-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Podczas drogi do miejsca docelowego między Nicky’m a Skye wywiązała się osobliwa dyskusja na temat amerykańskiej sceny muzycznej. Rozmowa na błahy temat pozwoliła Dominicowi oderwać myśli od chwil spędzonych w biurze. Co więcej, zaczynał mieć wrażenie, że wszystko wracało do normy. Tak, jakby sam wyolbrzymił sobie w wyobraźni intensywność wydarzeń sprzed paru chwil, a w rzeczywistości niewiele z tego miało miejsce. Mógł się oszukiwać do woli, ale serce wiedziało lepiej, ilekroć zerkał na siedzącą obok kobietę.
— I jesteśmy na miejscu - oznajmił, gdy zaparkował tuż przy oprószonym śniegiem parku. Już z tej perspektywy było widać oświetlony truck z włoskim jedzeniem. Jego ulubiony street food, na który z pewnością nie zabierał dziewczyn kręcących się wokół niego.
Wysiadł z auta i, jak nakazywało jego dobre wychowanie, otworzył drzwi Skye. - Proszę bardzo - podał jej rękę z wytwornym wyrazem twarzy, a jego oczy rozbłysły pod wpływem zawadiackich iskierek. Był dżentelmenem bez względu na długość znajomości płci pięknej, ale okazywanie manier i uwagi wobec ciemnowłosej było dla niego wyjątkowo przyjemne.
Mimo stolików umieszczonych tuż obok przyczepy z jedzeniem, mróz nie sprzyjał jedzeniu na miejscu, ale dla Dominica nie stanowiło to żadnego problemu.
— Rozchmurz się, Słońce. Gdybym nie był pewien tej miejscówki, nie zabrałbym Cię tutaj. Tu jest najlepsze panzerotti, jakie jadłem w Toronto. Weźmiemy coś na wynos - powiedział z nieznacznym rozbawieniem, gdy na twarzy przyjaciółki dostrzegł sceptycyzm. Znał znacznie lepszą okolicę na posiłek, jednak jeszcze chwilę chciał utrzymać Skye w niepewności.
Dla siebie zamówił pierogi z kurczakiem i jeszcze jedną, pakowaną osobno porcję, a dziewczynie z chęcią pomógł w wyborze, na koniec płacąc za wszystko i biorąc papierową torbę ze sobą.
— Idealna pogoda na ulepienie bałwana - westchnął z udawaną nostalgią, jakby właśnie to mu się marzyło. Szli chodnikiem wzdłuż ogrodzenia prowadzącego do parku, ale blondyn celowo tam nie skręcał, prowadząc ich w tylko sobie znanym kierunku. Zimowa aura rozpieszczała wszystkich wintermaniaków, którzy pewnie w centrum właśnie szaleli na lodowisku albo urządzali sobie wieczorne spacery wśród puchu śniegu. Niestety, uliczki były dość zdradliwe, więc zerknął na drepczącą przy nim Skye.
— Obiecuję, że już za chwilę będziemy na miejscu. Złap mnie za ramię, tak będzie bezpieczniej - zaoferował. Pod maską uprzejmości kryła się również troska, bo nie darowałby sobie, gdyby pod jego opieką coś jej się stało.
Zgodnie z prawdą, po chwili przystanął przy niepozornej bramie wzdłuż muru i delikatnie otworzył furtkę. - Pani przodem - rzucił nonszalancko, po czym wskazał na wejście do budynku, wyraźnie na tyłach. Tam zapukał do drzwi, które po chwili otworzyły się ze skrzypieniem.
— Cześć, Steve. Pomyślałem, że przyda Ci się coś dobrego. Możemy wejść? - odezwał się Dominic, unosząc torbę z jedzeniem i uśmiechając się szeroko.
Starszy mężczyzna o siwych włosach przez moment przyjrzał się Reyesowi, a później jego towarzyszce, ale na wspomnienie o posiłku, pokiwał ochoczo głową. Wyglądało na to, że nie był szczególnie zaskoczony widokiem Dominica, a jedynie bardziej zainteresował się Skye.
— Cześć, Dominicu, wchodźcie prędko, bo zimno. - Kiedy znaleźli się już w niedużym korytarzu, za pierwszymi drzwiami można było dostrzec typową kanciapę z monitorami. - Wstrzeliłeś się dzisiaj idealnie, Cindy znów zrobiła mi kanapki z pasztetem, a ileż można go jeść, hm? - Steve cmoknął rozżalony, po raz kolejny nieznacznie zerkając na Murray. - A kim jest ta młoda dama?
Na słowa starszego mężczyzny blondyn zaśmiał się rozbawiony.
— Tym razem są to panzerotti. - Przekazał mu jedną porcję, a gdy padło pytanie o Skye, podniósł na nią spojrzenie. Kim była? Kimś wyjątkowym. Kimś, kogo nie da się opisać jednym słowem, by wyrazić wszystko, co przechodziło mu właśnie przez myśl. - To moja przyjaciółka, Skye - odparł zgodnie z prawdą, w duchu modląc się, by nie zauważyła jego chwilowego wahania.
— Ach, oczywiście. Dziękuję, że o mnie pomyślałeś, Dominicu. Idźcie już, macie czas do dziesiątej, zanim przyjdzie mój zmiennik. Tylko bądźcie grzeczni - mrugnął do nich porozumiewawczo na odchodne.
— Zawsze - przytaknął blondyn, rozszerzając usta w uśmiechu. - Chodź za mną. - Wziął ciemnowłosą za rękę i poprowadził zakrętami wzdłuż korytarza i pomieszczeń gospodarczych, aż trafił na odpowiednie drzwi i otworzył je przed nią. Przed nimi ukazało się wysokie pomieszczenie z zielonym ogrodem i wąskimi alejkami. Wieczorną porą, oświetlona wzdłuż fasad palmiarnia robiła zupełnie inne wrażenie, niż w dzień. Temperatura na miejscu była jak w lato, toteż Dominic zsunął z siebie szalik i rozpiął płaszcz. - I jak podoba Ci się niespodzianka? - powiódł wzrokiem za Skye ale poznał już odpowiedź po jej minie i uśmiechnął się dumny z siebie. Na szczęście, udało mu się osiągnąć swój cel i nie potrzebował już dziś niczego więcej.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Dziękuję- powiedziała podając mu rękę, gdy wysiadała z samochodu. Zawsze jej się podobało to zachowanie mężczyzny. Milo było poczuć się wyjątkowo nawet w tak drobnym aspekcie. Tym bardziej, gdy uśmiechał się do niej z tymi iskierkami w oczach, które wytwarzały wokół niego niesamowitą aurę - mieszaninę tajemniczości, zadziorności, nonszalancji, ale i szacunku. Czasami miała wrażenie, że potrafi go rozszyfrować, a czasami był dla niej ogromną zagadką. Dlatego odwróciła wzrok i zaczęła się rozglądać owijając się szalikiem i zakładając rękawiczki. - Nie wątpię, że jedzenie jest przepyszne, ale obawiam się, że tyłek może mi zamarznąć, jeżeli postanowimy zjeść na jednej z ławek- zaśmiała się idąc z nim, by zamówić jedzenie. Skoro tutaj są najlepsze panzerotti, to zdecydowała się na nie, ale na wersję z pomidorami i mozarellą. Oczywiście chciała zapłacić za siebie, bo przecież nie byli na randce, a ona była uparta i chciała być niezależna nawet w tej kwestii.
