-
Melanie chodź silna z zewnątrz, krucha w środku. Waleczna prawniczka, cicha romantyczka, czekająca aż miłość zapuka do jej drzwi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Tego dnia była w sądzie i zajmowała się kilkoma sprawami, które miała pod nosem. Rozpoczynała zawsze swój dzień wedle scenariusza, próbując powstrzymać chaos, który mógłby się niespodziewanie pojawić. Odbierała za to na pewno telefon od znanych jej już klientów, także takich którzy byli chętni na kontynuacje współpracy czy po prostu bycie samym konsultantem od spraw prawniczych, w tym przegląd umów i różnych rzeczy związanych z danymi biznesami. Gdy otrzymała telefon tamtego dnia, na pewno zaciekawiła ją sprawa oraz to, że znów jak nie policjanci to strażacy, wydawali się być ponad wszystkim, trochę gwiazdorząc. Dostała może nie za dużo informacji, a faks który dostała czytała już praktycznie w drodze do wskazanej remizy. Mogłaby się w to zagłębić mocniej, ale chyba te zielone banknoty tańczyły jej tuż przed nosem, skoro posunęła się do takiej gry w ciemno. W teorii miała już kontakty z przedstawicielami służb mundurowych i zawsze byli to w skrócie - faceci dupki.
Dzisiaj nie miało być inaczej, bo miała w papierach nakreślone nazwisko, które odczytano ze strażackiej kurtki, a który to osobnik miał mieć najwięcej do powiedzenia. Zamierzała przycisnąć zarówno komendanta czy też kapitana jednostki co i wspomnianego strażaka. Taki był plan!
Jej bagatelnie drogie szpilki stąpały po betonie wjazdu do remizy gdy szła ze swoją dokumentacją i... pewnością swego. Nigdy nie pokazywała tej słabej wersji Campbell, w pracy była dzika i mocna, nawet jeśli czasami wykazywała się blefem czy aktorstwem. Tutaj mogła jednak sparzyć swój język, skoro miała mieć na przeciw kogoś takiego jak Wilder.
- Jest tu ktoś? - zawołała, wchodząc głębiej przez otwartą już bramę całego garażu. Przesmyknęła między jednym a drugim wozem w poszukiwaniu jakiegoś znaku życia czy choćby kogokolwiek kto ją poprowadzi przez tą "dżunglę". Wiadomym było, że wkraczała na obcy teren trochę w ciemno ale wciąż z klasą, która na kilometr była dowodem na to kim jest i czego szuka. Prawnicy już to mieli w sobie, że toczyli tą aurę, której nie dało się przeoczyć. - WILDER? Szukam Wildera. - rzuciła do pierwszego z napotkanych strażaków, który z kolei wskazał jej palcem, który to osobnik.
Rocket Wilder
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osoba liczba pojedyńczaczas narracjiprzeszlypostaćautor
Akcja, która do tego doprowadziła, wciąż siedziała w jego głowie. Gabinet, który objął ogień, był pełen dokumentów, sprzętów, a przede wszystkim… kotów. Małe, przerażone zwierzęta, chowające się pod stołami i w kątach, drżące, niezdolne same wydostać się z objętego płomieniami pokoju. Rocket wbiegł do pomieszczenia, serce waliło mu w piersi, oddech przyspieszony, ciało przesycone adrenaliną. Każdy krok wymagał precyzji: gaśnica w jednej ręce, druga gotowa do chwytania kotów. Dym drażnił oczy, smak sadzy zalegał w ustach, metaliczne skrzypienie pod stopami mebli potęgowało chaos.
Nie myślał o tym, że meble mogą zostać zniszczone. Liczyło się tylko jedno: uratować koty. Rozpychał szafy, przesuwał stoły, podnosił krzesła, chwytając zwierzęta jeden po drugim. Niektóre drapały, inne wskakiwały na ramiona, każdy ruch wymagał równowagi między ratowaniem a uniknięciem przewrócenia wszystkiego dookoła. Kiedy akcja dobiegła końca, wszystkie koty były bezpieczne, ale gabinet przypominał pole bitwy — szuflady wyrwane, stoły połamane, blaty popękane.
Efekt uboczny był oczywisty i trudny do przyjęcia. Rocket stał wśród dymu i zapachu spalonego drewna, poczucie ulgi mieszało się z frustracją: udało mu się uratować zwierzęta, ale zniszczył część miejsca, które nie należało do niego. W remizie, po powrocie, atmosfera była inna niż zwykle. Brakowało satysfakcji z udanej akcji — był tylko ciężar odpowiedzialności i potrzeba ciszy, by uporządkować myśli.
