-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Starała się teraz skupić na obecnej sytuacji. Na tym, co było tu i teraz. Jednak wszelkie logiczne i sensowne myśli wypierane teraz były przez natłok emocji, których nie potrafiła okiełznać. Niewytłumaczalna złość kotłowała się w jej wnętrzu. Nie umiała jej wytłumaczyć do końca, ale miała ogromne poczucie niesprawiedliwości. Chciała być tą, która zada ten decydujący cios. Chciała, aby to należało do niej, bo od niej to wszystko się zaczęło. Została jednak z poczuciem skrzywdzenia i uczuciem bezsilności wynikającym nie tylko z kiepskiego stanu, w którym się znajdowała, ale także z powodu tego, że nie była w stanie samodzielnie domknąć swoich spraw... Nawet jeśli Zaylee działała w interesie ich obu. Nawet jeśli miała przeświadczenie, że robi to dla niej to Evina miała jej za złe to, że nie oddała jej wtedy broni i nie pozwoliła strzelić do dogorywającego Blythe'a.
- Dla mnie ma... - wymruczała jeszcze, ale zdawała sobie sprawę, że nie było to miejsce na toczenie podobnych rozmów.
Próba podniesienia się z podłogi była jednym wielkim fiaskiem. Mogła siebie przeklinać za tę głupotę, gdyby nie to, że była zbyt zajęta zwracaniem treści żołądka. Narzeczona nie musiała jej powtarzać, aby starała się głęboko oddychać, ale chwilowo miała to zdecydowanie utrudnione przez targające nią torsje. Pociemniało jej przed oczami, ale zawzięcie powtarzała sobie, że nie może stracić przytomności. Niezależnie od tego jak kiepsko się czuła.
Mniej więcej wtedy zorientowała się, że narzeczona przeszła do resuscytacji Barneya. Wcześniej nie zdawała sobie sprawy, że nadinspektor przestał oddychać, a jego serce być może się zatrzymało. Przez moment obserwowała tę akcję, modląc się w duchu o tym, aby tylko Smith przeżył.
Całe szczęście niedługo później odezwały się pierwsze sygnały nadjeżdżających służb, a świat przybrał barwy czerwono-niebieskich sygnałów świetlnych używanych zarówno przez pojazdy policyjne jak i ambulans. Wielkim zaskoczeniem nie było dla Eviny to, że wśród przybyłych znajdował się Sloan.
- Samoobrona, Charlie - odpowiedziała, gdy tylko mężczyzna zaczął się zastanawiać, co właściwie miało miejsce we wnętrzu chaty.
Ratownicy medyczni przejęli reanimację Smitha, a dwójka z nich znalazła się także przy Swanson, która niechętnie podjęła się współpracy, zaznaczając przy okazji, że sama da radę usiąść na ułożonych obok noszach.
Wkrótce oboje zostali przeniesieni do wnętrza ambulansów. Jeden już zdążył odjechać z nieprzytomnym Barneyem, aby jak najszybciej dowieźć go na salę operacyjną. Evina z kolei została umieszczona w drugiej karetce, a jej nudności jeszcze nasiliły się podczas drogi, powodując praktycznie bezustanne wymioty.
Potrzebowali nieco czasu, aby w końcu dotrzeć do najbliższego szpitala. Detektywka czuła się naprawdę pokonana i wykończona. Wstępne oględziny podczas trasy ujawniły, że prawdopodobnie doznała wstrząśnienia mózgu oraz wymagała interwencji chirurga ortopedy, który miałby złożyć jej kolano po spustoszeniach dokonanych przez pocisk Blythe'a. Jedynym pocieszeniem w tej chwili był fakt, że chociaż nos nie był złamany. Przynajmniej w tej kwestii została oszczędzona.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Chciała jechać ambulansem razem z narzeczoną, ale ratownicy odwieli ją od tego pomysłu. Nie miała siły się z nimi sprzeczać. Pozwoliła Sloanowi i jego ludziom odprowadzić się na skraj lasu, gdzie zostawiła swój samochód i w towarzystwie zastępcy komendanta udała się prosto do szpitala.
