Maddie nie była niego bezpieczną przystanią, a Alex nie był dla niej wybawieniem. Byli jak dwa niszczycielskie żywioły, które zamiast się zderzyć i osłabić, podsycały swój destrukcyjny potencjał. I właśnie to sprawiało, że krew jego żyłach płynęła szybciej. Alexander poczuł, jak ta chwila osiada na nim ciężko, niemal fizycznie, odcinając go od wszystkiego, co znajdowało się poza murami tego pustego klubu. To było dziwne, obce uczucie - on, który zawsze był w ruchu, zawsze szukał kolejnej walki, kolejnego wyzwania, nagle poczuł, że mógłby zostać w tym jednym miejscu na zawsze. Gdyby ktoś teraz kazał mu wyjść, pewnie musieliby go wywlekać siłą, a on i tak nie oderwałby wzroku od Maddie ani na moment. Zupełnie nie ogarniał, co się z nim działo. Facet, który potrafił zachować zimną krew na ringu, gdy krew zalewała mu oczy, teraz czuł, jak jego racjonalne myślenie rozsypuje się w pył pod wpływem jednego spojrzenia blondyny. To było irracjonalne, nielogiczne i cholernie niebezpieczne, ale za nic w świecie nie chciał, żeby ta noc się skończyła.
Zdecydowanie przyłożyć. Zdecydowanie... kłamstwo.
Alexander obserwował ją z drapieżnym, niemal czytelnym rozbawieniem. Doskonale widział tę walkę, którą toczyła sama ze sobą - to, jak napinała każdy mięsień, by utrzymać maskę obojętności, podczas gdy jej ciało zdradzało ją przy każdym jego dotyku. Słysząc o "przyłożeniu", zaśmiał się cicho.
-
Kłamczucha - skomentował krótko, jednak nic więcej już nie dodał.
Kiedy poczuł, że jej kąciki ust delikatnie się unoszą, a ona pozwoliła mu więzić swoją dłoń, Lex wiedział, że wygrał tę rundę. Czuł, jak pod jego palcami puls Maddie przyspiesza, a mrowienie, o którym myślała, zdawało się przeskakiwać na niego jak ładunek elektryczny. To było to - płomień spotykający benzynę. Każdy centymetr skóry, który się stykał, zdawał się płonąć, a on, zamiast się cofnąć, chciał tego żaru więcej. Nie chciał wychodzić. Za cholerę nie ogarniał, co ta dziewczyna z nim wyprawiała, ale ta niepewność była najbardziej uzależniającą rzeczą, jakiej doświadczył. Jego dłoń, która wcześniej przykrywała jej rękę, teraz zacisnęła się na jej przedramieniu nieco pewniej, ale wciąż bez cienia brutalności. Czuł to mrowienie i czuł, jak ta elektryczność przepływa między nimi, paląc wszystko po drodze. Każdy centymetr skóry, w którym się stykali, pulsował gorącem, a on - mimo ryzyka - chciał w tym ogniu spłonąć razem z nią.
-
Nie pęknę, bo ja już dawno jestem w kawałkach, Lennox - odparł.
Znajdowali się na parkiecie. Nie potrzebowali muzyki. W tej wielkiej, głuchej sali jedynym rytmem był szum ich przyspieszonych oddechów i miarowe uderzenia serca Alexa, które Maddie czuła pod swoimi palcami. Zaczęli poruszać się powoli, niemal sennie, kołysząc się w ciszy, która w tej chwili wydawała się głośniejsza niż jakikolwiek utwór. Prowadził ją ostrożnie, a każdy ich krok sprawiał, że ich ciała stykały się coraz mocniej. Czuł, jak żar płynący z jej skóry przenika przez materiał ubrań, wypalając ślad w jego własnej pamięci. Nie chciał wypuszczać Maddie z objęć nawet na sekundę.
-
Myślisz, że zniknę? Że mnie przerośniesz? - powtórzył cicho wprost do jej ucha.
Nie chciał znikać. Nie chciał, żeby ona znikała. Zacieśnił uścisk na jej talii, niwelując ostatnie milimetry przestrzeni, aż poczuł miękkość jej ciała i żar, który bił od nich obojga.
