ODPOWIEDZ
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Rok temu dowiadując się o zdradzie męża , Mara sądziła że nic ją już w życiu nie zaskoczy. Naprawdę była pewna, że to był już ten punkt kulminacyjny. Niestety ostatni czas pokazał jej jak bardzo była w błędzie. Przynajmniej początkowo traktowała to jako coś bolesnego. Jako ogromną stratę. Potrzebowała jednak chwili, żeby przypomnieć sobie to, co zawsze powtarzała swoim pacjentom. Musiała się stać swoim własnym terapeutą i zrozumieć, że ludzie pojawiają się w naszym życiu w jakimś celu i na określony czas. Niektórzy uczą nas czym jest romantyzm. Z kolei niektórzy co to znaczy odpuszczać i stawiać granice. A jeszcze inni dają nam lekcję pokory i cierpliwości. Od innych dostajemy też wsparcie w trudnych momentach, które pozwala nam się podnieść. Każdy z nich musi też w pewnym momencie odejść. Niektórzy znacznie szybciej niż byśmy tego chcieli. Relacja z Arthurem była dla niej piękną lekcją życia. Lekcją, która rozpoczęła się lata temu, ale nadszedł jej już koniec.
Dlatego Mara była gotowa na kolejne lekcje, które przygotowało dla niej życie. Jedną z nich miało być przejęcie grupy wsparcia, którą prowadziła dotychczas jej koleżanka z pracy. Zbliżający się poród zmusił ją jednak do odsunięcia się od pracy zawodowej, a pacjentów i grupy porozdzielać wśród współpracowników. Lakefield nie miała z tym najmniejszego problemu. Jako bezdzietna singielka miała dużo wolnego czasu, więc dodatkowe godziny traktowała tylko jako szansę większego zarobku. Oczywiście także jako możliwość wzbogacenia swojego doświadczenia zawodowego, ponieważ akurat miała bardzo małe w prowadzeniu grup. W ostatnich latach skupiała się głównie na terapiach indywidualnych, gdzie mogła cały czas i uwagę poświęcić jednej osobie. Nie ma co ukrywać - łatwiej przez godzinę rozmawiać o problemach jednej osoby niż dziesięciu innych. Gdy to sobie uświadomiła poczuła zażenowanie względem własnej osoby. Jakby spoczęła na laurach? Miała dobre opinie, pacjenci ją raczej chwalili, ale z drugiej strony nie była wielkim, cenionym psychoterapeutą z mnóstwem publikacji i ogromnym doświadczeniem. Początkowo dużo czasu poświęcała swojemu rozwojowi, ale potem razem z mężem zaczęli rozmawiać o dzieciach, przyszły pierwszy próby, zdrada, rozwód… Karierę zawodową zepchnęła całkowicie na drugi plan próbując poskładać swoje złamane serce. Czy było już naprawione? Nie. Wciąż brakowało wielu elementów, a w niektórych miejscach klej słabo się trzymał, ale życie toczyło się dalej.
Dzisiaj był jej pierwszy dzień na spotkaniu tej grupy. Dostała notatki od Jess, dotychczasowej prowadzącej, i oczywiście wcześniej się przygotowała zapamiętując jak najwięcej szczegółów. Jak najwięcej, bo nie wszystko wyłapała. Gdy jeden z obecnych przedstawił się jako Nick, to myślała , że to ten od wypadku samochodowego, a to był Hugh. Natomiast Ashley pomyliła z Rosalie. Nie wypadła najlepiej, ale starała się okazać wszystkim wsparcie, dać przestrzeń do wypowiedzi i odpowiednie wskazówki. Czy inni dostrzegli, że była w tym nowa? Całkiem możliwe. Tym bardziej, że nie wszyscy byli rozmowni. Jeden z uczestników nie odezwał się jako jedyny poza wypowiedzeniem swojego imienia, gdy się każdy przedstawiał. Lazare. Ciekawe imię. Ciężkie do zapomnienia.
Kiedy nadszedł koniec spotkania i wszyscy zaczęli się zbierać, Mara szybko się odezwała, zanim szmer przesuwanych krzeseł ją zaczął zagłuszać.
- Lazare, czy mógłbyś mi pomóc z krzesłami?- spytała patrząc wprost w jego oczy z ciepłem i ciekawością kryjącą się w jej własnych. Jednak zanim w ogóle cokolwiek odpowiedział, wstała i zaczęła je składać. - Gdy powiem wprost, że to była moja pierwsza grupa wsparcia od lat, którą prowadziłam, będzie Ci łatwiej się przede mną otworzyć? Czy może wprost przeciwnie?- nagle znalazła się tuż obok niego, gdy tylko wszyscy wyszli. Nie stanęła naprzeciwko bądź za nim. Tylko tuż obok. Ramię w ramię. Jej pytanie też nie było standardowe. Wiele nim ryzykowała, ale uważała, że czasami należy wyjść poza utarte schematy. Czasami trzeba zaryzykować. Czy Lazare podejmie to ryzyko i z nią porozmawia?


lazare moreau
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor

O ironio, w środowisku Lazare Moreau wyjątkowo mało było ciepłych, współczujących osób, które w odpowiednim momencie spróbowałyby dodać mu otuchy jednym z wyświechtanych, ale mimo wszystko optymistycznych frazesów z kategorii: nic nie zdarza się bez przyczyny, albo wszystko jest po coś!
W świecie trzydziestotrzylatka nie było miejsca na przypadki - ani te fartowne, ani te nieszczęśliwe. Tam, gdzie zaczynał się wielki sport, wielkie pieniądze, i wielkie stawki, nagle kończyły się gadki o szczęściu i pechu. Ludzie byli twórcami własnego sukcesu, i kreatorami własnych tragedii.
Jakąś częścią siebie, Lazare pewnie - tak niewinnie, tak naiwnie! - naprawdę chciał wierzyć paru osobom z grupy, w tym samej Jess, od miesięcy starającej się podważyć jego własną, nihilistyczną i negatywną perspektywę, zapewniającym, że za jakiś czas (choć nikt nie potrafił mu powiedzieć kiedy dokładnie to nastąpi...), koszmar ostatnich miesięcy nabierze sensu, a być może nawet pozwoli Moreau spojrzeć na własną historię z innej, bardziej pozytywnej perspektywy. Jak do tej pory nadal jednak pozostawał sceptyczny, na idee wzrostu potraumatycznego i pozytywnych przewartościowań, na spotkaniach grupy podkreślane raz po raz, zazwyczaj reagując wymownym ziewnięciem i przewróceniem oczami.
Na kilka tygodni przed rozpoczęciem się świątecznej gorączki - z grudniem skracającym dni, obniżającym temperatury, i tylko pogłębiającym dotychczasowe uczucie lazarowej samotności - blondyn niemal zupełnie stracił motywację do uczęszczania na terapię. O tyle, o ile cotygodniowe, indywidualne spotkania z jego prywatnym terapeutą mógł odbywać on-line, nie wyściubiając nosa z domu, i tym samym unikając konieczności przebrania się w cokolwiek, co nie było wyciągniętym, szarym dresem, zajęcia grupowe przymuszały go do opuszczenia bezpiecznych czterech ścian jego więzienia mieszkania. Co gorsza, uczestnicy spotkań zdawali się nagle potrafić mówić tylko i wyłącznie o jednym: o nadchodzących świętach, o prezentach, o kolacjach i śniadaniach z rodzinami - jakkolwiek smutne, wybrakowane lub tragiczne by one nie były. Nawet tutaj, w środowisku, w którym każdy miał jakiś problem (a najczęściej więcej niż jeden, w dodatku rozmiarem i wagą wykraczające poza społecznie akceptowalną normę...), nie dało się uniknąć jakiegoś rodzaju przedświątecznej ekscytacji i nadziei, które Lazare przyprawiały co najwyżej o migrenę i ból zębów.
Mężczyzna - przez dwie ostatnie dekady spędzający zdecydowaną większość zimowych tygodni na treningach, obozach i igrzyskach - nie potrafił bowiem obchodzić Świąt, a tym bardziej nie umiał się nimi cieszyć. Nie wyobrażał sobie, jak miałyby wyglądać w tym roku: tylko on i jego matka, nadal spoglądająca na niego z niezaprzeczalnym cieniem rozczarowania i zawodu przebiegającym przez jej ładną, ale starzejącą się twarz?
Im bliżej więc było do Bożego Narodzenia, tym rzadziej Lazare pojawiał się w neutralnie, choć przyjemnie urządzonej sali terapeutycznej mieszczącej w sobie naście niewygodnych krzeseł. Jak zwykle - nauczywszy się tego pewnie od nikogo innego niż Nadira - wolał zniknąć, niż konfrontować się z uczuciami, których nie potrafił ani powstrzymać, ani zaakceptować.
(Z zazdrością, chociażby, którą żywił wobec wszelkich osób na Święta czekających z nadzieją i radością, podczas gdy on sam szykował się na kilka najdłuższych, najsmutniejszych i najtrudniejszych dni w roku, jeśli nie w całym swoim życiu).

