-
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— O co mi chodzi? Mi? Nie, Miller, lepiej powiedz mi, o co Tobie kurwa chodzi — syknęła nieustępliwie, coraz bardziej rozemocjonowana. Tylko tym razem nie chodziło chyba już o samą złość, ale też o wszystko inne — o to, że nie odpuszczał, że znów znalazł się w odległości marnych kilkunastu centymetrów od jej twarzy i to, że gniew kłócił się w niej teraz z wszystkimi pragnieniami, które tak zawzięcie starała się wyprzeć. — Tylko gra? — powtórzyła po nim po raz kolejny, a w dotąd ostrym tonie po raz pierwszy zabrzmiała uraza, której nie potrafiła już dłużej kryć. Choć wcale nie miała ochoty ani zamiaru się do tego przyznawać, nie była w stanie jak zawsze udawać, że było jej wszystko jedno, bo nie było. Ani trochę. Nie byłaby w stanie nazwać nawet jednej rzeczy, która dotykała jej bardziej niż to, cały ten syf i chaos, który na własne życzenie zaprowadziła w ich relacji, a których tak bardzo przecież żałowała. — Dla Ciebie to wszystko tylko pierdolona gra? — warknęła znów, na jego twarzy usilnie starając się doszukać ostatecznego potwierdzenia, że właśnie tym było dla niego wszystko to, co stało się dzisiejszego wieczoru. Rzecz w tym, że doszukała się tylko skonfundowania i w końcu po raz pierwszy przyszło jej do głowy, że może jednak nie chodziło o zemstę. Tylko nie bardzo wiedziała, o co innego. — To o co Ci chodzi, co? Czego Ty właściwie ode mnie chcesz, Lucas? — spytała wprost, niewiele łagodniej, ale za to ciszej, zupełnie jakby bała się zadać to pytanie, choć wcale nie tam leżały jej obawy. To o odpowiedź niepokoiła się najbardziej — bała się usłyszeć, że to wszystko nie było dla niego nawet w połowie tak ważne i prawdziwe jak dla niej.
Indie dla odmiany dobrze wiedziała, czego chciała. I po raz pierwszy zatrzymała się na wystarczająco długo, żeby zauważyć zawieszone na jej ustach spojrzenie i dojść do wniosku, że może jednak wcale tak bardzo nie różniło się to od tego, czego chciał Lucas. Bijące szybko serce szło na przekór umysłowi i kazało wyrwać się do przodu, ale utrzymująca się niepewność i napięcie zmusiły do tego, żeby zawahać się i zatrzymać w ostatniej chwili. Z dystansu pomiędzy twarzami ostały się już ledwo minimetry, ale finalnie zabrakło jej odwagi na to, żeby się go pozbyć — zamarła w pół ruchu, ostateczną decyzję zostawiając w jego rękach. Jeśli wcześniej wydawało jej się, że sekundy dłużyły się niemiłosiernie, to teraz, gdy czekała na jego reakcję, rozciągały się w prawdziwą nieskończoność, sprawiając, że oddech i serce w nerwach przyspieszyły jeszcze bardziej, choć dotąd nie sądziła, że było to fizycznie możliwe.
Jego ruch.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Szczególnie, kiedy tak wierzgała się na wszystkie strony, plując jadem prosto w jego twarz. Serce biło mu jak oszalałe, kiedy przyciskał ją do chłodnej ściany. Nie miał pojęcia, gdzie leżał jej problem, ani co dokładnie spowodowało, że nagle się tak na niego wydarła.
Dopiero kiedy rzuciła to tylko gra?! spojrzał na nią zaskoczony. Naprawdę o to jej chodziło? O kilka słów, rzuconych w kierunku ulanego w trupa Bobbiego, kiedy i tak rozmawiali od rzeczy? Przez moment nawet nie pamiętał, co on takiego dokładnie powiedział. Że by ją pocałował? I o to kurwa taka afera?
Przyjrzał się jej dokładniej, zaciskając jeszcze mocniej palce na drobnych nadgarstkach. Spojrzenie jej błękitnych jak niebo oczu paliło. Wwiercało się w niego z taką intensywnością, że przez plecy Lucasa momentalnie zawędrował elektryzujący dreszcz. Dokładnie taki, jaki odczuwał jeszcze przed jej wyjazdem, kiedy wymieniali wydłużone spojrzenia, przecinające ciszę za każdym razem, gdy znajdowali się sami.
Na krótki moment w jego głowie zagościła myśl, że powinien sie odsunąć. Takie przeczucie, że jeśli teraz tego nie zrobi, w każdej następnej sekundzie mógł posunąć się do rzeczy, których wcale nie chciał robić. A może chciał? Może nawet kurewsko chciał, tylko trzymał się ostatków moralności, które próbowały przemówić mu do rozsądku? Tylko ona wciąż rzucała w niego kolejnymi obelgami, wypełniając sobą i własną egzystencją każdą, pojedynczą komórkę w jego ciele.