Czyli ta dzisiejsza akcja to była wersja próbna pakietu, który miałam okazję wygrać, tak? Jeśli moje życie ma polegać na zwiedzaniu wszystkich dachów w mieście z potencjalnym samobójcą to ja jednak wolę moje nudne przewidywalne życie.
Zaśmiał się - był to szczery, gardłowy dźwięk, który odbił się echem od pustych ścian klubu. Maddie była niemożliwa. Nawet w objęciach, wirując w tym improwizowanym tańcu, potrafiła kąsać słowami i wytykać mu każdą małą "zbrodnię", jakby pisała akt oskarżenia.
-
Wersja próbna? - mruknął, nachylając się do jej ucha. -
Lennox, to był dopiero zwiastun. Pełny pakiet zawiera znacznie więcej atrakcji niż tylko dachy, choć muszę przyznać, że z tobą widoki są o niebo lepsze. A co do twojego "nudnego życia"... Przyznaj się, gdybyś naprawdę kochała ten swój bujny grafik i przypadkowe towarzystwo, nie stałabyś teraz tutaj, w środku nocy, tańcząc ze mną bez muzyki.
Przyciągnął ją o centymetr bliżej, ignorując jej machnięcie ręką, które miało niby świadczyć o braku zainteresowania. Dla niego to był tylko kolejny element jej fascynującej gry pozorów. Zatrzymał się na ułamek sekundy, patrząc jej prosto w oczy z wyrazem bezczelnego triumfu, który tak bardzo chciała mu odebrać. Kiedy wypomniała mu
"obmacywanie", uśmiechnął się szeroko, a w jego spojrzeniu błysnęła czysta prowokacja.
-
Obmacywać? - powtórzył, a jego dłonie na jej talii przesunęły się minimalnie, paląc skórę pod materiałem jej ubrania. -
Pani prokurator, ja tylko dbałem o to, żebyś nie skręciła kostki na tych schodach. To się nazywa odpowiedzialność za partnera. Ale skoro już wywołałaś ten temat...
Zatrzymał się. Jego serce, którego bicie czuła pod dłońmi, wciąż nadawało ten sam, miarowy i silny rytm. Za cholerę nie ogarniał, dlaczego tak bardzo nie chciał jej wypuścić z objęć, ale czuł, że ta chwila jest warta każdego błędu, który do niej doprowadził.
-
Jeśli to jest obmacywanie, to chyba muszę cię przeprosić, bo wcale nie mam zamiaru przestać - wychrypiał, a jego wzrok zjechał na jej usta, tym razem bez żadnych ogródek.
Widział zaskoczenie w jej oczach, które szybko ustąpiło miejsca czemuś łagodniejszemu, i poczuł nagły przypływ satysfakcji. To był ten moment, w którym gra pozorów stawała się drugorzędna, a surowa chemia między nimi przejmowała stery.
Kiedy Maddie zapytała o życzenie, Lex nie odpowiedział od razu. Zamiast tego pozwolił, by cisza między nimi przeciągnęła się o kilka uderzeń serca, potęgując napięcie, które i tak było już niemal nie do zniesienia.
-
Życzenie grzesznika, tak? - powtórzył nisko, a kącik jego ust uniósł się w uśmiechu, który obiecywał kłopoty. -
Mądrze z twojej strony, że przypominasz o wyroku, pani prokurator. Skoro oboje ustaliliśmy, że piana w wannie przegrała z tym pustym barem, to moje życzenie jest tylko jedno.
Nie odrywając wzroku od jej oczu, nachylił się jeszcze bardziej, naruszając jej przestrzeń z taką pewnością, jakby od dawna była jego terytorium. Jego dłoń, ta, która spoczywała na jej talii, przesunęła się nieco wyżej, paląc skórę pod materiałem sukienki, podczas gdy druga powędrowała w stronę jej twarzy, ale zamiast chwycić ją za podbródek, jedynie delikatnie musnął kciukiem jej policzek.
