O ironio, w środowisku Lazare Moreau wyjątkowo mało było ciepłych, współczujących osób, które w odpowiednim momencie spróbowałyby dodać mu otuchy jednym z wyświechtanych, ale mimo wszystko optymistycznych frazesów z kategorii:
nic nie zdarza się bez przyczyny, albo
wszystko jest po coś!
W świecie trzydziestotrzylatka nie było miejsca na przypadki - ani te fartowne, ani te nieszczęśliwe. Tam, gdzie zaczynał się wielki sport, wielkie pieniądze, i wielkie stawki, nagle kończyły się gadki o szczęściu i pechu. Ludzie byli twórcami własnego sukcesu, i kreatorami własnych tragedii.
Jakąś częścią siebie, Lazare pewnie - tak niewinnie, tak naiwnie! - naprawdę chciał wierzyć paru osobom z grupy, w tym samej Jess, od miesięcy starającej się podważyć jego własną, nihilistyczną i negatywną perspektywę, zapewniającym, że za jakiś czas (choć nikt nie potrafił mu powiedzieć
kiedy dokładnie to nastąpi...), koszmar ostatnich miesięcy nabierze sensu, a być może nawet pozwoli Moreau spojrzeć na własną historię z innej, bardziej pozytywnej perspektywy. Jak do tej pory nadal jednak pozostawał sceptyczny, na idee
wzrostu potraumatycznego i
pozytywnych przewartościowań, na spotkaniach grupy podkreślane raz po raz, zazwyczaj reagując wymownym ziewnięciem i przewróceniem oczami.
Na kilka tygodni przed rozpoczęciem się świątecznej gorączki - z grudniem skracającym dni, obniżającym temperatury, i tylko pogłębiającym dotychczasowe uczucie lazarowej samotności - blondyn niemal zupełnie stracił motywację do uczęszczania na terapię. O tyle, o ile cotygodniowe, indywidualne spotkania z jego prywatnym terapeutą mógł odbywać on-line, nie wyściubiając nosa z domu, i tym samym unikając konieczności przebrania się w cokolwiek, co nie było wyciągniętym, szarym dresem, zajęcia grupowe przymuszały go do opuszczenia bezpiecznych czterech ścian jego
więzienia mieszkania. Co gorsza, uczestnicy spotkań zdawali się nagle potrafić mówić tylko i wyłącznie o jednym: o nadchodzących świętach, o prezentach, o kolacjach i śniadaniach z rodzinami - jakkolwiek smutne, wybrakowane lub tragiczne by one nie były. Nawet tutaj, w środowisku, w którym każdy miał jakiś
problem (a najczęściej więcej niż jeden, w dodatku rozmiarem i wagą wykraczające poza społecznie akceptowalną normę...), nie dało się uniknąć jakiegoś rodzaju przedświątecznej ekscytacji i nadziei, które Lazare przyprawiały co najwyżej o migrenę i ból zębów.
Mężczyzna - przez dwie ostatnie dekady spędzający zdecydowaną większość zimowych tygodni na treningach, obozach i igrzyskach - nie potrafił bowiem obchodzić Świąt, a tym bardziej nie umiał się nimi cieszyć. Nie wyobrażał sobie, jak miałyby wyglądać w tym roku: tylko on i jego matka, nadal spoglądająca na niego z niezaprzeczalnym cieniem rozczarowania i zawodu przebiegającym przez jej ładną, ale starzejącą się twarz?
Im bliżej więc było do Bożego Narodzenia, tym rzadziej Lazare pojawiał się w neutralnie, choć przyjemnie urządzonej sali terapeutycznej mieszczącej w sobie naście niewygodnych krzeseł. Jak zwykle - nauczywszy się tego pewnie od nikogo innego niż Nadira - wolał
zniknąć, niż konfrontować się z uczuciami, których nie potrafił ani powstrzymać, ani zaakceptować.
(Z zazdrością, chociażby, którą żywił wobec wszelkich osób na Święta czekających z nadzieją i radością, podczas gdy on sam szykował się na kilka najdłuższych, najsmutniejszych i najtrudniejszych dni w roku, jeśli nie w
całym swoim życiu).