Dla Ciebie to wszystko tylko pierdolona gra?
— A kto powiedział, że dla mnie to tylko gra?! — warknął w końcu, równie ostro co ona wcześniej. Chyba oboje dobrze wiedzieli, że tutaj wcale nie rozprawiało się o rozmowie po tym, jak przyszedł do nich Bobby, a wszystkim co było wcześniej. Kiedy każde z nich rzucało co to kolejne prawdy przeplatane marnymi, łatwymi do rozgryzienia kłamstwami, kiedy wodzili po sobie wzrokiem, przysuwając się coraz bliżej, p r z e c i e r a j ą c granice, które wcześniej sami sobie nałożyli. Lucas jak i ona. Bo tutaj nic nie było jednostronne. — Ty myślisz, że dla mnie to jest kurwa zabawa? — rzucił ostro, nachylając się nad nią. — Że podoba mi się, jak kurwa wróciłaś sobie jak gdyby nigdy nic i znowu wypierdalasz całe moje życie do góry nogami? No co, Indie? Co tak, kurwa, patrzysz, jakbyś nie wiedziała o czym mówię? — przecież dobrze wiedziała. Czuła to. Czuła to równie mocno jak on. Widział to w jej spojrzeniu, w sposobie, jak jej mięśnie napinały się pod wpływem tej nagłej bliskości, jak jej wargi delikatnie rozchylały się za każdym razem, gdy jego wzrok osadzał się na jej pełnych ustach. Mogła udawać, mogła zakładać te swoje maski obojętności, ale ciała nie dało się oszukać. I on również swojego nie potrafił.
Czego Ty właściwie ode mnie chcesz, Lucas?
Jej głos nagle się uspokoił, wraz z delikatnym drgnięciem głowy, która wychyliła się do przodu. I chociaż krzyki na moment ustały, jego serce wciaż galopowało energicznie, bez najmniejszej kontroli. Jej zapach drażnił zmysły, a bliskość w jakiej nagle się znaleźli, kompletnie odbierała mu resztki rozumu.
Ani nie drgnął, kiedy znowu się do niego przysunęła, wypychając klatkę piersiową do przodu, by osiadła na tej jego, szalenie unoszącej się w górę i dół. Głowa toczyła prawdziwą batalie, chociaż serce już dawno zdawało się mieć podjętą decyzje.
— Dobrze wiesz, czego chce — odezwał się w końcu. Jego twarz była tak blisko jej, że każde wypowiedziane słowo wlatywało prosto w jej rozchylone wargi i osadzało się na mokrym języku.
Głowa krzyczała głośno, żeby uciekał.
Serce błagało, by został.
Wygrało serce.
Decyzja podjęta w ułamku sekundy, od której nie było już żadnego odwrotu. Bo to właśnie ten jeden, ostatni ruch głową sprawił, że jego usta osadziły się na tych jej, gorących, smakującym mieszanką papierosów i gorzkiej wódki. Cholernie słodkich. Pierwsze pocałował ją delikatnie, powoli, jakby czekał, aż go odepchnie. Tylko jak mogła to zrobić, kiedy jego dłonie zaciskały się energicznie na nadgarstkach nad jej głową?
Dopiero po chwili, kiedy oderwał się na moment, by już zaraz znowu ją pocałować, rozluźnił uścisk.
Za drugim razem już wcale nie dbał o lekkość i delikatność — zrobił to mocno i pewnie. Bo jeśli zaraz miała otrzeźwieć i go od siebie odepchnąć, chciał chociaż ten ostatni raz skraść powietrze z jej pełnych, słodkich ust.
Indie Caldwell
-
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Co tak, kurwa, patrzysz, jakbyś nie wiedziała o czym mówię?
Już miała mu bezczelnie odpyskować, znów rozdrażniona samym wydźwiękiem jego słów, ale nie mogła. Miał rację, wiedziała. Gdzieś daleko, na tyłach podświadomości Indie, zmięta w małą kulkę i wciśnięta w kąt z nadzieją na zapomnienie znajdowała się świadomość, że — czy tego chciała, czy nie — siała w rzeczywistości Lucasa zamęt. Albo może raczej chaos? Ten osobliwy rodzaj destrukcji, do której niestety zawsze miała nadzwyczajny talent, a której w żaden sposób nie zmieniało to, że powodowała ją nieumyślnie. Zresztą, przecież nie tylko o sam powrót chodziło. Wiedziała. Wiedziała, że czasem zatrzymywała na Lucasie spojrzenie dłużej niż wypadało, że nie pozostawała wobec niego tak neutralna, jak powinna, że zbyt łatwo przychodziło jej okazjonalne naginanie niepisanych zasad przyzwoitości. Nie tylko jej, o tym też wiedziała — żadne z nich do końca nie wywiązywało się z leżących po obu stronach odpowiedzialności, ale oboje zgodnie udawali, że wcale nie i wychodziło im to wprost zajebiście, choć nie było w tym nic zaskakującego. W końcu w zaprzeczaniu prawdzie mieli już wieloletnią wprawę.