Mimo jego obaw i sprzeciwu, czas zrobił jednak to, co robił zawsze: minął.
I nagle okazało się, że było już nie tylko po Świętach, ale i po Sylwestrze, w którego Moreau upił się tak bardzo - i tak samotnie - że pierwsze jego świadome wspomnienia pochodziły dopiero z drugiego dnia stycznia. Jakimś cudem sam fakt, że Bożym Narodzeniem będzie musiał martwić się ponownie dopiero za rok, dał Lazare poczucie, jakby ktoś ściągnął mu z ramion niewyobrażalny ciężar, w końcu dodając mu energii niezbędnej do powrotu na terapię.
Długo się wahał, ale ostatecznie stanął w drzwiach kliniki, i w progu dobrze już znanej sobie sali, zajmując to samo krzesło, co zawsze - z dala od terapeuty, blisko zaś do drzwi, gdyby w połowie sesji poczuł niewysłowioną, ale i niepowstrzymaną potrzebę dezercji. W pierwszych minutach był tak skupiony na dyskomforcie związanym z siedzeniem na niewygodnym krześle, w gęstym zapachu taniej kawy, potu, łez i migdałowego środka do czyszczenia drewnianych powierzchni, że nawet nie zauważył zmiany w jednoosobowym "zespole". Dopiero po jakimś czasie zorientował się, że zamiast jasnych, krótkich włosów Jess, i jej strzelistej, szczupłej - mimo wymownie zaokrąglającego się w ostatnich miesiącach brzucha - sylwetki, na krześle prowadzącego widzi zupełnie inny obrazek. Burzę miedzianych włosów. Drobniejszą, niższą postać. W kobiecie - z całą pewnością niebędącej Jess - było zarówno coś dojrzałego, jak i nieporadnego; jakaś niemal dziecięca nieśmiałość, jakby nowa terapeutka nie była pewna, czy poradzi sobie z okiełznaniem dwunastu rozemocjonowanych pacjentów, choć rudowłosa z pewnością musiała być przynajmniej w wieku Lazare, jak mu podpowiadał instynkt.

Łzawe monologi, i niekończące się, smutne słowotoki, Lazare jak zwykle pozostawił dziś Nickowi (nie, wbrew pozorom, Hugh) i Rosalie, samemu ograniczając się wyłącznie do podania Marze własnego imienia. La. Za. Re. Mimo, że kilkukrotnie słowa same cisnęły mu się potem na wargi, za każdym razem Moreau skutecznie zapijał je lurowatą kawą, milcząc aż do samego końca sesji, gdy to planował zniknąć równie niepostrzeżenie, jak się dziś pojawił.
Okazało się jednak, że Mara była szybsza, i cały ten jego genialny plan spalił na panewce w chwili, w której wypowiedziała jego imię. Musiał przyznać, że przynajmniej z akcentami we wszelkich właściwych miejscach.
- Jasne - wzruszył ramionami, pozostawiając na swoim własnym krześle niemal zupełnie już pusty, papierowy kubek, i mały notatnik, z którym zawsze przychodził na terapię, choć którego w zasadzie nigdy nie używał. Przez sekundę obserwował lekki wysiłek, z jakim dziewczyna mierzyła się ze składaniem krzeseł; po chwili poszedł w jej ślady. Nie potrafił stwierdzić, czy miał do Mary pretensję, że odezwała się doń tak bezpośrednio, nie pozostawiając mu innego wyboru niż wejść z nią w interakcję, czy też był jej za to wdzięczny. Jeśli prawdą było to drugie, Lazare z pewnością nie miał zamiaru się do tego przyznać - Mam być szczery? - zapytał, unosząc jedną brew. Potem, nie czekając na jej odpowiedź: - Nie bardzo mnie interesuje, czy to była twoja pierwsza, czy tysięczna grupa. Co sprawia że zakładasz, że w ogóle mam ochotę się przed kimkolwiek otwierać?

Mara Lakefield
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara na własnej skórze przekonała się, że takie frazesy jak wszystko dzieje się po coś ciężko zaakceptować będąc w samym środku swojej życiowej apokalipsy. Pamiętała, gdy już ponad rok temu przyjaciółka ją pocieszała tuż po tym, gdy otworzyła drzwi nieznajomej kobiecie. Piękna blondynka oznajmiła jej wtedy, że jest ciąży z jej mężem. Po dodaniu jeszcze, że spotykają się od dwóch lat, Lakefield czuła jak jej świat się rozpada na drobne kawałki. To nie był upadek jak domek z kart. To było jak rzucenie szklanej kuli o podłogi - dźwięk pękającego szkła, który był metaforą jej serca, dudnił w jej głowie jeszcze przez wiele miesięcy. Głośny . Donośny. Wręcz irytujący. I nie akceptowała, wtedy słów, których sama stosowała wobec swoich pacjentów. Była to swego rodzaju hipokryzja, ponieważ w tamtym momencie Mara sama potrzebowała terapii.
Lecz z czasem te słowa nabierały mocy. Z każdą kolejną lekcją, którą dostawała od życia. To nie było tak, że czas leczył rany. Nic magicznie się samo nie działo. Jednak mijające tygodnie nauczyły ją jak radzić sobie z bólem. Pozwoliły jej przeanalizować swoje priorytety i wyciągnąć pewne wnioski. Nie jest to łatwy proces. Ani szybki. Niektórzy potrzebowali więcej czasu, a niektórzy szybciej radzili sobie z pewnymi sytuacjami. Kiedy pacjenci na początku terapii pytali się jej, ile będą potrzebować spotkań, Mara im zawsze starała się wytłumaczyć, że to indywidualna kwestia i nie ma czegoś takiego jak zbyt- szybko lub krótko. Tym bardziej, że po kilku spotkaniach pojawiał się ten moment kulminacyjny, gdy człowiek sobie w pełni uświadamiał o danym problemie. Bardzo często ludzie zgłaszali się do niej na przykład z brakiem stawiania granic w pracy i wychodziło, że to wszystko ma podłoże w dzieciństwie. Nie wszyscy sobie dawali z tym radę i czasami już do Mary nie wracali. Zawsze miała wtedy nadzieję, że trafili do innego terapeuty, który udzielił im odpowiedniej pomocy. W końcu terapia była swego rodzaju relacją. Musiała się opierać na szczerości, wsparciu czy nawet kompromisów. Rudowłosa momentami musiała podejść do pacjenta całkowicie inaczej niż robiła to dotychczas i dopasować się do jego potrzeb, jak na przykład robi to z Galanem Wyattem podczas wspólnego pobytu w SPA.
Dlatego Mara znacznie bardziej wolała prowadzić terapie indywidualne. Znacznie łatwiej było nawiązać odpowiednią nić porozumienia z kimś na osobności, aniżeli zaangażować całą grupę w aktywne uczestnictwo. Tak, poszła po najmniejszej linii oporu i było jej za to wstyd. Czuła nieprzyjemny powiew porażki, gdy obserwowała Lazare, który był najbardziej wycofany ze wszystkich. Nie wyglądał na znudzonego… Wyglądał na zrezygnowanego. A coś w jego oczach nie pozwoliło jej po prostu odwrócić wzrok, gdy minęła godzina na zegarze i wyjść z sali jak gdyby nigdy nic. Była też już o tyle doświadczona, że wiedziała, że nie można naciskać i wywierać presji. Pewnie niektórzy profesorowie zbesztaliby ją za zmuszenie w pewien sposób Lazare do pomocy w złożeniu krzeseł. Może to jeszcze się jej odbije czkawkę. Ale hej! Wszystko dzieje się po coś, prawda?
- Ponieważ przyszedłeś na spotkanie- powiedziała z lekkim uśmiechem składając krzesło i chwytając je w dłonie. - Oczywiście możesz powiedzieć, że z nudów wpadasz tutaj, aby posłuchać historii innych. Co moim zdaniem raczej nie jest prawdą, bo rzadko co w ogóle zerkałeś na osobę, która akurat mówiła. W dodatku w moim odczuciu Twój wzrok nie wyrażał zainteresowania ich opowieściami- podczas wypowiedzi była zwrócona do niego tyłem. Odkładała krzesło na miejsce, ale nie chciała też od razu go przytłaczać swoim spojrzeniem. Chciała , by jej słowo trochę zawisły w powietrzu między nimi dając mu moment na refleksję. - Nie jest to też Twoje pierwsze spotkanie. Wiem, że przychodzisz tutaj, ale nie systematycznie. Czyli siedzi w Tobie potrzeba rozmowy, ale dusisz ją w środku. Najlepszy sposób? Zatykać sobie usta kawą- spojrzała na niego na koniec przelotem i z nieco zadziornym uśmiechem. Dostrzegła ten gest. Złożyła kolejne krzesło, ale na razie go nie podnosiła. Oparła się i przechyliła głowę , dopiero dając sobie przyzwolenie na dłuższe przyjrzenie się blondynowi. Z notatek Jess kojarzyła przypadek łyżwiarza wyrzuconego za doping, ale nie mogła skojarzyć sobie imienia. Czy to byl właśnie on? - Jak już mówiłam. Dawno nie prowadziłam grupy wsparcia, więc mogę się mylić- dodała jeszcze luźno wzruszając ramionami, jakby to wszystko było nic nieznaczącym gadaniem.


