
Już w jego pierwszych, mglistych wspomnieniach urzędował chaos - ogromnej rodziny, młodszego rodzeństwa, wiecznych wrzasków, krzyków, płaczu i morza potrzeb werbalizowanych zbyt głośno, zbyt intensywnie. W ich ciasnym lokum na obrzeżach Toronto nie było miejsca na indywidualność, rodzina Myersów tworzyła funkcjonujący, wielokomórkowy organizm, w którym Jonathan piastował wysoką pozycję w hierarchii - jako pierwszy, najstarszy z synów.
Ten, który miał zajmować się wszystkimi podczas gdy jego ojciec przebywał na obcej ziemi, własnym mundurem wspierając cudze konflikty.
Jego nieobecność wymuszała pewne kompromisy. Żelazna ręka jego wychowania nie mogła spadać często, musiała więc robić to celnie. Gdy więc ojciec wyjeżdżał, a jego rodzeństwo rozluźniało się, powracając do dziecięcej swobody, plecy jego najstarszego syna pozostawały sztywne, proste. Rodzina stawała się jego obowiązkiem, jego problemem, aż młodzieńcze spojrzenie przedwcześnie przekształciło się w czujny wzrok kogoś znacznie starszego. Kogoś, kto zawsze upewniał się, że matka również zje przygotowany przez siebie obiad. Kto przypominał pozostałym o kwiatach, które należało jej kupić z okazji urodzin. Kto wysłuchiwał problemów nieprzeznaczonych dla dziecięcego ucha, dzieląc swoją uwagę gdzieś pomiędzy byciem dzieckiem, a przedwcześnie wrzuconym na głęboką wodę dorosłym.
Kogoś, kto w przyszłości sam mógłby przywdziać mundur, odporny na zepsucie nowego pokolenia i sączącą się z wiadomości, trującą propagandę.
Jego dom obfitował w emocje na każdym końcu spektrum - emocje, które przytłaczały jego surowego ojca, podpalając jego zbyt krótki lont. Nie sposób było jednak ukryć tego, które irytowały go bardziej od pozostałych.
Jego rodzeństwo narzekało, gdy w szkole zadawano zbyt wiele zadań. Płakało, gdy przewróciło się na boisku i stłukło przy tym kolano. Wrzeszczało z wściekłości, gdy matka zabierała pilota lub zabraniała wyjścia na zewnątrz. Każdego dnia znajdowało powód by być niezadowolonym, by nie chcieć wyjść na zewnątrz lub nie chcieć zostać w domu, by nienawidzić szkoły i zarazem pragnąć uciec z domu.
Dla jego ojca każde z tych zachowań było jak płachta na byka.
Sięgając pamięcią wstecz, Jonathan nie był wcale pewny tego, czy to ojciec wpoił mu niechęć do uzewnętrzniania się, czy też uformował tę maskę podświadomie. Pamiętał wściekłe zarzuty o poszukiwanie uwagi gdy w ich domu rozbrzmiewał płacz, znajdywanie karnych zajęć gdy ktoś ośmielił się zacząć narzekać. Wkrótce, uśmiech przykleił się do ust młodego Myersa niczym obronna maska, zapewniająca, że niczego nie było mu potrzeba, ani też nic mu obecnie nie przeszkadzało.
Sygnalizująca na zewnątrz, że nie było problemów, które mógłby sobą dołożyć na kark ciężko pracujących rodziców.
Nauczył się być samowystarczalny, odnajdując pochwały w byciu tym, który nie wymagał żadnej uwagi. Nie dostrzegł, jak z czasem i jego oczy zaczynały zachodzić czerwienią w reakcji na negatywne nastawienie, jak krótki stał się jego własny lont. Nie widział też, jak uśmiech na jego ustach i humor na języku stały się fasadą, przez którą prawdziwe emocje nie przedzierały się na zewnątrz.
Wiedział za to kim nie chciał.
Idealnie wyprasowany mundur na sylwetce jego znikającego za progiem ojca nie wzbudzał w nim respektu ani podziwu - wręcz przeciwnie. Odstręczał ciągnącymi się za nimi implikacjami, z którymi nie chciał się mierzyć. W swojej desperackiej potrzebie odnalezienia alternatywy, która w możliwie najmniejszy sposób obruszy jego ojca, w myślach obracał wiele szanowanych zawodów. Rozważał bycie lekarzem, policjantem, strażakiem, pieprzonym politykiem - wszystkim, czym jego matka mogłaby się chwalić przed innymi, przykrywając opatrunkiem jątrzącą się ranę w sercu swojego męża. Każdy z nich eliminował jeden po drugim, podchodząc do własnego życia i swoich planów w sposób wysoce analityczny.
Zwykły pragmatyzm pchnął go w stronę
Dopiero z biegiem lat dostrzegł niuanse podjętej przez siebie, wykalkulowanej decyzji. Prawo przypominało planszę gry, której zasady przyswajał z łatwością. Początkowy brak zainteresowania przekształcał się w pasję w miarę, gdy Myers orientował się, był w tym cholernie dobry.
Ponieważ w prawie nie chodziło o prawdę - nie do końca. Przede wszystkim chodziło o p o z o r y.
Jeśli ludzie byli jedynie pionkami na planszy, maska na jego twarzy była bronią - zbliżającą do siebie ławy przysięgłych, rozbrajającą sędziów, oślepiającą przeciwników. Na pozór zdawał się działać pod wpływem instynktów, nikt przecież nie podejrzewał, że stała za tym wyrachowana kalkulacja - ta sama, która rozciągała jego usta w szerokim uśmiechu wtedy, gdy wymagała od tego sytuacja.
Ta świadomość wypalała się w jego umyśle. Słyszał jej pisk w swojej głowie wtedy, w tej zimnej nocy, w której opadł na brudny krawężnik. Ulica mieniła się tysiącem barw - czerwień, błękit migotały na błyszczącym śniegu, zlewając się z pomarańczowymi promieniami świateł ostrzegawczych. W ich blasku szkarłat wypływający na oblodzony bruk przekształcał się w czarny atrament, wydobywający ze złamanego pióra.
Ta świadomość chowała się w cieniach dwóch, zgniecionych pojazdów. Powykrzywianej karoserii, przypominającej zgniecione kartki papieru, zlepione ze sobą w nieudolnym origami. W jego drżących dłoniach, splecionych ze sobą w nadziei na ukrycie pokazywanego dyskomfortu. W cichym łkaniu dobiegającym z wnętrza otwartej karetki, łkaniu, które kilka minut wcześniej było pełnym wściekłości wrzaskiem, elementem kłótni dwójki małżonków. Kłótni, której nie przerwał, gdy jego dłonie zaciskały się na obiciu kierownicy gdy furia rozsadzała go od środka a wzrok odbiegał od jezdni.
Na liście powodów stojących za ich wypadkiem nie znalazł prawdy. Znalazł trudne warunki pogodowe, późną porę, i wreszcie - nominalne przekroczenie promili we krwi drugiego kierowcy, który nie wyszedł z wraku zniszczonego pojazdu.
Nie było jej tam, ponieważ wyryła się w jego trzewiach, jak blizna, której istnienia nie potrafił zapomnieć.
Nawet wtedy, gdy w ich pustym domu któregoś dnia zastał wyłącznie porzuconą obrączkę i papiery rozwodowe.