O ile stan Eviny był stabilny, sytuacja Smitha była wręcz patowa. Miller krążyła między salami operacyjnymi, co jakiś czas otrzymując informację o stanie ich zdrowia. Dowiedziała się, że serce nadinspektora kilkakrotnie zatrzymywało się podczas wyjmowania kuli i niwelowania obrażeń w płucu, w którym utknął pocisk. Później musiała jeszcze skonfrontować się z jego żoną, która przyjechała najszybciej, jak tylko mogła wraz z najmłodszą córką. Dziewczynka była młodsza od Sama. Mogła mieć co najwyżej pięć, może sześć lat. W pewnym momencie Sarah Smith zemdlała, więc Miller przypadło chwilowe zajęcie się kilkulatką, która rozłożyła na korytarzu kolorowanki i kredki. Nie pozostawało jej nic innego, jak usiąść na podłodze i zamalowywać na różowo świnkę Peppę.
Operacja Swanson trwała prawie cztery godziny. W podobnym czasie udało się ustabilizować stan Barney'a, który wciąż był krytyczny, ale mężczyzna żył. Zaylee dała narzeczonej czas na wybudzenie się z narkozy. Wyszła na papierosa, wypiła kubek czarnej kawy, która trochę postawiła ją na nogi i pozwoliła przesłuchać się funkcjonariuszom. Dopiero wtedy weszła do sali, na którą przewieziona Evinę. Lekarz prowadzący poinformował, że fala uderzeniowa, z jaką trafiła kula, uszkodziła łąkotkę i że za kilka dni będzie konieczna jeszcze jeden zabieg. Już mniej inwazyjny, ale dzięki któremu uda się usunąć resztkę włóknisto-chrzęstnej struktury.
Zaylee usiadła na krześle przy łóżku, cały czas monitorując funkcje życiowe narzeczonej. Na szczęście prześwietlenie czaszki wykazało jedynie wstrząśnienie mózgu, a nos, który początkowo uważano za złamany, był tylko mocno stłuczony. Mimo to krwiaki zdążyły rozlać się pod oczami, a twarz śpiącej Swanson wyraźnie spuchła.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Starała się nie snuć żadnych scenariuszy. Ważne było teraz tylko to, co działo się w tym momencie. Wiedziała jednak, że ten wieczór może mieć dla niej konsekwencje zdrowotne. Mało tego Miller mogła skończyć marnie przez to, że tak bezceremonialnie przestrzeliła czaszkę Blythe'a. Nie było wątpliwości, co do tego, że biegli z pewnością odczytają ze śladów zarówno kąt jak i odległość oddanego strzału, a to namaluje w ich głowach obraz zwyczajnej egzekucji, która nie miała nic wspólnego z samoobroną. Zwłaszcza jeśli chodziło o człowieka z przeciętą tętnicą.
Wszystkie potencjalne myśli przestały zajmować miejsce w jej głowie, gdy tylko obok znaleźli się ratownicy. Mogła skupić się na czymś innym. Na tym szczególnym gwarze, który rozlegał się wokół niej i sprawiał, że umysł poświęcał się niemal w pełni analizowaniu wszystkich docierających do niej bodźców.
Nie była świadoma wielu rzeczy, które wydarzyły się od czasu na oddział. Dosyć szybko znalazła się bowiem na sali operacyjnej. Nie miała nawet czasu na to, aby zobaczyć się z narzeczoną. Zabawne było to jak role się odwróciły. Kiedyś to ona warowała jak pies w szpitalu, czekając na to aż chirurdzy skończą zajmować się raną postrzałową Zaylee. Różnica polegała jednak na tym, że wtedy sytuacja koronerki była dużo bardziej poważna, a relacja między nimi należała tego czasu do napiętej, gdy jeszcze żadne uczucia nie zdążyły się dobrze wyklarować.