Dobrze wiesz, czego chcę. Może wiedziała, może rzeczywiście miała przeczucie, ale i tak nie przyznałaby się do tego na głos, z jednej, prostej przyczyny: za bardzo chciała, żeby jej pokazał.
Ciała stykały się tak blisko, że wyraźnie czuła jego przyspieszony oddech, to, jak klatka piersiowa unosiła się i opadała w nierównym, niespokojnym tempie. Czekała. Ani trochę cierpliwie, w napięciu, z mimowolnie wstrzymanym oddechem, pędzącym sercem i przemożną obawą o to, że lada moment miał oprzytomnieć i zmienić zdanie. Zatrzymać się, odsunąć i zastanowić drugi raz, może nawet wycofać zupełnie.
Nie zrobił żadnej z tych rzeczy.
Jego pocałunek był delikatny, jakby niepewny, całkiem inny niż te, które doskonale pamiętała z nocy przed swoim wyjazdem. Pozwoliła mu. Bez zawahania, bez jakiejkolwiek szarpaniny — już dawno przestała tak zawzięcie próbować wyrwać się z jego uchwytu — ale przede wszystkim: bez krzty sprzeciwu. Nie pamiętała już o niczym — ani o własnym rozgoryczeniu, ani o żadnym z wielu powodów, dla których dotąd starała się trzymać własne pragnienia na wodzy. Po gniewie i wzburzeniu nie było już śladu, zupełnie jakby magicznie ustąpiły z sekundą, w której Lucas złączył ich usta w ostrożnym pocałunku. Mimo wszystko, pozostała w tym zbliżeniu mniej lub bardziej bierna, nie do końca z wyboru, bo połączenie nadmiaru skrajnych emocji, alkoholu i jego bliskości odbierało jej zdolność do myślenia, aktywnego przetwarzania tego, co się właśnie działo.
A potem pocałował ją jeszcze raz.
Fundamentalnie różniło ich jedno — to, że w przeciwieństwie do Lucasa, Indie nie miała nic do stracenia. Żadnego spokojnego, ułożonego życia, nikogo, kto w tym życiu na nią czekał, żadnych planów ani nadziei na przyszłość, które mogłaby zniweczyć nieodpowiedzialną decyzją. Nic, zupełnie nic, bo najważniejsze już raz straciła. Więc tym razem nie pozostawiła go bez odpowiedzi, tak też go zresztą całując — jakby nie było takiej ceny, której nie byłaby skłonna za tą możliwość zapłacić. Nie pozostała mu dłużna, w swojej reakcji równie śmiała i pewna, co on, językiem chętnie odpowiadając na to swoiste zaproszenie do powtórzenia tego, co stało się tamtego wieczoru na plaży. Uwolnione z mocnego chwytu nadgarstki samoistnie osunęły się w dół i spoczęły na jego ramionach, swoje miejsce na nich odnajdując wręcz instynktownie, nieomal odruchowo, jakby przynależały tam od zawsze.
Ani myślała dać mu szansy na to, aby się odsunąć, trzymając go blisko tak długo, jak tylko mogła, aż do chwili, w której płucom zabrakło powietrza i brak tchu zmusił ją do tego, żeby cofnąć twarz. Z tej przerwy skorzystała na to, aby przyjrzeć mu się raz jeszcze i sama nie potrafiła zdecydować, co podobało jej się bardziej — całowanie Lucasa, czy jego spojrzenie gdy zrozumiał, że nie miała najmniejszego zamiaru go od siebie odepchnąć. Jedynym sposobem, żeby ten dylemat rozstrzygnąć, było poddanie go starannej rewizji, więc już miała zrobić to wszystko jeszcze raz, od nowa, ale zanim miała na to szansę, migające w dystansie światła i odległe echo cudzych głosów przypomniało jej o rzeczywistości i tym, że nie byli sami.
— Nie tu.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Zawsze starał się stawiać dobro innych na swoje, robić to co wypadało, podążać za odpowiednimi wartościami. I szło mu naprawdę dobrze… do teraz.
Co poszło nie tak?
Sam kurwa nie wiedział.
Czy była to wina tego przeszywającego spojrzenia Indie?
Sposobu w jaki na niego krzyczała, jak wymuszała na nim opuszczenie gardy?
A może po prostu ta rozpierdalajaca wnętrze potrzeba, żeby tym razem nie pozwolić jej odejść?
Może wszystko naraz. Tak samo jak w chwili, kiedy w końcu ją pocałował — wtedy też czuł wszystko naraz. Ekscytacja mieszała się z przerażeniem, a serce biło jak oszalałe. Jej usta — chociaż przecież nie całował ją po raz pierwszy — smakowały zupełnie inaczej niż kiedyś. Chociaż były równie gorące i słodkie. Równie spragnione, co te Lucasa.