lazare moreau
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Czas.
No tak, oczywiście. Lazare - jakkolwiek niechętnie, od dziecka skłonny, by we własnym cierpieniu rozsmakowywać się w pewien perwersyjny niemal, narcystyczny sposób - musiał przyznać, że ten może nie tyle leczył rany, co pomagał spojrzeć na nie z innej, mniej dramatycznej perspektywy. Każde złamanie serca, każde rozczarowanie i każda porażka, z upływem czasu zawsze ostatecznie traciła na mocy, i sprawiała mniej bólu, gdy się do niej wracało myślami. Nie raz przecież Lazare musiał się mierzyć z zawiedzionymi marzeniami, krzyżującymi plany kontuzjami, i konkursami przegranymi o pół punktu z najgorszym rywalem...
Ale przegrane zawody, albo jeden utracony kontrakt z pomniejszym sponsorem to jedno.
Tym razem jednak nie rozchodziło się o pojedyncze igrzyska, czy zakończoną, profesjonalną relację. Tym razem na szali znalazły się całe lata poświęceń, całe lata nieludzkiego wysiłku i rezygnacji z rzeczy, które były dostępne dla rówieśników Moreau: zwyczajne życie, stałe związki, jeden, konkretny adres, który nie zmieniał się z sezonu na sezon. Najgorsze było jednak to, że tę katastrofę, blondyn sprowadził na siebie samodzielnie - za sprawą własnego zuchwalstwa, nadmiernej pewności siebie i głupiego braku ostrożności. Być może tego właśnie nie potrafił zaakceptować: że był autorem własnej porażki, stwórcą własnej apokalipsy. Nie mógł obwiniać nikogo innego, niż wyłącznie siebie.

Gdyby Mara - lub ktokolwiek inny, tak na dobrą sprawę - zadał Lazare nieco inne pytanie (Lazare? Po co przychodzisz na spotkania grupy, skoro za każdym razem wyglądasz tak, jakbyś nie marzył o niczym innym niż o ucieczce z tego miejsca?), Moreau pewnie musiałby przyznać, że w jakiś pokrętny sposób zdążył się do tej przestrzeni przyzwyczaić. Nie mógł powiedzieć, by lubił te spotkania - często mu się dłużyły, równie regularnie go nudziły, przy innych okazjach zaś przywoływały wspomnienia, które blondyn wolałby raz na zawsze zepchnąć na najdalszy plan pamięci. Wielokrotnie też zarzekał się w myślach, że to już ostatni raz, że nigdy więcej nie pojawi się w progu kliniki. A jednak w rzeczywistości, w której tak wiele rzeczy było kompletnie nieprzewidywalne, i tak niewiele spraw Lazare mógł w pełni zaplanować, albo skontrolować, przewidywalność cotygodniowych sesji, za każdym razem opartych na tym samym schemacie, choć oczywiście konkretna tematyka zmieniała się z tygodnia na tydzień, przynosiła mu jakąś niewysłowioną ulgę. Choćby za drzwiami sali terapii rozpętywała się właśnie apokalipsa, kawa zawsze smakowała tu tak samo, powietrze pachniało w identyczny sposób co poprzednim razem, a i uczestnicy zawsze byli ci sami. Lazare miał w życiu tak niewiele przestrzeni, na których mógł polegać w podobny, ufny sposób.

Może właśnie dlatego obecność Mary zadziałała nań w ten specyficzny sposób - z jednej strony wzbierała w nim ciekawość względem nowej prowadzącej, ale z drugiej, Lazare nie mógł zaprzeczyć, że czuje pewien rodzaj irytacji na myśl, że obecność Lakefield nieuchronnie zaburzała pewien rodzaj dotychczasowej równowagi. W końcu blondyn zdołał już przyzwyczaić się do Jess - do spokojnej monotonii jej głosu, do sposobu, w jaki co tydzień rozpoczynała sesje, i do maniery, z jaką marszczyła brwi za każdym razem gdy któryś uczestnik dzielił się z grupą trudniejszym, czy głębszym wyznaniem.
Teraz zaś Lazare nie miał wyboru ani kontroli nad sytuacją: czy tego chciał, czy nie, jeśli zamierzał nadal przychodzić na terapię, musiał pogodzić się z niespodziewaną zmianą, i przyzwyczaić do obecności Mary.
- Jesteś pewna, że skończyłaś psychologię? - zaczął nieco zadziornie, choć w jego głosie zabrakło surowej złośliwości. Pobrzmiewała w nim co najwyżej lekko zaczepna, humorystyczna nuta - jakby blondyn nie zdołał się jeszcze zdecydować, czy zamierza być wredny, czy całą interakcję zamienić w żart - Bo póki co, brzmisz raczej jak detektyw.
Słowny kontratak był dobrze znaną Lazare metodą, by odwrócić uwagę rozmówcy od niewygodnych dla niego tematów. Nie znał jeszcze Mary wystarczająco dobrze - a za tym nie ufał jej wcale na tyle mocno, żeby szczerze przyznać, że na spotkania grupy najczęściej wypychała go zwyczajna, ludzka samotność, i nadzieja, że któregoś dnia i on da radę się otworzyć, i pójść w ślady Hugh czy Ashley, którzy zazwyczaj o swoich emocjach i przeżyciach opowiadali bez większych zahamowań.
Cóż, najwyraźniej jeszcze nie był gotowy.

