
W szkole Venus wyróżniała się inteligencją i bezkompromisowością. Nie była specjalnie lubiana, ale wcale nie potrzebowała sympatii do odnoszenia sukcesów. Nauczyciele widzieli w niej potencjał, a rówieśnicy kogoś aroganckiego, uważającego się za lepszego, ale jednocześnie nieobliczalnego na tyle, aby schodzić mu z drogi. Już wtedy wiedziała, że chce iść na prawo, bo to dawało jej konkretne narzędzia do kontrolowania sytuacji i cały czas napędzało do podnoszenia umiejętności, udowadniania innym swojej racji i wygrywania.
Studia prawnicze potraktowała jak pracę na pełen etat. Była zdyscyplinowana, ambitna i bezlitosna dla własnych słabości. Praktyki odbywała w renomowanych kancelariach, gdzie szybko zyskała opinię osoby trudnej, ale niezwykle skutecznej. Nie szukała mentora — obserwowała, analizowała i uczyła się na cudzych (i własnych) błędach.
Poza salą sądową była osobą zamkniętą i selektywną w relacjach. Dla bliskich pozostawała lojalna, troskliwa i opiekuńcza, choć rzadko okazywała emocje wprost. Mars znał ją najlepiej — widział w niej nie tylko bezwzględną adwokatkę, ale też siostrę, na której zawsze mógł polegać.
Obecnie Venus znajduje się na szczycie wczesnej kariery. Prowadzi jedną z najbardziej kontrowersyjnych spraw w Toronto — obronę oskarżonego o zaplanowane podwójne zabójstwo. Presja medialna jest ogromna, a opinia publiczna w większości wroga. Dla niej to wyzwanie, kolejna ekscytująca podróż, u celu której niemal widzi zwycięstwo oczami wyobraźni i wie, nic innego nie będzie jej tak bardzo smakować.
Jeszcze zanim prokuratura zakończyła pierwsze czynności, nagłówki portali informacyjnych i gazet były już jednoznaczne:
„Zaplanowane zabójstwo w Toronto”
„Działał z premedytacją”
„Noc przemocy w centrum miasta”
Ton doniesień nie pozostawiał wątpliwości: sprawca został uznany za winnego w oczach opinii publicznej niemal natychmiast. Według ustaleń śledczych oskarżony działał świadomie i z premedytacją. Przygotował się do popełnienia przestępstwa i wybrał moment działania. Do zabójstw doszło w ciągu jednej nocy. Zginęły dwie osoby. Nie było rannych. Policja i prokuratura od początku mówiły o zaplanowanym działaniu i nie miały wątpliwości co do intencji sprawcy.
Reakcja społeczna była gwałtowna; pod gmachem sądu pojawiły się demonstracje domagające się najsurowszego wyroku, a w mediach społecznościowych dominowały emocjonalne komentarze i wezwania do dożywotniego pozbawienia sprawcy wolności. Sprawa szybko przestała być jedynie postępowaniem karnym — stała się tematem ogólnokrajowej dyskusji.
Sytuacja skomplikowała się, gdy ujawniono szczegóły prowadzonego śledztwa. Wyszły na jaw nieprawidłowości w zabezpieczeniu części materiału dowodowego oraz uchybienia proceduralne po stronie organów ścigania. Nie zmieniało to faktu, że doszło do podwójnego zabójstwa, ale otworzyło pole do podważenia sposobu, w jaki państwo prowadziło sprawę.
W tym momencie ogłoszono, że obrony podejmie się Venus Carrington.
Jej nazwisko natychmiast przyciągnęło uwagę mediów. Znana z agresywnego stylu pracy i bezkompromisowego podejścia, stała się jedną z głównych postaci tej sprawy. Dla wielu była symbolem cynizmu, prawnikiem gotowym bronić każdego, jeśli dawało to szansę na wygraną. Dla innych była jedyną osobą zdolną skutecznie wykorzystać błędy prokuratury.
Venus prowadziła obronę w sposób twardy i nieustępliwy. Nie próbowała łagodzić wizerunku oskarżonego ani wzbudzać współczucia. Skupiała się na faktach i procedurach. Kwestionowała legalność działań policji, wskazywała sprzeczności w dokumentacji i konsekwentnie podważała wiarygodność części dowodów. Nie tolerowała sprzeciwu i nie ustępowała ani na krok.
Jej postawa wyraźnie podzieliła opinię publiczną. Większość nadal uważała ją za obrończynię człowieka, który nie zasługiwał na obronę, jednocześnie coraz częściej pojawiały się głosy, że mimo jednoznacznej winy sprawcy, sposób prowadzenia śledztwa mógł zadecydować o wyniku procesu.
Nie krzyczą.
Mówią spokojnie, wyraźnie, z uśmiechami, które nie sięgają oczu. Każde pytanie brzmi jak uprzejmość, a każde słowo jest ostrzem, gotowym zagłębić się pod skórę.
Pani mecenas, czy nie uważa pani, że…
Zawsze jak się Pani z tym czuje. Jakby uczucia miały jakiekolwiek znaczenie...
Kamery są wszędzie. Widzi czerwone światełka, odbicia obiektywów w szybach, własną twarz na ekranach — spokojną, złożoną z samokontroli i wyuczonego bezruchu. Wiedzą, że jest młoda. Wiedzą, że wygląda jak ktoś, kogo można zepchnąć pod ścianę.
To błąd, który popełniają tylko raz. Pozory mylą.
Słyszy swoje nazwisko częściej, niż powinna. Carrington powiedziała to. Carrington unika odpowiedzi na tamto. Carrington broni potwora. Nazwisko nie należy już do niej. Stało się nagłówkiem, hasłem, skrótem myślowym, który ma wywołać reakcję.
Nie broni jego czynów. Nigdy nie broniła. Ale to nie mieści się w pasku informacyjnym. Nie mieści się w tweetach, w krzyczących nagłówkach, w tonie oburzenia komentujących. Prawo jest zbyt skomplikowane, zbyt niewygodne, zbyt mało emocjonalne. A emocje sprzedają się najlepiej.
Czuje, jak wzbiera w niej gniew 一 czysty, lodowaty, pobudzający. Ten sam, który pchał ją do pracy nocami, który kazał jej wygrywać sprawy, gdy wszyscy już machnęli ręką.
Niech patrzą.
Niech mówią.
Każde słowo wypowiedziane przed kamerą jest policzone. Każda pauza celowa. Ona nie jest tu, by się tłumaczyć. Jest tu, by przypominać, że system nie działa tylko wtedy, gdy jest to wygodne.
Ale jest moment 一 krótki, prawie niedostrzegalny 一 kiedy słyszy pytanie zadane ciszej, niemal współczująco: czy nie boi się Pani, że ta sprawa zagrozi Pani rodzinie?
I przez ułamek sekundy myśli o tym, jak łatwo byłoby odejść. Jak spokojne mogłoby być życie bez kamer, bez nazwiska wykrzykiwanego przez obcych ludzi.
To jest chwila, w której mogłaby się cofnąć.
Nie robi tego.
Bo kariera to nie coś, co można jej zabrać. To coś, co zbudowała własnymi rękami, sprawa po sprawie, zwycięstwo po zwycięstwie. Jeśli ma się rozpaść to tylko dlatego, że ona sama to postanowiła. Podnosi wzrok i odpowiada spokojnie. Widzi irytację. Widzi zawód. Widzi, że nie dostaną tego, po co przyszli. A kiedy wreszcie odwraca się plecami do kamer, wie jedno: zamierza wygrać za wszelką cenę.