Odpowiadała mu z taką samą determinacją, z jaką dotąd przed nim uciekała, a świadomość tego, że wcale nie zamierzała go od siebie odepchnąć, tylko bardziej podsycała w nim te wszystkie emocje. Każde kolejne muśnięcie ich ust rozrywało w szwach jego stabilny, poukładany świat; ten, który tak zawzięcie budował przez ostatnie miesiące, cegła po cegle, byle tylko nigdy więcej nie musieć wracać do miejsca, w którym teraz znowu stał. Bo przecież ostatnim razem właśnie d l a t e g o od niego uciekła. A on zbierał się z dna ostatkami sił. Nie wspominając o tym, że przecież była jeszcze Charlotte. Słodka Charlotte, która zawsze była przy nim, nigdy nie dała mu powodu do zdrady czy odejścia.
Kurwa.
Powinien był przestać.
Powinien był odsunąć się, przełknąć to, co już się zadziało i odejść.
Super, że powinien… szkoda tylko, że zamiast tego on przycisnął ją jeszcze mocniej do ściany. Przyparł do niej całym ciałem, nie potrafiąc się nią nasycić. Skradał z jej ust resztki powietrza do momentu, w którym oboje nie mogli już oddychać. Dopiero wtedy delikatnie odchylił głowę, spoglądając w jej obłędnie niebieskie oczy, w których teraz mieniło się tysiące drobnych świetlików.
Nie tu.
Te dwa słowa powinny zadziałać na niego otrzeźwiająco. Uświadomić mu, że ona Caldwell wcale nie będzie tą, która to zastopuje. Że jeżeli sam zaraz się nie ogarnie, zrobi coś naprawdę głupiego. Tylko czy jego pijany umysł jakkolwiek się tym przejmował? Ani. Kurwa. Trochę.
— Chodź — wydyszał nerwowo, wciąż próbując zapanować nad nierównym oddechem, podczas gdy jego dłoń odnalazła nadgarstek Indie.
Jego domek był już zdecydowanie zaklepany przez chrapiącego smacznie Bobbiego, ale przecież ich chatka tuż obok wcale. Marv bawiła się jeszcze w najlepsze na świetlicy, trując innym dupę i zmuszając ich do przedszkolnych zabaw.
Szarpnął ją w kierunku drzwi; może trochę za mocno niż powinien, ale kto by się teraz tym przejmował? Weszli po drewnianych schodkach, a kiedy Caldwell odkluczyła zamek i pociągnęła za klamkę, Miller nawet na moment się nie zastanawiał — wepchnął ją do środka, tym razem (tak dla odmiany) dociskając ją do komody, która stała tuż obok. Wpił się w jej usta z należytą agresją, niczym jebany narkoman, który był na głodzie przez kilka dobrych tygodni. Serce waliło mu jak oszalałe, a krew pod skórą przepływa tak szybko, że aż huczało w uszach.
Nie myślał, co robił.
Po prostu czuł.
Jedną dłoń wplótł w gęste, ciemne włosy Caldwell, by już po chwili szarpnąć za nie nieznacznie, by odsłonić jej łabędzią szyję, na której zaraz złożył kilka mokrych pocałunków i pojedynczych malinek. Drugą dłoń natomiast umieścił na jej biodrze — przesunął nią po materiale bluzy aż do miejsca, w którym kończyła się dolna gumka. Wślizgnął się do środka chłodnymi palcami, muskając delikatnie gorącą skórę, wciąż walcząc z tym energicznie wyrywającym się sercem.
Indie Caldwell
-
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Czy którakolwiek z tych rzeczy mogłaby ją teraz powstrzymać?
Nie.
Chodź. Nie potrzebowała czasu na zastanowienie, a tym bardziej przestrzeni na możliwość spytania dokąd, bo chuj ją to obchodziło — gdziekolwiek, dałaby mu się teraz zabrać dosłownie gdziekolwiek, więc pozwoliła pociągnąć się w stronę własnego domku i w górę po drewnianych schodkach. W takim amoku odnalezienie w kieszeniach klucza i otworzenie domku nie powinno należeć do najłatwiejszych zadań, ale jakimś cudem zrobiła to w ciągu kilku sekund, szokująco sprawnie, a gdy tylko zamek ustąpił, otworzyła drzwi na oścież jednym, stanowczym pchnięciem, prawie tak mocnym jak to, którym Lucas wepchnął ją do środka.