Zaśmiała się słysząc Dominica i od razu pokręciła głową. Może i pogoda była idealna, ale jej długie kozaki na długim obcasie oraz spódnica kończąca się tuż nad nimi, nie były już idealna na zabawy w śniegu. - Następnym razem jak będziesz chciał ulepić bałwana, to daj mi wcześniej znać i ubiorę się bardziej adekwatnie. Ale uważaj, bo śnieżką mogę w Ciebie rzucić- akurat pochylić się, by wziąć garść śniegu mogła bez problemu. Tak jakby wszechświat czytał jej w myślach, bo właśnie lekko się zakołysała na śliskiej powierzchni, więc skorzystała z jego propozycji mocno go łapiąc za ramię.- Wiesz, że jak teraz się przewrócę, to siłą rzeczy pociągnę Cię za sobą?- spojrzała na niego z ukosa z uśmiechem. Musiała przyznać, że nawet pomimo niskich temperatur, miło było wyrwać się z nim z biura i spacerować nawet chwilę. Obiema dłońmi się go trzymała, aby nie wywinąć orła i rozglądała się wokół z nieukrywanym zainteresowaniem, gdzie ją zabiera. Nie kojarzyła tego budynku, przynajmniej nie z tej strony. Przez jakiś czas milczała obserwując Dominica, a następnie nieznajomego. Przysłuchiwała się ich rozmowie z konsternacją, bo nie miała zielonego pojęcia co się dzieje. Spojrzała na przyjaciela, gdy przyszło mu ją przedstawić. Wyłapała jego zawahanie, które nie potrafiła rozszyfrować. Nie pasowało jej to ani trochę. Jednak zaraz na jej twarzy pojawił się przyjacielski uśmiech w kierunku do Steve’a. - Dzień dobry. Miło pana poznać- zdjęła rękawiczki, by podać mu dłoń na przywitanie.- I Dominic możesz powiedzieć wprost, kim jestem- spojrzała na niego z zadziornym uśmiechem, lecz zanim zdążył coś powiedzieć, ona już kontynuowała.- Jestem dziewczyną, która wygryzie go ze stanowiska i będę lepszym architektem niż on- powiedziała dumnie i pewnie, chociaż w jej oczach błyszczały iskierki rozbawienia. Nie uważała w rzeczywistości, że kiedykolwiek by go dogoniła zawodowo, ale była ambitna i tak.- Dziękujemy bardzo- kiwnęła lekko głową zanim ruszyli z Dominicem dalej. Zdziwiła się, gdy złapał ją za rękę, ale było w tym coś naturalnego. Poczuła ciepło rozchodzące się po jej ciele, gdy jego rozgrzana dłoń trzymała jej zimną dla kontrastu. Zamiast się rozglądać po korytarzu skupiła się właśnie na tym geście. Na tym, że nie chciała już puszczać jego dłoni. Czuła to za każdym razem, gdy tak robił. Chłód przeszył jej ciało, gdy natrafili na drzwi, więc siłą rzeczy musiała go puścić. Lecz gdy jej oczom ukazał się niesamowity widok, skupiła się teraz na tym.- Wow…- wyrwało się jej z ust, gdy zaczęła się rozglądać wokół. Nie miała jeszcze okazji pójść do palmiarni, a już tym bardziej po godzinach otwarcia, gdy panował taki spokój. - Tu jest przepięknie Dominic- jej wzrok powędrował w kierunku przyjaciela. Na twarzy miała szeroki uśmiech- pełen zaskoczenia, ale przede wszystkim wdzięczności. Pełen wdzięczności. Jej oczy aż świeciły z wrażenia i podziwu. Nie tylko w stosunku do miejsca, ale głównie wobec niego. Tego co dla niej zrobił.- Dziękuję, że mnie tu zabrałeś- powiedziała z lekkim wzruszeniem w głosie. Nie była sobie w stanie przypomnieć, kiedy ostatni raz Josh zrobił dla niej coś takiego. Był cudownym mężczyzną, ale fatalnym romantykiem. W ostatnim czasie nawet fatalnym partnerem.- Tutaj zdecydowanie ciężko o odmrożenie tyłka- zażartowała śmiejąc się głośno i wykorzystując ten moment, by wytrzeć łzy, które zakręciły się jej w kącikach oczu. Było jej trochę głupio za swoją reakcję, więc przeszła do żartów, zanim powie coś, w co prawi ich oboje w zakłopotanie.
- Dobra, umieram z głodu, a jedzenie pachnie obłędnie- zdjęła szalik, czapkę , a na koniec płaszcz. Było ciepło, bardzo ciepło. Idealna temperatura na taką pogodę za oknem. Usiadła na ławce, a gdy do niej dołączył, od razu chwyciła pierwszy pierożek, aby spróbować dania. Przymknęła oczy pod wpływem rozpuszczającego się gorącego sera w jej ustach. - Muszę przyznać Ci rację, że są obłędne- powiedziała bez skrępowania z pełną szczerością w głosie, gdy zjadła pierwszego. - Daj spróbować swojego- nie czekając na jego reakcję po prostu pochyliła się do niego, by ugryźć kawałek panzerotti, które akurat trzymał w dłoni. Zawsze lubiła ten moment, gdy szli razem na lunch w pracy i próbowali swojego jedzenia. Jego było równie przepyszne co jej. Jak ona mogła siedzieć w biurze, zamiast jeść coś tak dobrego?! Gdy pochłonęła na pierwszy ogień trzy pierożki zabijając pierwotny głód, spojrzała na Dominica. - To teraz pochwal się jaki masz wynik - na dziesięć dziewczyn, ile średnio udaje Ci się poderwać po zabraniu je tutaj?- spytała z szerokim uśmiechem i wyraźnym rozbawieniem. Chociaż… jej oczy mogły zdradzać pewien niepokój. Czy to było w ogóle pytanie na miejscu? Przecież on nie chciał jej poderwać. Czy ona z kolei chciała, żeby to zrobił? Czy coś mu insynuowała? A przede wszystkim nie była pewna czy chciałaby poznać, ile kobiet zabrał tutaj wcześniej. Oczywiście w innym celu niż ją. On przecież na pewno nie uciekał myślami w te niebezpieczne rejony, co ona. Bywał czuły w stosunku do niej i tak jak dzisiaj - nawet romantyczny, ale wiedział, że nawet gdyby była singielką, to ją nie interesują przygody na jedną noc tak jak jego. Byli tutaj tylko jako przyjaciele bez żadnych oczekiwań na więcej - to sobie Skye cały czas powtarzała w głowie, gdy wpatrywała się w oczy Dominica z tą wdzięcznością i ciekawością.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Nie miał pewności, jak Steve przyjmie towarzystwo Dominica, ale liczył na to, że starszy mężczyzna ufał mu na tyle, by wpuścić ich oboje. W końcu do tej pory widywał tylko Reyesa. Na szczęście, Steve o nic nie dopytywał, jak zawsze szanując prywatność i dając chłopakowi potrzebną mu przestrzeń. Właśnie to Dominic w nim uwielbiał. I chociaż ciepłym posiłkiem i czasem po prostu własnym towarzystwem mógł się odwdzięczyć za to, co dla niego robił.
Podczas przedstawiania Skye serce blondyna na moment przyspieszyło. Możesz powiedzieć wprost, kim jestem zahuczało w jego głowie, wywołując lekką konsternację na jego twarzy. Zupełnie nie potrafił przewidzieć, co powie lub zrobi. Odetchnął jednak dyskretnie, kiedy ciemnowłosa przedstawiła się… po swojemu. - Żeby ta pewność siebie kiedyś przypadkiem Cię nie zgubiła - ostrzegł z rozbawieniem w głosie. Lubił w niej tę ambicję i pewność siebie. Sprawiała wtedy wrażenie, jakby mogła przenosić góry i nic nie mogło ją od tego odwieść. Mogła zdziałać wiele, co do tego Dominic nie miał żadnej wątpliwości. Potrzebowała tylko otaczać się ludźmi, którzy będą jej kibicować, a nie ciągnąć na dno.
Kolejny uścisk jej chłodnej dłoni, jej bliskość i roztaczający się wokół niej przyjemny zapach perfum podczas tej krótkiej podróży przyciemnionymi korytarzami znów dały mężczyźnie złudne wrażenie, że to było właściwe. Skupił więc myśli na atrakcji, jaką miał jej zaraz pokazać. I nie pomylił się - spojrzenie pełne zachwytu i błyszczące z wrażenia błękitne tęczówki przyniosły mu ulgę i ogromną satysfakcję. Wisienką na torcie stał się jej szczęśliwy uśmiech, gdy na chwilę oderwała wzrok od roślinności wokół. To właśnie pragnął uzyskać. Odwzajemnił go, uśmiechając się niemal całym sobą. - Miałem nadzieję, że Ci się tu spodoba - stwierdził w odpowiedzi na jej podziękowanie. Inaczej wyszedłby na głupca. Ale znał ją zbyt dobrze, by wiedzieć, że nie pogardzi takim gestem. Chociaż tyle mógł dla niej zrobić po ciężkim dniu, tygodniu, czy miesiącu. Wiedział też, że nie mogła liczyć na wielkie gesty od swojego obecnego partnera. Mówiły to także jej zaszklone nagle oczy, co odruchowo wzbudziło w nim potrzebę przyciągnięcia jej do siebie i objęcia swoimi ramionami. - Widzisz? Nie jestem aż takim sadystą - zaśmiał się i schował ręce do kieszeni. Wymiana żartobliwych zdań skutecznie odwiodła go od pokusy przytulenia przyjaciółki.
— I stygnie - dodał w kwestii jedzenia, po czym poszedł za przykładem i ściągnął z siebie okrycie wierzchnie, by po chwili rozsiąść się wygodnie na ławce i zacząć zajadać ulubione pierożki. - Ja zawsze mam rację - ściągnął brwi, jakby nie rozumiał jej zaskoczenia, po czym rozszerzył usta w zawadiackim uśmiechu. Przez to nie pomiarkował się w porę co do jej zamiarów, więc udało jej się wgryźć w jego panzerotti. - Boże, Ciebie chyba lepiej ubrać niż wykarmić, hm? - zaśmiał się, kompletnie rozbrojony. Jedzenie było ich kolejną wspólną rzeczą - oboje uwielbiali próbować nowych smaków i przede wszystkim JEŚĆ. Dominic nigdy nie potrafił odmówić sobie dobrego jedzenia. A Skye nie musiała martwić się o figurę, bo miała idealną.