- Często to podkreślasz... - podtrzymał spojrzenie Mary, starając się odwrócić tok rozmowy tak, by zamiast o nim, mogli raczej porozmawiać o niej. Ot, kolejny mechanizm obronny - ...że dawno nie prowadziłaś grupy. Jesteś stremowana? - Powiódł wzrokiem po topografii kobiecej twarzy, od ładnego wykroju warg, przez rys drobnego, zgrabnego nosa, aż po piwną barwę jej oczu. Zauważył, że zależnie od kąta padania światła, tęczówki Lakefield zdawały się albo zielone, albo brązowe. Nie był jeszcze pewien, który kolor podoba mu się bardziej - Co sprawiło, że postanowiłaś wrócić do prowadzenia tych spotkań?

Mara Lakefield
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Kiedy tylko Lazare powiedział , że brzmi jak detektyw, po jej kręgosłupie przebiegł zimny dreszcz. Powróciły wspomnienia ze studiów. Powróciły wspomnienia z ostatnich miesięcy. Nie sądziła, że okres intensywnej nauki tak bardzo odbije się na jej życiu. To tam poznała przyszłego męża. Tam poznała przyjaciół. Tam w jednym z nich się zakochała . - Ciekawe spostrzeżenie, bo akurat jeden z przedmiotów na studiach prowadził śledczy- odpowiedziała nic nie robiąc sobie z jego lekkiej złośliwości. To było ciekawe spostrzeżenie i dosyć trafne. Przywołały pewne obrazy z przeszłości, które wywołały dosyć enigmatyczny uśmiech na jej twarzy. Lubiła z Arthurem wieczorami czytać stare, rozwiązane już sprawy i sama dochodzić do tego, kto był przestępcą. Taka ich własna wersja gry Czarne historie. Mimo, że brakowało jej wspólnego czasu z nim. Wciąż czuła w sercu pewien żal, że im nie wyszło. Ponownie. Ponownie spotkali się może i w dobrym miejscu, ale w złym czasie. To nie był ich czas. Może kiedyś będzie? A może nigdy już nie wróci do jej życia? Może ich spotkanie w hotelu było pożegnaniem już na zawsze. A może powiedzieli sobie tylko do zobaczenia. Rzecz w tym, że tego tak naprawdę nie wiedział nikt, a Mara? Ona była gotowa w tym momencie na wszystko. Nie żałowała niczego w swoim życiu, bo wszystko ostatecznie zadziało się po coś. Nawet jeśli niektóre sytuacje łamały jej serce i wyciskały z niej ostatnie łzy - prędzej czy później była silniejsza. Na wspomnienie dawnego przyjaciela poczuła pewną tęsknotę, ale bez żadnej goryczy. Była wdzięczna za tą lekcję, a zarazem gotowa na kolejną jaką miał dla niej los.
- Nie sądzisz jednak, że bycie psychologiem i detektywem to pod pewnymi względami podobne zawody? Oba opierają się na obserwacji, zwracaniu uwagi na szczegóły - spytała szczerze zainteresowana jego odpowiedzi. Trochę się spodziewała, że jej przytaknie, skoro sam zauważył, że brzmi jak detektyw. Był spostrzegawczy. Bardziej spodziewała się po nim niezłego refleksu i upartości, aniżeli tej cechy. To jeszcze dodatkowo wzbudziło w niej zainteresowanie jego osobą. I to było właśnie to, co najbardziej kochała w tej pracy - możliwość spotykania interesujących ludzi. Tacy, którzy nie raz obalali wszelkie teorie, których uczyła się na studiach. Dlatego tak bardzo ceniła swoje indywidualne podejście do formy leczenia. Każdy z nas był inny. Każdy był indywidualnym bytem. Dlaczego więc leczyć wszystkich tak samo?
Zdecydowanie nie można było mu odmówić bardzo dobrej spostrzegawczości. Mara lekko zaskoczona tym stanęła przodem do niego zakładając zakładać ręce na ramiona. Obserwowała go, a swojego zaciekawienia nawet nie próbowała ukryć. - Dwa razy to często?- spytała unosząc znacząco brew jakby to pytanie było swego rodzaju wyzwaniem. Jakby istniało w nim podwójne dno. Może tak właśnie było? Zachowanie Mary czasami dla niej samej było zagadką. Były momenty, gdy działała pod wpływem impulsu i płynęła z prądem. Nie zastanawiała się nad ewentualnymi konsekwencjami, a pozwalała, aby do głosu przeszło serce, aniżeli rozum. - Czy to sprawia, że nie traktujesz mnie na tyle poważnie, by chcieć się zwierzyć w moim towarzystwie?- kolejne pytanie, które nasunęło jej się w tym momencie. Początkowo sądziła, że ta informacja doda mu odwagi. Liczyła, że otwierając się przed nim i pokazując mu, że również nie jest idealnie, zaskarbi w nim sympatię i ufność do siebie.
- Trema przed czymś nowym bądź powrotem do czegoś po dłuższej przerwie, jest całkowicie zrozumiała- nie odpowiedziała wprost na jego pytanie pozwalając mu zinterpretować jej słowa na swój własny sposób. Nie miała też problemu z tym, aby to on zadał jej pytania. Żyła w przeświadczeniu, że skoro niektórzy muszą się dowiedzieć co nieco o niej samej, zanim zdecydują czy jej zaufać, jej to nie przeszkadzało. Każdy miał jakieś swoje wytyczne w tym zakresie i Mara próbowała się w nie wpasować.- Z chęci rozwoju zawodowego- tutaj już powiedziała od razu o co chodzi . Chciała się rozwinąć jako terapeuta, a właśnie takich grup wsparcia brakowało jej.
Zastanawiała się też, jakie pytanie mu zadać, aby odbić piłeczkę na jego stronę. Nie chciała się powtarzać, ale też starała sobie przypomnieć, do tej pory wie o nim zarówno z notatek Jess jak i własnych obserwacji.
- Jakie miałeś dzisiaj oczekiwania względem terapii przychodząc tutaj?- spytała wpatrując się w jego oczy, z których biła taka tajemniczość, że nie była w stanie odwrócić od nich wzroku. Coś ją w nich do niego przyciągało. Jakiś niewidzialny magnez. Ilokroć dłużej się patrzyła, tym bardziej nie mogła się od tego odwrócić.