Narkoza całe szczęście nie trzymała jej zbyt długo. Zdążyła się z niej wybudzić, gdy Miller była przesłuchiwana przez funkcjonariuszy. Przeklęła w myślach, bo nie zdążyła z nią porozmawiać. Czułaby się bezpieczniej, gdyby miały uzgodnioną wspólną wersję odnośnie tego, co zadziało się w domku. Wolała wiedzieć, co takiego ta zeznawała.
Zdążyła jednak zasnąć zanim koronerka powróciła. Była zbyt wykończona tym wszystkim. Fizycznie oraz psychicznie. Swoje na pewno również robiły leki, które obecnie pompowano w jej żyły. Nie miała pewności, co to właściwie było, ale obstawiała, że pewnie w całym zestawie znalazły się też jakieś środki przeciwbólowe.
Następnym razem, gdy się ocknęła Zaylee siedziała tuż obok.
Oczy bolały ją nieznośnie i musiała zamrugać kilka razy nim w końcu z ogromnym zmęczeniem utkwiła mętny wzrok w postaci narzeczonej. Wiedziała, że nie prezentowała się najlepiej. Poza tymi najgroźniejszymi urazami miała na swoim koncie również komplet wszelkiego rodzaju stłuczeń i skaleczeń. Dodatkowo dokuczały jej jeszcze trzy pęknięte żebra, a jedną z dłoni miała sztywną przez owinięty wokół niej bandaż, który zakrywał rozcięcie po wewnętrznej stronie powstałe na skutek prób użycia roztrzaskanego szkła jako prowizorycznego sztyletu.
- Co... ze Smithem? - spytała słabym i chrapliwym głosem, gdy tylko udało jej się w końcu złożyć jakąś sensowną myśl w głowie.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Oceniała właśnie, czy noga narzeczonej jest unieruchomiona na wiszącej szynie i czy dobrze odciąża operowane kolano, gdy kątem oka dostrzegła ruch. Poprawiła się na krześle i pochyliła w przód, żeby lepiej dosłyszeć pytanie.
— Żyje — odparła krótko. Stan Barney'a był krytyczny, ale chirurdzy zdołali opanować krwawienie. Teraz leżał na oddziale intensywnej opieki medycznej, zaintubowany i wprowadzony w narkozę. To na razie musiało wystarczyć. Tak, jak Swanson fakt, że Smith przeżył postrzał w klatkę piersiową. — Za kilka dni będą próbowali poskładać ci kolano — oznajmiła rzeczowo. Wolała, żeby dowiedziała o tym od niej, niż później wściekała się na lekarzy, że ci znów chcą brać ją na blok operacyjny.
Nie zapytała, czy dobrze się czuje. Wystarczył jeden rzut oka, aby odczytać ból i zmęczenie, które malowały się na twarzy Eviny. Miller zbyt dobrze znała ten stan. Po tym, jak została postrzelona w Nowym Początku, miała fatalne samopoczucie. Okres rekonwalescencja ciągnął się w nieskończoność, a Swanson czekała długa i żmudna rehabilitacja. Nikt nie mógł zagwarantować, że jej noga powróci do dawnej sprawności. Czas dopiero pokaże. A znając upór detektywki, pewnie trudno będzie jej przemówić do rozsądku. Dobrze, że Zaylee była wystarczająco zdeterminowana i miała na to swoje sposoby. Jeśli będzie taka konieczność, znów siłą zaciągnie ją na fizjoterapię.
— Napij się — sięgnęła po szklankę wody ze słomką. Pamiętała, jak sama obudziła się po operacji, a suchość w gardle była nie do zniesienia. — Ostrożnie, małymi łykami — poleciła, bo po rurce intubacyjnej krtań mogła być jeszcze mocno podrażniona. — Wyglądasz okropnie — zażartowała, próbując nieco rozładować atmosferę. Pomogła narzeczonej podeprzeć się na łokciach i pomogła jej sięgnąć ustami słomki. — Trochę cię tutaj zatrzymają — dodała jeszcze informacyjnie. To mogły być nawet tygodnie i to przy dobrych wiatrach. W najgorszym wypadku miesiąc do dwóch, a to i tak dość optymistyczna wersja.