Na zarzut przyprowadzania tu kobiet na podryw pokręcił głową z rozbawieniem. Zasłużył sobie na ufundowany przez Skye pstryczek w nos, bo znała jego reputację, więc takie gesty wydawały się całkiem prawdopodobne. — Muszę Cię rozczarować. Jesteś pierwszą, którą tu zabrałem - wzruszył lekko ramionami, jakby wcale nic to nie znaczyło, ale w rzeczywistości miał powody, by zostawić palmiarnię tylko dla siebie i nie psuć związanych z nią wspomnień przelotnymi znajomościami. Zrobił pauzę, zanim zdecydował się kontynuować. - To miejsce jest dla mnie szczególne. Lubię tu zaglądać, przede wszystkim kiedy potrzebuję się wyciszyć. Po raz pierwszy przyprowadziła mnie tu mama. To tu wagarowałem, kiedy dowiedziałem się o jej chorobie. I tu po raz pierwszy przyszła mi do głowy myśl o zostaniu architektem - wyznał spokojnie, z wolna obejmując wzrokiem otoczenie. Co ciekawe, gdy powiedziano mu o raku matki i uciekł z lekcji, nie wiedział, dokąd idzie, dopóki tu nie trafił. Pamiętał, jak podczas spaceru z mamą wśród gąszczu roślin sprowadzonych z różnych części świata zrobiła na nim wrażenie zarówno zieleń, jak i cały obiekt. To była jedna z ostatnich beztroskich chwil, przepełniona dziecięcymi marzeniami i nadziejami, zanim jego życie uległo zmianie. Zanim zrozumiał, że nie zawsze było tak pięknie i czas upływał pomimo stania w miejscu. Dlatego Dominic nie chciał się zatrzymywać i poprzestawać na tym, co zdążył zdobyć, co wkrótce przełożyło się również na zdobyte serca. Postanowił piąć się do góry tak, jak palmy, które obserwował. Chwytać życie takim, jakie było, zanim wszystko się skończy.
— Tu poznałem Steve’a. Już pierwszego dnia wagarów podszedł do mnie, kiedy przez kilka godzin błąkałem się bez celu między pomieszczeniami, szukając miejsca dla siebie. Wtedy był jeszcze pełen werwy i miał znacznie mniej siwych włosów - zauważył, spoglądając na ciemnowłosą z łobuzerskim uśmiechem, po czym nieznacznie westchnął. - Nie potraktował mnie tak, jak każdy inny dorosły, od razu siejąc zamęt. Gadaliśmy dosłownie o wszystkim, a on był miły i uważnie słuchał, a po wyjaśnieniu sprawy rodzicom pozwolił mi tu przychodzić. Wiele mu zawdzięczam - przyznał, unosząc lekko kącik ust i zerknął na towarzyszkę. Nigdy wcześniej nie rozmawiał z nikim na ten temat, a jednak w towarzystwie Skye, w tym otoczeniu, było mu znacznie łatwiej się otworzyć. Bez wątpienia miał z nią bliską relację i czuł, że była odpowiednią osobą, której mógłby uchylić rąbka prawdziwego siebie - tego nie do końca silnego, pewnego siebie flirciarza, jakim go widziała.Chciał pokazać siebie na tyle, na ile pozwalała mu własna duma. Że istniało coś więcej, niż pokazywał wszystkim wokół. Wciąż byli przyjaciółmi, więc nie musiał jej wiecznie oszukiwać. A może podświadomie chciał odrobinę wpłynąć na zmianę jej zdania o nim? Jakby karmił się nadzieją, że cokolwiek to zmieni.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Rozumiem, że będziesz mi całe życie wypominał jak nie udało mi się złapać tych kluczyków do magazynku?- roześmiała się głośno na to wspomnienie i ścisnęła mocniej jego ramię, dokładając do tego drugą dłoń. Nie dla zwiększenia bezpieczeństwa, a po prostu… po prostu przyjemnie było się wtulać w ten chłodny wieczór w jego ciało. Nigdy nie przeszkadzała jej jego bliskość. Przynajmniej w tym negatywnym kontekście, ponieważ w ostatnich tygodniach coraz częściej łapała się na tym, że nawet jego delikatny dotyk powodował u niej przyśpieszone bicie serca.
W pewnym momencie złapała się na tym, że w sumie mogliby tak jeszcze spacerować trochę czasu. Nie przeszkadzała jej już tak bardzo pogoda, ale ciekawość , gdzie chciał ją zabrać była jednak silniejsza i rosła z każdą minutą. Szczególnie, gdy przyglądała się jego interakcji ze starszym mężczyzną, który może i na pierwszy rzut oka wyglądał nieco surowo, ale dostrzegała w jego oczach ciepłe iskierki, które błyszczały podczas rozmowy z jej przyjacielem. Jeszcze gdy Dominic wręczył mu jedzenie, to zaczynało topić jej zmarźnięte serce. Nie mogła się więc powstrzymać przed swoim małym utarciem mu nosa, bo aura sprzyjała lekkim żartom. Im lepiej się czuła, tym była bardziej zadziorna, więc to oznaczało, że zyskuje swój humor w dniu dzisiejszym.
Przyjeżdżając dzisiaj do biura nie sądziła, że zakończy ten dzień siedząc w palmiarni po godzinach. Widok dzikiej i bujnej roślinności oraz wysoka wilgotność powietrza w porównaniu do mroźnej zimy w tym roku, podziałała na nią momentalnie kojąco. Poczuła się jakby nagle znalazła się w innym świecie. Na zewnątrz było szaro, ponuro i chłodno - tak mogłaby ostatnio opisać swoje własne życie. Natomiast wystarczyło odpowiednio się rozejrzeć, by znaleźć ukryte drzwi do nowego świata - pełnego kolorów i życia, które wyrastało prawie z każdej gałązki, na którą spojrzała. Była bardziej niż pod wrażeniem. Była zauroczona. Nie. Była zakochana w tym miejscu. Zakochała się w nim od pierwszego wejrzenia.
- Chyba pewność , że mi się tu spodoba. Tylko głupi nie byłby pod wrażeniem. A myślałam, że moja monstera jest spora- powiedziała wskazując na roślinę tuż za nim, która w odpowiednich warunkach kompletnie nie przypominała tej mizernej w jej mieszkaniu. W odpowiednich warunkach każdy organizm mógł rozkwitnąć. Nie tylko rośliny, ale również ludzie - właśnie ta refleksja z jakiegoś powodu wstrząsnęła Skye aż delikatnie pokręciła głową. Nie chciała się teraz nad tym rozwodzić. Teraz była tutaj z Dominicem i jemu zamierzała poświęcić pełną uwagę.
- Już myślałam, że Twoim niecnym planem na pozbycie się mnie będzie pozostawienie mnie na ławce w środku parku, abym zamarzła- zażartowała z samej siebie, bo mimo, że marzyła o zostaniu uznanym architektem i nawet nieźle jej szło według innych, to niestety miała fatalną orientację w terenie i potrafiła się zgubić w parku bądź na parkingu. Niestety Reyes dobrze o tym wiedział, bo kiedyś gdy Josh nie odbierał od niej telefonu, to właśnie on przyjechał do galerii pomóc jej znaleźć własne auto. Uważała jednak, że dystans do samego siebie był niezwykle cenny, więc nie miała problemu z ich przekomarzaniem. Było to wręcz naturalne i przyjemne. Tak jak nie czuła krępacji jedząc jego porcję. Tacy po prostu byli. - I mówi to osoba, która ostatnim razem szła po dodatkową porcję, gdy byliśmy na ramenie- odgryzła się, bo przecież oboje lubili jeść. Skye czasami potem szła na dodatkowe zajęcia z pilatesu, gdy trafili na dobrą knajpkę, ale nie była z tych osób, które mówiły, że czegoś nie zjedzą, bo to dodatkowe kalorie. Uważała, że można je zawsze zrzucić, a okazja na spróbowanie czegoś dobrego może już nie wrócić. I ceniła w Dominicu to, że nie miał problemu z dzieleniem się z nią jedzeniem. Oczywiście żartował z niej, ale to wszystko było ich zwyczajem, którego nie potrafiła wypracować z Joshem. On niestety nie przepadał, gdy wyjadała mu opiekane ziemniaczki z talerza. - I już tak nie narzekaj, możesz spróbować też mojego- wyciągnęła w jego kierunku swojego panzerotti owiniętego papierem i podsunęła mu pod usta. - Tylko uważaj, bo ser jest bardzo ciepły- ostrzegła go, by był ostrożny. Przyjaciele się również karmią nawzajem, prawda?
Jego odpowiedź ją zaskoczyła i to tak bardzo, że nie była w stanie tego ukryć. Mógłby rzucić takim tekstem do kobiety, którą chciałby poderwać, żeby czuła się wyjątkowa, ale przecież jej nie podrywał. W dodatku jej nie okłamywał. Wiedziała, że potrafi być niezłym bajerantem w stosunku do kobiet. W końcu tylko takiego go poznała na samym początku, ale dosyć szybko się przekonała, że to tylko maska i nigdy nie wątpiła w jego szczerość w stosunku do niej.