lazare moreau
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Dopiero teraz Lazare w pełni pozwolił sobie dostrzec, jak subtelna zmiana kobiecej mimiki ujawnia zupełnie inny odcień jej urody. Gdy spoglądał na nią w trakcie sesji grupowej - nie tyle ukradkowo, co z jakimś rodzajem obojętnej neutralności, natychmiast negującej, że obecność nowej prowadzącej mogła wzbudzić w nim jakiekolwiek co intensywniejsze uczucia - Mara wywierała na Lazare przyjemne, ale nieszczególnie intensywne wrażenie. Ot, kolejna ładna twarz, która po godzinie czy dwóch rozpłynie się w jego pamięci niczym rozmyta deszczem akwarela, mieszając się tym samym ze wspomnieniami wielu innych osób, jakie Moreau poznał w ostatnich latach. Gdyby zapytano go o to jeszcze pół godziny wcześniej, blondyn stwierdziłby, że na policyjnym okazaniu pewnie nie potrafiłby odróżnić Lakefield od kilku innych, urodziwych dziewcząt stojących w tym samym rzędzie.
Teraz jednak w uśmiechu psychoterapeutki wykwitła specyficzna tajemniczość, która natychmiast przykuła atencję Lazare. Mara uśmiechała się tak, jakby miała jakiś sekret - jakieś wspomnienie czy historię we własnym życiorysie, do których nikt, a zwłaszcza Lazare, absolutnie nie miał wstępu. To zaś działało na trzydziestotrzylatka jak magiczne zaklęcie. Jego ciekawość, raz wzbudzona, nie gasła tak znowu szybko.
- Nie wiem - odpowiedział z rozbrajającą szczerością i nadal utrzymującą się w tonie jego głosu dozą nonszalancji, ale nie dało się ukryć, że teraz przypatrywał się Marze z większą uwagą niż w pierwszych sekundach ich bezpośredniej interakcji - Nigdy nie byłem ani psychologiem, ani detektywem - wzruszył ramionami. Gdyby miał na chwilę zrezygnować z tej nieustającej ironii, którą w rozmowie z Lakefield posługiwał się niczym tarczą jakiej głównym zadaniem było, aby nie dopuścić kobiety zbyt blisko (w końcu mówiono, że terapeuci potrafią czytać ludziom w myślach, a Lazare i tak już brzydził się zawartości własnej głowy tak bardzo, że ani mu się śniło zwierzać się z własnych rozmyślań komukolwiek innemu...), Moreau musiałby przyznać, że o tego typu zawodach miał o wiele wyższe mniemanie niż o własnej karierze. Był sportowcem. Jasne, miał fanów - no, przynajmniej do czasu - i całe mnóstwo onieśmielających sukcesów na koncie, ale od jego pracy nie zależało niczyje zdrowie, ani życie. Zawody jak psycholog, czy detektyw, musiały wiązać się wszak z takim rodzajem odpowiedzialności, jakiej Lazare nigdy nawet nie miał okazji zakosztować. A gdyby przyszło mu się z nią zmierzyć, pewnie i tak nie potrafiłby udźwignąć jej ciężaru.

- To zależy - uśmiechnął się półgębkiem w reakcji na następne, nieco zadziorne pytanie rudowłosej, nie zdając sobie przy tym nawet sprawy z faktu, że "to zależy" było chyba jednym z ulubionych stwierdzeń wielu psychologów. W końcu wszystko w życiu było relatywne i subiektywne, a ogólne prawdy zazwyczaj upadały, gdy przychodziło tylko spojrzeć na nie z bardziej zniuansowanej, indywidualnej perspektywy - Ale zaryzykowałbym stwierdzenie, że dwa razy w ciągu... - rzucił okiem na cyferblat stylowego, drogiego zegarka oplatającego jego prawy przegub - ...sześciu minut to owszem, dość często.
Mimo, że w pierwszej chwili, w której Lakefield zagadnęła go po spotkaniu grupy, Lazare poczuł jakiś rodzaj zniecierpliwienia i irytacji - nie mogąc się przecież doczekać aż uda mu się opuścić budynek i zdezerterować do jego więzienia samotni - teraz te emocje powoli ustępowały czemuś innemu. Czemuś, czego nie chciał, lub nie potrafił jeszcze nazwać, ale wiedział już tyle, że dawno nie czuł niczego podobnego, większością społecznych interakcji będąc zwyczajnie... znudzony. Im dłużej jednak rozmawiał z Marą, tym jego zblazowanie blakło o jeden odcień z każdą kolejną sekundą.
- Oczekiwania? - parsknął, ale w jego tonie nie było tej gburowatej złośliwości, której można się było po nim spodziewać. Zamiast niej, w głosie Lazare pobrzmiało autentyczne zaskoczenie - jakby nigdy wcześniej nie przyszło mu do głowy, że miał w ogóle prawo od tych spotkań czegokolwiek oczekiwać, za bardzo skupiony na tym, czego prowadząca grupy i inni jej członkowie mogą oczekiwać od niego. To był instynkt: w końcu Lazare wychował się w środowisku, w którym nie miał prawa mieć żadnych potrzeb czy życzeń. Jego jedynym zadaniem było perfekcyjne wypełnianie planów i marzeń snutych przez jego matkę i, później, trenerów i sponsorów. To, czego Moreau oczekiwał, lub na co miał nadzieję, zawsze było spychane na daleki margines codzienności - Żadne - przyznał, i prawdopodobnie była to najszczersza rzecz, jaką powiedział w ciągu ostatnich kilku godzin, jeśli nie dni. Poczuł się natychmiast na tyle odsłonięty i bezbronny, że musiał odwrocić uwagę terapeutki - Tak zupełnie szczerze... - mruknął - Ile o mnie wiesz? - zawiesił spojrzenie na plakietce z imieniem przytwierdzonej do materiału kobiecego ubrania - Mara? Bo od tego może zależeć dalsza część mojej odpowiedzi.

I jeśli Mara chciała odnieść dziś jakiś sukces terapeutyczny, to właśnie się to stało: po raz pierwszy w całej rozmowie, Lazare dopuścił ją do siebie odrobinę bliżej, gotów, by ujawnić więcej niż kiedykolwiek wcześniej w tym pomieszczeniu.

Mara Lakefield
Ostatnio zmieniony ndz sty 25, 2026 3:13 pm przez lazare moreau, łącznie zmieniany 1 raz.
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Mara miała dosyć dobrą pamięć do twarzy, nawet tych, które były zazwyczaj określane jako zwyczajne. Był to jeden z jej atutów nie tylko podczas wszelkich kontaktów międzyludzkich, ale przede wszystkim w terapii. Potrafiła bezbłędnie dopasować daną wypowiedź do czyjejś twarzy, ale podać chociażby imię bądź nazwisko? Z tym już było gorzej. Chyba, że osoba ta nosiła plakietę z imieniem, którą zanotowała pamięć fotograficzna Lakefield.
Z Lazare było inaczej - intensywniej. Gdy tylko wszedł do sali, od razu odwróciła się w jego kierunku. Szedł pewnym krokiem nie rozglądając się wokół, a tuż za nim roznosiła się aura perfekcjonizmu. Nawet jeśli przyszedł właśnie na spotkanie grupy wsparcia, to Mara nie miała wątpliwości, że jest to człowiek ambitny, który swoje sukcesy zawdzięcza ciężkiej pracy. Mogła się oczywiście mylić w tej swojej pewności, ale nie walczyła ze swoimi pierwszymi wrażeniami. Dawała pozwolenie na wszystkie myśli, które wpadały jej do głowy nie określając ludzi na podstawie jednego zdarzenia czy jednej wypowiedzi, a już na pewno nie podstawie opinii osób trzecich. Lubiła obserwować, słuchać i analizować wszystko, co wie.
- Możemy mieć czasami luźne spostrzeżenia na jakiś temat nie będąc od razu specami w danej dziedzinie- odpowiedziała wzruszając ramionami tak jak on i nie przejmując się jego ironią. Nie traktowała jej od razu jako chęć wbicia szpilki. Wydawała się jako swego rodzaju obrona przed pociągnięciem rozmowy dalej i wyciągnięcia z niego jakichkolwiek informacji. - Ale w sumie pytając się czy nie jestem detektywem już nieco odpowiedziałeś na moje pytanie- pozwoliła sobie uśmiechnąć się do niego zadziornie. Jeżeli nie chciał, nie musieli ciągnąć tego tematu. I tak z każdym kolejno wypowiedzianym słowem pobijał swój rekord wypowiedzi w tej sali podczas dzisiejszego wieczoru.
Kąciki jej ust uniosły się jeszcze wyżej słysząc to to zależy. Aż uniosła znacząco brew, bo czy aby na pewno nie był nigdy psychologiem? I musiała przyznać, że rozbawił ją swoją wypowiedzią. - To też zależy, co takiego odbywa się dwa razy w ciągu tych sześciu minut- odpowiedziała nieco dwuznacznie, co pewnie nie do końca przystawało jego terapeutce. Nie, ani trochę to było nie na miejscu. Jednak rudowłosa nie była bez skazy. Popełniała błędy. Przekraczała granice pacjent - terapeuta i nie zawsze była w pełni profesjonalna. Nie była ideałem, więc czasami rzucała tekstem jakby byli z Lazare dwójką nieznajomych bez żadnych zależności, lecz one istniały.
Mara zdawała sobie z tego sprawę i przestała już dawno traktować siebie i udawać przed innymi nieomylną. Łatwiej jej było przyznać się teraz do błędu niż dawniej. Dlatego pozwoliła sobie nie walczyć z mimiką twarzy, gdy zaskoczył ją swoim stwierdzeniem, że tak naprawdę nie miał żadnych oczekiwań. Była pewna, że taka osoba jak on, miał pełną listę rzeczy, które powinny zostać spełnione. Może w takim razie był bardzo wymagający tylko wobec siebie?
- Tak zupełnie szczerze?- spytała, ale nie czekała na jego odpowiedź i kontynuowała dalej. - Poza tym, że uważasz, że dwa razy w ciągu sześciu minut to dość często i nie miałeś dzisiaj żadnych oczekiwań względem tej terapii, to nic-przyznała z całkowitą szczerością. Nie próbowała się wkupić w jego łaski czy coś. Prawda po prostu była taka, że to była ich pierwsza rozmowa w życiu, więc skąd mogła coś o nim wiedzieć? Wołała informacje zbierać u źródła. - Mam notatki przygotowane przez Jess oraz przez godzinę obserwowałam Cię podczas terapii grupowej, gdzie jedynie się przedstawiłeś. Na podstawie tych dwóch rzeczy mogę mieć pewne domysły czy wstępne spostrzeżenia, ale tak naprawdę z tego nic nie wiem- nie uśmiechała się teraz, bo nie chciała by mylnie założył, że to jakiś żart. Mówiła z powagą, ale jej oczy były pełne ciepła. Nie potrafiła odwrócić ich jego tęczówek. Było w nich coś magnetycznego. Czuła ogromną chęć poznania go, ale nie jako kolejnego pacjenta, ale jako człowieka. Zapragnęła poznać jego historię, obawy i pragnienia. Z powodu zwykłej ludzkiej ciekawości. Lazare wzbudzał w niej coś nietuzinkowego, co sprawiało, że nie potrafiła przejść obok niego obojętnie. Przekręciła się, by stać bardziej wprost niego. - Więc może to Ty mi powiedz, co chciałbyś żebym o Tobie wiedziała?- czy powie, że nic? A może się odważy zdradzić jej nieco więcej? Lakefield miała nieodparte wrażenie, że cokolwiek jej uchyli, będzie z tego bardzo usatysfakcjonowana.