W niczym nie przeszkadzała jej ta cała niedelikatność, absolutnie. Zresztą, jak mogłaby, skoro sama w równie wygłodniały sposób odwzajemniała każdy śmiały pocałunek, gest i ruch? Bez jakichkolwiek skrupułów zaciskała palce na jego skórze i ubraniach, ciągle czując niedosyt i chcąc Lucasa bliżej, bardziej i mocniej, a sposób, w jaki ją całował, podpowiadał jej, że nie była w tym uczuciu sama. Wepchnięta do środka zdążyła tylko uczepić się materiału jego kurtki, tak, aby nie stracić równowagi, a jego bliskość pochłaniała ją tak bardzo, że ledwo zauważyła moment, w którym po dwóch wspólnych, chwiejnych krokach jej plecy zderzyły się z komodą. Nie spodziewała się tej wplecionej we włosy dłoni i szarpnięcia, ale ewidentnie nie miała nic przeciwko, wręcz przeciwnie — z jej rozchylonych ust momentalnie wyrwało się głośne westchnienie, a powieki przymknęły się mimowolnie z chwilą, w której zaczął zostawiać pocałunki wzdłuż wyeksponowanej szyi.
Czuła go nie tylko na swojej skórze, ale w całym ciele: w biegnącym wzdłuż pleców dreszczu ekscytacji, w mocnych, szybkich uderzeniach własnego serca, w przyspieszonym i nierównym oddechu, w mięśniach, które napinały się i rozluźniały pod wpływem jego dotyku. W sposobie, w jakim to ciało — ciało, którego nigdy przecież specjalnie nie lubiła, które częściej niż nie było niechcianym przypomnieniem o wszystkim, co spotkało ją w przeszłości — pod palcami Lucasa stawało się dobre, właściwe, chciane; dokładnie takim, jakim było, nie takim, jak być powinno. I to może właśnie dlatego tak chętnie oddawała mu nad nim kontrolę, coś, co nigdy nie przychodziło jej z łatwością, a co teraz robiła bez najmniejszego oporu, zgodnie i ufnie, bez pytań, bez zwątpienia, bez obawy o to, że tymi najpilniej strzeżonymi częściami siebie dzieliła się z kimś niewłaściwym.
Choć wsunięta pod materiał bluzy dłoń była zimna, jego dotyk palił — muskające skórę opuszki palców zostawiały po sobie piekące żywym żarem ślady, przejmujące ciepło, które niczym niekontrolowany ogień rozprzestrzeniało się po całym ciele, doprowadzając zmysły do najprawdziwszego obłędu. Tak bardzo, że pierwszą, półświadomą reakcją Indie było kiwnięcie głowy, krótkie, instynktowne, na swój sposób ponaglające, jakby odruchowo chciała dać mu jeszcze jedno, finalne potwierdzenie, że dokładnie tego chciała. Robiła wszystko, aby pozbawić się każdego zbędnego milimetra dystansu pomiędzy ciałami, a i tak nie mogła pozbyć się wrażenia, że wciąż nie miała go wystarczająco blisko, więc jedną ze swoich błądzących dotąd gdzieś po szyi i ramionach Lucasa dłoni zsunęła w dół, niżej, po to, żeby palcami zahaczyć o szlufki jego spodni i z ich pomocą przyciągnąć jego biodra do własnych.
Drugą zaś zatrzymała na jego policzku, czułym, ale stanowczym gestem ujmując jego brodę, przerywając składane przez niego pocałunki i unosząc ją nieznacznie tak, aby móc spojrzeć mu w oczy. I chociaż najchętniej skorzystałaby z tego po to, żeby zaraz zamknąć jego usta w kolejnym pewnym pocałunku, zrobiła to w innym celu — potrzebowała mieć pewność. Pewność, że nie tylko chciał, ale że wiedział, co robił, że nie był to tylko głupi, pijacki zryw brawury, a świadomie podjęta decyzja.
— Na pewno? — Wcale nie chciała zadawać tego pytania nerwowym szeptem, ryzykować, że miało być tym, co skłoni go do wycofania się, ale musiała. Jeśli sama nie potrafiła powiedzieć temu wszystkiemu nie, to chociaż tyle mogła zrobić — dać mu jeszcze jedną, ostatnią szansę na to, żeby zrobił to za nią, za nich obojga.
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Bo Miller nie zdradzał.
Nigdy wcześniej nawet kurwa nie pomyślał, żeby zdradzić. A jednak teraz — kiedy zachłannie całował Indie, kiedy smakował jej pełne, słodkie usta — ani na moment nie myślał o tym, że robi coś złego. Że zachowuje się jak ostatni palant i idiota, jak człowiek, którymi sam przecież gardził. Nawet na sekundę błądząc chłodnymi dłońmi po jej rozgrzanym ciele nie pomyślał o swojej d z i e w c z y n i e.
Bo jakie ona miała znaczenie?
Jak w momencie, kiedy serce tak mocno wyrywało się do Caldwell on mógł myśleć o czymkolwiek innym? Ta szansa bliskości nadarzyłą się nagle, niespodziewanie… przecież nie jechał na ten pieprzony wyjazd z myślą, że cokolwiek z tego się wydarzy. A jedynak wydarzyło. Budowali tą chemię już od dobrej godziny, kiedy siedzieli sami na ganku, naginali granice milimetr po milimetrze, by teraz w końcu dać upust tym wszystkim emocjom.
