Od śmierci ukochanej stronił od wszystkiego, co niegdyś dawało mu szczęście. Pracownia, konserwacja dzieł sztuki. Wszystko to stało się zbyt głośne, zbyt żywe i barwne by mógł się temu poddać. Wszystko to było zbyt bliskie temu, kim był, zanim jego cały świat momentalnie rozsypał się w drobny mak. Wszystko to co niegdyś dawało mu ukojenie, teraz sprawiało, że czuł się wręcz osłupiały.
Tak, więc teraz dni Bradforda wypełniały po brzegi puste wykłady, słowa tak bezrefleksyjnie rzucane na wiatr, tak beznamiętnie przywołujące duchy przeszłości ukryte skrzętnie w starych przedmiotach, obrazach i rzeźbach. Mówił o świetle Caravaggia, o ranach i stygmatach malowanych na świętych obrazach, o pęknięciach na powierzchni płócien. Dzielił się wszystkim, podczas gdy studenci notowali wszystko jak gdyby miało to jakiekolwiek znaczenie. Zupełnie jakby cokolwiek miało jeszcze znaczenie.
Nigdy nie przypuszczał, że tak właśnie będzie wyglądało jego życie. Szczególnie, że niegdyś sycił się nim do pełna, czerpał garściami z każdego dnia. Niegdyś jak bard niósł słowa radosnym tonem, teraz niczym grabarz na pustym cmentarzu i pustelnik w jednym kisił się w swym marazmie. Odkąd rozpoczął pracę zawodową. czuł się silnym, niosąc światło każdym swym ruchem, ożywiając to co martwe, odkurzając to co ukryte pod warstwą kurzu. To dawało mu silę. Teraz dogaszał ledwie tlące się świece niewidzialnym kapturkiem, ostrożnie, z wystudiowaną starannością, bez emocji. Jakby bał się, że jeśli pozwoli płomieniowi zapłonąć choćby na chwilę, spali resztki tego, co w nim jeszcze tęskniło za dawnym życiem.
Siedząc w swym gabinecie, mógł jedynie popijać kolejne łyki mocnej kawy z ekspresu. Gorzka, zbyt gorąca, bez cukru od którego stronił od kilku tygodni ze względów zdrowotnych. Uniwersytet nie był dla niego azylem, a zwykłą fasadą. Bańką, iluzją pozornej normalności, pozwalającą innym myśleć, że Oswin mimo swej straty wciąż dryfuje po powierzchni, a nie nie tonie. Tak by nikt, kto nie znał go na tyle dobrze by wejrzeć głębiej, nie wiedział, że zanurzył on już się po uszy w pustce, z której wyjście nie byłoby możliwe nawet za sprawą koła ratunkowego.
Kolejny łyk kawy również nie przyniósł ukojenia. Wzrok więc podążył ku stosowi kolokwiów, które od kilku dni czekały na sprawdzenie. Leżały tam cierpliwie piętrząc się na wzrastającym stosie, niczym dowód w sprawie. Swoisty dowód na to, że czas płynął dalej, nie pytając go o zgodę.