Miała pewność, że Swanson nie da się zatrzymać w szpitalu dłużej niż to w ogóle będzie konieczne. Pod tym względem były dokładnie takie samo. Miller, chociaż była lekarzem, szczerze nienawidziła szpitali. Nic dziwnego, że wolała pracować w policyjnym prosektorium niż tym tutejszym.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Mruknęła krótko, gdy usłyszała, że Smith jednak przeżył postrzał i poczuła w tym momencie jak szorstka wibracja tego dźwięku nieprzyjemnie drażni ją w obolałym i zaschniętym gardle. Mimowolnie ściągnęła brwi, gdy tylko zarejestrowała to irytujące oraz bolesne uczucie.
- Nie mogą tego zrobić od razu? - zapytała, usłyszawszy o tym, że musi spędzić jeszcze kilka dni w szpitalu nim chirurg podejmie się operacji kolana.
Nie miała pojęcia skąd taka decyzja. Czy nie mogli tego zrobić od razu i porządnie? Nie znała się na medycynie, ale miała wrażenie, że narzeczona będzie w stanie jej odpowiedzieć na to pytanie. Na pewno zorientowała się w sytuacji dostatecznie, a po za tym posiadała odpowiednią wiedzę potrzebną do tego, aby jej dokładnie wytłumaczyć podobny stan rzeczy.
Najchętniej wyszłaby ze szpitala czym prędzej, ale wiedziała, że nie ma takiej opcji. Nie z tym kolanem. Nie byłaby w stanie nawet wstać z łóżka. Właśnie ta myśl sprawiła, że odnotowała kątem oka obecność cewnika przy łóżku. To wystarczyło do tego, aby poczuła się jeszcze gorzej. Myśl o tym, że ktoś miał zbierać jej mocz z plastikowej torebki wydawała jej się niezwykle upokarzająca.
Przynajmniej na chwilę Zaylee odciągnęła ją od podobnych rozmyślań o bólu i zmęczeniu. Chociaż nie bardzo podobało jej się, że narzeczona jej usługiwała to jednak podciągnęła się nieco wyżej na łokciach i sięgnęła szklanki z wodą, którą postanowiła chwycić we własną dłoń. Nie lubiła picia przez słomkę.
- I tak też się czuję - odparła, starając się uzyskać pewny chwyt na szkle, ale zaraz kolejne słowa zwróciły jej uwagę. -Jak długo chcą mnie tu przetrzymać?
To było dla niej cholernie istotne. Najchętniej wyszłaby ze szpitala już zaraz po przeprowadzonej operacji, Nie zamierzała zostawać tam dłużej niż byłoby to potrzebne. Wiedziała, że najlepiej wypocznie w domu bez wiecznego narzucania się pielęgniarek czy lekarzy. Nie chciała być jednak też utrapieniem dla narzeczonej, która musiałaby wtedy zajmować się nią w domu... Może zatem mogła poprosić o pomoc swoich rodziców? Wolałaby tego nie robić i byłaby to ostateczność, ale była przekonana, że oszaleje jeśli tylko zostanie zbyt długo w tym miejscu. Chyba wszystko było lepsze od leżenia na oddziale.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Tkanki są obrzęknięte i w dużej mierze zniszczone — zaczęła spokojnie, poprawiając się na krześle. Przycisnęła dłoń do skroni; głowa pękała jej od nadmiaru wrażeń. — Musieli wyciąć ci kawałek łąkotki, która pełni rolę stabilizatora w stawie kolanowym. Po takim urazie ryzyko zakażenia jest bardzo duże. Kiedy zejdzie obrzęk, będzie widać, co się goi, a co nie. Wtedy ocenią uszkodzenie stawu i więzadeł. Łąkotka jest roztrzaskana, więc pewnie usuną jej pozostałe fragmenty — powiedziała, co może nie brzmiało szczególnie optymistycznie, ale według Zaylee, nie było aż takiej tragedii. Trudności i ból przyjdą dopiero w trakcie powrotu do zdrowia. — Uwierz, mogło być o wiele gorzej. Miałaś zajebiście dużo szczęścia — gdyby Blythe trafił kilka milimetrów niżej, doszłoby do całkowitego zmiażdżenia stawu i kości, a wtedy nie byłoby czego rekonstruować. A tak kolano będzie działać, chociaż narażone było na częstsze zwyrodnienia.