Dlatego też został zdelegowany do warsztatowych prac przy wozach. Tam mógł naprawiać układy, sprawdzać części, przesiadywać pod pojazdami w spokoju, wśród narzędzi, kurzu i oleju. Warsztat stał się jego strefą kontroli — miejscem, gdzie każdy ruch miał sens, każdy element można było dokładnie sprawdzić, dotknąć, naprawić. I choć ciało nadal nosiło ślady po pożarze, ręce były brudne od smaru i kurzu, a koszulka przylegała do torsu od wysiłku, Rocket poczuł częściowy spokój, którego brakowało mu w gabinecie płonącego biura.
Leżał teraz pod jednym z wozów strażackich, plecy przy zimnym betonie, tors napięty od wysiłku, dłonie przyczepione do podłoża. Koszulka przylegała do ciała, przesiąknięta potem i zabrudzona smarem, przedramiona, szyja i policzki pokryte czarnymi smugami oleju. Każdy szczegół jego pozycji był świadomy: zimny beton pod plecami, szorstki metal pod rękami, którymi dociskał się, by utrzymać stabilność.
Wokół panował zwyczajny porządek remizy. Węże schludnie zwinięte w narożnikach, metalowe półki pełne narzędzi, szafy z ciężkimi kurtkami strażackimi, wóz nad jego głową. Powietrze było gęste od zapachu metalu i oleju, momentami słodkawy aromat smaru mieszał się z kurzem. Każdy detal wydawał się wyraźniejszy w tej ciszy — każdy szelest narzędzia, brzęk klucza odbijał się echem od betonowych ścian garażu. Tutaj Rocket czuł, że ma pełną kontrolę.
A potem usłyszał kroki. Najpierw echo w oddali, potem coraz wyraźniejszy rytm, odbijający się od betonowej posadzki. Rocket uniósł głowę minimalnie spod wozu i poczuł, jak napięcie w mięśniach sięga zenitu. Nie znał tej osoby. Nie wiedział, czego chce, ani jakie ma zamiary. Ale obecność intruza w jego strefie ciszy była naruszeniem terytorium, które tak skrupulatnie wypracował. Każdy mięsień gotowy do natychmiastowej reakcji, każdy nerw w stanie maksymalnej czujności.
Nie mógł powstrzymać frustracji. Po ostatniej reprymendzie od komendanta wszystko go drażniło, każdy szelest, każdy krok w remizie, każdy drobiazg, który nie pasował do jego porządku. Cisza warsztatu, która zwykle działała kojąco, teraz wydawała się napięta, przesycona oczekiwaniem.
Wysunął się spod wozu, powoli, w pełnej gotowości, czując brud na rękach i torsie, smar na przedramionach i policzkach. Tors lekko uniesiony, ramiona napięte, dłonie gotowe do ruchu w każdej chwili. Spojrzenie przeszywające, chłodne, wyższościowe.
– To ja, we własnej osobie. W jakiej sprawie? – wyrzucił wrednym, niemiłym tonem, który zwykle nie należał do niego, jednocześnie lustrując kobietę od góry do dołu, próbując sobie przypomnieć, czy skądś ją zna. Nie... Za cholerę jej nie kojarzył. Dzisiaj była dla niego intruzem, czymś co go irytowało samym pojawieniem się w remizie. Samym uderzeniem obcasa o twardą posadzkę. Każdy oddech, każdy dźwięk, każdy cień w remizie wprowadzał go w stan gotowości, w stan, w którym nie zamierzał ustępować ani sekundę.
Jego ciało i umysł były gotowe — całe napięcie, które zgromadziło się w nim po ostatnich wydarzeniach, teraz emanowało w jego postawie. Smar na rękach, kurz na koszulce, zimny beton pod plecami — wszystko to kontrastowało z jego chłodną determinacją, przygotowaną do kontroli sytuacji. Rocket wiedział jedno: tu on ustala zasady, a każdy, kto dzisiaj wtargnął do jego przestrzeni, będzie oceniany dokładnie i bez kompromisów.