lazare moreau
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Czy tego chciał, czy też nie, Lazare Moreau potrafił wywierać wrażenie, zupełnie jakby jego ciało nie potrafiło poruszać się bez tej specyficznej, niemal leniwej gracji, która natychmiast ściągała ku jego sylwetce spojrzenia widowni otoczenia. Trudno było stwierdzić, czy to coś, z czym blondyn się urodził - czy już od dziecka miał takie poczucie rytmu, taką płynność ruchów i niemal arystokratyczny wdzięk, czy też były one wyłącznie wynikiem wieloletniej tresury, jakiej poddawany był najpierw przez matkę, a potem przez wszystkich, słono opłacanych przez nią, trenerów i nauczycieli. Już jako mały chłopiec, Moreau był nieustannie reprymendowany i pouczany odnośnie tego, jak wypada - i jak nie wypada - się poruszać, uśmiechać, wysławiać. Powtarzane raz po raz instrukcje i przestrogi ostatecznie stały się jego drugą naturą do tego stopnia, że teraz, jako dorosły mężczyzna, czasem sam nie potrafił stwierdzić, co to znaczy "być sobą".
Prawda była przy tym taka, że do niedawna łyżwiarz nie musiał się nad tym zastanawiać, zbyt zajęty ciągłą pogonią za kolejnymi sukcesami i popełnianiem najróżniejszych, mniejszych i większych, skandali, które dawały mu to czego potrzebował najbardziej: uwagę mediów, atencję środowiska, w którym się obracał, podziw osób uwielbiających jego skandalizujący styl bycia.
Dopiero gdy, wynikiem głupiego, naiwnego błędu i chwili nieuwagi, Lazare zaprzepaścił wszelkie dotychczasowe osiągnięcia, okazało się, gdy gaśnie blask reflektorów i cichnie dźwięk muzyki, zostaje jedynie nieznośna, wyczerpująca samotność.

Przychodzenie na spotkania grupy wsparcia, jakkolwiek nieregularnie Lazare się tego podejmował, rzeczywiście dawało mu przede wszystkim jedno: możliwość wyjścia z domu, a co za tym szło również okazję, by doprowadzić się do porządku, z typową sobie dbałością dopasowując ubrania, układając włosy, ostrożnie pozbywając się trzydniowego zarostu, który czynił jego twarz jakby bardziej zmęczoną i starszą niż była w rzeczywistości. Lazare nigdy w życiu nie powiedziałby tego na głos, ale zależało mu na opinii otoczenia, więc nawet tutaj, wśród innych osób zmagających się z oczywistymi traumami i trudnościami, starał się brylować i zachowywać pozory panowania nad własnym życiem. Podobało mu się zatem to, w jaki sposób spoglądała na niego rozmówczyni: z uwagą, ciekawością i zainteresowaniem. Dla mężczyzn jak Lazare, taki rodzaj szczerej atencji był niemalże jak narkotyk.

Dźwięk niemal dwuznacznej, i niezaprzeczalnie zabawnej uwagi Lakefield sprawił, że kąciki ust blondyna drgnęły w zapowiedzi szerszego uśmiechu, i choć ostatecznie mężczyzna zdołał się przed tym powstrzymać, było blisko, a roześmiałby się w dawno zapomniany przez siebie sposób. To prawda, że tego typu wypowiedzi zdecydowanie nie przystawały terapeutce odpowiedzialnej za jego leczenie, bo przecież skracanie osobistego dystansu między profesjonalistą, a pacjentem, mogło zaburzyć cały proces terapii, czyniąc go przy okazji wątpliwym pod kątem etyki... A jednak nie dało się zaprzeczyć, że Mara jakimś cudem zaczynała zdobywać sobie sympatię i odrobinę zaufania Lazare, a to rzadko udawało się jakimkolwiek psychologom, psychoterapeutom, czy psychiatrom, z którym miał na swojej drodze do czynienia.

- Chętnie posłucham - powiedział, nie potrafiąc ukryć, że Mara jeszcze bardziej wzbudziła jego ciekawość - Twoich domysłów i wstępnych spostrzeżeń - wyklaryfikował, na wypadek gdyby Lakefield uznała, że Lazare był bardziej ciekaw treści zapisków wykonanych przez Jess zanim ta udała się na urlop - Co do notatek Jess, to mogę się założyć, że wiem, co się tam znajduje... - westchnął - "Lazare Moreau. Trzydzieści trzy lata. Data urodzenia: trzynasty września dziewięćdziesiąt dwa. Łyżwiarz figurowy..." - wbrew własnej woli, blondyn skrzywił się w lekkim, niemal bolesnym grymasie - "...do niedawna. Diagnoza: depresja, lęk, niska samoocena, oznaki wypalenia zawodowego i kryzysu egzystencjalnego. Problemy z używkami. Zachowania antyspołeczne..." - Wyliczył. Lazare mógł być narcyzem, ale nie był ani głupi, ani kompletnie nieświadomy tego, co mówiło się o nim w środowisku, zarówno tym artystycznym, jak i medycznym. Poza tym widział zapiski, które jego psychiatra zawarł w jego aktach pacjenta. W kontakcie z Marą o wiele bardziej interesowało go jednak to, jak rudowłosa go widziała niż to, jakie postawiono mu kiedyś diagnozy.

