23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Milo był zdecydowanie zbyt zajęty rekompensowaniem - czy Dylanowi czy sobie, trudno powiedzieć - ostatnich kilku godzin, co w jego przypadku było dość absurdalnym rozwinięciem biorąc pod uwagę fakt, że nigdy przecież nie był szczególnie dotykalski i potrafił spędzić cały wieczór na kanapie zaraz obok rozciągniętego na poduszkach Gauthiera w ogóle nie inicjując kontaktu fizycznego.
Teraz z jakiegoś powodu było inaczej. I teraz, być może przez przymus, Milo zauważył ten brak.
Dźwięk, jaki Dylan wydał zaledwie chwilę później sprawił, że wszystkie drobne włoski na jego ciele stanęły na baczność, a palce mocniej wczepiły mu się w kark, tak jakby chciał wyciągnąć z niego powtórkę jakimkolwiek kosztem.
Bliskość drugiego ciała, do którego sam garnął aż zbyt ochoczo również z jego strony wynegocjowała ciche, bardzo krótkie westchnienie, ginące jednak w ciszy gdy Milo przycisnął swoje usta do dolnej wargi Gauthiera. Zmiany miejsc się jednak nie spodziewał, dlatego kiedy Dylan przerwał na moment i chwycił go pod kolanami, Rivera zmarszczył lekko brwi i zmierzył go spojrzeniem zdradzającym jedynie mocno relatywny kontakt z rzeczywistością. Nie zdążył nawet zapytać, wiedział tylko, że w jednej chwili stracił grunt pod nogami i tym razem świat nie zawirował mu przed oczami od tequili.
Industrialny regał nawet nie skrzypnął pod jego ciężarem, spadł tylko kolejny komiks niemal trafiając Dylana prosto w czubek głowy, który już po niewczasie, z mocnym jet lagiem Milo zasłonił mu swoją dłonią.
Zdążył znów tylko parsknąć przyciszonym śmiechem na widok mężczyzny plączącego się we własną kurtkę i potykającego o nogi.
Mhm-mm 一 wymruczał mu elokwentnie w ramach odpowiedzi, coś pomiędzy oczywiście a cokolwiek albo po prostu oba na raz, dodatkowo oszołomiony nagłym samouświadomieniem; miał jego biodra między udami, trzymał się go oburącz za kark by nie podzielić losu komiksów i spontaniczny przebłysk trzeźwego rozumowania uzmysłowił mu, że Diego rezydował gdzieś za cienką ścianą z karton-gipsu.
Nerwowo zerknął w kierunku drzwi, a gdy Dylan z powrotem przychylił się ku niemu nisko, Rivera w niezbyt przemyślanym odruchu śmignął dłonią wyżej, do jego jasnych włosów by lekko szarpnąć w tył.
To był również moment w którym zdał sobie sprawę z tego, że dyszał jak po sprincie przez ogródki działkowe z psem goniącym go z uporem maniaka.
Widząc łagodne, akwarelowe róże rozlewające się nieregularnie po jasnej twarzy Gauthiera, Milo rozluźnił chwyt na jego włosach i zgarnął mu zbłąkany kosmyk wchodzący do oczu za ucho. Poklepał go również delikatnie po policzku, ni to zaczepnie ni w ramach napomnienia.

Skoczę pod prysznic przed spaniem 一 oznajmił próbą zastosowania sugestii - tej sztuki wciąż się uczył. Oddech uspokajał mu się powoli, choć serce co prawda nadal łopotało mu w piersi niemal boleśnie, natomiast palce, którymi bezwiednie zaczął wykreślać jakieś eliptyczne wzory na karku Dylana drżały ilekroć dotykały jego rozgrzanej skóry. Uczucie przypominało mu to specyficzne mrowienie, gdy dotykało się czegoś słabo uziemionego. 一 Możesz pójść po mnie albo skorzystać z tej małej łazienki koło pokoju Estelli, hmm?
To, na co wcześniej nie zwracał uwagi, dyskomfort związany z wżynającą się krawędzią półki, słabnące w ciasnym uścisku uda i cierpnące ramiona, nagle stało się zauważalne, jakby wraz z powrotem uporczywego przepychania każdej jednej rzeczy przez skomplikowany system wnioskowania i analizowania stracił tę beztroską odporność i spontaniczność gwarantowaną alkoholem.
W tym wszystkim jednak kluczową rolę odgrywał jeszcze jeden czynnik, który sprowadził go chwilę temu na ziemię i zasugerował rejter pod chłodny prysznic; charakterystyczny uścisk i gorąco nieco pod przeponą podpowiadały mu, że jego entuzjazm lada moment zacznie być zauważalny, zwłaszcza kiedy Dylan wgniatał mu się biodrami w cholernie wrażliwe uda. Te zaraz po karku były jego drugim słabym punktem, miejscem, które gdy odpowiednio dotknąć, rozmiękczało go do stanu bezmyślnej galaretki.

Poza tym nie chcemy chyba obudzić Diego, tak?
I zupełnie sprzecznie z logiką, którą Milo właśnie wojował, przesunął czubkiem nosa po rozgrzanym policzku Gauthiera, a jego żałośnie rozmarzony uśmiech był bardziej wyczuwalny przy skórze niż widoczny gołym okiem. Nie do końca wiedział czy kiedykolwiek był faktycznie zakochany, ale podejrzewał, że właśnie tak wyglądała faza nastoletniego zauroczenia.
W tym wszystkim ołówek, który dzielnie utrzymywał jego pseudo kok w ryzach wysmyknął z prowizorycznego splotu i przy cichym joder wysyczanym w panice - jakby Camarena miał lada moment wyskoczyć zza drzwi - Rivera znów przylgnął do cierpliwie dźwigającego go ciała, a śmiech wytłumił o szerokie ramię Gauthiera gryząc się z myślą, niemal dosłownie, o zatopieniu w nim zębów. Nie mocno, tylko tyle, by przypomnieć mu jakim w istocie paskudnym gremlinem potrafił być gdy z głowy wywiewało mu rozsądek.

Hej, Dylan. Dylan? Och, me encanta, juro por Dios, uwielbiam twoje imię.
Czasami nawykową echolalią podczas pracy powtarzał je sobie bezgłośnie zupełnie nieświadomy, tak, jakby jego usta po prostu lubiły układać się w te okrągłe zgłoski, osobną kategorią było samo brzmienie, które również nabierało nowych znaczeń w zależności od zabarwienia sytuacyjnego. Mógł na przykład dylanować na niego ostrzegawczo, gdy ten zbyt długo kleił mu się do pleców podczas porannej kawy, mógł go też nawoływać po imieniu przez całe mieszkanie, kiedy potrzebował czegoś na gwałt albo nie potrafił samodzielnie znaleźć ulubionego swetra. Najlepiej znał się z Dylanem codziennym, od spraw powszednich i prostych, takich jak wspólne zakupy albo wybór programu w telewizji na wieczór, choć wtedy czasami pojawiał się wariant z pogranicza rozdrażnienia - jeżeli Gauthier zbyt długo zatrzymywał się na hokeju.
Ten Dylan, którego obecnie nawoływał w cichości sypialni i przy samym jego uchu był dość nowym odkryciem i nawet smakował inaczej, tak, jakby wraz z dźwiękiem pojawiała się jakaś uzależniająca słodycz, na jaką Rivera nie wypracował sobie jeszcze właściwej asertywności.
Łączenie tego wariantu Dylana z zachętami by zamiast nim zajął się prysznicem było zatem koszmarnie trudne, zwłaszcza, że sam sobie tego nie ułatwiał.