Melanie Campbell
-
Melanie chodź silna z zewnątrz, krucha w środku. Waleczna prawniczka, cicha romantyczka, czekająca aż miłość zapuka do jej drzwi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Mając jakiś pogląd na sprawę ruszyła w końcu w głąb remizy, z dużym taktem oraz pewnością siebie. Za nią oprócz stukotu drogi szpilek, ciągnął się równie mocny i subtelny zapach perfum. Bycie prawnikiem nauczyło ją co to klasa i szyk, jak zachowywać się i sprawiać wrażenie, bogatej i pewnej swego prawniczki. Dzisiaj równie mocno miała zabłysnąć w siedzibie strażaków, chcąc ich ustawić do pionu za nieco nad wyraz mocną nadpobudliwość. Czy doczytała o kotach? Chyba nie, ale może one też były po prostu.. drogie? Zanim jednak poprosiła o kontakt ze strażakiem, którego nazwisko jej się rzuciło w zeznaniach poszkodowanego, usłyszała znajomy dźwięk smsa, dochodzący z jej telefonu. Szybko na niego zerknęła, a jej oczom okazały się świeże zdjęcia z miejsca całego pożaru. To pomagało na pewno w objęciu jakiegoś stanowiska w konfrontacji i rozmowie. Gdyby jeszcze wiedziała z kim przyjdzie się jej mierzyć..
Przekroczyła tą w dużej mierze, męską sferę. Oprócz smaru czy oleju silnikowego, dało się tu odczuć mocno męski pot i feromony. Wiedziała, że w straży są także kobiety ale aktualnie, męski gen dominował od samego początku, atakując jej nozdrza. Gdy wreszcie ktoś jej wskazał wspomnianego strażaka, ruszyła się dalej, czując przy okazji męski wzrok na swojej sylwetce. Musiała ostrożnie stawiać każdy krok gdy robili swój remanent i sprawdzanie wszystkich elementów wyposażenia wozu, daj Bóg udało jej się nie wygramolić na niczym ani na nikogo.
Jej oczom w końcu ukazał się sprawca całego zamieszania, a raczej ktoś kto miał być po części odpowiedzią na pytania, które miała a i pewnie kozłem ofiarnym w oczach reszty ekipy. Lustrując go wzrokiem doceniła jak opina go "firmowa" koszulka i jak cały animusz dodaje rozczochrana fryzura i smar na ciele. Aktualnie wyglądał trochę jak ten jeden strażak z gorącego kalendarza i sesji do niego. Musiała jednak przebrnąć przez to pierwsze wrażenie, które zniszczył już w samym momencie gdy choćby otwarł swoje usta. Dupek. To było pierwsze co przyszło jej na myśli, widząc jego bojowe nastawienie do niej samej od startu.
- Melanie Campbell. Prawniczka. Zgaduje, że wie Pan w jakiejś sprawie tutaj przyszłam. Szybkie działanie na świeżo i na waszym terenie. - stwierdziła, prostując się i odrzucając łopatki do tytułu, budując swoją pozycje w tej wymianie. Miała wrażenie, że musi postawić się mężczyźnie, że nie będzie to łatwa wymiana zdań i samo napięcie już zawisło w powietrzu.
- Dostałam wzmiankę od swojego klienta o zbyt dużej.. ekhem skali zniszczeń na miejscu, nie adekwatnej do prowadzonych czynności w wyniku czego ucierpiały zabytkowe meble o wartości.. cóż.. na moje? Dziesięciokrotnie większej niż Pańska miesięczna pensja.. - rzuciła dosyć mocno ale też i póki co w miarę życzliwie, chociaż ta uszczypliwość na końcu? Chyba uderzała w jego chamskie nastawienie od samego startu i jej pojawienia się.
Rocket Wilder
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osoba liczba pojedyńczaczas narracjiprzeszlypostaćautor
Po pożarze w Nowym Jorku jego granice stały się ostre jak krawędzie szkła. Wyraźne. Nienegocjowalne. Warsztat był jedynym miejscem, gdzie mógł oddychać pełną piersią, gdzie nikt nie wchodził mu w głowę ani pod skórę. A teraz ktoś stał za blisko, mówił za pewnie, jakby miał do tego prawo.
Rocket poczuł, jak w klatce piersiowej zaczyna zbierać się gniew — nie wybuchowy, nie gwałtowny, tylko ciężki, lepki, narastający. Taki, który nie daje się łatwo rozładować. Taki, który osiada na żebrach i uciska płuca. Jej twarz była… znajoma.
To przyszło nagle, nieproszone. Ułamek sekundy, w którym jego mózg próbował ją gdzieś przyporządkować. Przeglądy? Transmisje z procesów? Jakaś głośna sprawa, którą oglądał kątem oka w telewizji w jednostce, gdy nikt nie miał siły zmienić kanału? A może pomylił ją z kimś innym — kimś, kto też nosił ten sam rodzaj pewności siebie, ten sam chłodny profesjonalizm, który zawsze działał mu na nerwy. Nie miał czasu tego rozplątać.
Wkurwienie było szybsze.
