardle, ale nie przerywa.
— Trzymałem wtedy broń tak, jakby instruktor w każdej chwili mógł zobaczyć, jak bardzo trzęsą mi się ręce. Potem powiedział, że jestem pewny. Że mam rękę jak cholerny chirurg. — Tom kiwa głową, nie przerywa. — Ale był też drugi triple gold.
— Drugi…?
— Wóda, nie, nie. Szkocka. Złocista, tak tania, aż czułem benzynę. Pierwsza, po której… wszystko ucichło.
Ludzie milczą. Babka od moralności także.
Delektuję się tą ciszą.
Smakuje o niebo lepiej od kawopodobnego naparu.
Dostrzegam drżące dłonie babci od Boga, kurczowo ściskające papierowy kubek z gorącą, czarną kawą, więc uśmiecham się półgębkiem. Odchylam się odprężony, po czym krzyżuję przedramiona, wcześniej dwukrotnie obracając złotą obrączkę. Gdzieniegdzie metal się porysował.
— Zgadnijcie, co wybrałem. To znaczy, piłem już wcześniej — jak rodzice przestrzegali was przed złymi dzieciakami, ostrzegali was przede mną. Głupie pomysły to moja działka. Aż któregoś dnia…
and the third one, the fuck the world one
— …pomyślałem sobie: „co by było, gdybym wjechał w barierki”.
Cholera, zgorszyłem babcię od moralności. Papierowy, przesiąknięty słabą kawą kubeczek wypada z dłoni kobieciny, a potem turla się w bok, zostawiając za sobą jasnobrązowy, mokry ślad, przez co S a r a h gwałtownie się podnosi. Szura niewygodnym, skrzypiącym krzesłem po podłodze, a mężczyzna nieopodal przygląda się wszystkiemu w milczeniu. Ja drgam mimowolnie.
Pomieszczenie pachnie tanią kawą.
— Rozbiłem się, aby sprawdzić, czy wciąż żyję. Co? Nigdy tak nie mieliście? Naprawdę?
Tym razem wodzę wzrokiem po ich twarzach.
Robert nierówno uderza stopą o posadzkę, wystukując coś, co rytmu w ogóle nie przypomina. Wkurwia mnie to. Staruszek pochrapuje cicho, a Ben — dzieciak z czarnym, odrapanym lakierem na obgryzionych paznokciach — teatralnie krzyżuje przedramiona na piersiach.
— Demian — mówi Tom miękko, za miękko. Kątem oka dostrzegam odwrócone, pochylone twarze. Parę osób szepcze coś między sobą, ale widząc ich niepewność, uśmiecham się, a potem rozkładam szeroko ręce.
— No co, Tom? Co myślisz? To trauma czy tłumiona agresja? Proszę, diagnozuj mnie.
— Wyglądasz, jakbyś bardziej testował moją reakcję — to po pierwsze, a po drugie — dotąd nie brzmiałeś jak ktoś, kto chciał umrzeć.
— Co ty, kurwa, o mnie wiesz, co? Znasz mnie, bo mówiłem o „wychowawczej dyscyplinie”? O tym, jak ojciec mnie napierdalał, jakbym był pieprzonym workiem treningowym? Czy może pamiętasz, jak opowiadałem, że ukradłem mu auto, myśląc sobie: „trudno, najwyżej nie wyjdzie, ale skoro przeżyłem pierwszy, przełknę i drugi”? A pamiętasz, kiedy wreszcie spakowałem torbę i czekałem, aż wróci matka? Powtarzała: „będę za godzinę”. Wróciła… za trzy dni.
— Demianie…
— No co, Tom? Znasz mnie, bo opowiadałem ci o szpitalu? O połamanych żebrach? Podbitym oku? Gówno wiesz, Tom. Więc może powiedz mi — odwracam się w stronę staruszki — gdzie wtedy był twój bóg?
the we needed just a little space to breathe one
Opadam na skrzypiące krzesło już bez energii. Wybuch kosztował mnie tak dużo, jak przejście paru kroków Bridge’a. Staruszka jeszcze szybciej przesuwa palcami po materiale powycieranej torebki, jakby dotykała paciorków różańca.