I Lucas w tamtej chwili oddawał się jej w całości. Nie potrafił się nią nasycić. Błądził dłońmi po jej obłędnym ciele, jakby nie wiedział, w którym dokładnie miejscu chciał zatrzymać się na dłużej. Wszystko było i d e a l n e. Ona cała była idealna.
Podczas gdy usta ponownie kradły powietrze z jej pełnych warg, jego dłonie zwinnie zacisnęły się na materiale bluzy, którą miała na sobie, by już po chwili szarpnąć go w górę. Niechętnie się od niej oderwał, jednak tylko na moment, kiedy pomogła mu przerzucić bluzę przez głowę.
I znowu całował ją zachłannie i do utraty tchu, do momentu, w którym się nie odsunęła, a ciche na pewno? opuściło jej usta. Odsunął się nieznacznie, spoglądając w jej wielkie, błękitne oczy, które w półmroku pokoju przybrały bardziej szarą barwę.
— Co? — oddech miał nierówny, a głowę kompletnie zaprzątaną jej osobą, by zrozumieć, o co w ogóle go pytała. Po co pytała. Tak jakby to, co właśnie z nią robił nie było wystarczająco jasne. — Indie… — zaczął, przenosząc dłoń na jej policzek. Ujął go czule, a następnie pogładził kciukiem, przyglądając się jej uważnie. Miała wątpliwości? Czy może jednak chodziło o te jego? Cokolwiek to było, Lucas nie miał zamiaru ryzykować jakichkolwiek niedomówień, przynajmniej z jego strony, dlatego nie mówiąc już ani słowa więcej, znowu ją pocałował. Mocno, agresywnie, napierając na nią całym ciałem.
Jego dłonie znowu wyruszyły na wyprawę po jej ciele, sunąc czule wzdłuż kręgosłupa, po pośladkach, by w końcu zacisnąć się na udach. Jednym zwinnym ruchem szarpnął ją w górę i posadził na komodzie. Kilka kosmetyków runęło z impetem na ziemię, ale kto by się tym teraz przejmował?
Na pewno nie Miller, który już składał mokre pocałunki na jej szyi. Serce biło mu jak oszalałe, a krew w żyłach przelewała się w zastraszającym tempie. Naparł na nią jeszcze mocniej, odszukując materiał stanika i pewnie zrobiłby o wiele więcej, gdyby nie dźwięk przekręcającej się klamki, który nagle wybrzmiał w pomieszczeniu.
Kurwa.
Indie Caldwell
-
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Na strącone z niej rzeczy nie zwróciła najmniejszej uwagi — na tym etapie Indie była stanowczo zbyt zaaferowana Millerem, żeby zauważyć cokolwiek, co nie było mokrymi pocałunkami na jej szyi, więc nawet nie przyjęła do wiadomości tych spadających na podłogę kosmetyków. Myślami była już zupełnie gdzie indziej, daleko, i to chyba dlatego umknął jej również odgłos wspinających się po drewnianych schodkach kroków i brzęk kluczy. Dźwięk naciśniętej klamki też równie dobrze mógł całkowicie ujść jej uwadze — niewykluczone, że gdyby Lucas nie zareagował nagłym napięciem mięśni, nawet nie zorientowałaby się, że coś mogłoby być nie tak.
A było. Bardzo, kurwa, nie tak.
Gdyby byli trochę mądrzejsi i trzeźwiejsi, pamiętaliby o okolicznościach i konieczności zachowania dyskrecji, ale niezapowiedziana wizyta pijanego Bobby'ego na ganku ewidentnie nie nauczyła ich niczego. Zamiast ruszyć głową i wpaść na to, że Marv musiała prędzej czy później pojawić się w progu, musieli zafundować sobie powtórkę z rozrywki, tym razem chyba nawet gorszą niż poprzednio — Bobby nie tylko zastał ich w znacznie mniej kłopotliwym momencie, ale był też przy okazji zalany w trzy dupy, a więc i łatwy do spacyfikowania, a Marv...
Marv stała właśnie w drzwiach i patrzyła na nich równie zaskoczona, co skonfundowana, taksując ich naprzemiennie wzrokiem, jakby starała się zrozumieć, czemu tak właściwie się przyglądała. Do pokoju wparowała na tyle szybko, że niewiele dało się zrobić — co z tego, że Indie w pierwszym odruchu zdążyła instynktownie odepchnąć Lucasa od siebie, skoro nadal siedziała na tej pieprzonej komodzie, bez bluzy, a za to ze splątanymi włosami i szlakiem malinek wzdłuż szyi? Dopiero teraz dotarło do niej, że zamiast mościć się tej komodzie rozjebana jak Zeus na Olimpie, już dawno temu powinna była się z niej zsunąć, więc tak też zrobiła, bo chuj, lepiej późno niż wcale. Nie do końca wiedziała, co w takiej sytuacji należało powiedzieć albo zrobić, od czego w ogóle kurwa nawet zacząć, a jeśli nawet jej brakowało słów... nie mogło być dobrze.