Było jak zasłona, która opadła mu na oczy, odcinając wszystko poza jednym: ona tu nie pasuje. Nie w tym miejscu. Nie w tym momencie. Nie po tym, co się wydarzyło.
Rocket poczuł, jak serce bije mu mocniej, szybciej, z tym charakterystycznym, niepokojącym rytmem, który znał z chwil tuż przed wejściem w ogień. Adrenalina wchodziła jak na sygnał. Organizm przygotowywał się do konfrontacji, nawet jeśli ta nie miała fizycznej formy.
Zrobił minimalny ruch — ledwie przesunięcie ciężaru ciała — ale był w nim komunikat. Ostrzeżenie. To był jego teren. Jego przestrzeń. Jego zasady.
— Ile.? - To krótkie słowo miało w sobie tyle zaskoczenia i jadu, że mogło zatruć i przetopić najtwardszy metal. Czuł się tak, jakby ktoś wylał na niego wiadro lodowatej wody. Taka kwota - dosłownie zapaliła go. On poświęcał siebie, poświęcał życie tylko po to, by jakiś bogaty gnojek oskarżał go o jakiś mebel. Ludzie w pożarach tracili wszystko i okazywali wdzięczność. A tu...
-Naprawdę myślisz, że możesz tu wejść i stanąć tak blisko, jakby to był twój pieprzony gabinet? Za kogo się masz? — rzucił ostro, głos miał niski, szorstki, jakby starty dymem i zmęczeniem.
Czuł zapach smaru na własnych dłoniach, czuł chłód betonu pod stopami, czuł każdy mięsień napięty do granic. To wszystko było realne, namacalne — w przeciwieństwie do słów, które padały z jej strony, a które brzmiały dla niego jak coś wyjętego z obcej rzeczywistości.
W jego głowie przewijały się obrazy. Niechciane. Dokumenty. Raporty. Tabele strat. Zawsze ten sam schemat: najpierw ogień, potem cisza, a na końcu ktoś, kto przychodzi zadać pytanie „czy na pewno zrobiliście wszystko?”
Zrobili.
Zawsze robili.
— Wiesz, co jest w tym najlepsze? — ciągnął dalej, czując, jak gniew zaczyna wreszcie znajdować ujście. — Że stoisz tu i mówisz o zniszczeniach, jakby one nie były oczywistym skutkiem pożaru. Jakby ogień był wyborem, a nie żywiołem.
Przeciągnął dłonią po twarzy, zostawiając smugę smaru na policzku. Nawet tego nie zauważył.
— Z mojej perspektywy — dodał, a jego głos stwardniał — nie było „tylu strat”. Był ogień. I to on zrobił swoje. Nie ja. Nie moi ludzie. I na pewno nie jakieś wyimaginowane zaniedbania, które dobrze wyglądają w papierach.
Zbliżył się o ten jeden, niebezpieczny krok. Nie dotknął. Nie musiał. Wystarczyła obecność. Masa. Ciepło ciała, które krążyło w okolicy, tak jak napięcie które wzmacniało swoją siłę w każdej chwili.
— Ale jasne — prychnął gorzko. — Zawsze trzeba znaleźć kogoś, na kogo można to zrzucić. Strażak jest idealny. Wszyscy lubią bohaterów, dopóki nie przestają być wygodni.
Wkurwienie było teraz pełne, czyste, oślepiające. Przykrywało wszystko inne — zmęczenie, żal, nawet to krótkie, dziwne wrażenie, że skądś ją zna. Teraz to nie miało znaczenia. Teraz liczyło się tylko to, że ktoś naruszył jego przestrzeń, jego ciszę, jego sposób radzenia sobie z tym, co zostało po ogniu.
— Więc oszczędź mi tej narracji, zastraszania czy jak wy to mówicie po papugowemu — powiedział lodowato. — I jeśli masz zamiar stać tu dalej, to zapamiętaj jedno: nie jestem twoim celem, twoim przypadkiem ani twoją okazją. Ja zrobiłem co do mnie należało. I to nie mnie trzeba sprawdzać...
Rocket stał napięty, jak sprężyna naciągnięta do granic możliwości. Powietrze między nimi było ciężkie, elektryczne, aż niemal bolało.
Melanie Campbell
-
Melanie chodź silna z zewnątrz, krucha w środku. Waleczna prawniczka, cicha romantyczka, czekająca aż miłość zapuka do jej drzwi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Tak po prostu zaczęła temat, bez zbędnego ograniczania się do tego, że wypada lub nie. Ona dostała swoje wytyczne i wiedziała po co tu jest, a on? Nie przestraszy jej a już na pewno nie przepędzi stąd tak łatwo jak mogło by mu się wydawać.