Dylan...?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Bliżej nieokreślony pomruk wyrwał mu się z gardła na niezbyt delikatne potraktowanie jego włosów, gdzieś na pograniczu protestu przed wymuszonym trzymaniem się na odległość a zaciekawienia powodem takiej reakcji, a ciemniejsze niż zwykle oczy spoglądały na niego badawczo spod przymrużonych powiek. Nie mógłby z pełną szczerością powiedzieć by miał jakiś faktyczny problem z palcami Milo kierującymi go jak mu się żywnie podobało, nawet jeśli łączyło się z łagodnym dyskomfortem naruszonej skóry głowy. W tej chwili liczyło się dla niego tylko to, że czuł ciepło jego ciała tuż przy swoim, znajdował się na tyle blisko by wyrywany z niego śmiech był nie tylko przyjemnym dźwiękiem, a też ciepłym oddechem lądującym na jego własnej skórze, a na języku wciąż miał znikome, charakterystyczne nuty ostrego sosu.
- Jasne - zgodził się z jego planem prysznica przed snem, chociaż nie zrobił nic by zacząć odstawiać go na ziemię. Osobiście zwyczajnie nie planował jeszcze kłaść się spać, stąd nieszczególnie spieszyło mu się do zbierania rzeczy by się ogarniać. Zwłaszcza, kiedy alternatywą był roześmiany Milo przyciśnięty do jego klatki piersiowej. Cięższe oddechy, beztroskie uśmiechy i zniżony ton głosu, by nie przeszkadzać reszcie domowników, upijały go nawet bardziej niż cały alkohol jaki wlał w siebie w barze. Czuł się lekko, brzegi jego świadomości buzowały i rozlewały się, dając mu poczucie jakby czas wkoło nich się zatrzymał i nic poza tym pokojem nie istniało. No, najwidoczniej poza Diego.
- To chyba będziesz musiał być bardzo cicho - szepnął tuż przy jego uchu, przeciągając ostatnie słowa z tańczącym na ustach uśmiechem. Przycisnął wargi do rozgrzanej skóry tuż za żuchwą, później jeszcze niżej i trochę na bok, obsypując jego linię szczęki i policzek krótkimi, szybkimi pocałunkami, jakby miał w planach wycałować całą jego twarz, jednak w trakcie zadania zatrzymał się przez niespodziewaną słodycz. I to tę mniej metaforyczną. Przesunął językiem po swoich ustach, w pierwszej chwili zaskoczony, w następnej już łącząc fakty i komentując jego niezdarność w zajadaniu się deserem krótkim parsknięciem śmiechem, po czym bezceremonialnie zlizał resztkę cukru pudru z jego policzka.
- Hmm? - mruknął w odpowiedzi na zawołanie swojego imienia, co jednak szybko przeszło w niespodziewany komplement, przez który spojrzał na niego na wpół rozbawiony, na wpół jakby miał właśnie święte objawienie. Łagodny rumieniec, tonący w już i tak pokrywających jego skórę wypiekach, dotarł do czubków jego uszu. - A ja lubię jak je wymawiasz - przyznał, jako że w każdej innej sytuacji było mu co najmniej obojętne. Głos Rivery, jego emocje przebijające się w zależności od powodu, dla którego go w danym momencie zaczepiał, zabarwienie akcentem, kiedy łączył je z hiszpańskimi wstawkami, przez to wszystko zaczął doceniać tę wcześniej neutralną zbitkę głosek i żyć nadzieją, że żadne inne imię nie dostanie podobnego traktowania. Milo stanowił aktualnie centrum jego grawitacji i chciał by w drugą stronę działało to tak samo. Chciał zagarniać dla siebie jego uwagę, najchętniej nie wypuszczałby go z pola widzenia, ani z zasięgu rąk, a chociaż czuł się bezpiecznie i pewnie w tym co budowali wspólnymi siłami od miesięcy, ciągle było mu mało. Czasu, kontaktu, słuchania jego głosu i wpatrywania się w niego jak obrazek. Czuł niedosyt nawet po pełnym, spędzonym wspólnie dniu, nie wątpił, że nawet tydzień spożytkowany na przytulanie się w łóżku skończyłby się tęsknotą w momencie wyjścia z pokoju. Nie była to oznaka wybrakowania ich relacji, nie byłby w stanie poskarżyć się na nic konkretnego, poza tym, że Milo działał na niego uzależniająco i ostatnie czego by chciał to wypuszczenie go z objęć. Nawet teraz nie dążył do zrealizowania żadnego planu, nie próbował nawet wyciągnąć go z ubrań, chociaż nie narzekałby jakby dostał ku temu zielone światło, zależało mu przede wszystkim na bliskości i wszystkich małych gestach, które musiał tłamsić w zarodku przez cały wieczór.
- Czego ci trzeba, chéri? - dopytał jeszcze, kiedy Rivera wciąż wyraźnie próbował zwrócić jego uwagę. Jednocześnie zdecydował się zignorować najbardziej oczywistą, potencjalną sugestię pod tytułem "odstaw mnie", chociaż ze względu na łagodnie grające mu na nerwach ograniczenie swobody ruchów ruszył się z miejsca pod regałem. Zaniósł go w stronę materaca, po drodze kopiąc zgubiony ołówek, po czym ostrożnie obniżył się by klęknąć na jego brzegu i odłożyć Milo na miękkie podłoże. Zaraz po puszczeniu jego nóg podniósł dłoń by trącić go pod brodą zgiętym palcem wskazującym.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Po kilku miesiącach panicznych odwrotów, strategicznych uników, a niekiedy opędzania się od rąk Gauthiera sykliwym „sio!” Milo powoli zaczynał pozwalać się udomawiać. Miewał gorsze dni, kiedy wszelakie próby nawiązania kontaktu choćby koniuszkiem palca albo zbyt ciężkim oddechem wyczuwalnym na skórze kończyły się niezadowolonym pomrukiem, sztywnością i gdy już nic innego nie działało, wiązanką hiszpańskojęzycznych przekleństw tak kwiecistą, że gdyby Dylan otrzymał pełny przekład, być może sam zaryglowałby się w pokoju na kilka dni. Dla pewności.
Bywało i lepiej, rzadziej, ale tendencja była wzrostowa i jak tylko Milo na chwilę zapominał o własnym zdziczeniu, sprawiał wrażenie oswojonego na tyle, na ile można było oswoić człowieka wyrwanego z ulicy. Nadal niezbyt chętnie spowiadał się ze swoich wyjść - choć po prawdzie wiedział, że nie jest to żaden wymóg a czysto praktyczna informacja (ciężko mu było spojrzeć na to z tej strony, kiedy pewne doświadczenia przyzwyczaiły go do innej perspektywy) - potrafił na przykład wsiąknąć na cały dzień, mimo, że miał oficjalnie tylko jeden wykład i całe pół zmiany. Nie zawsze entuzjastycznie reagował na próby skłonienia go do zjedzenia czegoś innego poza żelkami, w inne dni rzucał się na posiłek tak, jakby nie widział kawałka chleba od tygodni. Powtarzał się jednak niemal stały schemat; czekał, aż Dylan ruszy cokolwiek ze swojego talerza zanim Milo decydował się zająć swoim. Łatwy do przeoczenia detal, często spotykana w innych sytuacjach cichość z jego strony też nie była niczym nowym, a mało kto patrzył ludziom na ręce gdy sięgali po sztućce. Brzydki, przykry atawizm sprzed wielu lat, mimo świadomości, że nie musiał czekać na niczyje pozwolenie.
Dotyk był natomiast innym rodzajem tabu, wynikał z powodów, których sam jeszcze w całości nie rozumiał ani nie przepracował, mimo to Dylan otrzymał od niego w tym zakresie ogromny kredyt zaufania.
Dy-... hej. H-hej, wiesz, że... Dylan! Wiesz, że nie potrafię, wiesz... 一 mamrotał nieskładnie, starając się brzmieć wiarygodnie przy ułomnej próbie zachowania powagi. Za słabo; Milo uchylił usta najwyraźniej chcąc poczęstować Gauthiera kolejną porcją protestów, ale nie zmieścił się w wąską ramę czasową i gdy jeden z krótkich cmoknięć znalazł się niebezpiecznie blisko wrażliwej sfery za uchem, Rivera wydał z siebie niezbyt cichy, nowy dźwięk zadowolenia mimo woli, tak by to określił. 一 Claro, eso es lo que estaba diciendo, maldita sea!
Przewrócił oczami i odruchowo przycisnął policzek do własnego ramienia by wytrzeć go po liźnięciu. To tylko utwierdzało go w przekonaniu, że Dylan bardziej przypominał pociesznego golden retrievera niż człowieka z krwi i kości, na dodatek starszego o rok.