Przewróciła oczami, widząc, że narzeczona chwyta za szklankę. Picie przez słomkę miało pomóc w niepodrażnianiu krtani, ale Miller szybko zrezygnowała z umoralniania. Nie potrafiła dokładnie ocenić, jak długo będzie musiała tutaj zostać. Chciała zapewnić, że zabierze ją stąd najszybciej, jak to możliwe, ale wszystko zależało od tego od tego, jak noga będzie się goić.
— Pod koniec tego tygodnia zaplanowali drugą operację. Jeśli nie dojdzie do żadnego zakażenia i stanu zapalnego, wypiszą cię za trzy tygodnie. I błagam cię, Evina — w tym miejscu Zaylee ujęła dłoń narzeczonej. — Nie kombinuj. Chyba chcesz wrócić do pełni zdrowia i pokopać z Samem piłkę? — uśmiechnęła się pokrzepiająco. Niesforny dziewięciolatek, który emanował nieposkromioną ilością energii mógł działać jako dobry motywator. Oczywiście na tę chwile nic nie wyglądało zbyt kolorowo, ale za czasem będzie lepiej.
Miller pamiętała swój pobyt w szpitalu. Była wrzutem na dupie wszystkich na oddziale, ale głównie dlatego, że doktoryzowała się i wiedziała wszystko lepiej. Po wypisie do domu jeszcze długo musiała zażywać leki przeciwbólowe, a zabliźniająca rana ciągle dawała o sobie znać. Stała się zrzędliwa i nieznośna, ale przynajmniej Evina nie musiała znosić jej humorów. Odnosiła też wrażenie, że Swanson miała znacznie więcej cierpliwości i zdecydowanie była odporniejsza na wszelkie urazy. Z kolei Zaylee nie miała oporów przed tym, żeby pomagać narzeczonej w tym trudnym czasie. Nie uważała tego za ciężar ani przykry obowiązek. Chciała być przy niej i dla niej.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Nie brzmi to najlepiej, ale na pewno mogło być gorzej - mruknęła wysłuchawszy już całego wywodu Zaylee, którzy nie napawał jej optymizmem, ale czego mogła się spodziewać w tej sytuacji?
Nie znała się na tym, ale skoro wciąż miała kolano i mało tego planowano na nim kolejne zabiegi to znaczyło, że było do odratowania. Chociaż na pewno fakt, że nie skończyło się na jednym udanym zabiegu powinien także dać jej do myślenia. Tak czy siak czekała ją jeszcze jedna operacja, a po niej z pewnością długa i bolesna rehabilitacja, aby wrócić do sprawności. Całe szczęście jej wynik nie mógł w pełni jej zdyskwalifikować z kontynuowania ścieżki zawodowej... To jednak nie była piłkarska ścieżka, którą rozważała jeszcze w liceum.
Słyszała jej ostrzeżenie, a co ważniejsze czuła to jak bolało ją gardło. Miała wrażenie jakby naciągnęła znajdujące się w nim mięśnie choć nie była pewna jak było to możliwe. Nie był to jednak pierwszy raz, gdy operowano ją pod narkozą i ten stan był jej doskonale znany. Mogła brać małe i kontrolowane łyki, ale planowała zrobić to na własnych warunkach. Tak jak zwykle. Ze szklanką w ręku i przyciskając jej brzeg do ust.