W milczeniu intensywnie myślała o tym, jak niesamowicie surrealna była ta sytuacja, cały dzisiejszy wieczór, w s z y s t k o, od początku do końca. Pierdolona abstrakcja. Alternatywnie tragikomedia, nieśmieszny żart, historia, która może byłaby całkiem zabawna, gdyby nie przytrafiła się akurat jej. Przecież jeśli ktoś dwa dni temu powiedziałby jej, że tak miał się skończyć ten wyjazd, najpierw wyśmiałaby go nieprzyzwoicie głośno, a zaraz potem — naplułaby mu w mordę za to, że w ogóle miał czelność żartować sobie z takich rzeczy.
Ciszę finalnie przerwała Marv, która skonfundowaną minę zamieniła na taką mocno nietęgą, krzyżując na piersi ramiona i świdrując ich nieustępliwym wzrokiem. Całe kurwa szczęście, że Fox Theatre nie miało budżetu na dział HR, bo gdyby takowy istniał, pewnie już dawno miałaby telefon w ręce i ich numer na szybkim wybieraniu.
— Macie mi coś do powiedzenia?
Ton miała tak wkurwiająco protekcjonalny i pouczający, że Indie aż mimowolnie ściągnęła brwi, głęboko niepocieszona, że nie mogła odpowiedzieć jej jak koleżance, a nie jak przełożonej. I tak jak Caldwell potrafiła powstrzymać się teraz przed jakimś rażąco niewyszukanym komentarzem, tak całkowite stulenie mordy niestety nie wchodziło w grę. A szkoda.
— Wiesz co, chyba jakoś niespecjalnie. — Klasycznie nawet nie dała sobie szansy na zastanowienie się dwa razy nad tym, co mówiła, nie mając najmniejszego zamiaru z czegokolwiek się tłumaczyć. W innym przypadku może nawet zdążyłaby w porę dojść do wniosku, że lepszą odpowiedzią od tej byłby jej całkowity brak. — Ja spasuję. Miller?
Lucas Miller
-
siema
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracji3osczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kurwa, tak ciężko, że każdy oddech sprawiał mu autentyczny ból. Klatka piersiowa piekła żywym ogniem i Miller już sam nie wiedział, czy była to zasługa Indie, czy może jednak Marv, która wparowała do pokoju, jakby była u siebie (chuj, że była).
Z początku nawet nie zakodował, co dokładnie się stało — i wcale nie chodziło o to, co robił Caldwell, bo to akurat kodował aż za b a r d z o, ale fakt, że ich przełożona właśnie ich nakryła na… no właśnie na tym? Bo to, że całowali się zachłannie, to wiadomo, ale czy faktycznie posuneliby się do czegoś więcej? Czy Lucas by się posunął? Problem w tym, że chyba tak. A najgorsze w tym wszystkim było to, że robił to w pełni świadomie zła i konsekwencji. Indie nie miała nic do stracenia, on natomiast miał: całe obecne życie. Poukładany świat, który starannie składał z klocków przez cały jebany rok, odkad Caldwell spakowała manatki i spierodliła.
I co?
I na co?
Żeby teraz znowu wpakować się w całe to gówno na nowo? Żeby spędzić kilka wspaniałych chwil upojenia, by ona znowu mogła się spakować spierdolić? Zostawić go samego z własnymi myślami i zniknąć z jego życia?
W ułamku sekundy na samą myśl, po jego plecach przeszedł nieprzyjemny dreszcz, tak bardzo inny od tego, który błądził wzdłuż jego kręgosłupa jeszcze kilka minut temu.
Macie mi coś do powiedzenia?
Nie miał. Bo co on niby miał jej powiedzieć? Przecież kurwa miała własne oczy, do tego takie działające, więc chyba nie potrzebowała więcej wyjaśnień? I może właśnie to powinien jej powiedzieć, kiedy Marv tak bezczelnie wwiercała w nich wkurwione spojrzenie. Problem w tym, że Lucas był wciąż pijany, u p o j o n y Indie (i w tym samym czasie tak bardzo nią nienasycony), że za bardzo nie myślał, kiedy otwierał usta.
— Bobby mówił, że graliście w kiss, marry, kill w świetlicy, jak nas nie było, więc postanowiliśmy nadrobić — wzruszył ramionami. Brawo Miller, cóż za błyskotliwa, kurwa, myśl. Dobrze, że w tej grze nie było jeszcze opcji fuck, bo… no właśnie.
I chociaż Lucas był nawet dumny ze swojej odpowiedzi, tak Marv niespecjalne. Spojrzała na niego jak na ostatniego debila i podeszła bliżej, zadzierając głowę w jego kierunku.