Na moment odwracając wzrok od uważnego, niemal przenikającego spojrzenia kobiety, pod którym czuł się niemal obnażony, jakby rudowłosa miała zdolność przenikania wszystkich jego obron i ścian, które zazwyczaj stawiał między sobą i osobami, z którymi miał do czynienia, Lazare rozejrzał się po pustej sali, zdając sobie sprawę, że nadal stoją - ot, dwoje nieznajomych mających zaraz rozejść się, każde w swoją stronę. Ważąc przez chwilę wszystkie "za" i "przeciw", Moreau wreszcie podjął decyzję, że nie ma nic do stracenia, i opuścił na podłogę jedno z ostatnich krzeseł, które miał zamiar odstawić na właściwe im miejsce, po chwili siadając na nim okrakiem, wspierając łokcie o oparcie.
- Sam nie wiem... - zastanowił się - ...może tyle, że mój ulubiony kolor to turkus. I pomarańcz, ale nie ten jego żywy odcień, a bardziej ceglana, przytłumiona barwa... - powiedział pierwszą rzecz, jaka przyszła mu na myśl. Podczas wszystkich tych wywiadów, bankietów i konferencji prasowych, a nawet i na randkach, na które uczęszczał, zazwyczaj pytano go o jego osiągnięcia, cele i plany. Mało kogo interesowały jednak te drobne, z pozoru nieistotne szczegóły, którymi Lazare naprawdę nie miał z kim się dzielić - Albo, że mam uczulenie na kasztany jadalne? Mało kto o tym wie, bo przecież nie jadam kasztanów codziennie, ale raz niemal straciłem tym sposobem życie...

Mara Lakefield
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
34 y/o
NAJLEPSZY PRZYJACIEL
164 cm
psychoterapeuta w CAMH
Awatar użytkownika
Rock on, ancient queen
Follow those who pale
In your shadow
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkiżeńskie
typ narracjitrzecioosobowy
czas narracjiprzeszły
postać
autor

Widziała to. Delikatne drgnięcie. Ledwie zauważalne, ale ona była spostrzegawcza. Nie oburzył się ani nie speszył, a jedynie powstrzymał uśmiech. Pierwszy odkąd wszedł tutaj do sali w dniu dzisiejszym. Uznała to za swój sukces - może i dla niektórych mały, ale dla niej bardzo ważny. Nie zamierzała go osaczać ze wszystkich stron i na siłę mu pomóc naprawiając go. Przede wszystkim w jej założeniu ludzie w depresji nie byli zepsuci. Oni potrzebowali poznać narzędzia, dzięki którym mogą sobie radzić z gorszym okresem w ich życiu, przez który właśnie przechodzą i który może się niestety pojawić ponownie w przyszłości. Ona ich uczyła, ale nie naprawiała. Jednak w nauce potrzebne było zaufanie, by uczeń choć trochę wierzył w to co mówi nauczyciel. Jego reakcja z każdą kolejną minutą była sygnałem jej małych sukcesów, bo przecież rozmawiali. Nawet jeśli nie wyglądała to jak typowa terapia, to ich konwersacja do czegoś prowadziła. Do czego? Tego się jeszcze przekonają.
Przyglądała mu się uważnie, gdy prawie wręcz recytował treść notatek Jess. Brzmiał identycznie jak jej zapiski, co wcale nie świadczyło o niej źle, a raczej o jego świadomości własnych problemów. Przed chwilą się powstrzymał przed uśmiechem, ale teraz grymasu już nie dał rady zatuszować. To było znacznie trudniejsze. Westchnęła głośno kręcąc głową po skończeniu wypowiedzi przez niego.
- Podglądałeś swoje papiery? Czy dyktowałeś jej co ma notować ? - powiedziała z poważną miną, ale jej kąciki lekko się uniosły do góry. Nie chciała się teraz w żaden inny sposób do tego odnosić niż w formie żartu. Sam wyraźnie powiedział, że chce żeby się podzieliła swoimi spostrzeżeniami. Nie widziała w tym momencie żadnej wartości dodanej w analizowaniu zapisków innego psychologa, które brzmiały bardzo dokładnie jak jego słowa.
- Znasz już moje wstępne spostrzeżenia i domysły- wzruszyła ramionami podchodząc po kolejne krzesła, które zgarnęła z środka sali. - Teraz mogę jeszcze do tego dorzucić umiejętne próby zmiany tematu, gdy nie chcesz rozmawiać o sobie- spojrzała na niego znacząco, bo przecież wiedziała, że jego pytania do niej były właśnie tą zagrywką. Dosyć celną, ale wciąż to był pewien unik przed rozmową o sobie. Jednak skoro naprawdę interesowały go jej spostrzeżenia, to nie widziała żadnych przeciwności żeby się z nim nimi nie podzielić.
- Oraz to, że wydaje mi się, że gdzieś w głębi duszy chciałbyś nie tyle, co się wygadać, a poczuć się, że ktoś Cię akceptuje - pomimo wad i dzięki zaletom. Przychodzisz tutaj między innymi dlatego, że liczysz, że ta grupa Cię zaakceptuje tak jak swego czasu walczyłeś o akceptację widowni- mówiąc to szła z krzesłem przez salę, jedynie co rusz na niego zerkając. Jako terapeutka pewnie powinna obserwować każdą jego reakcję, ale Lazare przypominał jej trochę kota - tym jak się poruszał z pełną gracją oraz tym, łatwo było go spłoszyć. A tego nie chciała ani trochę. Lecz, kiedy odstawiła krzesło na wysoki stos, odwróciła się do niego opierając się o nie tyłem.
- Ale przede wszystkim nazwałabym Cię wojownikiem, bo walczysz - o siebie, o uznanie. Mogłeś powiedzieć, że mi nie pomożesz albo udać, że nie słyszysz i wyjść. A jednak zostałeś czy to z poczucia empatii, ciekawości bądź nadziei, że może Ci pomogę. Bo wciąż masz wolę walki o lepsze jutro dla siebie- tym razem nie uciekała wzrokiem. Patrzyła wprost na niego ze wzrokiem pełnym podziwu. Wiedziała, że wielu pewnie patrzy na niego z litością po upadku ze szczytu bądź z rozczarowaniem, że sięgnął po zakazane używki. Ona jednak widziała w nim człowieka, który osiągnął sukces dzięki cholernie ciężkiej pracy i po upadku wciąż ma siłę, aby wstawać i co najmniej przychodzić na spotkania grupy wsparcia. Podejrzewała, że poza tym robi też inne rzeczy, ale o nich nie miała pojęcia.
Dlatego tym razem to ona ledwie powstrzymała uśmiech, gdy ostatecznie usiadł z powrotem i zdradził jej co nieco o sobie. Ktoś by mógł pomyśleć, że mało istotne fakty, ale alergia pokarmowa to bardzo ważna sprawa.
- Niech zgadnę - to było też wtedy, kiedy dowiedziałeś się o alergii?- spytała podsuwając sobie krzesło i siadając na nim tak, że opierała się bokiem o oparcie, a jedną nogę podkuliła pod brodę. Nie chciała, by to była typowa terapia. Nawet nie nazwałaby jej tak teraz. Po prostu…. Po prostu chciała go poznać. - Czy może historia jest bardziej pikantna i ktoś chciał się Ciebie pozbyć, więc specjalnie Ci je podrzucił?- poruszyła wymownie brwiami i uśmiechnęła się zadziornie. Oczekiwała, że rozwinie ten temat.
- Obiecuję w takim razie, że na kolejne spotkanie upiekę jakieś ciasto bez kasztanów i nie założę niczego w kolorze ostrej pomarańczy- dodała jeszcze z ciepłym uśmiechem zakładając z góry, że pojawi się na kolejnym spotkaniu. Była ciekawa czy inaczej by się wtedy zachowywał niż dzisiaj? I była ciekawa kolejnych faktów z jego życia. Mara uwielbiała poznawać nowych ludzi, budować relacje i więzi, a w nim było tak wiele elementów, które chciała odkryć i poznać. Ale nie wszystkie od razu, a kawałek po kawałku. Delektując się każdym fragmentem, jakby poznanie każdego z nich było jej małym sukcesem. I to właśnie mógł dostrzec w jej oczach - nie ciekawość terapeuty, a zainteresowanie drugiej osoby. Nim - Lazare - przystojnym, tajemniczym blondynem, a nie byłym łyżwiarzem figurowym w trakcie depresji.