Przetrzymaj mnie tu jeszcze chwilę i wymówię je w zupełnie nowy sposób 一 odgryzł się po swojemu, jednocześnie usiłując odsunąć od siebie ponowną chęć zamknięcia mu ust swoimi. Być może bezczelność Gauthiera działała na niego w jakiś sposób stymulująco.
Wystarczyło jedno spojrzenie by Rivera na nowo spuścił z tonu zaledwie moment później. Nie rozumiał dlaczego Dylan czasami patrzył na niego w taki właśnie sposób, jakby był czymś wartym uwagi, przyjemnym do oglądania i ciekawym poznawczo, ani dlaczego ten rodzaj atencji gdy już ją przyuważał wywoływał w nim to osobliwe uczucie rozlewania się czegoś gorącego od płuc po żołądek. Nie było to stricte nieprzyjemne, co najwyżej dotąd nieznane i być może poza jego zdolnościami pojmowania au general, do czego zdawał się coraz bardziej przychylać. Czytał kiedyś o kurczakach, które ponoć miały w naturze zwyczaj nieodstępowania na krok osoby, którą jako pierwszą zobaczyły tuż po wykluciu.
Nie odpowiedział mu werbalnie; zamiast tego uniósł zdawkowo brew, jego spojrzenie zmieniło barwę ze zniecierpliwionej na niedowierzającą, a usta wykrzywiły się w cierpkim uśmiechu.
No naprawdę.
Ołówek potoczył się pod regał, Milo po drodze zrzucił z siebie ramoneskę Diego i zaraz po tym jak Dylan raczył odstawić go na miejsce, podparł się rękami za plecami w siadzie, ulegając częściowo i unosząc głowę tak, jak kierowały nią palce Gauthiera. Spojrzał nawet na jego wargi, zwilżył swoje, skubnął sobie tę dolną jakby nad czymś się usilnie zastanawiał.
I... zmienił zdanie. Odetchnął nosem z trudem tłumiąc śmiech, prawie niesłyszalny zresztą, bo właśnie odchylił się w tył i opadł plecami na materac. Trampkiem trochę na ślepo trącił Dylana w łydkę i przeturlał się na prawy bok, pozornie bez pomysłu czy planu na cokolwiek.
Powinien pójść pod prysznic. Powinien się położyć.

Zauważyłem, że ani razu nie próbowałeś zaciągnąć mnie do łóżka 一 zakomunikował swoje spostrzeżenie bezpośrednio, nawet nie kłopocząc się jakąkolwiek delikatnością lub sięganiem po bardziej metaforyczny język. Prędzej Diego pokochałby Kanadę niż Milo nauczył się subtelnej sztuki aluzji. 一 To podobno nietypowe i nie rozumiem dlaczego.
W jego tonie nie słychać było żadnej pretensji. Było w nim wyłącznie szczere zaciekawienie i zachęta, by Dylan rozjaśnił mu sprawę zanim celując w domysły doszedłby do własnych, wątpliwej wiarygodności wniosków.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Wbrew pozorom nie próbował celowo wyciągać z Milo głośniejszych dźwięków, chociaż bynajmniej nie planował narzekać, kiedy takowy dotarł do jego uszu. Wytłumił złożoną po hiszpańsku skargę i czystą pretensję w głosie mężczyzny, samemu śmiejąc się pod nosem na nowe odkrycie, zachwycony takim obrotem spraw. Już od przekroczenia progu pokoju dał radę dowiedzieć się kilku nowych rzeczy, otworzyć sobie kolejne drzwi, przepchnąć ich niepisaną granicę jeszcze o kilka kroków. Tak to działało od września, niespiesznie, ale stabilnie, niczym oswajanie spłoszonego stworzenia siadając coraz to bliżej, by w końcu wziąć je na ręce bez paniki i protestów. No, przynajmniej z początku. Niewiele robił sobie z jego gróźb, właściwie chętnie grałby mu na nerwach jeszcze chwilę, tylko by sprawdzić jak daleko był w stanie go popchnąć i jakie reakcje miał w zanadrzu, gdyby nie własne zniecierpliwienie. Chciał objąć jego policzki, zatopić palce w jego włosach, znaleźć to miejsce na jego talii, w które idealnie wpasowywała się jego dłoń, i o ile noszenie go szybko skakało na liście jego ulubionych zajęć w czasie wolnym, nie zamierzał pozwolić by dalej go to ograniczało.
Zdążył pochylić się zaledwie o centymetr zanim Rivera przetoczył się na plecy i na bok, wyciągając z niego zniecierpliwione przewrócenie oczami, chociaż z ust nie znikał mu rozczulony uśmiech. Jakby miał jeszcze resztki trzeźwego rozumu, być może zwróciłby uwagę na to jak doszczętnie był nim oczarowany, jak na skinienie palca byłby w stanie przychylić mu nieba. A także na fakt, że być może był to odrobinę zbyt intensywny i gwałtowny skok na główkę. Nie w samą relację, a w to jak szybko stała się o ona integralną częścią jego życia, do tego stopnia, że nie był do końca pewny jak dawał radę funkcjonować bez jego ciągłej obecności. Tam, gdzie jeszcze nie tak dawno temu zbierała się w nim burza, kumulująca spięcie, strach i frustrację dokładane przez cały, pełen doświadczeń dzień, aktualnie znajdowało się miejsce tylko na uśmiech Milo, jego cichy śmiech i zdaje się permanentne rumieńce. I, jak się okazało, interesujące tematy rozmów.
- Regularnie zaciągam cię do łóżka - uczepił się jego doboru słów, posyłając mu zaczepny uśmiech. - Nawet cię przyniosłem - dodał, wiedząc doskonale o czym ten tak naprawdę mówił, jednak było to silniejsze od niego. Obrzucił go zaciekawionym spojrzeniem, ważąc jego słowa podczas kładzenia się obok niego na plecach.
- Myślałem, że nie chcesz. Przynajmniej na razie - odparł w końcu, spoglądając na sufit, po czym przekręcił głowę by poszukać jego oczu. Prawdę powiedziawszy do tej chwili sądził, że oboje wiedzą na czym stoją i co się tak właściwie między nimi działo. Nie myślał o tym, by faktycznie to przegadać, ani że Milo może widzieć sprawę inaczej. Zwilżył językiem dolną wargę, niespodziewanie spierzchniętą w tak krótkim czasie, szukając sposobu by najlepiej wyjaśnić mu swój punkt widzenia. - Nie chcę tego spierdolić - przyznał, stawiając na najzwyklejszą szczerość. Sięgnął po jedną z jego dłoni i zaczął bawić się jego palcami, przeplatając je między swoimi i lekko masując kostki. - A tym mogłoby być ciśnięcie cię do czegoś, z czym czujesz się niekomfortowo. Nie będę... Nie będę dobierał ci się do spodni, kiedy uciekasz mi po dwóch pocałunkach - dokończył myśl bez owijania w bawełnę. Skoro doszło między nimi do jakiegoś niedopowiedzenia, nie zamierzał pozwolić by przerodziło się w kolejne. Od momentu ich niemalże desperackiego zbliżenia na podłodze w kuchni, a zwłaszcza od wcześniejszej rozmowy, zwracał uwagę na jego reakcje, szybko ucząc się gdzie znajdowały się komfortowe granice, w jakich mógł się poruszać. Według ich małej umowy starał się inicjować kontakt, jednak jednocześnie dawał mu przekładać swoje ręce, gdy zapędzały się za daleko, wycofywał się na otwarte okazanie dezaprobaty i chociaż od czasu do czasu zdarzało mu się to zaginać i pakować mu się w przestrzeń osobistą, to także miało swoje własne granice. Nie spodziewał się, że pośród tego wszystkiego mógł dać mu wrażenie, że coś w tym było nietypowe.
- Nie zrozum mnie źle, jesteś moim chodzącym mokrym snem - podkreślił z wniesionym kącikiem ust, łapiąc się na potrzebie rozwiania tego potencjalnego niedopowiedzenia, zanim mężczyzna spróbowałby wyciągać swoje wnioski. - Ale małe kroczki mi nie przeszkadzają. Nigdzie mi się nie spieszy - zapewnił go, bo chociaż momentami trzymanie rąk przy sobie było wyzwaniem, szanował go za bardzo by uznawać własne potrzeby za priorytet. Nie był to najdłuższy celibat w jego życiu, a w zamian miał chłopaka swoich snów, nie wybaczyłby sobie jakby spaprał to brakiem cierpliwości. Aktualnie mógł mieć tylko nadzieję, że nie przegiął w drugą stronę.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Milo żył sobie w błogiej nieświadomości swojego biernego udziału w doprowadzaniu Gauthira do szaleństwa szału. Ostatnią rzeczą jakiej by się po sobie spodziewał była atrakcyjność jakkolwiek pojęta - cóż, nie licząc rozumu być może, przynajmniej tej jednej przewagi był świadom - bo też nikt nigdy nie dał mu wystarczającego powodu by miał prawo pomyśleć inaczej. Czym innym było zaliczanie pełnych wyników na egzaminach, czym innym było zaliczanie... sensu stricte?
Doceniał żart, kąciki ust jednak drgnęły mu bez przekonania, bo aktualnie zapędzał się w tryb nadmiernego rozmyślania i szukania odpowiedzi na własne pytanie, zanim udzieliłby mu jej Dylan. Miał wyjątkową predylekcję do wyciągania pochopnych wniosków, czarnoscenariuszowania i niecierpliwości.
Wydawało mu się nawet, że znalazł wyjaśnienie, swoje własne i jak się wkrótce okazało, zupełnie rozmijające się ze stanem rzeczywistym, ale w jego głowie brzmiało dostatecznie przekonująco by wbić się z nim pomiędzy „nie chcę cię do niczego zmuszać” a „nie marzę o niczym innym”.
Och. Czyli... 一 Nastąpiła krótka przerwa na więcej myślenia, co odbiło się delikatną zmarszczką pomiędzy jego brwiami i niekoniecznie dobrze ukierunkowanymi spostrzeżeniami. 一 To dlatego, że jestem za mało entuzjastyczny?
Może nie był to najbardziej adekwatny dobór słów, ale Dylan powinien być już przynajmniej częściowo przyzwyczajony do tego, że Rivera nie zawsze wstrzelał się w klucz i widział większość pozornie zwyczajnych spraw inaczej.
Rozprostował nerwowo palce i zacisnął je z powrotem w dłoni Gauthiera, nie zwracając większej uwagi na jego delikatne uciśnięcia przy drobnych krągłościach stawów, po prostu przyjmował je nieświadomie jako coś pobocznie przyjemnego.
Małe kroczki mi nie przeszkadzają.
Milo przygryzł wargę - znów w zastanowieniu, szukając brakujących słów, dając sobie chwilę na przełożenie nowych informacji na coś, co byłby w stanie zrozumieć. Coś widocznie zaskoczyło, bo Rivera obrócił gwałtownie głowę z suchym trzaśnięciem karku (na co sam skrzywił się i jęknął boleśnie, wolną ręką sięgając do potylicy by ją sobie rozmasować) i uniósł na niego wzrok. Spojrzeniem sondował w skupieniu jego twarz, rękę zacisnął mocniej na jego dłoni, co najmniej parokrotnie na zmianę uchylał bezgłośnie usta i znów je zamykał, ostatecznie nie decydując się na wypowiedzenie czegokolwiek na głos.
Wreszcie odkaszlnął i odwrócił głowę, by podobnie jak Gauthier poobserwować sufit.