-
Chcę, żebyś przestała szukać hamulca, Maddie - rzekł w końcuł, a jego głos w tej absolutnej ciszy klubu brzmiał jak wyrok, od którego nie było odwołania. Ujął jej twarz, zmuszając ją, by spojrzała mu prosto w oczy. Jego palce parzyły jej skórę, zostawiając na niej niewidzialne ślady fascynacji, której on sam za cholerę nie ogarniał. Kurwa. -
Życzę sobie dziesięciu minut, w których puścisz te pieprzone opory. Tylko tyle. Chcę, żebyś przestała przewidywać katastrofę i zaczęła w niej po prostu uczestniczyć. Nie myśl o tym, czy zniknę albo coś spierdolisz. Po prostu bądź tu ze mną.
Czekał na reakcję, walcząc z samym sobą, by nie skrócić tego dystansu siłą. Chciał, żeby to ona podjęła decyzję. Chciał poczuć, że pożar wybucha z jej własnej woli, a nie z jego nacisku. Nie ogarniał, dlaczego każda inna myśl w jego głowie wyparowała, zostawiając tylko jeden obraz. Jej jasne włosy, jej zagubione spojrzenie i ten moment, w którym świat na zewnątrz przestał istnieć. Poczuł, jak jej dłonie powoli wędrują w górę, jak opierają się o jego twarde ramiona, jak przylgnęła do niego jeszcze mocniej, jakby w końcu zdecydowała się puścić ten pieprzony hamulec.
Alexander uśmiechnął się półgębkiem, słysząc jej próbę ucieczki w żart o mocnej whisky. Widział jednak, jak jej dłonie lądują na jego ramionach, czuł, jak powoli przestaje walczyć z tym magnetyzmem, który przyciągał ich do siebie od pierwszego spotkania. Kiedy przyznała, że zaczyna się gubić, Lex zatrzymał ich powolny ruch i nachylił się tak blisko, że czuł drżenie jej rzęs na swoim policzku.
-
To nie whisky, słońce. To po prostu my, bez tych wszystkich pieprzonych masek - mruknął miękko. -
I dobrze, że się gubisz. Ja zgubiłem się w momencie, w którym zamiast po prostu wyjść, zacząłem się zastanawiać, jak smakujesz.
Zjechał dłonią z jej twarzy na kark, delikatnie wplatając palce w jej włosy. Czuł pod palcami jej tętno – szybkie, rwane, tak samo szalone jak jego własne. Nie chciał jej już niczego udowadniać, nie chciał wygrywać tej słownej szermierki. Chciał tylko, żeby ta chwila trwała, zanim rzeczywistość znów o sobie przypomni. Nagle Lex poczuł dotyk jej palców na swoim policzku i na moment zamarł. To nie był już unik ani próba wytrącenia go z równowagi ciętą ripostą. To była Madison Lennox, która w końcu, po tych wszystkich godzinach walki, odłożyła broń. Czuł pod skórą delikatny chłód jej opuszków, kontrastujący z żarem, jaki wywołała w nim samym. Patrzył w jej oczy, w te miliony tańczących iskier, i widział w nich coś, czego nie potrafił nazwać, ale co sprawiało, że czuł się, jakby pierwszy raz od lat naprawdę oddychał. Kiedy uniosła się na palcach, a on poczuł jej bliskość, jego świat skurczył się do tego jednego punktu na środku pustego parkietu. Alexander poczuł ten pocałunek jak uderzenie pioruna, który ostatecznie roztrzaskał resztki jego zdrowego rozsądku. Kiedy Maddie uniosła się na palcach, a jej usta - miękkie, niepewne, a jednocześnie tak desperacko szczere - dotknęły jego warg, czas w barze po prostu stanął w miejscu. Wszystkie ironiczne riposty, które miał w zanadrzu, cały ten dystans, który budował, spłonęły w jednej sekundzie, dokładnie tak, jak to zapowiadała. Nie pogłębił pocałunku od razu. Zamiast tego pozwolił, by ta chwila trwała, by ten delikatny kontakt ich warg stał się pieczęcią na wszystkim, co sobie dzisiaj powiedzieli. Gdy odsunęła się na milimetr, badając jego reakcję swoimi iskrzącymi oczami, Lex nie pozwolił jej na ani krok więcej. Ich usta wciąż się o siebie ocierały przy każdym, urywanym oddechu.