lazare moreau
33 y/o
For good luck!
186 cm
łyżwiarz figurowy wygnany po aferze dopingowej
Awatar użytkownika
I always wanted to die clean and pretty, but I'd be too busy on working days - so I am relieved that the turbulence wasn't forecasted, I couldn't have changed anyways.
nieobecnośćnie
wątki 18+tak
zaimkion/jego
typ narracji
czas narracji
postać
autor

Zaufanie było dla Lazare pojęciem równie abstrakcyjnym, co chociażby bezwarunkowa miłość - słowa, które regularnie słyszał w podcastach (gdy jeszcze próbował się przekonać do polecanych mu przez terapeutę słuchowisk, mających rzekomo poszerzyć jego wgląd emocjonalny i samoświadomość, cokolwiek niby miało to oznaczać), o którym czytał w porzucanych po paru rozdziałach książkach samopomocowych, i o których czasem zdarzało mu się perorować po paru głębszych na kolejnej z ostatecznie bezowocnych randek z aplikacji, po które sięgał i następnie porzucał, by po paru miesiącach zaktualizować je w telefonie na nowo.
To nie tak, przy tym wszystkim, że Lazare nigdy nie zdarzyło się ufać, albo kochać - oj, wręcz przeciwnie. Doświadczenia te jednak zraniły go tak głęboko, że pozostawiony przez nie ślad nie był dziś zagojoną dobrze blizną, lecz wciąż otwartą raną, jątrzącą się gdzieś w jego sercu boleśnie, jakkolwiek nie próbował jej zasklepić. Raz skrzywdzony - choć kto wie, może po części na własne życzenie - Moreau przysiągł sobie, że nigdy nie wpakuje się ponownie w podobne kłopoty. Po co? Przecież na świecie było wystarczająco wiele osób, którym najwyraźniej podobał się na tyle, by chciały się z nim przespać, czy choćby wejść w krótki, niezobowiązujący związek. Nie musiał się od razu zakochiwać, prawda? Ani przywiązywać - tylko po to by, jak nauczyło go dotychczasowe doświadczenie, ostatecznie i tak zostać porzuconym, pozostawionym samemu sobie, i własnym demonom.
Być może Lazare był tak głęboko przekonany o własnej niezdolności do nawiązywania opartych na głębszym zaufaniu znajomości, że nawet nie zauważył, jak stopniowo rozpręża się w obecności Mary, i - wreszcie - przestaje traktować jej pytania jak tylko nachalną próbę wzięcia go pod włos, i wypróbowania na nim któregoś z tych terapeutycznych trików jakich, Lazare był przekonany, uczono wszystkich psychoterapeutów podczas wieloletnich szkoleń. Powoli, stopniowo, zaczął spoglądać na rudowłosą nieco przychylniej - już nie spode łba jak wcześniej, ale z ukosa, trochę jak rozkapryszone, ale zdecydowanie zainteresowane konwersacją dziecko.
- Ani jedno, ani drugie - przyznał szczerze - Nie myślisz chyba, że Jess była pierwszym psychologiem, do którego... - "mnie wysłano", chciał powiedzieć, ale w ostatniej chwili ugryzł się w język, zmieniając nieco ton własnej wypowiedzi. Z jakiegoś względu nagle zaczęło mu zależeć by Mara nie wzięła go jednak za kompletnego wariata, jakkolwiek niepoprawnym było to określenie. I co z tego, że w swojej pracy Lakefield na pewno miała do czynienia z osobami o znacznie poważniejszych diagnozach niż ta, którą dano Lazare? Moreau, wychowując się z permanentną dbałością o to, co pomyślą o nim inni, nie chciał utracić kontroli nad wrażeniem, jakie wywierał na kobiecie. Ani na kimkolwiek innym, tak na dobrą sprawę. Może był naiwny, ale nadal wydawało mu się, że przynajmniej nad tym miał jakieś względne panowanie... - ...Na którego trafiłem? - Poprawił się.

Jeśli jeszcze chwilę temu ich rozmowa z sukcesem zatrzymywała się na żartobliwym, niekoniecznie poważnym tonie, teraz nagle Lazare spoważniał, spoglądając na Lakefield z rosnącym zainteresowaniem, ale i z miną rzednącą z każdym, coraz to trafniejszym stwierdzeniem. Było to dziwne uczucie: poczuć się nagle tak boleśnie obnażonym, tak widzianym, jak nie czuł się od miesięcy, jeśli nie od lat. Jakby ktoś... Nie, nie jakiś tam "ktoś". Jakby dziewczyna jednym celnym ruchem odarła go ze zbroi, którą nosił na sobie tak często i tak blisko ciała, że stała się niemalże drugą skórą. Nic więc dziwnego, że nagle zabolało - tak gwałtownie ją utracić.
Zagryzł dolną wargę, zdając sobie sprawę, że wszelki dotychczasowy sceptycyzm uleciał z jego mimiki, i teraz spoglądał na Marę z mieszaniną niepewności i smutku. Boże, był aż tak bardzo łatwy do rozczytania!? Czy też po prostu trafił na psycholożkę o wiele bardziej kompetentną niż trafiający mu się do tej pory specjaliści?
Nie wiedział co ma zrobić z tym ogromem informacji o samym sobie, jaki teraz Mara zaserwowała mu bez znieczulenia. No tak - czego się spodziewał? Przecież sam o to prosił. Nie przypuszczał tylko, że podobne obserwacje wzbudzą u dziewczyny podziw, z którym teraz wyraźnie na niego spoglądała. Lazare znał tę ekspresję mimiczną - rozpoznałby ją na drugim końcu świata. W jego środowisku jednak wszelki podziw względem jego osoby przepadł wraz z wybuchem niedawnego skandalu.
Zorientował się wreszcie, że patrzy na Marę trochę zbyt długo, i zbyt uważnie, lustrując spojrzeniem każdą najmniejszą zmianę w krajobrazie jej ładnej twarzy. Ruch brwi, zmarszczenie nosa, delikatne drgnięcia kącików warg.
- Ciekawe... - powiedział w końcu, nisko, gdy już udało mu się choć odrobinę pozbierać z niedawnej konsternacji. Chyba jednak nie utracił wszystkich wrodzonych talentów, bo nagle poczuł, że istnieje z tej sytuacji tylko jedno wyjście - tylko jedna linia obrony przed bystrością kobiecych spostrzeżeń. Odwrócić jej uwagę czymś, czego tym razem to ona się nie spodziewała - Oczywiście wszystkie twoje wnioski są celne. Ale pominęłaś jeden... - Westchnął wymownie. - Nie przyszło ci do głowy, że być może zostałem tylko dlatego, że zwyczajnie wpadłaś mi w oko? - zapytał bezpośrednio - Nie wszystko musi mieć psychologiczną głębię, Mara. Czasem ludźmi kierują najprostsze pobudki.
Uznał przy tym, że nie musi jej póki co opowiadać dalszego ciągu anegdoty o uczuleniu i kasztanach. Kto wie, może jeśli tym sposobem udałoby mu się zaprosić ją na drinka, mogliby kontynuować tę konwersację sponad krawędzi kieliszka wypełnionego winem, albo dobrą tequilą.

Mara Lakefield
I walk alone, not because I have to, but because I choose to
judasz
przemocy względem zwierząt i rażąco niedbałej interpunkcji; poza tym, nic co ludzkie nie jest mi obce
ODPOWIEDZ

Wróć do „Centre for Addiction and Mental Health”