Nie boję się ciebie. Wiesz o tym, tak?
Stopami podrygiwał teraz nerwowo, stukając czasami trampkiem o trampek i tym samym rozpraszając odrobinę ciszę.

I chyba nawet nie chodzi o to, że nie mam doświadczenia bo to da się zawsze jakoś... hmm. Hej. 一 Raz jeszcze obrócił głowę w jego kierunku, z wykwitami na policzkach w kolorze łudząco podobnym do piwonii, jakie Estella uprawiała w wielkich donicach na tyłach kamienicy. Nie odważył się jednak znów na niego spojrzeć, więc wbił wzrok w ich splecione dłonie. 一 Może to dlatego, że lubię to jak na mnie patrzysz? Bo może... może przestałbyś, gdybyś zobaczył jak, hmm, jak wyglądam pod spodem?
Z perspektywy Gauthiera Milo mógł wyglądać tak, jakby dla odnalezienia w sobie wątłych rezerw otwartości zamknął oczy. W rzeczywistości po prostu je przymknął nadal obserwując frapującą różnicę w kolorze ich skóry.

To nie tak, że znalazłbyś tam coś nietypowego 一 wymamrotał zanim następującą po tym ciszę zjadł nerwowy śmiech. 一 Zapewniam cię, że wszystko jest jak należy, ale po prostu nie wszędzie jest ładnie. Po części to moja wina.
Zassał się na swojej dolnej wardze i dopiero wtedy odważył się z powrotem nawiązać z Gauthierem kontakt wzrokowy, co okazało się o dziwo trudniejsze niż utrzymanie tego fizycznego, który obecnie dzielili trzymając się za ręce jak w kiepskim dramacie romantycznym.
W uśmiechu jaki był z siebie w stanie chwilowo wykrzesać było więcej przeprosin niż wesołości, ale też wyraźna bezradność. Nie wszystko potrafił naprawić, mimo że wielu osobom w jego otoczeniu wydawało się, że jest inaczej.
A potem czując, że obaj tego wieczoru zasłużyli na coś więcej niż jego fatalistyczne introspektywy, Milo puścił jego dłoń i przetoczył się na bok, plecami w stronę Dylana. Z ramionami, które wokół siebie oplótł wyglądał wyjątkowo bezbronnie, jak ktoś, kto czuł, że powiedział zbyt dużo i zamierzał powiedzieć jeszcze więcej.

Poza tym jest mi wstyd 一 wycisnął z siebie wreszcie, przytłumionym przez kołdrę w jaką wcisnął twarz głosem. 一 Jestem cholernie wrażliwy na dotyk, zawsze byłem, ale w niektórych miejscach... sam wiesz. Łatwo mnie w ten sposób przeciążyć, no i... 一 Nie chodziło o to, że nie miał na to odpowiedniego słowa. Miał, tylko nie chciało mu ono przejść przez gardło i aktualnie prowadził bardzo heroiczną walkę ze swoim tchórzostwem. 一 No i po prostu wtedy... płaczę? Boże, wiem, WIEM, nic nie mów, ja wiem! To jest kurwa żałosne, nienawidzę tego, nie wiem co z tym zrobić! Och, nie wierzę, że to powiedziałem...! Nie, koniec, nic więcej, ani słowa! Umrę z ośmieszenia, na pewno jest taka kategoria, napiszecie to na moim nagrobku, albo... boże, nie. Nie, ani słowa, ani... nic.
Przetoczył się na brzuch i poza tym, że z rozeźlonym i jednocześnie uznającym swoją porażkę warknięciem wcisnął twarz w pościel, a dłonie wczepił sobie we włosy miętosząc je bezlitośnie jakby czymkolwiek zawiniły.



Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Spodziewał się, że dotarcie do pełnego porozumienia może im chwilę zająć, nie oczekiwał, że nagle zaczną czytać sobie w myślach, jednak Milo, decydujący się zdaje się na zignorowanie wszystkiego co mu powiedział na rzecz własnych wniosków, i tak dał radę go zaskoczyć.
- Co? - palnął, unosząc pytająco brew i rzucając mu krzywe spojrzenie. - To... kompletnie nie to, co próbuję ci przekazać. Mamy swoje tempo, "za mało" sugerowałoby, że coś jest z nim nie tak - wytknął, przy okazji zastanawiając się co ten czytał, albo z kim rozmawiał, by dojść do wniosków wywołujących ten temat z lasu. Nie miał nic przeciwko, właściwie dobrze było wyłożyć karty na stół i wspólnie przyjrzeć im się z bliska zamiast grać w zgadywanki, jednak niekoniecznie podobał mu się ton rozmowy przedstawiający ich niespieszne poznawanie się od strony fizycznej jako coś złego. Być może jeszcze kilka miesięcy wcześniej spytany o zdanie nawet by się z tym zgodził, jako że dotychczas jego związki trzymały się głównie sypialni, jednak doświadczając tego w praktyce nie widział powodu do narzekania.
Słysząc niepokojący, i na pewno niezdrowy, protest jego karku, skrzywił się jakby był w stanie fizycznie wyczuć przeskakujące kostki i instynktownie podniósł dłoń w chęci złagodzenia obrażenia, tylko by powoli opuścić ją z powrotem na pościel, kiedy Milo go w tym wyprzedził. Później tylko przyglądał mu się uważnie, w milczeniu dając mu zbierać słowa i wnioski. Z czego ten, na który faktycznie padło, dał radę go rozbawić.
- Ty mnie? Jestem świadomy, tak. I tego, że między nami mam więcej powodów, żeby bać się ciebie - zauważył, pijąc do wszystkiego, czego miał okazję się o nim dowiedzieć, zwłaszcza w ostatnim czasie. Podczas samej wizyty w barze Rivera kilka razy prawie rzucił się na kogoś z zębami w jego imieniu i o ile było to cholernie miłe, dawało mu jednocześnie wgląd w to, że naprawdę nie warto było z nim zadzierać. A przynajmniej nie na serio. Niemniej dał sobie moment na przemyślenie czy mężczyzna nie trafił bokiem w źródło jego ostrożności. W końcu nie był to całkowicie bezpodstawny wniosek, gdzieś w głębi nawet można było znaleźć wspólne elementy z tym co starał się praktykować, aczkolwiek ani razu nie sądził, że jest w stanie go przestraszyć. Co najwyżej zniechęcić i to tego starał się unikać.
Z kolejną poruszoną kwestią nie było mu już do śmiechu i w ten sposób nadszedł jego moment na niezdolność do znalezienia słów. Wpatrywał się w jego nieposłuszne loki, opuszczone powieki, nerwowo podskakujące trampki i dłoń zamkniętą w swojej, nie potrafiąc pojąć jak mógł być tak bardzo ślepy na to, co Dylan widział tak wyraźnie od ich pierwszego spotkania. Od tego czasu wiele się zmieniło, wiedział więcej, widział więcej, a wszystko to tylko bardziej zwalało go z nóg. Nie mógł znaleźć słów by przebić się przez ścisk gardła wywołany przez rosnącą świadomość tego, jak niską samoocenę miał mężczyzna posiadający na wyłączność jego serce. Szarpnęło boleśnie, kiedy ponownie złapał kontakt wzrokowy z ciepłym, głębokim brązem. Następujące rewelacje, idące w parze z zerwanym kontaktem, dały mu nową perspektywę na niektóre kwestie i, pomimo wcześniejszego szoku, nawet dał radę uśmiechnąć się wbrew sobie na żywe dramatyzowanie i tarzanie się po materacu. Przekręcił się na bok by znaleźć się trochę bliżej i ułożył dłoń na jego palcach zatopionych we włosach, by zachęcić go do zostawienia ich w spokoju. Przy okazji pochylił się niżej by odgarnąć nosem loki opadające mu na ucho.
- Myślałem, że się mnie nie boisz - mruknął, po części próbując sprowokować go do podniesienia twarzy z pościeli. Po części mówił jednak na serio - lęk przed jego reakcją także nie powinien mieć miejsca w warunkach komfortowej i otwartej komunikacji, do której w tym momencie dążyli. Chcąc trochę bardziej ostudzić jego paniczną reakcję, przesunął się odrobinę by musnąć wargami jego skroń. - Po kolei, okay? Wrócimy do tego, tylko... Milo - zaczął, kładąc dłoń na jego łopatce i powoli przesuwając ją do połowy pleców. - Jesteś przepiękny. Ty, jako całokształt. Każdy element z osobna i wszystkie na raz, bo razem tworzą ciebie i niezależnie od tego, co jeszcze mi pokażesz, nie ma najmniejszych szans, że zacznę patrzeć na ciebie inaczej. Albo wcale. Bo dotychczas wszystko co widziałem sprawiało tylko, że zakochiwałem się w tobie bardziej i nie zamierzam przestawać - przyznał, wylewając przed nim serce w nadziei, że to wystarczy by dać mu wgląd w to jak widział go Gauthier, przynajmniej powierzchownie. Tym razem bez żartów, bez przesadzonej mimiki twarzy i dramatycznych gestów, chciał by wziął go na poważnie i zaczął mu wierzyć. W to, że Dylan przez ostatni rok miał okazję towarzyszyć mu w licznych sytuacjach, stanach emocjonalnych, na różnym poziomie zadbania o wygląd zewnętrzny czy podstawowe potrzeby, a wyszedł z tego wyłącznie z pogłębiającymi się uczuciami i motylami w brzuchu za każdym razem, kiedy na niego patrzył. Odetchnął, spoglądając na własną rękę i przesunął palcami w miejscu, gdzie pod materiałem bluzy znajdowała się jego talia. - Mam ci coś do pokazania, później, jeśli będziesz chciał. Niezbyt pięknego i też z mojej winy - zaoferował, nawet jeśli Milo miał już okazję zobaczyć go bez części ciuchów. Bez problemu biegał bez koszulki po mieszkaniu, jak i poza nim, jednak czym innym było mijanie się w korytarzu, a czym innym faktyczne zwrócenie uwagi na drobne, już teraz łatwe do przeoczenia, pamiątki mające zostać z nim na zawsze. Najwyższy czas by poruszył z nim ten temat.
- A jeśli chcesz o tym porozmawiać i darujesz sobie wkopywanie się w podłogę jak kret... Dobry czy zły płacz? - zagaił, bynajmniej nie zamierzając mu odpuszczać, kiedy już dowiedział się na czym polegał problem ze strefami zakazu na jego ciele. - Zły znaczy omijamy za wszelką cenę, nie ma opcji. Z dobrym możemy popracować - rozjaśnił trochę, przekręcając się by w połowie się na nim położyć, przycisnąć go do materaca i oprzeć mu brodę o ramię. Zmęczyło go podpieranie się na łokciu. - Jak czegokolwiek będzie ci za dużo, albo za mało, pokieruj mnie, hm? Możemy ustalić kilka zasad, ja będę spokojniejszy, ty dostaniesz łatwe wyjście jakby coś miało cię przytłoczyć. I vice versa - zaoferował, decydując się na praktyczne podejście do tematu. Był co najmniej chętny by spróbować z nim czegoś więcej, na zielone światło momentalnie zaciągnąłby go do łóżka, a najwidoczniej w tym wypadku potrzebowali trochę przygotowania i równie dobrze mogli zacząć teraz.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Miał niepełną świadomość swojej niskiej pełzającej samooceny.
Przez lata żył w przekonaniu, że czegoś mu brakowało - nie wiedział tylko czego dokładnie, ale musiało to być coś ważnego, skoro prędzej czy później przestawał być wystarczający i zostawał sam, zdany na siebie i łut szczęścia. A może było odwrotnie, i w jego przypadku nie chodziło o zbyt mało a właśnie zbyt dużo?
Prościej było skupić się na szczelinach pomiędzy - jedną rodziną a drugą, trzecią i kolejną, na życiu w ciągłym ruchu, tak, by jedyną rzeczą o jakiej był w stanie myśleć stało się wyłącznie przetrwanie, na przerwach mierzonych w urlopach tych pechowców, do których domów włamywał się wędrując i jeżdżąc autostopem wzdłuż wybrzeża.
Dopiero później pojawiła się Estella, Diego i Sacramento, gdzie mimo najszczerszych chęci i tak miesiącami czuł się jak złodziej, który wszedł oknem i nie powinien zanadto przyzwyczajać się do stabilności. Był etap oswajania, choć innego niż to, które przeprowadzał z nim Gauthier, był okres pęknięć i prób łatania ich czymkolwiek. Do Toronto przyjechał w stanie niekruszącym się, ale też nie zaleczonym, po drodze dochodząc do wniosku, że nie miał pojęcia jak posklejać się do końca.
Dylan pomógł mu zauważyć inne braki, ubytki, jakie dotąd nie sprawiały problemu, a on sam właściwie nie był ich świadom.
Pozwolił mu przekonać się do zostawienia włosów w spokoju, ale cofnął je sobie na kark, sięgnął do barków i rozmasował je przez bluzę, jakby coś go zapiekło. Niemal przeoczył przez to pocałunek, tak niepewny i delikatny, że mógłby kwestionować jego istnienie.
Głowy jednak nie podniósł. Życzył sobie być w tym momencie tchórzem, i tak powiedział zbyt wiele.
A potem drgnął cały tym razem nie z niedotykalstwa, a po prostu z zaskoczenia gdy dłoń Dylana na chwilę spoczęła w bezruchu między jego spiętymi łopatkami. Odetchnął głęboko w pościel, raz, drugi, trzeci, odruchowo wyciągając intuicyjne, wyuczone techniki by się uziemić.
Pozwolił mu mówić swobodnie, ciągiem, nie wzdrygał się więcej w trakcie powolnej wędrówki jego ręki wzdłuż kręgosłupa, ale milczał uparcie nie chcąc gasić entuzjazmu Gauthiera swoim pesymizmem. Nie wierzył mu nie dlatego, że mu nie ufał. Po prostu nie posiadał jego perspektywy.
Z błędnej spirali goryczy wyrwała go dopiero niejasna propozycja nakreślona bardzo ogólnikowo; wtedy Milo nareszcie wciągnął ręce pod siebie i dźwignął się na przedramionach, z odciśniętym hafcikiem koronki na poszewce, do której przyciskał policzek.
To znaczy? 一 Zmarszczył brwi pytająco, wędrując badawczym spojrzeniem po jego twarzy, tak, jakby to z niej miał zamiar wyczytać coś więcej i... właśnie wtedy zdał sobie sprawę, że tak ‎‏‏‎ ‎ n a p r a w d ę ‏‏‎ ‎‏‏‎ ‎to nigdy nie widział go w pełni z bliska, poza ich chaotycznym, spontanicznym półzbliżeniu w ciemnej kuchni i tych urywków w codzienności, podczas których Gauthier przebiegał po domu piekląc się na niedosuszoną koszulę. Nie był świadom, że ktoś, kto na co dzień i w jego osobistym przekonaniu był wręcz uosobieniem naiwnego optymizmu i energii, kto rwał się jako pierwszy do podnoszenia potrzebujących na duchu charytatywnie (czego Rivera nie rozumiał ani trochę, ale altruizm nigdy nie leżał w jego naturze) i praktycznie nigdy nie narzekał mógł tak dobrze kamuflować własne tajemnice. Czymkolwiek były, Milo jak dotąd był wyjątkowo krótkowzroczny. 一 Chcę zobaczyć. Jeżeli mi pokażesz, to ja też pokażę ci swoje.
Wydało mu się to sprawiedliwą wymianą, równowagą, by nikt nie był nikomu dłużny ryzyka zaufania na kreskę.
Zmiana tematu wybiła go nieco z rytmu, ale nie wywiała mu z głowy nagłej chęci zbadania sprawy na wskroś, nawet, jeżeli miałby go własnoręcznie obrać z ubrań i obejrzeć cal po calu pod lampą.