Jednak nigdy nie był aż tak szczery. Nigdy nie otworzył się przed nią aż tak. Zazwyczaj to on był dla niej oparciem. Ona czasami czuła się, że jest to przyjaźń, z której tylko ona wiele zyskuje, ale nie jest w stanie się tak bardzo zreflektować jak on. Przez to miała wrażenie, że nie zwierza jej się zbytnio, bo nie ufa jej na tyle. Dlatego, gdy w końcu się otworzył, to aż odstawiła na bok na ławkę swoje jedzenie i przekręciła się bardziej w jego kierunku, by całkowicie skupić się na jego słowach. Miał jej pełną uwagę. Na każde wspomnienie o mamie czuła ścisk w klatce piersiowej i napływające łzy do oczu.- Tobie za to pewnie się nie robiły jeszcze zakola- musiała zażartować, aby się zaraz nie rozpłakać. Uznała, że lekka dygresja, gdy sam się śmiał ze Steve’a była akurat. Jednak zaraz ponownie spoważniała. Jej twarz wyrażała współczucie, ale też podziw i szacunek. Złapała jego wolną dłoń i zamknęła w uścisku swoich obu. Zaczęła gładzić jej wierzch tak jak on to robił jeszcze godzinę temu w biurze. - Twoja mama to niezwykła kobieta. Nie dość, że pokonała chorobę, to jeszcze wychowała tak cudownego mężczyznę- powiedziała bez cienia żartu. Nie były to też puste słowa pocieszenia. Miała okazję poznać jego mamę, a przede wszystkim poznała jego. Człowieka, który przez ostatni rok rozśmieszał ją i pocieszał zawsze, gdy tego potrzebowała. Mimo, że to była jego historia i jego ból, to w jej oczach i tak błyszczały łzy wzruszenia. - I nie rozczarowałeś mnie Dominic. Wprost przeciwnie- zaimponował jej. Wiedziała, że pod maską żartownisia i kobieciarza jest dobry, empatyczny człowiek. Ale wrażliwy? Czasami nawet i zagubiony, który odnajduje spokój w palmiarni, do której chodził z mamą? Tym ją kupił. Czuła jak jej serce topnieje pod wpływem jego ciepłego spojrzenia. Jak jej ciało się rozgrzewa czując jego ciepłą dłoń schowaną pomiędzy jej własnymi. - Dziękuję, że się podzieliłeś ze mną tą historią i tym miejscem- dodała jeszcze i były to prawdziwe słowa, ale miała wrażenie że niezbyt wystarczające. Czuła, że chciałaby powiedzieć coś więcej. Zrobić coś więcej. Lecz głos jej uwiązł w gardle, a ciało nie ruszyło się o milimetr. Wciąż wpatrywała się w niego z samymi ciepłymi uczuciami, ale było w nich coś nowego. Coś czego sama jeszcze nie potrafiła nazwać.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wizja spędzenia całego życia na wypominaniu Skye jej zabawnych niepowodzeń wydała mu się całkiem przyjemna, a jednocześnie cichy podszept w głowie podpowiadał mu, że nie mógł tak długo trwać u jej boku. Nawet przyjaźń z czasem zmieniała charakter, gdy w grę wchodziło życie i związek - w tym przypadku jej, bo on przecież nie zamierzał się ustatkować. Miał pozostać sam i przybywać z odsieczą, kiedy Josh lub Skye będą tego potrzebować. - Odbiłaś się od ściany, próbując je złapać. Muszę poprosić o nagranie z kamer na pamiątkę - wycelował w nią palcem i wyszczerzył się. Pewnie oglądałby je od czasu do czasu, wspominając dobre czasy, zanim jego przyjaciele ułożyli sobie życie, pozostawiając go w tyle. Dlatego tym bardziej Dominic starał się doceniać to, co miał i łapać wszystkie ulotne chwile, szczególnie te w towarzystwie Skye. Nie mógł tego zjebać chwilą słabości.
Przyprowadzenie jej do palmiarni było spontaniczną decyzją. Przeczuwał, że miejsce przypadnie jej do gustu, a to efektowne posunięcie zadziała na jego korzyść, choć nie w kontekście nagłego przypływu w niej cieplejszych uczuć. Dominic zganił się za tę absurdalną myśl. Nie mogła takich do niego żywić. A to miejsce szanował zbyt bardzo, żeby wykorzystywać je jako przynętę na swoje piękne ofiary. Z tym, że ciemnowłosa zajmowała w jego sercu szczególne miejsce i ufał jej na tyle, żeby pozwolić jej zajrzeć poza postawiony wokół niego mur.
— Wystarczyłoby ją regularnie podlewać - wzruszył nonszalancko ramionami, nawet nie starając się ukryć rozbawienia. Pamiętał jej monsterę, na szczęście nawet długo nie podlewana jakoś dawała sobie radę. Co prawda, jej liście żółkły i usychały, ale w zamian pojawiały się nowe. – Może Twoja monstera nie jest taka, jak te tutaj, ale posiada imponująco silną wolę życia. Ma coś z właścicielki - zmrużył delikatnie oczy. Kiedy poznał Skye, cokolwiek się waliło czy paliło, nie poddawała się tak łatwo i walczyła o swoje. Ostatnio ta iskra momentami zanikała, ale był pewien, że wciąż gdzieś się tliła. Należało jej tylko o tym przypomnieć.
— Litości - zawołał z udawaną urazą i ściągnął brwi. - Jeśli przyjdzie co do czego, mam w zanadrzu znacznie bardziej kreatywny plan. - Uniósł wysoko kącik ust w szelmowskim uśmiechu. Względem niej miałby wiele niecnych planów, które nigdy nie zostaną spełnione. Musiał się więc ograniczyć jedynie do własnych fantazji, skrzętnie ukrytych za ścianą lojalności. Za bezpiecznym pozostaniem w sferze snów przemawiał również fakt, że nawet gdyby dziewczyna nie spotykała się z Joshem to nie szukała przygód, których hojnie dostarczał Dominic. Wychodził z przekonania, że nie miał jej nic więcej do zaoferowania. No, może poza porcją swojego jedzenia. - Bo ktoś mi wyżarł połowę poprzedniej - odparł z wyrzutem, ale jego oczy się śmiały. Akurat dzielenie się z nią posiłkiem zupełnie mu nie przeszkadzało. Wydawało mu się to całkiem naturalne, z resztą, jak wiele rzeczy, które robili razem i dziwił się, że Josh miał z tym problem. Dlatego zawsze, widząc tę smutną minkę, ze śmiechem podsuwał jej swój talerz, czując na sobie niezrozumiałe spojrzenie przyjaciela. Trudności w kwestii dzielenia się widział z kolei w całkowicie czym innym, ale na ten temat już bezwzględnie milczał. - Ależ dziękuję za łaskę. - Zawahał się tylko na ułamek sekundy, zanim ugryzł wyciągniętego w jego stronę pierożka. a że ciepły ser zaczął się ciągnąć, mruknął z uznaniem i bezwiednie złapał Skye za rękę trzymającą przysmak, by sobie pomóc. - Mhm, to jest coś, za co warto byłoby umrzeć - przyznał z pełnymi ustami, spoglądając najpierw na smakołyk, a następnie na ciemnowłosą. - Przyznaj, że to znacznie lepsze niż chińszczyzna z tej knajpy po drugiej stronie ulicy od Twojego mieszkania - rzucił triumfalnie, bo najpewniej gdyby nie on, właśnie to teraz jadłaby w domowym zaciszu. Nadal trzymał jej rękę, kręcąc przy tym głową z łobuzerskim błyskiem w oku, że w razie gdyby chciała, nie zamierzał oddawać jej pieroga. Dopiero, gdy przeżuł wcześniejszy kęs, szybko złapał jeszcze jeden kawałek i wtedy ostatecznie ją puścił.
Nie sądził, że jego następne słowa poruszą ją aż tak. Biorąc pod uwagę jego otwartość na kontakty z płcią piękną, całe to przemówienie rzeczywiście mogłoby być świetnym wstępem do flirtu, ale bynajmniej nigdy nie wykorzystywał ani nie zamierzał wykorzystywać w tym celu intymnych szczegółów z przeszłości. Skye nie była w typie kobiet, z którymi się spotykał i świadomie używał wobec nich swojego naturalnego czaru, by uzyskać konkretne efekty. Była kimś szczególnym, wymagała więc szczególnego traktowania, a jednocześnie nie mógł pozwolić sobie stale to podkreślać sposobami, do jakich był przyzwyczajony. Obowiązywały go niepisane zasady, które znacznie go ograniczały. A może do tej pory sam siebie ograniczał, żeby nie pokazywać przed nią tej części siebie, którą tak twardo przed wszystkimi ukrywał? - Widzisz? Jedna przyjaźń z kobietą i od razu włosów jakoś mniej. Przed Tobą nie miałem takich problemów - zaśmiał się w odpowiedzi. Nie bez powodu starał się modulować swój głos tak, by brzmieć swobodnie, a mimo to poczuł się niepewnie, widząc odbijające się w oczach ciemnowłosej współczucie. Nienawidził tego uczucia, doznał go już w życiu wystarczająco wiele i nie chciał, żeby ludzie patrzyli na niego przez pryzmat bolesnych przeżyć. A już na pewno nie Skye, której zdanie o nim miało dla niego znaczną wartość. Ujęcie przez nią jego dłoni stało się jednak kojącym gestem, który sprawił, że mimowolnie rozlało się po nim przyjemne ciepło. Delikatnie zacisnął swoje palce w jej uścisku, tym razem nie potrafiąc się wycofać.