Uśmiechnęła się po swojemu, a więc chytrze słysząc jaką ma reakcję na wspomnianą sumę, a raczej to krotność, jaką mu zaserwowała. To nie były takie tanie rzeczy, które wybierasz w pierwszym lepszym meblowym, a gdy ktoś miał pieniądz i pasję do antyków, to po prostu je kupował. Tak było w przypadku faceta, który stracił swój dobytek przy okazji akcji z pożarem. Takim, który jednak nie zabrał wspomnianych mebli bo zaczął się w innej części posiadłości, więc całe szczęście nie dotarł do gabinetu, chyba jedynie zadymiło się tam mocniej albo.. byli w sam raz na czas i odpędzili te płomienie. Mało wiedziała o szczegółach, tyle ile zdążyła przeczytać, ale miała zamiar się przyłożyć jeszcze raz do tego gdy dojdzie raport związany z przyczyną pożaru i dokładna liczba w stratach.
- Dużo, prawda? - odgryzła się delikatnie, przestępując z nogi na nogę gdy tak zareagował. Poczuła się nieco dumna, że "odpaliła go tym jak pochodnie. Zaraz jednak skrzywiła się gdy zarzucił jej panoszenie się i taką brutalną napaść na ich świątynie. Czyżby poczuł zagrożenie na własnym terenie, bał się tej konfrontacji albo samej Campbell?
- Ohhh.. przepraszam bardzo. Zachowuje odpowiednią odległość, przez co oboje mamy zachowaną przestrzeń osobistą w ramach przepisów o prawach człowieka. Masz centymetr, możesz zmienić Panie czepialski. - oczywiście musiała się odgryzc, a to było najprościej mówiąc łatwe, bo sam jej wystawił "tą piłkę do kosza". Okej, może sama zaczynała plątać się w tą jego grę i walczyć jakby był to finał Super Bowl.
- Zniszczenia wykonane przez ogień, a zniszczenia wykonane przez człowieka to różnica. Wiem. Ale mówimy tutaj o kwestiach, które wykraczały poza to. Skala zniszczeń przez pożar zostanie oszacowana, ta która wykonana została przez rękę ludzką również. Nie trzeba tutaj zakłamywać prawdy.. - oczywiście nie powinna tutaj dosypywać oliwy do ognia, twierdząc że kłamie. Ale była dumna z siebie widzieć jak się napinają jego plecy w kontrze, jak to mu ujmuje jako strażakowi. Może i faktycznie mówił z sensem, a ona i tak była za tym, że nie docenia się pracy służb, ale wciąż - swoje mniemanie zostawiła w aucie na podjeździe, tutaj kierowała się jedynie nosem prawnika. Zdziwiła się obserwując jak robi krok do przodu i zakłamuje już kwestię przestrzeni i odległości. Aż dziwne, że to on pierwszy to złamał.
- Nie bój się, pogadam jeszcze z kapitanem i komendantem. Może dlatego się irytujesz bo któryś z nich dał Ci bury, wiedząc że prędzej czy póżniej ktoś przyjdzie dobrać się do Twojego dupska, Wilder. Tak, znam Twoje nazwisko bo dokładnie opisano mi który strażak był odpowiedzialny za akcję w gabinecie. Czy był tam oprócz dymu pożar? Czy było racjonalnie zagrożenie czyjegoś życia? Czy zle jeśli powiem, że nie potrzebne było wyłamywać drzwi do szafy? - zapytała już czysto teoretycznie, technicznie. To on należał do elementu tej akcji, więc miał prawo opisać swój punkt widzenia, a ona mu to dała, bez względnego podnoszenia głosu, czyste fakty.
- Skoro zrobiłeś wszystko jak należy, to co tutaj robię? A może inaczej, jesteś tak pewny swojego, że sam się obronisz jak będzie trzeba? Cóż, tak jak mówiłam jestem tu na polecenie klienta, więc nie Tobie decydować ile tutaj zabawie i z kim będę rozmawiać. Równie dobrze mogę przepytać cały batalion i jednostkę ratowniczą. Każdego kto był wtedy na miejscu i był świadkiem. Chcesz na to papier? Ups, nie jesteś komendantem, przykro mi. - wkurzyła się, zaciskając mocniej palce na teczce, która dobrze że leżała w jej dłoni bo... inaczej równie dobrze ten sam palec wskazujący mógłby wylądować na jego torsie. Wciśnięty do granic jej możliwości i samego uporu strażaka.
Rocket Wilder
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osoba liczba pojedyńczaczas narracjiprzeszlypostaćautor
Słuchał jej, ale każde zdanie docierało do niego jak prowokacja.