Hmm. Dobry. Dobry, to po prostu głupia reakcja mojego organizmu, na przykład... pamiętasz wtedy w kuchni? 一 Podniósł się do siadu, z głębszym, wypuszczonym nosem odetchnięciem pełną piersią i spojrzeniem, które przez chwilę błądziło po wzorzystej pościeli gdy rozprostowywał materiał dłońmi, zanim jego wzrok zatrzymał się wreszcie na wysokości oczu Dylana. 一 Prawie rozwyłem ci się w bluzę, było blisko.
To był ten krótki moment, kiedy był szalenie blisko końca i chował twarz wciskając mu ją w bark, na szczęście dla jego własnej godności finisz nadszedł żenująco szybko i nie musiał tłumaczyć się z dodatkowych niespodzianek. Nie wspominając o tym, że Gauthier, jak go znał, dostałby chyba zapaści widząc go w takim stanie bez wcześniejszej instrukcji obsługi i informacji dopisywanych drobnym druczkiem.
Z dobrym możemy popracować.
Milo uśmiechnął się blado i wrócił z powrotem do leżenia plackiem, zmieniając pozycję kolejny raz, bo nie potrafił znaleźć dla siebie miejsca. Dylan jakkolwiek rozwiązał ten problem za niego, wyciskając na nim zdezorientowane, zniecierpliwione westchnienie gdy jego ciężar wypchnął mu powietrze z płuc.

Nie wiem, coś w stylu... bezpieczne słowo? 一 rzucił na próbę, bo na ten moment takie rozwiązanie wydawało mu się najprostsze i jako pierwsze przyszło mu do głowy. 一 Bo jeżeli tak, to ustalam, że będzie to Linux. Raczej wątpliwe, żebym w takiej sytuacji myślał o systemach operacyjnych, chociaż... nie, raczej nie.
Z trudem wyciągnął spod siebie ręce, póki co jeszcze bez wyraźnej chęci zrzucenia Gauthiera ze swoich pleców. Miał inne plany, a kwestia osobliwych reakcji jego ciała nie zajmowała go w tym momencie na tyle, by zapomniał o priorytecie krążącym mu po głowie jak niedający się obejść proces w tle.

Pokażesz mi teraz? 一 zapytał z celowym akcentem położonym na ostatnie słowo, próbując zignorować łaskocząco ślizgający mu się po szyi i karku oddech, przez który jak na zawołanie obsypał się gęsią skórką. Było o tyle prościej, o ile Dylan pachniał ich domowym proszkiem do prania, a właściwie to płatkami mydlanymi, na które Milo upierał się jak wściekły argumentując, że od innych dostawał wysypki.
Nie był natomiast pewny czy to, co właśnie odczuwał w związku z poruszonym tematem było ukuciem wstydu czy złości wobec samego siebie na myśl, że choć w praktyce i wedle wszelakiej logiki jaką zwykł się przecież kierować nie mógł wiedzieć, tak zapieklił się, że mógł coś przeoczyć. Może gdyby poświęcał mu więcej czasu w ogóle nie odbywaliby teraz tej rozmowy?

Proszę?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Niedopowiedzenia i skrywane po kątach sekrety zaczęły niespodziewanie wylewać się wodospadem w środku nocy na materacu upchniętym na poddaszu małego mieszkanka w Sacramento. Pierwszy poruszony mimochodem temat pociągnął za sobą kolejny, rzucając światło na wszystko, co nosili ze sobą przez cały ten czas, a uparcie utrzymywali gdzieś poza zasięgiem wzroku. Świadomie czy nie, kierowani przeróżnymi, personalnymi pobudkami, omijali część istotnych kwestii, być może czekając na dobry moment, być może nawet nie planując dzielić się tą bardziej wrażliwą stroną. Dylan wahał się gdzieś na granicy pomiędzy tymi dwoma podejściami, w zależności od nastroju akceptując swoją przeszłość i to jak na niego wpływała, albo starając się wmówić samemu sobie, że nic z tego nie miało znaczenia. Większość czasu udawało mu się ignorować zarówno sam wypadek, jak i jego długotrwałe efekty, a poinformowanie o nim Milo wydawało mu się mało istotną ciekawostką z życia. Dopiero, kiedy wyłożył karty na stół rewersem ku górze, ze świadomością, że lada moment miał obnażyć przed nim tę część siebie, zaczął zdawać sobie sprawę z tego, jak głęboko w sobie tak naprawdę ją chował. Jak rzadko o tym mówił, myślał, przyjmował do wiadomości. Chciał wziąć udział w tej małej wymianie doświadczeniami, był chętny zacząć i wpuścić go głębiej, jednak na samą myśl jego mięśnie spinały się, a serce startowało w wyścigu przeciwko samemu sobie.
- Mogłeś... - zaczął i uciął samego siebie, metaforycznie gryząc się w język, zanim zdążyłby debilnie zwrócić mu uwagę na coś, czego nie zrobił pięć miesięcy wcześniej. - Czyli... Okay, czyli nie mam od razu uznawać, że coś ci się dzieje. To... dobrze wiedzieć, dość istotna informacja - potwierdził zarówno jemu, jak i przed samym sobą, coraz bardziej zdając sobie sprawę z tego, jak bardzo tak naprawdę potrzebował to usłyszeć. Nie miał najmniejszych wątpliwości, że ten wieczór potoczyłby się zdeczka inaczej, gdyby Milo rozpłakał się w jego ramionach. Prychnął cicho na wybór słowa, pozytywnie zaskoczony tym jak szybko ten podłapał temat i bezproblemowo podjął decyzję.
- Raczej? - podłapał, spoglądając z wyrzutem na tył jego głowy. - Sądzisz, że będę cię aż tak nudził? - dodał i chociaż wszystko to mówił na żarty, jakby Rivera zaczął w trakcie rozważać nad aktualizacjami systemowymi, niewątpliwie byłaby to jego największa porażka życiowa. - Ale dokładnie coś w tym stylu - zgodził się, mieląc w głowie na ile nazwa systemu operacyjnego mogłaby wprowadzić jakiekolwiek zamieszanie czy nieporozumienia. - I ja tym bardziej zostawiam moje systemy operacyjne poza sypialnią. Linux pasuje - przyklepał propozycję, nie widząc przeciwskazań by ustawić to od razu i mieć to z głowy. W ciągu kilku minut przeskoczyli o kilka porządnych susów do przodu, budując stabilniejsze podstawy i łatając dziury, wkoło których dotychczas manewrowali i chwiali się na nierównych krawędziach. I wraz z prośbą Milo nadszedł moment na następną szpachelkę cementu.
- Skoro tak ładnie prosisz - mruknął po wypuszczeniu głębszego oddechu i przetoczył się po nim, by wylądować po jego drugiej stronie, tylko w celu potencjalnego zagrania mu na nerwach. Przysiadł na brzegu materaca i najpierw zajął się kwestią trampek, które rozwiązał i skopał z nóg, zanim przesunął się głębiej na łóżko, przysiadł na piętach i dopiero wtedy sięgnął za plecy, by przeciągnąć koszulkę przez głowę. Złożył ją w nierówną kostkę i rzucił gdzieś na podłogę przy materacu, po czym spojrzał w dół i przez chwilę zastanawiał się od czego zacząć.
- Większość zagoiła się całkiem dobrze, trzeba się faktycznie przyjrzeć, żeby je zobaczyć. Musieli się postarać, ponoć wyglądałem jakbym przeleciał przez tarkę - przyznał, uśmiechając się kącikiem ust i przekręcając się w bok, by pokazać przede wszystkim swoją prawą stronę ciała. Przeciągnął palcem po linii ciągnącej się w połowie swoich żeber - była jedną z gorszych, bardziej poszarpanych, dość blada by zanikać w cieniu, jednak widoczna, kiedy wiedziało się gdzie patrzeć. Następna, tym razem pionowa znajdowała się na jego biodrze, znikając pod materiałem spodni. By wskazać kolejną wykręcił rękę i przeciągnął palcem po wewnętrznej stronie łokcia, od środka bicepsa do połowy przedramienia. Ominął większość drobnych linii rozsypanych od szyi w dół, zostawionych najpewniej przez drobne kawałki szkła. - Część musiałbyś zobaczyć z bliska. Bardzo bliska. Albo... - podniósł wzrok i, niekoniecznie świadomie unikając patrzenia mu prosto w oczy, złapał jego dłoń, którą pokierował do swojego niegdyś złamanego obojczyka, gdzie skrywała się kolejna pozioma nierówność na skórze. Ta była znacznie bardziej wyczuwalna niż widoczna, zwłaszcza kiedy siedział. - Czołówka z osobówką na moim pierwszym motocyklu. Odcięło mnie na tydzień - wyjaśnił zwięźle, nie do końca pewny na jakich szczegółach powinien się skupiać. - Kojarzysz jak czasem utykam i mówię, że to nic takiego? - podrzucił uśmiechając się łagodnie, trochę niepewnie. Milo nie był pierwszą osobą, która widziała jego blizny, jednak pierwszy raz faktycznie starał się ściągnąć na nie uwagę zamiast ją odwracać. Niektóre z nich nosił otwarcie cały czas, jak tę tuż pod szczęką, która bez kontekstu przypominała pamiątkę z przewrotki na deskorolce w latach młodzieńczych, reszta wymagała lat zanim znowu odważył się odkrywać skórę przed innymi ludźmi. Obnażenie się i wyliczanie znamion niczym grzechów podczas spowiedzi nie miało miejsca aż do teraz.