-
A jednak... - wychrypiał tak cicho, że tylko ona mogła to usłyszeć. -
Jednak wybrałaś katastrofę.
W jego głosie nie było triumfu wygranego boksera. Była w nim ulga faceta, który właśnie znalazł coś, czego nawet nie wiedział, że szukał. Jego dłoń, wciąż spoczywająca na jej karku, delikatnie pogładziła jej skórę, a on sam przymknął oczy, delektując się tym, że Madison Lennox właśnie spłonęła w jego ramionach - i że on, zamiast uciekać przed tym ogniem, chciał w nim zostać na zawsze. Poczuł, jak każdy centymetr skóry, w którym się stykali, zaczynał pulsować parzącym, niemal bolesnym gorącem. To nie było zwykłe ciepło drugiego człowieka; to był żar, który zdawał się trawić ich tkanki, przenikać przez ubrania i wgryzać się prosto w nerwy. Kiedy jego kciuk przesuwał się po jej dolnej wardze, a dłoń zaciskała się na karku, Lex miał wrażenie, że Madison zostawia na nim trwałe ślady, wypalając swoje imię w jego pamięci. I choć instynkt przetrwania powinien wrzeszczeć, by się wycofał, on tylko mocniej napierał na tę niewidzialną barierę między nimi. Chciał spłonąć. Chciał, żeby ten ogień, który w niej dostrzegł, pochłonął go w całości, obrócił w popiół wszystko, czym był do tej pory, i zostawił tylko to, co narodzi się w tej katastrofie. Jeśli to miało boleć, to był to najsłodszy ból, jakiego kiedykolwiek doświadczył, a on był gotowy rzucić się w ten płomień bez mrugnięcia okiem. Przymknął oczy, a ich oddechy, dotąd urywane i niespokojne, zaczęły w końcu brzmieć tak samo. Czuł, jak żar między nimi gęstnieje, jak ta niewidzialna bariera, o której wcześniej mówił, ostatecznie się poddaje. Nie chciał się na nią rzucać; nie chciał niszczyć tej kruchej, bolesnej szczerości, którą Madison mu właśnie ofiarowała. Zamiast gwałtownego ruchu, Lex wybrał powolne, niemal nieuchronne zatracenie. Jego dłoń, dotąd spoczywająca nieruchomo na jej karku, zaczęła powoli gładzić jej skórę, a on sam nachylił się, muskając swoimi wargami jej usta raz, drugi, trzeci - za każdym razem nieco odważniej, nieco głębiej, jakby chciał powoli przyzwyczajać ją do tego ognia, który w nim płonął.
-
Po tym wszystkim prędko cię nie wypuszczę - szepnął, a w jego głosie, po raz pierwszy tej nocy, nie było słychać pewnego siebie amanta, tylko kogoś, kto właśnie kładł na szali wszystko, co miał.
Pocałował ją ponownie, tym razem nie dając jej już drogi ucieczki, ale robiąc to z taką uwagą, jakby Madison była najcenniejszym, co kiedykolwiek trzymał w dłoniach. Ten pocałunek był głęboki, powolny i obezwładniający. Nie było w nim pośpiechu, tylko ciche przyzwolenie na to, by ich ciała w końcu przestały kłamać. Alexander czuł, jak każda analiza, każda riposta i każdy lęk Madison rozpuszczają się pod wpływem tego kontaktu, a on sam, zamiast prowadzić tę walkę, po prostu pozwolił sobie w niej utonąć. Z tymi słowami, powoli i z nabożną niemal uwagą, przestał jedynie muskać jej wargi. Pogłębił pocałunek w sposób, który był obietnicą i prośbą jednocześnie. Było w tym coś desperacko pięknego - sposób, w jaki jego usta odnajdywały jej, powoli, dając jej każdą sekundę na to, by mogła się wycofać. Czuł, jak ich wspólne ciepło staje się niemal namacalne, jak ogień, o którym mówili, przestaje być tylko metaforą i zaczyna parzyć ich od środka. Nie było już powrotu do bycia obcymi, nie po tym
wszystkim.
Maddie Lennox