- Trzy tygodnie? To serio jest konieczne? - spytała, a jej głos zdążył się nieco wzmocnić i wyraźnie pobrzmiewało w nim niezadowolenie. - Rozumiem, że mogą czekać z operacją, ale po chuj trzymać mnie tu potem trzy tygodnie? Jasne, muszą się upewnić, ale nie mogą zrobić tego szybciej i wypuścić? Wróciłabym, gdyby faktycznie coś się stało, a tak zajmuję tylko komuś łóżko...
Była nieco pokorniejszą pacjentką od Zaylee. To nie ulegało wątpliwości. Zażywała leki bez zająknięcia chociaż w domu jej to tak łatwo nie przenosiło oraz nie fukała na personel, gdy coś wokół niej robił. Głównie dlatego, że miała świadomość, że to oni wiedzą lepiej. Mogła im się zatem poddawać. Tutaj jednak była zdania, że to miejsce bardziej przydałoby się komuś kto znajdowałby się dużo bliżej śmierci. Ona mogła mieć doglądaną nogę, a później zostać wysłana do siebie z całą listą zaleceń oraz uwag na co powinna uważać.
- Nie próbuję. Po prostu zastanawiam się czy naprawdę to wszystko konieczne - westchnęła ciężko i opadła z powrotem na poduszkę po czym spojrzała na niezwykle nieciekawy szpitalny sufit. - Trzeba będzie pomyśleć co z Samem... Nie chciałabym, żeby się martwił i widział w takim stanie, ale nie chcę też żeby myślał, że mam go gdzieś przez to, że się nie widujemy... No i chyba nie dam rady ukryć tego przed Elsie... Kitu też jej nie wcisnę skoro jest pielęgniarką.
Znajdowała się w naprawdę kiepskim stanie i o ile tylko mogła to chciałaby uniknąć mówienie o tym komukolwiek z najbliższych, aby zaoszczędzić im zmartwień. Byłoby to proste w przypadku biologicznych dzieci skoro widywali się i tak niezwykle rzadko, ale fakt, że Elsie pracowała w szpitalu znacznie utrudniał trzymanie takich rzeczy w tajemnicy. One tak czy siak by wyszły na jaw.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Trzy tygodnie w najlepszym wypadku — zaznaczyła ostrzegawczo Miller. — I to tylko wtedy, jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem. I nawet nie próbuj obciążać tej nogi — chyba będzie musiała zamienić słówko z lekarzem prowadzącym, żeby mieli na nią oko. Swanson lubiła udowadniać swoją samodzielność i pokazywać wszystkim wokół, że nie potrzebowała żadnej pomocy. — Pozwól im robić swoje, w porządku? Niech cię porządnie poskładają, zanim dostaniesz oficjalny wypis. Zobaczymy, jak będziesz czuła się po drugiej operacji i jak będzie taka możliwość, to zrobię wszystko, żeby zabrać cię stąd jak najszybciej. Zgoda? — wydawało jej się, że to był uczciwy układ. Zaylee też nie chciała, żeby narzeczona zostawała na oddziale dłużej, niż to faktycznie było konieczne. Zbyt dobitnie zdawała sobie sprawę z tego, że szpital jest siedliskiem zarazków.
Nie zamierzała mówić Samowi prawdy. Przynajmniej nie całej. Nie mogła jednak zataić przed nim faktu, że Evina przebywa w szpitalu, bo chłopiec z pewnością zacznie dopytywać o detektywkę, kiedy Zaylee zabierze go na któryś weekend. Nie mogły pozwolić na to, żeby odczuł, że nagle przestały się nim interesować. Miały teraz ważne sprawy na głowie, ale Samuel również była ważny.