— Dziękuję, chociaż z tym ostatnim trochę mijasz się z prawdą. Raczej starała się wychować, a wyszło co wyszło. Daleko mi do ideału - skrzywił się, jakby pogodził się z faktem, że nic nie mógł na to poradzić. Potrafił być niezłym palantem. Potwierdziłoby to parę kobiet, którym, świadomie lub nie, narobił nadziei i poczuły się zawiedzione. Co prawda, Dominic nigdy nie dopuścił do tego, by Skye kiedykolwiek dowiedziała się o szczegółach jego przelotnych znajomości, ale była bystra - musiała się domyślać.
Widział to w jej oczach - wdzięczność przeplatała się z łagodnością, ciepłem i czymś nowym, czego wcześniej w nich nie dostrzegał. To był iście osobliwy widok, toteż wpatrywał się w nią nieco dłużej, niż powinien. Boże, jest taka piękna, wyrwało mu się ciche westchnienie w myślach. - Cieszę się, że mogłem to zrobić - zamiast tego przyznał na głos miękko, nagle nieco zachrypniętym głosem. Próbował skupić myśli na tym, co powiedziała, ale przychodziło mu to z większym trudem, niż przypuszczał. Z wolna przeniósł spojrzenie na jej wargi, pełne, ponętne i zakazane i złapał się na tym, że myślami zaczynał odbiegać w niebezpieczne rejony.
Odchrząknął więc i uśmiechnął się niesfornie, na moment odrywając wzrok. Gdy spojrzał na ciemnowłosą ponownie, jego żartobliwy humor powrócił na miejsce. Wykorzystał również okazję, żeby łagodnie, tym razem bez gwałtownych ruchów, wyswobodzić się z jej rąk i na szybko zgarnąć do torby pozostałości po jedzeniu. Wciąż był jej przyjacielem, postarał się więc znów wejść w tę rolę. - Naprawdę nigdy wcześniej tu nie byłaś? - Uniósł wysoko brew z niedowierzaniem. - Musisz to koniecznie nadrobić. Chodź, oprowadzę Cię. - Wstał i szarmanckim ruchem wskazał dziewczynie kierunek. Idąc alejkami, opowiadał jej pokrótce historię obiektu i o niektórych ciekawych roślinach, w węższych przejściach, gdzie nie mieścili się oboje, subtelnie dotykając dłonią jej pleców. Usiłował za wszelką cenę nie złapać jej przypadkiem za rękę, co w miejscu takim, jak to, było gestem typowo przeznaczonym dla par. I niemiłosiernie, w zupełnie naturalnym odruchu, go kusiło.
— A teraz przed nami, moim zdaniem, najbardziej spektakularna część architektoniczna w całym obiekcie - uprzedził i otworzył kolejne drzwi, za którymi ukazało się im znacznie wyższe, niemal całkiem przeszklone pomieszczenie ze spektakularną, szesnastokątną kopułą, przez którą przebijało się światło nocy, podświetlającą posadzkę od góry. Przestrzeń ta posiadała jedynie kilka donic z roślinnością ustawionych w okręgu, będąc miłą odmianą dla po brzegi wypełnionych bujną roślinnością pozostałych szklarni. - Przedstawiam Ci Palm House. Miejsce, w którym zaczęła się moja kariera. I nowe życie dla par, które czasem biorą tu śluby - dodał zawadiacko, ogarniając wzrokiem tę niezwykłą przestrzeń, zanim jego wzrok powrócił do przechadzającej się po sali Skye. Nie zdawała sobie sprawy, jak bardzo lubił przypatrywać się, z jakim zafascynowaniem chłonęła widoki. Sam pozostał w półcieniu, więc w tym świetle nie mogła dostrzec jego przygryzionej wargi, gdy absorbował go jeden, najważniejszy obiekt. Kiedy przystanęła na środku sali i obdarzyła go roziskrzonym spojrzeniem, z ustami nieustannie rozszerzonymi pod wpływem zachwytu, przepadł. Masochista, w rzeczy samej, zdążyło przemknąć mu przez myśl, co kompletnie zignorował. - W ciągu dnia, albo przy pełni zapalonych światłach wygląda to jeszcze lepiej, ale mi podoba się ten półmrok. Głównie z jednego, konkretnego powodu. - Mówiąc to, podszedł do niej i przystanął, spoglądając na nią tajemniczo. Znalazłszy się tak blisko niej, stanowczo zbyt blisko, niemal dotykał opuszkami palców jej ramienia. Z tej perspektywy już doskonale wyłapywał niemal każdą iskrę w jej oczach. Uśmiechnął się i mruknął cicho: - Stąd wprost fantastycznie ogląda się gwiazdy. - Następnie zrobił coś, czego kompletnie się nie spodziewała - położył się na posadzce. - Myślę, że znajdzie się tu miejsce i dla Ciebie - zaśmiał się cicho, wygodniej się umiejscawiając, o ile to było możliwe na płytkach.
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Oboje dobrze wiemy, że ta ściana wcale nie powinna tam stać. Ten budynek jest źle skonstruowany, biuro źle zaprojektowane… Ale podeślij mi nagranie, gdy je dostaniesz- wypowiedź zaczęła z kamienną twarzą jakby naprawdę tak sądziła i próbowała wytłumaczyć swoją nieudaną próbę złapania kluczy. Na koniec jednak zerknęła na niego z rozbawionymi oczami, bo zdawała sobie sprawę ze swoich dwóch lewych rąk i musiała przyznać to szczerze - ta sytuacja była komiczna i gdyby się udało to złapać na kamerze, sama by oglądała ten film na poprawę humoru. Niestety w ostatnim czasie takich chwil potrzebowała coraz częściej. Starała się uśmiechać tak jak dawniej i doceniać to co miała- zdrowie, rodzinę, mężczyznę, który ją kochał, świetną pracę z możliwościami rozwoju i wspierających przyjaciół. Jednak czegoś jej brakowało. Kładąc się w nocy do łóżka miała poczucie, że nie jest spełniona w swoim życiu. Czuła się samotna, a nie było niczego gorszego, aniżeli otaczać się ludźmi i czuć się samotnym.
Spojrzała na niego porozumiewawczo, że tak jak jawnie przeszedł teraz do nabijania się z jej umiejętności ogrodniczych. Wciąż je ćwiczyła i nawet zaczęła rozmawiać z roślinkami, ale niektóre były zbyt uparte i nie chciały jej słuchać. Zaraz jednak uśmiechnęła się ciepło na jego ostateczną puentę, którą wynagrodził jej ten żart. - Jasne, tylko wystarczy ją również regularnie podlewać- odpowiedziała zanim w ogóle zdążyła się zastanowić nad tym jak bardzo dwuznacznie mogło to zabrzmieć. Momentalnie na jej policzkach pojawiły się wręcz purpurowe wypieki i odwróciła szybko głowę, aby nie patrzeć teraz na niego. Było jej tak cholernie głupio, że miała wrażenie, że zaraz spali się ze wstydu.
Na całe szczęście to był Dominic. Z jednej strony pewnie przy nikim innym nie rzuciłaby takim tekstem, ale z drugiej strony on potrafił zawsze wyjść z każdej sytuacji. Potrafił sprawić, że z poczucia zażenowania w mgnieniu oka przechodziła na zaciekawienie, ekscytację czy radość. Tak jakby znał ją doskonale i wiedział, kiedy jaki włącznik nacisnąć. Wiedział kiedy potrzebuje usłyszeć jakiś żart, a kiedy potrzebuje posiedzieć tylko w ciszy. Był jej najlepszym przyjacielem, chociaż początkowo nie sądziła, że byliby w stanie się zaprzyjaźnić aż tak. Jednak dosyć szybko zdjął swoją maskę zapatrzonego w siebie faceta i dostrzegła w nim dojrzałość, empatię i wrażliwość. Zdawała sobie sprawę, że nie jest ideałem, bo przecież nie potrafi grać w pokera, ale nikt nim nie jest. Mimo wszystko ujął ją swoją osobą i cholernie doceniała tą relację. W ostatnim czasie tak bardzo, że zaczynała się zastanawiać jakby to było, gdyby tamtego wieczoru, gdy się poznali, pokazał jej z tej swojej prawdziwej strony. Co jeżeli nie byłoby wtedy Josha, czy relacja z Dominicem byłaby teraz na innym poziomie? Czy skończyłaby się na jednorazowym seksie i następnie poczuciu zażenowania z jej strony, gdy nazajutrz dowiedziałaby się, że razem pracują. Ale zastanawiała się również jakby to było, gdyby mimo wszystko byli teraz razem. Jako para, nie jako przyjaciele. Wiedziała, że te myśli nie powinny się pojawiać w jej głowie i próbowała je z niej wyrzucić, ale za każdym razem powracały coraz silniejsze.