Dużo, prawda?
Przez moment tylko patrzył. Bez odpowiedzi. Pozwolił, by cisza zawisła między nimi ciężka i niewygodna. Widział, jak stoi wyprostowana, pewna siebie, z tym spokojem ludzi, którzy nigdy nie musieli wchodzić tam, gdzie kończy się powietrze.
— Dużo… — powtórzył w końcu, nisko, przeciągając słowo. — Tylko że ja chyba widziałem inne „dużo” niż ty.
Przesunął dłonią po karku, czując szorstkość skóry, resztki potu. Ramiona miał napięte, jakby wciąż dźwigał ciężar kogoś wynoszonego z zadymionego pomieszczenia.
— Ty masz dużo kartek — ciągnął dalej. — Dużo zdjęć. Dużo cyfr, które ładnie się sumują w kolumnach. A ja miałem stworzenia, które nie mogli oddychać.
Zatrzymał się na chwilę, jakby ważył kolejne słowa. W nozdrzach znów poczuł tamten zapach — spalonego plastiku, mokrego drewna, strachu.
— Zwierzęta — dodał ciszej, ale ostrzej. — Psy, koty. Rzeczy, które nie potrafią krzyczeć „pomocy”, tylko czekają, aż ktoś je znajdzie albo aż będzie za późno.
Uniósł wzrok i spojrzał na nią uważnie.
— Widzisz to w aktach? — zapytał. — Jest tam rubryka na przerażonego psa skulonego pod łóżkiem? Na kota, który wcisnął się w szafkę, bo instynkt kazał mu się schować?
Kącik jego ust drgnął w czymś, co nie było uśmiechem.
— No właśnie.
Jej kolejne słowa — o panoszeniu się, o zniszczeniach — sprawiły, że Rocket poczuł, jak coś w nim trzeszczy. Jakby kolejna cienka warstwa kontroli zaczęła pękać.
— Panoszenie się… — powtórzył, powoli. — Ciekawe określenie.
Odepchnął się od stołu i ruszył wzdłuż remizy, nie po to, by się oddalić, ale by nie stać w miejscu. Każdy krok był próbą rozładowania napięcia, które groziło wybuchem.
— Wiesz, co robię, kiedy się „panoszę”? — rzucił, nawet na nią nie patrząc. — Wyważam drzwi, za którymi coś jeszcze oddycha. Wchodzę tam, gdzie inni już nie wchodzą. Ryzykuję, że sufit spadnie mi na głowę.
Odwrócił się nagle.
— Jeśli to jest panoszenie się, to chętnie zobaczę, jak ty byś to nazwała.
Zrobił kolejny krok na przód. Nie naruszając jej fizycznie, ale wystarczająco, by napięcie było niemal namacalne. Podkreślając wcześniejszą dyskusje o granicach. Granicach, które nie istniały. Tym bardziej podczas pożaru.
— Ty możesz się cofnąć — powiedział nisko. — Ja nie.
Jej słowa o różnicy między zniszczeniem przez ogień a przez człowieka sprawiły, że Rocket zamknął oczy. Tylko na moment. Jakby musiał zebrać się w sobie. Próbując hamować swoje myśli i emocje, które uderzały w niego jak fale podczas sztormu, które mogły bardzo łatwo wymknąć się spod kontroli.
— Ogień nie wyciąga ludzi z mieszkań — powiedział w końcu, wolno. — Ogień nie wynosi zwierząt. Ogień tylko bierze.
Otworzył oczy.
— My próbujemy coś z tego zabrać z powrotem.
Kiedy wspomniała o rozmowie z dowódcą, Rocket poczuł, jak w jego wnętrzu zapala się kolejna iskra. Tym razem nie tłumił jej od razu. Pozwolił jej zapłonąć — całkowicie kontrolując już to co powiedział. Chciała przeciwnika do dyskusji na swoim poziomie? Oto był. Z założoną zimną maską, człowieka na którego wszyscy wieszali psy, a on jeden przeciwko całemu światu wiedział jaka jest prawda.
— Dowódcy nie ma — powiedział spokojnie, niemal obojętnie. — Zmiana skończona.
Odwrócił się i wskazał ręką drzwi remizy. Gest był wyraźny, prosty, pozbawiony emocji.
— Drzwi są tam.
Zawiesił na niej spojrzenie.
— Jeśli chcesz pogadać z kimś wyżej, wróć jutro. Jeśli chcesz pogadać ze mną, to pogadaj, ale nie licz na to, że będę grzeczny.