Milo Rivera
23 y/o
Mark your calendar for Canada Day
170 cm
Student/Złota Rączka w PATH
Awatar użytkownika
I have the social energy of a raccoon on Xanax, the commitment instincts of a housecat, and the emotional range of a teaspoon.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiwhatever
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjigłównie przeszły
postać
autor

Nadal czując po głowie tego ostatniego drinka odkrywał nagłą łatwość w rozmowie, co zapewne miało dobiec końca gdy z rana przyjdzie mu wytrzeźwieć, ale póki dryfował z daleka od swoich zwyczajowych ograniczeń - korzystał, Dylan jak się wydawało, również.
Kiedy Gauthier odtoczył się kawałek dalej, Milo sam zgramolił się do siadu i czekając, aż mężczyzna upora się z trampkami, przetarł sobie oko nasadą nadgarstka. Nie wiedział do końca czego się spodziewać, domyślał się, że prawdopodobnie mówili w tym momencie o bliznach, ale nie znał skali ani powodu, więc zamiast drażnić go gadulstwem postanowił zamknąć się na chwilę i dać mu nieco czasu.
Przełknął ślinę gdy Dylan przeciągał koszulkę przez głowę, w pierwszym odruchu po prostu powierzchownie zagapił się na szerszy bark, ładnie wyprofilowaną klatkę piersiową i mięśnie brzucha, za jakie Rivera mógłby zabić, ale na pewno nie biegać na siłownię tak, jak robił to Gauthier.
I właśnie na tym gapiostwie i pobieżności się przejechał, bo dopiero gdy pokazano mu bezpośrednio palcem każdą po kolei bliznę i zrost, poczuł jak krew odpływa mu z twarzy.
Znaczy... w-że...? 一 wymamrotał niezbornie, by za moment wgryźć się w swoją dolną wargę na widok szramy ciągnącej się na tyle nisko, że jej reszta chowała się za pasem spodni.
Przez bardzo krótki moment nie wiedział na co patrzy, bo wraz z trzeźwością utracił zdolność sprawnego łączenia faktów i kojarzenia, a „ponoć wyglądałem jakbym przeleciał przez tarkę” obrócił w myślach tyle razy, że stało się to tłem.
Dylan okręcił się bardziej dając mu wgląd w to, co od tak dawna znajdowało się na wyciągnięcie ręki - ile razy zasypiał obok i budził się zwinięty wokół jego ramienia? - a czego Milo nie zauważył, choć w istocie dotykał do przecież... dotykał?
Wstrzymał oddech gdy dźgnęło go bolesne, ale sprawiedliwe zderzenie z realnym stanem rzeczy; od ponad pięciu miesięcy nawet nie spróbował wyjść poza własną strefę komfortu, a to, że był mało dotykalskim i niezbyt interaktywnym człowiekiem było chujowym argumentem i nie broniło go nawet we własnych oczach. To przecież naprawdę nie było tak wiele, więc jak można było nie wiedzieć, że ktoś, z kim oficjalnie dzieliło się relację, mieszkanie, kurwa - łóżko! - był poharatany jak stolarskie biurko?
Zapomniał, że wciąż upychał powietrze po płucach, więc wypuścił je ciężko i przeciągle nosem, wchłaniając kolejne informacje i autorefleksję.
Nierówność obojczyka nagle stała się zauważalna pod palcami i Milo był absolutnie pewien, że odtąd będzie ją wyczuwał nawet i przez dziesięć warstw koszulek, bluz, swetrów i kurtek, podobnie jak finalne wyznanie: „Czołówka z osobówką na moim pierwszym motocyklu.”
Zapytany o to, czy przynajmniej utykanie rzuciło mu się w oczy natychmiast pokiwał głową gorliwie, żując swoją dolną wargę bez słowa i walcząc z węzłem gordyjskim w jaki zwinęło mu się wszystko na wysokości żołądka.

Czekaj. To dlatego wtedy... podczas przeprowadzki? Kiedy my... ja pierdolę, jaki ja jestem ślepy.
Miał ochotę strzelić się w pysk, niekoniecznie ręką.
Palcami drugiej na razie krążył wokół koślawego obojczyka, niezdecydowany, czy wolałby w tym momencie stanąć obok i dokonać autoegzekucji czy dopytać.
W zamyśleniu cofnął dłoń z dolinki pod kontuzjowaną kością i powiódł opuszkami w stronę blizny wgryzającej się w biceps i dalej, żarłocznie w kierunku łokcia, zastanawiając się czy kiedykolwiek w ogóle zapędził się wyżej niż do przedramienia.
To, że sam posiadał znikomą potrzebę dotykania nie oznaczało, że Gauthier automatycznie miał wyzbyć się swojej, czego niestety jak dotąd nie równoważył i po prawdzie, nawet nie zauważał.
Przez parę kolejnych minut milczał, bardzo uparcie próbując wyrzucić z głowy i spod powiek własną rekonstrukcję przebiegu wypadku, połamane kości, krew wchłanianą przez śnieg albo rozcieńczającą kałuże, okruchy szkła, fragmenty karoserii, ale widok wracał wraz z paraliżującą go świadomością, że brakowało tak niewiele by nigdy go nie poznał.
Zapewne siedziałby teraz przy biurku pod lampą, konstruował nowe elektroniczne dziwactwa, zaliczał kolejne egzaminy, zapominał o posiłkach i możliwe, że nawet nie dowiedziałby się, że gdzieś dalej ktoś roztrzaskał się z hukiem o czyjeś auto. Nie miałby pojęcia, że ktoś taki jak Dylan Gauthier kiedykolwiek istniał - i wciąż byłby całkiem sam pośród swoich migających diod, cichego, bezosobowego szumu maszyn i zastanawiałby się co było z nim nie tak.
Pociągnięcie nosem, to pierwsze przynajmniej, było ciche i łatwe do pomylenia z szelestem kołdry kiedy obaj czasami zmieniali pozycję. Drugie było głośniejsze, przerwane w połowie, a gdy Milo przestał łaskotać go palcem wzdłuż brzegu nierównej, szarpanej na krawędziach blizny i objął jego ramię swoimi, zdawało się już lepiej wyjaśniać sytuację. Przychylił się jeszcze tylko do niego ukosem, policzek przytulił do kulistości stawu barkowego, bo dalej i tak by nie sięgnął, by zaraz zmienić zdanie; właśnie wycierał twarz w biceps Gauthiera i nawet nie było mu szczególnie wstyd.