- Masz??- spojrzała na niego wyraźnie zaskoczona, bo nie powiedział, że miałby tylko użył czasu teraźniejszego.- Teraz musisz mi go zdradzić- zażądała i to głosem, który wręcz krzyczał z daleka, że nie ma co się z nią sprzeciwiać. Była ciekawa co takiego chodziło mu po głowie. Oczywiście jego myśli o niej były pewnie całkowicie inne niż jej własne o nim. On chciał się jej pozbyć, a ona… sama nie wiedziała, czego od niego chce. Lecz była pewna, że chce mieć go w swoim życiu - jak najdłużej i najlepiej coraz więcej.
- I to w torturach- musiała mu przyznać rację, że jedzenie było nieziemskie i była pewna, że jeszcze nie raz tutaj wstąpi na włoskie pierożki. - Oj nie narzekaj. Nie jest wcale taka zła- przewróciła z rozbawieniem oczami zajadając się swoją porcją, która była przepyszna. Może i nie powiedział tego na głos, ale w tym drugim również miał rację - pewnie tam by zaszła po dzisiejszą kolację wracając do domu z biura.- Ale fakt, to jest lepsze- nie było co z tym dyskutować. Nie miała żadnych kontrargumentów i chociaż zawsze ciężko jej było przyznać mu rację, to czasami potrafił ją tak zagiąć, że była do tego zmuszona. Poza tym wszystko co robiła z nim i przy nim było niewymuszone. Wszystko było instynktowne. Żarty, uśmiechy, złapanie za rękę czy tak jak teraz - dzielenie się jedzeniem. Zerknęła jak zatrzymał jej dłoń, jakby pilnował, żeby za szybko jej nie zabrała. - Ej, już wystarczy! Nie bądź taki zachłanny- jęknęła, ale wcale nie próbowała zabrać ręki. Zamiast tego jej wzrok uciekł na jego usta i wtedy przez jej głowę przebiegła myśl, że chciałaby, aby ją tak złapał, by wpić się w jej wargi, a nie w wpieprzone panzerotti. O sekundę za długo wpatrywała się w jego usta wyobrażając sobie jakby to było poczuć je na swojej skórze. Momentalnie zapragnęła poczuć gorące, wilgotne pocałunki, którymi mógłby ją obdarzać.- Zjadłeś mi prawie całe panzerotti głodomorze- w końcu jednak ją puścił, a ona szybko uciekła spojrzeniem jak gdyby nigdy nic, licząc że Dominic był za bardzo skupiony na jedzeniu, aniżeli na jej wzroku.
Mimo rocznej znajomości nie miała jeszcze okazji poznać Dominica z tej strony. To, że się podzielił z nią tą historią i otworzył tak bardzo traktowała jako ogromną nagrodę i docenienie swojej osoby. Zaufał jej, a wiedziała, że nie był skory do tego wobec każdego. Dlatego czuła się wyróżniona.- Oraz przede mną Twoje życie nie było takie kolorowe i zabawne. Nie ma za co- puściła mu oczko na koniec nie dając mu nawet sobie podziękować, bo przecież wiedziała, że to chciał zrobić, prawda?- Nie powiedziałam nic takiego, więc sobie nie schlebiaj- uśmiechnęła się szerzej instynktownie mocniej ściskając jego dłoń. Czyżby się obawiała, że ją zabierze znów zbyt szybko? - Nikt nie jest ideałem. Ty również masz wady i to całe trzy- oczywiście jego relacje z innymi kobietami były jedną z nich, ale nie chciała rozmawiać z nim o innych kobietach. Nie dzisiaj. I już na pewno nie teraz, gdy ich dłonie były splecione i nie mogli oderwać od siebie spojrzenia.- Ale mimo wszystko wciąż uważam, że jesteś niesamowitą osobą i cieszę się, że mam Cię w swoim życiu- dodała nieco ciszej wyłapując tym razem jego spojrzenia na jej wargach. Wpatrywała się w niego jak zahipnotyzowana czekając na jego ruch. Czekając aż coś powie bądź zrobi. Nie mogła przestać teraz myśleć, że chciała żeby to zrobił. Chciała wiedzieć, że nie tylko ona ma tak niebezpieczne myśli w głowie. Lecz w tym momencie odwrócił głowę i zabrał dłoń, a Skye pomimo wysokiej temperatury, poczuła przeszywający chłód. Jego zachowanie było dojrzałe i odpowiedzialne, ale to nie zmieniało faktu, że chciała, aby postąpił całkowicie inaczej. Świadomość tego ją zaczęła przerażać, ale …. Oprócz tego poczuła też coś innego. Coś czego wciąż nie potrafiła nazwać.
Potrząsnęła głową chcąc otrzeźwić swój umysł i skupić się na rzeczywistości - jest w związku z Joshem. Dominic to ICH przyjaciel. Nie tylko jej. Josh również był dla niego ważny. Za dużo sobie wyobrażała i źle odczytywała znaki Reyesa. Był zadziorny i pewny siebie - gdy czegoś chciał, to po to sięgał. Ona nie była w polu jego pragnień, chociaż zaczynała sobie uświadamiać, że chciałaby tam być.- Nie. Byłam pilną uczennicą i nigdy nie wagarowałam- uśmiechnęła się zadziornie I wstała podążając za nim. Dłonie splotła przed sobą i starała się trzymać od niego na bezpieczną odległość, aby jak najmniej inicjować nawet delikatny kontakt i skupić się całkowicie na zwiedzaniu. Jednak , gdy doszli do ostatniego pomieszczenia, przepadła. Mimowolnie oczy i usta się rozszerzyły, a krok zwolnił, by mogła wszystko spokojnie uchwycić. To miejsce było przepiękne, wręcz idealne. Kwiaty, szkło, światło, aranżacja - każdy element pobudzał jej wszystkie zmysły. - W tym miejscu można wziąć ślub??- pierwszy raz odkąd tu weszli spojrzała na niego. - Ciężko sobie wyobrazić piękniejszą scenerię- powiedziała nie odrywając już od niego spojrzenia. Miała wziąć się w garść, ale stojąc po środku Palm House, z tej perspektywy jego postać ją przyciągała. Jego twarz była oświetlona tylko częściowo, ale na tyle, że iskierki w jego oczach migały z oddali. Był jak płomyk nadziei wokół panującej ciemności. Wyłaniał się z mroku i rozjaśniał wszystko dookoła . Nie była w stanie oderwać od niego spojrzenia. Nawet nie chciała tego zrobić. I gdy teraz do niej podchodził, uświadomiła sobie , co zaczęła do niego czuć. To nie była już tylko przyjaźń. To nie była już tylko miłość do przyjaciela. Kochała go tak jak się kocha mężczyznę, który Cię uszczęśliwia. Który ciągnie Cię do góry i pragnie zawsze Twojego szczęścia. W tej jednej chwili zapomniała, że był zakazanym owocem i oprócz niego kochała również innego mężczyznę. Widziała tylko Dominica w tej ciemności. Wystarczyło tylko nieco bardziej się zbliżyć, by dowiedzieć się jak smakują jego usta i czuła jak niewidzialna ręka pcha ją, żeby to zrobiła, ale wtedy on się odsunął. Jakby przeczuwając jej ruch, co znowu wywołało powiew chłodu. Jej uśmiech na ułamek sekundy przygasł, aż nie zobaczyła co wyrabia. Uśmiechnęła się szerzej, gdy rozłożył się na podłodze.