— Może i masz rację. Gdzie tutaj pociąg do śmierci, co? Jedynie sprawdzałem możliwości. — Mimowolnie, trochę drapieżnie, przesuwam językiem po górnych zębach. Uśmiecham się z rozmarzeniem. — Barierki błyszczały c u d o w n i e.
Od pewnego czasu Car… Sarah zasłania usta dłonią.
— To ważny moment, Demianie…
Dopiero teraz uświadamiam sobie, co robię: pocieram lewą dłonią prawą łopatkę, podłużną bliznę, pamiątkę po tamtym wieczorze.
— Nie — przerywam terapeucie, opuszczając rękę. — Ważne było to, co sobie pomyślałem, kiedy wreszcie zatrzymałem się na barierkach. To nie było: „dobrze, że żyję”, tylko: „kurwa, zapłacę za to”.
Pocieram twarz obiema dłońmi, przez chwilę mocno przyciskając palce do skroni. Sarah drapie się nerwowo po karku, tak jak Bridge, kiedy zauważa weterynarza.
— Co było potem?
Wzruszam ramionami.
— Sprawdziłem, czy silnik odpali, a potem pojechałem dalej. Jedną ręką trzymałem kierownicę, drugą — szkocką.
Tom ostrożnie wciąga powietrze, bojąc się poruszyć, przerwać tok moich nieskładnych myśli. Co to za grupa wsparcia, która milczy?
— No i teraz jakoś żyję. Chyba… — Podnoszę się z krzesła z udawaną energią, zacierając ręce, a potem uśmiecham się szeroko. — Wiecie co…? Starczy na dziś. Widzimy się za dwa miesiące.
— Demianie, zastanów się…
Macham ręką, z ulgą przysłuchując się temu, jak drzwi zamykają się za mną z głośnym trzaskiem. Ale zamiast iść na wprost, do wyjścia, skręcam w lewo...
the i don't care, i'm gonna do my thing one,
the breaking every fucking rule in book one,
the fuck you all
...mimo że Bridge nerwowo merda ogonem, jeżeli znikam na zbyt długo.
Ciągle próbuje za mną łazić, ciągając tylną łapą.
Trzaskając drzwiami od łazienki, pomiędzy palcem wskazującym a kciukiem obracam już dwukrotnie małą, białą tabletkę. Serio, nie wiem czemu, ale wygląda, jakby ważyła więcej. Jest kurewsko lekka. Prawie jej nie czuję.
Strumień chłodnej wody od dobrych paru minut cieknie z kranu.
Bridge by się ucieszył. Nieważne, jak bardzo obolały jest, zawsze rzuca się, widząc cieknącą ciecz. A potem skomle z bólu. Debil. Też powinien wziąć coś przeciwlękowego.
Jednym szybkim ruchem wciskam drażetkę w usta, połykając bez popicia. Dopiero potem opieram się o brudną, zaśniedziałą umywalkę, pochylam się mocno wprzód, aby popić małą tabletkę dwoma dużymi, łapczywymi łykami. Kurewsko wkurza mnie gorzki posmak na języku.
Powoli podnoszę wzrok, ale niewiele widzę w lusterku — wygląda, jakby nikt go nigdy nie umył. Całe jest zaświnione. Mimowolnie rozluźniam palce, które jeszcze chwilę wcześniej kurczowo zaciskały się na umywalce. Teraz leżą lekko.
Ciekawe co z Bridgem. Nie pamiętam, kiedy ostatnio zostawiłem psa samego na tak długo. Ale wielu rzeczy ostatnio nie pamiętam.
still shitting, sleeping, eating, breathing it
Wchodząc do pomieszczenia, uświadamiam sobie, że pamiętam co najwyżej co drugie słowo, które wypowiedziałem. Trudno. Przynajmniej coś urozmaicimy i pobawimy się w improwizację.