Jej kolejne zdania, sugestie, teorie — wszystko to uderzało w niego jedno po drugim. Czuł, jak puls przyspiesza, jak serce bije zbyt mocno, jak dłonie znów zaciskają się w pięści.
— Chcecie kozła ofiarnego — powiedział w końcu, wprost. — Bo łatwiej jest wskazać faceta w mundurze, niż przyznać, że ogień zrobił dokładnie to, co zawsze robi.
Przeciągnął dłonią po twarzy, zmęczonym ruchem.
— Ja wiem, co zrobiłem — dodał ciszej. — I wiem, dlaczego.
Spojrzał na nią po raz ostatni. Spojrzenie było twarde, chłodne, pełne zmęczenia.
— Masz swoje papiery — zakończył. — Ja mam obrazy, które wracają w nocy. I żaden paragraf ich nie wymaże.
Cofnął się o krok, jakby symbolicznie kończąc rozmowę. Nadal był napięty. Nadal na granicy. Ale kontrola — jeszcze — należała do niego.
— Teraz zdecyduj — powiedział chłodno. — Albo wychodzisz, albo kończymy tę rozmowę w cztery oczy.
Z wypowiedzeniem ostatniego zdania rzucił brudną ścierką, którą do tej pory ściskał w dłoni, pozwalając jej opaść bezwładnie na betonową posadzkę, po czym odwrócił się bez oglądania za siebie i ruszył w stronę pomieszczenia pełniącego funkcję stołówki, zostawiając kobietę samą — pomiędzy masywnymi wozami strażackimi, w chłodnej, ciężkiej ciszy remizy. To ona teraz miala w rękach decyzję, a co z tym wszystkim chciała zrobić? Było w jej dłoniach i głowie.
Rocket odwrócił się gwałtownie, jakby samo wypowiedzenie ostatniego zdania wyssało z niego resztki cierpliwości. Brudna ścierka, którą do tej pory niemal miażdżył w dłoni, poleciała w bok i z głuchym, mokrym plaśnięciem uderzyła o betonową posadzkę. Nie sprawdził, gdzie dokładnie spadła. Nie było to już ważne. Ruszył w stronę części socjalnej. Drzwi do stołówki pozostały uchylone, skrzydło nie domknęło się za nim, zatrzymane gdzieś w pół drogi. Z korytarza nadal dochodziły odgłosy remizy — metaliczne brzęknięcia, cichy pogłos przestrzeni między wozami, echo kroków. Nie odciął się od niej całkowicie. I wcale tego nie chciał. W środku zapach był inny. Zamiast oleju i dymu — kawa, herbata, coś podgrzewanego wcześniej w mikrofali. Zwykłość. Przyziemność. Rocket zwolnił kroku dopiero teraz. Ramiona wciąż miał uniesione, barki napięte, jakby organizm jeszcze nie dostał sygnału, że zagrożenie minęło. Szczęka bolała od ciągłego zaciskania zębów. Stanął przy blacie i oparł się o niego dłonią. Przez chwilę po prostu stał, oddychając. Wdech. Wydech. Powietrze wchodziło już bez oporu, bez zapachu spalenizny, bez tej ostrej nuty, która zwykle długo zostaje w płucach. Adrenalina zaczęła schodzić powoli, nierówno. Najpierw pojawiło się lekkie drżenie w palcach. Potem ciężar w ramionach, jakby nagle ktoś zdjął z niego obowiązek trzymania wszystkiego w ryzach. Odkręcenie nakrętki zajęło mu chwilę. Palce wciąż nie do końca go słuchały. Kiedy w końcu napił się pierwszego łyka, poczuł wyraźną ulgę. Chłód przeszedł przez gardło, gasząc to pieczenie, które zostało po krzykach i złości.
Drugi łyk był wolniejszy.
Trzeci — spokojny.
Oparł się plecami o blat, wciąż mając w zasięgu słuchu remizę. Dźwięki zza uchylonych drzwi przypominały mu, że nie uciekł. Po prostu zmienił przestrzeń. Myśli zaczęły się porządkować, tracąc ostrość. Obraz prawniczki, jej głos, słowa — wszystko to zaczęło się oddalać, jak rozmowa, którą słyszy się z innego pokoju. Gniew nie zniknął całkiem.
Zamienił się w zmęczenie. W coś ciężkiego, ale znajomego. Coś, z czym umiał żyć. Co zdecydowanie było widać na jego twarzy.