- Podłoga chyba pomieści nas dwoje. Nawet jeśli przed chwilą pochłonęliśmy ogromne panzerotti- zaśmiała się cicho kładąc się obok niego na taką odległość, że czuła bijące ciepło z jego ciała, ale nie stykała się z nim. Zachowała odległość. Minimalną, ale jednak. Spojrzała w górę i aż nabrała głęboko powietrza na ten przepiękny widok, który wpadał do pomieszczenia, dzięki ulokowaniu szyb w suficie. Przez chwilę nic nie mówiła, tylko w ciszy wpatrywała się w gwiazdy.- Gdy byłam mała mojego taty wiecznie nie było w domu. Cały czas pracował i wyjeżdżał na delegacje- zaczęła nie odwracając się w jego kierunku.- Tęskniłam za nim. Tęskniłam za pełnym domem z mnóstwem miłości i ciepła. Dlatego lubiłam wieczorami schodzić do ogrodu i wpatrywać się w gwiazdy. Wyobrażałam sobie wtedy, że gdzieś tam we wszechświecie jest drugi taki sam świat jak tutaj, ale lepszy. Ludzie są szczęśliwi, zdrowi- dopiero pod koniec pozwoliła sobie na spojrzenie na niego i na chwilę wyszukując jego dłoń, aby ją uścisnąć w ramach wsparcia. Zabrała ją jednak dosyć szybko, bo skoro on za każdym razem się wycofywał, nie zamierzała na dłużej inicjować kontaktu. Świadomość tego bolała, ale tak było bezpieczniej. - A moi rodzice więcej czasu spędzają ze mną i moim rodzeństwem na wspólnych zabawach. W tym świecie wszystko jest takie, jakie chcemy żeby było- jej oczy odnalazły jego. Mówiąc to patrzyła cały czas w jego tęczówki, w których tańczyły iskierki. Tak samo piękne jak gwiazdy na niebie. W tym momencie wyobraziła sobie, że właśnie w tym idealnym świecie ona i Dominic są razem. Szczęśliwi, zakochani. Planujący ślub w palmiarni i gromadkę dzieci, z którymi on będzie biegać, a ona rysować. Nie była w stanie wyjaśnić tego uczucia, tego wyobrażenia. Nie, to było jej marzenie. Ona i on to było marzenie. Marzenie, które miało się nigdy nie spełnić.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Słysząc jej tłumaczenie, pobłażliwie potakiwał głową. - Nie ma sprawy. Rozumiem, że wykorzystasz je jako dowód w sądzie? - Starał się. Naprawdę starał się zachować powagę, ale kiedy na nią patrzył, jego kąciki ust samoistnie drgały pod wpływem rozbawienia. Jakkolwiek podły miewał nastrój, jej poczucie humoru i dystans do siebie potrafiły czynić cuda i rozpromieniały mu najbardziej pochmurny dzień. Dlatego tym bardziej nie mógł zrozumieć, czemu Josh tego nie doceniał? Jak Skye mogła mu nie wystarczać? Przecież była wszystkim, o czym mógł marzyć każdy facet. Dominic był więcej niż pewien, że gdyby przyjaciel nieustannie trzymał ją przy sobie blisko, mogliby razem przenosić góry tak, jak miało to miejsce na początku. Jeśli dawałby jej wystarczająco dużo siebie, ona odwdzięczyłaby się tym samym. Jak Josh mógł tego nie dostrzegać i sprawiać jej tyle smutku?
Nic dziwnego, że nie czuła się doceniana. I traciła moc, bo skąd miałaby ją czerpać, skoro człowiek, z którym się związała, nie wywiązywał się z najważniejszego dla niego zadania?
Pogrążony w swych rozmyślaniach blondyn nie zauważył jej nagłego zażenowania. - Bez tego sama dostatecznie nie rozkwitnie. W zamian będzie jedynie egzystować - stwierdził, między słowami ukrywając podsumowanie swoich myśli. Nie oczekiwał, że Skye zrozumie, iż według niego przy Joshu nie rozwijała się w pełni. Jego wypowiedź miała też jeszcze jedno dno, które dopiero po wybrzmieniu jej na głos zaczęło do niego docierać - bez niej w życiu też pozostanie mu tylko marna egzystencja. Tak właśnie jawiła mu się jego przyszłość.
Nie pozwolił sobie jednak dłużej zaprzątać tym głowy. Zmiana tematu w tym momencie wydawała się odpowiednim pomysłem. Jej żądanie podzielenia się planami spotkało się ze ściągnięciem brwi z politowania. - Żebyś wiedziała, czego się spodziewać i móc się przygotować? Nie ma opcji. Nie będę pozbawiał się asów w rękawie, żeby znacznie utrudnić sobie sprawę. - Skrzyżował ręce na piersi w udawanym oburzeniu i wydął wargę, spoglądając na nią z wyzwaniem. Żeby jej to wyjawił, musiałaby znaleźć odpowiedni sposób, żeby to z niego wydobyć. Owszem, mogła stać się bardzo przekonująca i niewielkim wysiłkiem skruszyć jego silną wolę, gdyby tylko podjęła się zadania, ale pewnie nie przeszłoby jej przez głowę, by zbliżyć się do niego tak, jak podsunęła mu to wyobraźnia.
Uśmiechnął się triumfalnie, gdy przyznała mu rację, w pełni świadomy, że zawsze ciężko przechodziło jej to przez usta. Wyjątkowo kuszące usta. - Spokojnie, dostaniesz moje na wynos - odparł ze śmiechem, zupełnie nie przejmując się jej pozornym zagniewaniem.
Skye zawsze przy nim była swobodna, pełna humoru i otwarta, pozwalając mu na żarty, komplementy i gesty bez słowa sprzeciwu. Dominic coraz częściej miał wrażenie, że słowem czy zachowaniem zbliżał się do granicy, której nie powinien przekraczać, a jednak ciemnowłosa jakimś cudem wciąż akceptowała to bez zająknięcia. Wydawała się zawsze wiedzieć, co powiedzieć, zrobić lub w razie potrzeby całą sytuację obrócić w żart. Czyżby miała co do niego aż taką pewność, że wcale nie czuła z jego strony zagrożenia? On sam przestawał być siebie pewien. Tego wieczoru, w miejscu, do którego ją zwabił dzięki zaufaniu, gdzie mogli zostać sam na sam w scenerii rodem z filmów romantycznych, coraz bardziej przypominał drapieżcę czyhającą na swoją ofiarę, niż przyjaciela, który po prostu chciał dla niej dobrze. W rzeczywistości był cholernym egoistą, który ze swoich zuchwałych poczynań czerpał ogromną przyjemność. Oby nie okazało się to dla niego zgubne.
Mimo wszystko wciąż uważam, że jesteś niesamowitą osobą i cieszę się, że mam Cię w swoim życiu.
Słowa Skye odbiły się echem w jego głowie, i choć odpowiedział na nie uśmiechem, nie mógł oprzeć się myśli, czy powiedziałaby tak, gdyby wiedziała, co ostatnio tak intensywnie zaprzątało jego umysł? Nie zamierzał się jednak z nią sprzeczać. Zwłaszcza, że właśnie przyłapała go na gorącym uczynku, wyłapując jego spojrzenie, intensywne i długie, skrzące się pragnieniem posmakowania jej warg. Zanim bezpiecznie się wycofał, jego uwagę na krótko przykuło złudne wrażenie, że dziewczyna wcale nie ugięła się pod wpływem jego wzroku na sobie, a jedynie zastygła… w oczekiwaniu? Jego umysł najwyraźniej płatał mu już figle.
Niestety nie wszystko, czego chciał, było w jego zasięgu, by po to sięgnąć, mimo iż to wszystko stało tuż obok. Musiał sobie wreszcie wbić to do głowy, zanim zrobi coś, czego będzie żałował. Zanim posunie się o krok za daleko. A mimo to zaprowadził ją do Palm House, odkrywając przed nią kolejną niespodziankę, atrakcję, dzięki której po raz kolejny jej zaimponował. Niezauważalnie podbijał jej serce, zasłaniając się przyjaźnią i nie czując przy tym żadnych wyrzutów sumienia. Ciężko było je czuć, kiedy widział ją taką szczęśliwą. I gdy patrzyła na niego w ten sposób.
Na wspomnienie o ślubie mógł zasugerować jej rekomendację dla niej i Josha, ale zdawał sobie sprawę, jak fatalnie by to teraz zabrzmiało. Podświadomie nie chciał psuć chwili. Momentu i miejsca, które od teraz należało już tylko do nich. - Można się w niej zakochać - przytaknął miękko, odnosząc się do sali, ale nie odrywał wzroku od Skye. Niemal czuł pod sobą cienką taflę lodu, która w każdej chwili mogła się rozpaść, mając świadomość dwuznaczności swoich słów. Serce wyrywało mu się z piersi, gdy znalazł się przy ciemnowłosej, pragnąc zdecydowanie więcej, niż mógł uczynić, i aż zabolało go, że w tej chwili nie przyciągnął Skye do siebie. To, co go przed tym powstrzymywało, to fakt, że mógłby tym popsuć między nimi wszystko, co wypracowali przez ostatni rok. Będąc lekkomyślny, mógł stracić dwie ważne dla niego osoby.
— Znacznie gorzej będzie, jeśli się pod nami zapadnie - odparł żartobliwie, w duchu żałując, że nie mogła zająć miejsca bliżej. Cisza między nimi podczas obserwacji gwiazd, wydawała się Dominicowi kojąca. Niepostrzeżenie wytwarzała również atmosferę intymności, sprzyjającą przemyśleniom. Mężczyzna z każdą sekundą coraz bardziej uspokajał umysł i po prostu wsłuchiwał się w ich oddechy, aż ciszę przerwała Skye. Wsłuchał się w jej słowa z pełną uwagą, w trakcie jej monologu zaczynając rozumieć powody jej stałej potrzeby ciepła, bez którego z trudem funkcjonowała. Jednocześnie wzbudziło to w nim ogromne współczucie, że nadal nie do końca zaznawała tego, o czym od zawsze marzyła. Jej uścisk dłoni był wymowny i od razu poczuł ukłucie, że trwał tak krótko. W tym samym momencie zapragnął znaleźć się w świecie, o którym opowiadała, żywiąc się nadzieją, że życie w nim byłoby prostsze, pozbawione ludzkich dramatów, gdzie każdy odnajdywał część siebie, która go dopełniała. Wśród tych wyobrażeń odnalazł również alterego swoje i Skye, które w równoległym świecie odkryło swoje miejsce… przy sobie. Pogrążony w tych myślach wyłapał spojrzenie Skye - jej skąpana w świetle księżyca skóra, rozrzucone na podłodze włosy w nieładzie i te rozżarzone oczy sprawiały, że wyglądała jeszcze piękniej. Nie mógł oprzeć się wrażeniu, że jej błękitne tęczówki chciały powiedzieć coś więcej, niż mogłyby to ująć słowa. - Byłoby cudownie móc się do takiego przenieść - szepnął, wciąż się w nią wpatrując. Nagle poczuł przemożną potrzebę znalezienia się jeszcze bliżej niej, więc westchnął. - Chodź tu do mnie - mruknął i uniósł ramię, by użyczyć go pod jej głowę, gdyby zechciała się przytulić albo chociaż o niego oprzeć. Cokolwiek, byle chociaż na chwilę poczuć ją przy sobie. Tego też nikt nie powinien im zabronić, prawda?