— Będziemy musieli sobie uciąć pogadankę jutro, Miller — wycedziła przez zęby. Była zła? Wkurwiona? Chciała go wyjebać z roboty? No tylko dlaczego, skoro to przecież był wyjazd i n t e g r a c y j n y, a oni tak pięknie się integrowali? Powinni im wręczyć za to jakiś order z ziemniaka albo dyplom z buraka za taką świetną praktykę. Szkoda tylko, że kierowniczka była innego zdania. I chciał jej nawet to powiedzieć, tylko ona znowu spojrzała na niego jak na idiotę.
— Dobra, to może ja się będę już zbierał? — zapytał, wzruszając ramionami.
— Świetny pomysł — Marv pokiwała głową, a Lucas mimowolnie podszedł do Indie i już chciał ją złapać za nadgarstek, żeby ją zabrać ze sobą. — Caldwell zostaje — jej ton był stanowczy, nieznoszący sprzeciwu. No to chyba koniec imprezy?
Indie Caldwell
-
ona stała, w łapie dwa szlugi
pierwszy zgasł więc zapala drugi
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkiona/on, i don't mindtyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Kaplica. Mieli to jak w pierdolonym banku — albo miało być ź l e, albo jeszcze gorzej.
I wcale, wcale nie miała przez to na myśli wyraźnie niezadowolonej Marv, bo jej dezaprobatę i karcący ton miała akurat w głębokim poważaniu, naprawdę. Nie chodziło o tą pierdoloną pracę czy rychłą konieczność wyjaśniania się z rzeczy, z których nie miała jakiegokolwiek obowiązku się tłumaczyć, tylko o nich. O stojącego obok Lucasa i to, że jutro rano mógł obudzić się nie tylko z kacem, ale też myślą, że kurewsko żałował. O to, że do odplątania był nie tylko fakt, że znów prawie się ze sobą przespali, ale również — albo chyba nawet przede wszystkim — to, co powiedzieli sobie chwilę wcześniej. O to wyznanie, na które żadne z nich przez pierdolone lata nie potrafiło się zdobyć, a które właśnie wywróciło całym światem Caldwell do góry nogami i znowu podpowiadało jej same najgorsze, najgłupsze rozwiązania, kompletnie irracjonalne, dokładnie tego samego pokroju co zniknięcie bez śladu.
W duchu podziękowała Millerowi za przejęcie inicjatywy w tej rozmowie (o ile dało się to w ogóle nazwać rozmową...?), chociaż nie za bardzo było za co dziękować, bo jego słowa były równie bezczelne i nie na miejscu, co jej. Najlepiej dla wszystkich zgromadzonych byłoby, gdyby oboje sobie darowali i po prostu się kurwa zamknęli, zwłaszcza, że — choć niby nie było jej teraz ani trochę do śmiechu — jego odpowiedź rozbawiła ją troszeczkę bardziej niż wypadało. I próbowała, serio, usilnie starała się, żeby nie dać temu najmniejszego ujścia, ale nie była w stanie nic poradzić na cień uśmiechu, który na moment wkradł się na twarz, gdy wspomniał o nadrabianiu integracji. Ten uśmiech zniknął z niej równo szybko, co się tam pojawił — mina Indie spoważniała z sekundą, w której Marv gniewnym tonem odgroziła się obietnicą pogadanki, bo nie miała najmniejszej ochoty sama dostać od niej podobnego zaproszenia.
Z dotychczasowego bezruchu wyrwało ją kolejne pytanie Lucasa, a tak konkretnie: sam pomysł, żeby się ulotnić i tym samym uciec od strofującego spojrzenia Marv. Jak najszybciej i jak najdalej, więc aż przytaknęła mu zgodnie, gotowa razem z nim wymaszerować stąd wartkim krokiem, ale nie zdążyła nawet ruszyć się z miejsca. Caldwell zostaje.
Już miała dosadnie wyrazić swój sprzeciw i bezceremonialnie oznajmić, że chyba ochujała, alternatywnie spytać bo co?, ale niespecjalnie chciała znów musieć szukać sobie pracy, a coś podpowiadało jej, że właśnie tak skończyłby się bezczelny komentarz, więc... Czy jej się to podobało czy nie, nie miała wyboru, zmuszona ugryźć się w język i ograniczyć swoją reakcję do wymownego ściągnięcia brwi. Ani trochę nie odpowiadało jej, że nie mogła przedyskutować tego wszystkiego z Lucasem tu i teraz, póki krwiobiegu nie opuściły wszystkie procenty, a razem z nimi — cała ta dodatkowa odwaga, bez której nie potrafiłaby zdobyć się na połowę tego, co powiedziała dzisiejszego wieczoru. Tyle tylko, że nikogo nie obchodziło co jej odpowiadało, a co nie, na pewno nie Marv, teraz już arcywkurwioną, więc Indie mogła zrobić tylko jedno: posłać Millerowi jeszcze jedno, ostatnie spojrzenie, a potem ze skrzywioną miną odprowadzić go wzrokiem do drzwi i jeszcze dobrą chwilę tępo gapić się w próg, za którym zniknął.