Ciężko opadam na skrzypiące krzesło, pozwalając, aby drzwi zamknęły się za mną z głośnym trzaskiem. Wyciągam obie nogi, wciskam dłonie w kieszenie dresów, po czym leniwie rozglądam się dookoła. Większość ludzi milczy. Babcia zamiera w pół słowa, rezygnując z szeptania swoich egzorcyzmów, a Robert poprawia się na krześle z głośnym, teatralnym westchnieniem. Zaczynamy kolejne przedstawienie.
Kiedy to gówno zacznie działać?
— Wszystko w porządku? — Tom mówi ciszej, niż zapamiętałem, jakby nagle stał się… bardziej znośny. Albo tak mi się wydaje. Przez ułamek sekundy przygląda mi się dłużej, niż robił to do tej pory. Marszczy brwi, przez co wygląda tak, jakby sprawdzał, co ukrywam. Jakby moje słowa nie zgrywały się z mową ciała.
— Jak najbardziej.
Walczę z uśmiechem, widząc, jak psychoterapeuta zapisuje coś w dokumentach.
— Przerwaliśmy — mówi, wpatrując się w kartkę — tym, co stało się po wypadku. Powiedziałeś, jak to ująłeś, że „jedną ręką trzymałeś kierownicę, drugą — szkocką”. Co wtedy czułeś?
Wiem, co odpowiedzieć, ale mimo to i tak przez chwilę milczę.
— Nie wiem…
— Demianie…
Mimowolnie przewracam oczami. Nienawidzę, jak ciągnie mnie za język, szczególnie kiedy mam tak sucho w gardle.
— Ulgę. Zmęczenie. Satysfakcję — wyliczam.
— Ulgę?
— Ulgę, Tom, spokój. Odprężenie. Wytchnienie…
— Biorąc pod uwagę rzeczowniki, które wymieniasz, brzmisz tak, jakbyś wtedy ciągle żył w napięciu. Czy alkohol pełnił jakąś funkcję?
— Pomagał zasnąć.
— A potem…?
— Potem praca, dom, pies.
— Bez myśli suicydalnych?
— Bez. Słowo skauta — mówię niemal od razu, powoli kiwając głową, jakby to, co powiedziałem, było prawdą, jednak mocno zaciskam palce w kieszeniach. Po paru sekundach zaczynają boleć mnie mięśnie.
Tom marszczy brwi, najwyraźniej usilnie o czymś myśląc, po czym powolnym ruchem zamyka notes. Przygląda mi się, natomiast ja przyglądam się jemu — trochę jakbyśmy walczyli i sprawdzali się wzajemnie.
— Wiesz, Demianie — odzywa się cicho — brzmisz trochę inaczej.
Relaksuję się tym widokiem.
— „Inaczej”? Co znaczy „inaczej”?
Zanim się odzywa, upływa dobrych parę sekund.
— Spokojniej.
Jeszcze raz potulnie kiwam głową.
— Jestem już zmęczony.
Widocznie Tom zgadza się ze mną, kiwa bowiem głową, jednocześnie spoglądając na ścienny zegar.
— W takim razie na dziś wystarczy. Widzimy się za tydzień o tej samej porze. Dobra robota — mówi, uśmiechając się dobrodusznie, co wygląda komicznie z tą zaczerwienioną twarzą starego pijaka.
„Dobra robota” — ciekawe określenie.
Krzesła skrzypią, podnoszę się więc i ja. Carmen uśmiecha się blado, trochę niepewnie, mówiąc do mnie ciche „do zobaczenia”. Odwzajemniam uśmiech, ale zanim zdążę przecisnąć się do wyjścia pomiędzy ludźmi i krzesłami, Tom zatrzymuje mnie jednym słowem.
— Demianie…?
Zamieram w pół kroku, oddychając głębiej, zanim odwracam się na pięcie.
— Tak?
— Jeśli coś wróci… jeżeli będziesz chciał porozmawiać — o tym, o czym mówiliśmy, o czymkolwiek innym — wtedy…
— Zadzwonię — przerywam terapeucie, idąc tyłem w stronę śmierdzącego detergentami, niemniej jednak wciąż zapuszczonego korytarza. — Albo przyjadę.