Mimo jego obaw i sprzeciwu,
czas zrobił jednak to, co robił zawsze:
minął.
I nagle okazało się, że było już nie tylko po Świętach, ale i po Sylwestrze, w którego Moreau upił się tak bardzo - i tak samotnie - że pierwsze jego świadome wspomnienia pochodziły dopiero z drugiego dnia stycznia. Jakimś cudem sam fakt, że Bożym Narodzeniem będzie musiał martwić się ponownie dopiero za rok, dał Lazare poczucie, jakby ktoś ściągnął mu z ramion niewyobrażalny ciężar, w końcu dodając mu energii niezbędnej do powrotu na terapię.
Długo się wahał, ale ostatecznie stanął w drzwiach kliniki, i w progu dobrze już znanej sobie sali, zajmując to samo krzesło, co zawsze - z dala od terapeuty, blisko zaś do drzwi, gdyby w połowie sesji poczuł niewysłowioną, ale i niepowstrzymaną potrzebę
dezercji. W pierwszych minutach był tak skupiony na dyskomforcie związanym z siedzeniem na niewygodnym krześle, w gęstym zapachu taniej kawy, potu, łez i migdałowego środka do czyszczenia drewnianych powierzchni, że nawet nie zauważył zmiany w jednoosobowym "zespole". Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że zamiast jasnych, krótkich włosów Jess, i jej strzelistej, szczupłej - mimo wymownie zaokrąglającego się w ostatnich miesiącach brzucha - sylwetki, na krześle prowadzącego widzi zupełnie inny obrazek. Burzę miedzianych włosów. Drobniejszą, niższą postać. W kobiecie - z całą pewnością niebędącej Jess - było zarówno coś dojrzałego, jak i nieporadnego; jakaś niemal dziecięca nieśmiałość, jakby nowa terapeutka nie była pewna, czy poradzi sobie z okiełznaniem dwunastu rozemocjonowanych pacjentów, choć rudowłosa z pewnością musiała być przynajmniej w wieku Lazare, jak mu podpowiadał instynkt.
Łzawe monologi, i niekończące się, smutne słowotoki, Lazare jak zwykle pozostawił dziś Nickowi (nie, wbrew pozorom, Hugh) i Rosalie, samemu ograniczając się wyłącznie do podania Marze własnego imienia.
La. Za. Re. Mimo, że kilkukrotnie słowa same cisnęły mu się potem na wargi, za każdym razem Moreau skutecznie zapijał je lurowatą kawą, milcząc aż do samego końca sesji, gdy to planował zniknąć równie niepostrzeżenie, jak się dziś pojawił.
Okazało się jednak, że Mara była
szybsza, i cały ten jego genialny plan spalił na panewce w chwili, w której wypowiedziała jego imię. Musiał przyznać, że przynajmniej z akcentami we wszelkich właściwych miejscach.
- Jasne - wzruszył ramionami, pozostawiając na swoim własnym krześle niemal zupełnie już pusty, papierowy kubek, i mały notatnik, z którym zawsze przychodził na terapię, choć którego w zasadzie nigdy nie używał. Przez sekundę obserwował lekki wysiłek, z jakim dziewczyna mierzyła się ze składaniem krzeseł; po chwili poszedł w jej ślady. Nie potrafił stwierdzić, czy miał do Mary pretensję, że odezwała się doń tak bezpośrednio, nie pozostawiając mu innego wyboru niż wejść z nią w interakcję, czy też był jej za to wdzięczny. Jeśli prawdą było to drugie, Lazare z pewnością nie miał zamiaru się do tego przyznać -
Mam być szczery? - zapytał, unosząc jedną brew. Potem, nie czekając na jej odpowiedź: -
Nie bardzo mnie interesuje, czy to była twoja pierwsza, czy tysięczna grupa. Co sprawia że zakładasz, że w ogóle mam ochotę się przed kimkolwiek otwierać?
Mara Lakefield