— Proszę cię, Evina, przestań się ze mną licytować — oznajmiła tonem nieznoszącym sprzeciwu. — Młodemu powiem, że poślizgnęłaś się, przewróciłaś i trochę poobijałaś. Tak chyba będzie najłatwiej. No i na sto procent namówi mnie, żeby do ciebie zajrzeć, więc zabiorę go któregoś dnia w krótkie odwiedziny. Pewnie też dostaniesz taką wykurwistą laurkę z szybkim powrotem do zdrowia — uśmiechnęła się na wspomnienie rysunku, który sprezentował jej Sammy po wydarzeniach z Fosterem. — A Elsie... — zamyśliła się na moment, ale z córką Eviny sprawa była bardziej skomplikowana. Głównie dlatego, że młoda Swanson pracowała w tym samym szpitalu, do którego przetransportowano jej matkę. — Po prostu daj jej znać. Niczego nie polepszysz, próbując to przed nią ukryć. Wiesz, że prędzej czy później i tak się dowie. Nie ode mnie, ale podczas dyżuru na ortopedii. No i zostają jeszcze twoi rodzice — to też była ważna kwestia, której raczej nie dało się po prostu pominąć. — Wolisz, żebym do nich zadzwoniła i wytłumaczyła im wszystko tak, jak wyjaśniłam tobie, czy chcesz zrobić to sama? Nie musisz mówić im wszystkiego — dodała, tak na wszelki wypadek, gdyby narzeczona miała jakieś większe wątpliwości.
Swansonowie z pewnością będą się zamartwiać. Do tej pory nie wspominały im, z czym się borykały i że ktoś polował na ich córkę. Mimo to powinni chociaż się dowiedzieć, że Evina trafiła do szpitala i przeszła operację. Wypadek przy pracy. Oboje znali to ryzyko zawodowe, w końcu Swanson nie była w policji żadnym świeżakiem.
Evina J. Swanson
-
She was sweet like honey
But all I can taste is
The blood in my mouth
And the bitterness in goodbyе
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Wspomnienie o tym, że te trzy tygodnie miały być optymistycznym scenariuszem z pewnością jej się nie spodobało. Zaylee znała ją również na tyle dobrze by wiedzieć, że będzie próbowała odzyskać swoją samodzielność dużo szybciej niż powinna. Na pewno też będzie ciekawiło ją to na ile mogła sobie pozwolić.
- Nie zamierzam im przeszkadzać... - odpowiedziała, bo to jedno stwierdzenie było prawdą. - Obiecaj, że nie będę tu leżała dłużej niż to absolutnie konieczne.
Nie wyobrażała sobie, aby mogła tutaj spędzić trzy tygodnie. Pełen tydzień wydawał się być szczytem jej możliwości. Miała przez cały ten czas spać, jeść i leżeć w obcym miejscu? Nie wyobrażała sobie jakby to mogło wyglądać. Potrzebowała jakiegoś zajęcia. Chociaż zapewne zamulona lekami prześpi z początku większość czasu.
Przez chwilę ściskała dłoń narzeczonej, ale zaraz wysunęła rękę z jej uścisku i pokręciła głową z niedowierzaniem. Nie próbowała się licytować. Po prostu starała się znaleźć najlepsze rozwiązanie w tej zdecydowanie kiepskiej sytuacji.
- Dobra. Niech tak będzie - przytaknęła, ale wizja przedstawienia tego całego wypadku jako zwykłego upadku gdzieś na lodzie była dla niej niezwykle upokarzająca.
Dziewięciolatek był w miarę prosty do ogarnięcia. Głównie przez to, że nie był obecny w ich życiu przez cały czas, więc pewne sprawy było łatwiej przed nim ukryć, ale dodatkowo zdawał się łykać jak pelikan każde ich drobne kłamstewko o ile rzecz jasna wybrzmiało odpowiednio wiarygodnie. Problemem jednak były rzecz jasna dzieciaki, które były już dorosłe.