Psychoterapeuta milczy.
— Mówiłeś... mówiłeś, że kiedyś było inaczej? Znałeś kogoś, kto widział cię w takim stanie, ale się nie odwrócił? Był ktoś taki w twoim życiu?
Pierdol się...
Mocno zaciskam szczękę.
— Był — mówię krótko. — Zawsze ktoś taki jest. A potem go nie ma.
Psychoterapeuta chwilę mi się przygląda, po czym wreszcie powoli kiwa głową.
— Uważaj na siebie, Demian.
Uśmiecham się wbrew sobie, żegnając się z mężczyzną niemym „cześć”.
Cholera, to naprawdę była dobra sesja.
Szkoda, że nic nie zapamiętam.
i’m tryna to turn the page on my bullshit
• ma młodszą, biologiczną siostrę, Ramonę. Przestali ze sobą rozmawiać dobrych parę lat temu, w momencie, w którym wyjechała z jednym z przybranych krewnych do Ameryki. Urodzili się i (początkowo) wychowywali w Anglii, dlatego — pomimo tych dwudziestu siedmiu lat w Kanadzie — Demian wciąż mówi z północnoangielskim akcentem.
• obecnie uzależniony od lorazepamu, a także alkoholu, w szczególności tańszej, benzynowej szkockiej, niemniej jednak wypije wszystko, co ma przynajmniej parę procent. Często też pali (najczęściej czerwone marlboro).
• od paru lat ciągle dołącza do grup wsparcia w leczeniu uzależnień, próbując także szczęścia w ośrodkach readaptacyjno-rehabilitacyjnych. To żmudne zajęcie, trochę przypominające zbieranie pieczątek w paszporcie: co chwilę dochodzą nowe… ale jak na razie bez większych efektów. Dlatego
• łatwo zauważyć, jak bardzo jest (bo wiadomo, że jest) pijany. Dzwoni wtedy do ludzi, z którymi urwał kontakt, a także zaczepia nieznajomych, wdając się w pseudofilozoficzne dyskusje o życiu i śmierci. Uśmiecha się często, przestaje uciekać od niechcianych dotyków, natomiast za kierownicę swojego forda mustanga z 1967 idzie „jedynie na chwilę”.
• a kiedy trzeźwieje, chociaż czasami nawet będąc pod wpływem leków oraz alkoholu, koncertuje z kumplami w zespole heavymetalowym, w którym jest wokalistą. Stosunkowo dobrze na tym zarabia. Tak „prywatnie” jest także multiinstrumentalistą — gitarzystą, basistą, pianistą.
• od półtora miesiąca opiekuje się kulawym psem. Przygarnął bezdomnego, piętnastomiesięcznego shepradora — mieszankę owczarka niemieckiego z labradorem — z lewym uchem oklapniętym mocniej niż prawe, porzuconego niedaleko drogi prawdopodobnie ze względu na dysplazję stawów biodrowych. Parę pierwszych dni wolał do zwierzaka: „chodź”, zanim wybrał imię. Od tego czasu wabi się Bridge.
• parę lat temu (trochę ponad pięć, ale kto by to liczył) uratował półrocznego golden retrievera z pseudohodowli z ranami na łapach, matową sierścią i niedożywionego. Któregoś wieczoru przyszedł ze zwierzakiem na rękach i podarował ówczesnej dziewczynie… potem się rozstali, dziewczyna wyjechała, a on został z nim sam.
• co dziwne, doskonale pamięta nieistotne detale, ale za to ma fatalną pamięć do dat — zawsze coś pomiesza,
• nie wiedzieć czemu, zawsze siada plecami do ściany i nienawidzi niespodzianek. Trudno mu też zaufać gadatliwym ludziom, co trochę ironiczne, skoro sam lubi się rozgadać i trudno go zatrzymać.