Strasznie cię przepraszam 一 odezwał się w końcu, po serii głębokich, uspokajających wdechów i wydechów jakich potrzebował by opanować drżenie w głosie. 一 Że nie zauważyłem... że nawet nie próbowałem zauważyć. Głupio założyłem, że... nie wiem właściwie co. Kurwa, Dylan, przepraszam.
Nie zapytał z pretensją - „Czemu nic nie powiedziałeś?” - bo nie była to hermetyczna, skrywana bezobjawowo tajemnica, wystarczyłoby, żeby przynajmniej raz zachował się jak człowiek i okazał zainteresowanie w ten zwykły, ludzki sposób. Co gorsza znał siebie i wątpił, by to się miało drastycznie zmienić, ale mógł obiecać sobie w duchu, że przynajmniej postara się zrobić do tego podejście.

Czy to cię boli? Te blizny, albo obojczyk?


Dylan Gauthier
default (dc: default_1010)
Please be kind ❤
24 y/o
Welkom in Canada
179 cm
student | kuchcik w Archeo
Awatar użytkownika
'Til now, I always got by on my own
I never really cared until I met you
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiona/jej
typ narracjitrzecioosobowa
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Siedząc przed Milo, wskazując kolejne naruszone fragmenty swojej skóry i nakierowując na nie jego palce, czuł się jak obiekt badawczy oczekujący na wnioski i opinie dotyczące swojego stanu. W praktyce nie spodziewał się niczego wielkiego, może zaskoczenia, może przyjęcia do wiadomości na chłodno, chociaż uparcie skakał spojrzeniem między bladymi liniami a palcami przyjemnie kontrastującymi z odsłonioną klatką piersiową, unikając sprawdzania jakie emocje wyrażała twarz mężczyzny. Nie wiedział co mógłby tam znaleźć i nie był przyzwyczajony do idącej za tym niepewności, stąd odkładał to aż do momentu, w którym pociągnęli temat najbardziej dającej się we znaki kontuzji w jego życiu.
Zrehabilitowanie nogi do pełni sprawności zajęło dłużej niż zaleczanie nawet najgłębszych i najbardziej uporczywych ran zewnętrznych, parokrotnie doprowadzając go na skraj cierpliwości i zachęcając do rzucenia dalszych ćwiczeń pod okiem lekarzy na rzecz zaakceptowania swojego kalectwa. Potrzebował licznych zachęt, dyskusji i kłótni by wracać regularnie, parę razy w tygodniu, aż nie był w stanie wrócić na boisko. Już nigdy nie miał być w stanie biegać tak długo i skakać tak wysoko jak wcześniej, ale odzyskał chociaż pozory normalności, które najwidoczniej udawało mu się utrzymywać dostatecznie dobrze by nie budzić zbytnich podejrzeń nawet u własnego partnera.
- Wręcz przeciwnie, w końcu posadziłeś mnie na tyłku za kuśtykanie po wejściu na trzecie piętro po raz dziesiąty - wytknął mu odwrotność zarzucanej samemu sobie ślepoty. - Właściwie miałem nadzieję, że nie zauważysz - dodał ciszej, wyciągając tę kwestię, która gryzła go najbardziej. Z bliznami potrafił żyć, zaakceptował je i potrafił bez problemu je ignorować, gorzej było z utrudnionym chodzeniem, koniecznymi przerwami w trakcie meczu, ostrymi igiełkami bólu biorącymi się czasem znikąd i bez jasnego powodu. W tych chwilach nienawidził własnej słabości, a zwrócenie na nią uwagi potrafiło wepchnąć go w nieuzasadnioną frustrację oraz chęć udowodnienia, że jest w stanie sobie poradzić. Tak było i wtedy, a chyba tylko sensowny plan przedstawiony przez Milo utrzymał go w mieszkaniu, inaczej zaciskając zęby zbiegłby z powrotem po ten nieszczęsny regał by udowodnić swoją nieograniczoną sprawność.
Odkrywał przed nim karty niespiesznie, cały czas mając nadzieję, że nie zobaczy u niego tego samego zawodu, jaki czuł względem siebie przez wszystkie te lata, ani litości, która przejadła mu się już po pierwszym dniu po wybudzeniu w łóżku szpitalnym. Zdarzało się, że członkowie rodziny wciąż przybierali ten sam wyraz twarzy, sugerujący, że stracił coś cennego, czego już nigdy nie mógł odzyskać, i chociaż było w tym ziarenko prawdy, naprawdę nie chciał o tym myśleć w tych kategoriach. Teraz zamiast jednej ze znajomych reakcji spotkał się z dźwiękiem przypominającym płacz i nagle miał wciśniętą w ramię, wilgotną od łez twarz zasypującą go przeprosinami i w pierwszej chwili nie był pewny co z tym fantem zrobić. Podniósł wolną dłoń do loków Milo i łagodnie przeczesał palcami kosmyki, próbując go odrobinę uspokoić.
- Hej - mruknął, nachylając się by stuknąć go czołem w czubek głowy. - Nic mi nie jest. A ty nie masz za co przepraszać. Jak sądzisz, że jednak masz, to wybaczam wszelkie przewinienia. To nie jest... Nie miałeś skąd wiedzieć, a jak nie rzucają się w oczy to mogę chyba uznać, że nie wyglądają tak tragicznie - zauważył z uśmiechem, starając się rozwiać niespodziewanie poważną atmosferę. Nie miał mu niczego za złe, brak rozmowy na temat wypadku przez cały ten czas uznawał za własną decyzję i trochę kopał się mentalnie za trzymanie tej tajemnicy tak długo, ale możliwość przekazania mu tego we własnym czasie, bez presji, bez spontanicznego przesłuchania wywołanego znalezieniem blizn na własną rękę, była tą przyjemniejszą alternatywą.
- Już tylko noga - przyznał, marszcząc czoło w próbie przypomnienia sobie kiedy ostatnio reszta ciała sprawiała mu podobny dyskomfort. - Reszta robi już tylko za namacalne przypomnienie, żebym znowu nie zaczął jeździć jak debil - dodał, wysuwając dłoń z jego włosów, by zagiętymi palcami wytrzeć wilgoć z boku jego twarzy. Nie przesadzał nawet odrobinę, swego czasu czuł się jak król świata, jakby był nieśmiertelny, nie trudząc się szukaniem kasku i odpowiedniego zabezpieczenia, a znaki drogowe traktował jak niezbyt mile widziane sugestie. - Obojczyk zrósł się całkiem nieźle, musiałbym się postarać żeby go znowu poczuć, ale piszczel zszedł się krzywo i potrafi mieć humorki - rozjaśnił nieco bardziej, dając przebić się pewnej uldze, że mógł mówić o tym bez wahania i blokad. Nie spodziewałby się, że wprowadzenie go w temat będzie aż tak przyjemnym uczuciem. - I tak właśnie zakończyła się moja profesjonalna kariera koszykarska - dorzucił, darując już sobie resztki powagi. Nigdy nie planował doprowadzać go do łez, a zwłaszcza nie swoim stanem zdrowia czy historią, jednak skoro już do tego doszło mógł przynajmniej spróbować poprawić mu humor.
- Mogę ci pokazać jak to wygląda niżej, ale musiałbym zdjąć spodnie - zaoferował, w razie potrzeby chętny pozbyć się także dolnych elementów garderoby, niemniej wolał dogadać na ile było to potrzebne, a na ile dotychczasowa prezentacja była wystarczająca. - I nic więcej nie chowam, więc scena jest twoja. Kiedy będziesz gotowy - zachęcił, nie zamierzając zapominać, że to wszystko miało być wymianą, swoistym daniem w zastaw swoich niepewności by otrzymać to samo w odpowiedzi.

Milo Rivera
ODPOWIEDZ

Wróć do „⋆ Po Świecie”