- Nawet jakbym chciała to nie byłabym w stanie. Obstawiam, że dowie się raz dwa jak tylko przyjdzie do pracy - stwierdziła ponuro, ale musiała przytaknąć na słowa Miller, bo mogła jedynie postarać się to jakoś przekazać w prostej formie. - Jeśli byś mogła to zrób to... Podaj jak najmniej szczegółów, złagodź wszystko jak tylko możesz, żeby brzmiało to jeszcze delikatniej niż przedstawiłaś to mi. Nie chcę, aby panikowali i się zamartwiali.
Już sam fakt, że trafiła do szpitala mógł ich doprowadzić do zawału, ale Swanson nie chciała, aby jej rodzice się zamartwiali. Powinni jak najmniej się tym przejmować i jakoś przejść nad tym do porządku dziennego. Choć pewnie to nie było możliwe.
- Chodź tu... - mruknęła jeszcze do narzeczonej i spróbowała się nieznacznie przesunąć na łóżku, co sprawiło jedynie, że syknęła z bólu przez zaciśnięte zęby.
Oczywiście, że musiała nadwyrężyć przy tym mięśnie otaczające popękane żebra oraz nieznacznie poruszyć uwięzioną na wysięgniku nogą. Niby była na środkach przeciwbólowych, ale wciąż czuła cholerny ból za każdym razem, gdy poruszyła się nie tak jak trzeba.
zaylee miller
-
bozia dała piękną gębę - nie moja wina,
lubią mnie też te zajęte - twoja dziewczyna
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Obiecuję — skinęła głową, chcąc potwierdzić wypowiedziane słowa. — Jak tylko otrzymam zielone światło, to zabieram cię do domu — zadecydowała krótko. Nie chciała, żeby Swanson musiała leżeć tutaj w nieskończoność.
Sposób, w jaki zamierzała wyjaśnić Młodemu to, co się wydarzyło, wydawał się prosty i logiczny. Chłopiec nie będzie dopytywał o śledztwo, bo skoro nic o nim nie wiedział, nie miał powodu, żeby zadawać niewygodne pytania. Inaczej było ze Swansonami. Im nie mogła mydlić oczu, choć była pewna, że uspokoją się nieco, gdy to Miller, posługując się mniej specjalistycznym językiem, wytłumaczy im obrażenia ich córki. Z kolei Elsie musiała wszystko usłyszeć bezpośrednio od Eviny. To była granica, którą Zaylee respektowała i której nie chciała przekraczać. Jej relacje z Elsie były bardziej na stopie koleżeńskiej i niewiele miały wspólnego z tym, że miała wkrótce zostać jej macochą.
Dostrzegła, jak narzeczona przesuwa się na łóżku, żeby zrobić jej miejsce. Miller wstała z krzesła, ale tylko po to, aby złożyć pocałunek na jej skroni.
— Nie wygłupiaj się — powiedziała, dając jej do zrozumienia, że nie zamierza kłaść się obok, kiedy była taka poobijana i obolała. — Spróbuj odpocząć. Zamienię kilka słów z lekarzem i pojadę do domu. Wrócę z samego rana i przywiozę ci wszystkie rzeczy — kolejne muśnięcie ust, tym razem w policzek. — Kocham cię — wyszeptała. Nieczęsto to mówiły, językiem ich miłości były czułe gesty i trwanie obok, niezależnie od wszystkiego. Były jednak momenty, w których te słowa wybrzmiewały i brzmiały tak, jak powinny.
Kocham wypowiedziane przez Zaylee znaczyło znacznie więcej niż proste wyznanie. Kryło w sobie strach, który ściskał jej gardło, gdy myślała o tym, co mogło się wydarzyć i ulgę, że los okazał się łaskawszy.
Poczekała jeszcze chwilę, aż Swanson odpłynie i wyszła z sali porozmawiać z lekarzem prowadzącym, żeby ostatecznie wrócić do domu. Szybko jednak uświadomiła sobie, że nie chce by tam całkiem sama, więc zadzwoniła po młodszego brata.