• zawsze, naprawdę zawsze, w dłoniach sprawdza ciężar poszczególnych przedmiotów — szklanek, zapalniczek, kluczy — bo lubi wiedzieć, czym może rzucić, co się rozbije lub narobi hałasu. Od czasu do czasu podnosi głos, niemniej jednak zazwyczaj robi to jako drugi — ale wtedy rozmowa już skończona. Kiedy się zdenerwuje, odruchowo zaczyna liczyć kroki, schody bądź oddechy.
• nienawidzi: budzików, dlatego zawsze wstaje dużo wcześniej, wszystkich świąt, szczególnie bożonarodzeniowych, i codzienności — wspólnych śniadań, obiadów i kolacji, budzenia się obok kobiet. Codzienność źle mu się kojarzy, więc najczęściej ucieka, zanim się podniosą.
• ukochał testowanie granic innych, dlatego ciągle ludziom przerywa, jednocześnie ich prowokując oraz atakując. Jednak kiedy mówi prawdę, mówi wolniej, ciszej, oszczędniej gestykulując, a także unikając kontaktu wzrokowego — najczęściej robi to w formie żartu. Mimo to czerpie satysfakcję, widząc, jak ludzie się go boją lub się dystansują. Lubi być zagrożeniem.
• lubi wiele dziwacznych rzeczy, takich jak jazda samochodem nocą bez celu, podobnie jak i długie wieczorne spacery z psami. Jeżeli widzi gdzieś most, zawsze się zatrzyma — opiera się wtedy o barierkę, długo patrząc w dół. Chętnie naprawia też drobne rzeczy albo gotuje, ale wyłącznie podstawowe, niezbędne posiłki. Woli się napić, zamiast parę godzin stać nad garnkami.
• wbrew pozorom interesuje się popkulturą, szczególnie muzyką (metalową, duh!), a także filmem. Najczęściej ogląda kino psychologiczne, niskobudżetowe produkcje oraz takie z niejednoznacznym zakończeniem.
• z zamiłowania (oraz czasami z zawodu) to cholernie dobry fotograf. Swoją przygodę rozpoczął od starego, analogowego zenita od kuzyna, dlatego umie wywoływać zdjęcia. Obecnie ma bezlusterkową Leicę SL3, niemniej jednak zawsze trzyma w mieszkaniu powiększalnik, koreks, wywoływacz, przerywacz, utrwalacz i papier. Unika fotografowania osób bliskich (oprócz swoich psów), ale kiedy mu się to zdarza — zawsze jedno ujęcie, zawsze analogiem, zawsze wywołane i zawsze schowane gdzieś głęboko. Częściej używa do tego telefonu, niemniej jednak robi to trochę jakby od niechcenia, taką fotografię uważa bowiem za byle jaką.
• ale i tak za swoje najważniejsze osiągnięcie uważa tatuaże, szczególnie oba rękawy, w tym „fuck this” wytatuowane na knykciach. Tak naprawdę ma ich od groma — od rąk, poprzez nogi, aż do klatki piersiowej i szyi pod uchem. Część z nich, takich jak kontur gwiazdy ponad sercem czy imienny napis na dłoni, zrobiła mu była dziewczyna.
• teoretycznie jest żonaty, ale prawdę mówiąc — pamięta wyłącznie fragmenty cywilnego ślubu. W najśmielszych snach nie sądził, że to on podpisywał dokumenty. Dowiedział się dopiero z urzędowego pozwu o rozwód, chociaż obrączka mogła być jakąś wskazówką. Aktualnie się rozwodzi; i tak, to podobno było legalne.
• uzbierał pokaźną kolekcję blizn. Część, w takich miejscach jak łuk brwiowy, lewy bok klatki piersiowej, a także dolny odcinek pleców, ma po pobiciach przez adopcyjnego ojca: pasem, kablem, pięściami. Resztę, na przykład podłużny ślad pod prawą łopatką, parę małych wzdłuż przedramion, a także na kostkach palców i prawym kolanie, zebrał po (niekiedy celowo spowodowanych) wypadkach samochodowych i pijackich bójkach. Część przykrył tatuażami, część nie.