Skye Murray
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowyczas narracjiprzeszłypostaćautor
- Znasz mnie, więc powinieneś dobrze wiedzieć, że zawsze chcę być jak najlepiej przygotowana. Daj mi chociaż jedną małą podpowiedź- powiedziała nieco błagalnym tonem uśmiechając się wesoło na myśl, co by właśnie ten Dominic wymyślił jak się jej pozbyć. Zawsze miał głowę pełną pomysłów, więc pewnie i w tym aspekcie nie wątpiła, że byłoby inaczej.
Jak na razie zaskakiwał ją tylko pozytywnie tak jak właśnie dzisiaj - nie tylko miejscem, ale sposobem jak się tutaj znalazł i od jak dawna przychodził, a przede wszystkim tym, że zabrał ją do miejsca, które miało dla niego szczególne znaczenie. Nie musiał mówić tego na głos , ale nie zamierzała przychodzić tutaj z kimś innym. Postanowiła sobie w tym momencie, że tylko z nim i nikim więcej. Nawet jej przez myśl nie przeszło, by wziąć ślub z Joshem w tym miejscu. Jeszcze nie mieszkali razem, a co mówiąc o zaręczynach i ślubie? Ponadto, wyobrażając sobie teraz siebie w białej sukni po środku Palm House, w miejscu pana młodego stała postać o niewyraźnej twarzy. Nie była w stanie się zorientować kto to. Jeszcze nie teraz.
Powróciła myślami do rzeczywistości, w której Dominic wypowiadał słowa o zakochaniu się. Chciałaby żeby mówił teraz o niej, a jednocześnie ją to przerażało. Miała chłopaka, który był najlepszym przyjacielem ich obojga. Nie powinna myśleć o nim w innych kategoriach poza przyjaźnią. Tym bardziej, że poza lekkim flirtem nie daje jej żadnych innych sygnałów, że chciałby czegoś więcej od ich rekacji. Powinna odpuścić i spalić te myśli, które jej krążyły. Niestety to nie było takie łatwe.
- Leżąc ciężar jest bardziej równomiernie rozłożony niż wtedy, gdy stoimy, więc nie sądzę- zaśmiała się cicho kładąc się obok niego. Czuła jak wpatrując się w jego tęczówki odpływa do innego świata. Tego magicznego, gdzie marzenia się spełniają. Od dawna już nie wpatrywała się w gwiazdy, a tym bardziej nie marzyła o tych alternatywnych rzeczywistościach. Dorastając skupiła się na rzeczywistości - na tym co tu i teraz. Starała się czerpać maksimum satysfakcji z tego, co oferowało jej życie. Jednak leżąc teraz na podłodze późnym wieczorem w palmiarni i wpatrując się w oczy przyjaciela, zamarzyła o znalezieniu się w świecie, gdzie ten moment mógł trwać wiecznie.- Też tak uważam- przytaknęła nie odrywając od niego spojrzenia. Nie potrafiła i nie chciała tego zrobić. Natomiast gdy zaproponował, aby podeszła bliżej, na chwilę się zawahała. Zaskoczył ją tą prośbą. Chociaż nie - nie do końca, bo cały ten wieczór inicjował wszelki kontakt, aby w ostatniej chwili się wycofać. Czy tak będzie i tym razem? Pragnęła się w niego wtulić, poczuć pod sobą ciepło jego ciała i usłyszeć bicie serca, ale obawiała się poczucia ponownie tego chłodu, gdy znowu się odsunie. Mogła mu podziękować. Cholera, pewnie nawet powinna.
Zamiast tego przysunęła się, kładąc głowę na jego ramieniu. Powoli. Niepewnie położyła dłoń na jego piersi i czując bicie serca, momentalnie jej spięte ciało całe się rozluźniło. Wtuliła się w niego jeszcze bardziej dłonią go obejmując w pasie i przymykając oczy. Z tej odległości jego perfumy były wyraźniejsze. Milczała wsłuchując się w ciszę przerywaną tylko głośnym biciem ich serc. To był kojący dźwięk, który idealnie pasował do tej scenerii. Oni pasowali do tej scenerii. - Dziękuję, że jesteś- wyszeptała w pewnym momencie. Nie podkreślała jego roli w jej życiu, bo leżąc teraz w objęciach mężczyzny wiedziała już, że nie jest jej przyjacielem. To słowo już nie było wystarczające do opisu ich relacji. Dominic zdecydowanie był dla niej kimś więcej. Nie wiedziała jeszcze kim, ale zdobyła się na to, by unieść głowę i spojrzeć ponownie w jego mieniące się w świetle księżyca tęczówki. Nie widziała ich jeszcze z tak bliska jak teraz. Tak samo jeszcze nigdy nie była tak blisko jego ust, na które co rusz uciekało jej spojrzenie. Miała wrażenie, że serce jej zaraz wyskoczy, gdy wstrzymywała oddech czekając na jego ruch.
Dominic Reyes
-
Just like nicotine, heroin, morphine... suddenly, I'm a fiend and you're all I need
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjiIII os., l. poj.czas narracjiczas przeszłypostaćautor
Wyszeptane przez Skye słowa zadźwięczały w jego uszach, kompletnie go rozbrajając. Uśmiechnął się do siebie kącikiem ust, czując, jak wzbierają w nim emocje, a w jego myślach pojawiło się westchnienie - gdzie indziej mógłby być, jeśli nie przy niej? - Dla Ciebie zawsze. Teraz i kiedykolwiek będziesz mnie potrzebować - zadeklarował szeptem w odpowiedzi i odnalazł jej spojrzenie - głębokie i żarzące się uczuciami, które przepełniały również jego. Nigdy wcześniej nie zaznał czegoś podobnego. Pod wpływem jej wzroku i bijącego od niej ciepła zalewała go fala nieznanych dotąd emocji, które momentalnie kruszyły jego silną wolę. Jakkolwiek mógłby okłamywać wszystkich dookoła, tak siebie dłużej już nie mógł. Pragnął jej. Całym sobą. Każdą cząstką, która przyciągała go do niej jak magnes. Bez względu na konsekwencje. Był tu. Był jej.
Wiedział, jak niemądrze postępował, unosząc dłoń i delikatnie odgarniając kosmyk włosów z jej policzka. I jak przy tym nierozważnie umykał spojrzeniem na jej wargi, czując, że robiła to samo. Oraz jak niestosownie uniósł jej podbródek i z dzwoniącym mu w uszach sercem pochylił się, by w końcu poczuć na sobie smak jej ust.
Pospieszne kroki i nawoływanie jego imienia usłyszał dopiero w chwili, gdy ich echo poniosło się po sali, perfidnie przerywając im w ostatniej chwili. Zaskoczony, czując wzbierającą w nim wściekłość, nieco się odchylił i podniósł spojrzenie ponad ciemnowłosą, aż usłyszał głos Steve’a.
— Och, strasznie Was przepraszam, kochani. Ale głupia sprawa, już prawie dziesiąta, a mi został tylko rok do emerytury, więc wiecie… Ekchem, już sobie idę. - Starszy mężczyzna był wyraźnie skrępowany, co momentalnie wprawiło Dominica w poczucie winy. Wciągnął mocniej powietrze, próbując zachować spokój i tym samym ukryć bolesny zawód.
— Nie, Steve. To my przepraszamy. Już uciekamy - pokręcił głową, przy ostatnich słowach ostatni raz spoglądając na dziewczynę, przesuwając spojrzeniem z jej ust na oczy, po czym odsunął dłoń z jej podbródka i z rosnącym rozczarowaniem podniósł się z miejsca. Wciąż nieco oszołomiony tym, co niemal się wydarzyło, podał Skye dłoń i pomógł jej wstać, na moment zatrzymując ją w objęciach, by złapała równowagę. Dominic czuł w kościach, że był to ostatni raz tego wieczoru, gdy znajdowali się tak blisko siebie, i zagościł w nim ogromny niedosyt. Musiał jednak przełknąć dumę i w pośpiechu ruszyć do ławki, żeby szybko sprzątnąć swoje rzeczy. Umknęli z palmiarni niczym z miejsca zbrodni, nie wspominając już na głos o tym, do czego nie doszło.
Mimo to Dominic wiedział, że to stanowczo było coś. I nie będzie mógł o tym zapomnieć.
Skye Murray
KONIEC