Melanie Campbell
-
Melanie chodź silna z zewnątrz, krucha w środku. Waleczna prawniczka, cicha romantyczka, czekająca aż miłość zapuka do jej drzwi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
- Znam pogląd na sprawę, wysłuchuje obu stron aby dotrzeć do szczegółów. Czy to dziwne? Próbuje znaleźć skalę problemu i to czy czyny były adekwatne do ruchów. - wyjaśniła siebie, trochę odpierając atak i zamysł jego słów. Miała coś przy sobie, wiedziała jak to wszystko wniknęło i jakie zastosowali rozwiązania, może problem tkwił w samym właścicielu zwierząt? Może nigdy nie lubił tego kota? Może w ogóle było mu na rękę aby nie ratowali tych zwierzaków? Mogła gdybać, ale nie stała po przeciwnej stronie barykady, to był jej klient i musiała szanować jego wolę walki o prawdę, może i o jakieś zobowiązania. Na ten moment jednak historia była po prostu dziwna, a mebel? Skoro był taki bogaty to pewnie niedługo później kupi sobie kolejny.
- Rozumiem jak działa instynkt zwierząt. Podziwiam, że udało się jej znaleźć ale wciąż. Z akt wynika, że pożar był i tak w innej części, a po za tym był kontrolowany. Zresztą właściciel zeznał, że od początku czuł złość od jednego strażaka, że ów był.. - tu urwała i sięgnęła w końcu do teczki, aby zerknąć i przeczytać mu to na głos.. ... "nadpobudliwy i ostry w swoich słowach i czynach. Wydawało mu się, że może nadużyć siły przez pryzmat tego, że działa w domu bogatszego od siebie, kogoś kogo stać na odkupienie wszystkich tych elementów." - odczytanie tego jej nie ulżyło bo sama poczuła dziwny dysonans. Facet nie wspomniał o zwierzętach ale przyczepił się za to faceta, które je wyniósł. Czy to miało jakikolwiek sens?
- Cóż Pańskie zachowanie i negatywne podejście do mnie, nie pomaga w tym wszystkim. Jestem tu bo muszę a nie podoba mi się to. Nie jestem fanką sporów z przedstawicielami służb. Ale z drugiej strony teraz przynajmniej wiem, że ma Pan charakter i zarzuty są delikatną prawdą. - poleciała mu na Pan, bo w sumie nie poznała nawet jego imienia. Mogłaby wrócić do papierów bo pewnie był uwzględniony nawet tam jego numer i tak dalej, ale dała sobie siana. Nie będzie przecież się tutaj fatygować i tak dalej, skoro facet i tak ma do niej problem o jej pracę. On miał swoją, a ona niestety swoją. Nie raz i nie dwa słyszała od ludzi, że jest podła, że jest bezduszną żmiją - jak to prawnik. Czekała chyba już tylko na jakieś listy czy groźby.. - Doskonale wiem na czym polega praca strażaka. Za to należy wam się szacunek, to jasne. Ale nie jestem tutaj dla swoich widzi mi się czy przekonań. Ja wykonuje swoją pracę a Ty swoją. - chciała coś ugrać z tej rozmowy, poznać jego punkt widzenia czy dowiedzieć się jaki ma to wszystko związek. Dlaczego on? Skąd te pokłady nadmiernej energii? Czy i jak zachowywał się wcześniej, jaką opinię ma komendant.
- Skontaktuje się z nim więc telefonicznie i wtedy umówię. - odpowiedziała, mając na myśli i tak potencjalną ponowną wizytę tutaj. Mimo wszystko nie dała się mu i nie odeszła czy nie poszła stąd tak jak jej sugerował. Spławiał ją? Myślał, że tupnie nóżką i się odwróci na pięcie, odchodząc tak po prostu?
To nie on decydował czy Mel ma wszystko, czy poznała całą prawdę i jego punkt widzenia czy doszukała się w nim.. czegoś? To nie tak, że nagle miałaby odwrócić się od swojego pracodawcy, ale.. chciała poszukać jakiegoś złotego środka, może nawet uchronić od złego.. tego strażaka?
Słuchała go cierpliwie, tak samo jak rozglądała się temu czy ktoś im się przysługuje, pojmowana że ton głosu i wydźwięk rozmowy mógł zwrócić uwagę wciąż znajdujących się w ich okolicy innych strażaków. Co jak co ale trochę nie było to za rozsądne rozmawiać na środku podjazdu między maszynami czy innymi słuchaczami. Przewróciła oczami i strzeliła nieco szyją gdy poruszyła rozmową, która ją po prostu spięła. Wdusił jej głos w gardło, dźwięk zanikł a ona nie wiele mogła powiedzieć już gdy standardowo - jak to facet - uciekł od dalszej konfrontacji.
Strzelił jej trochę w policzek bo zazwyczaj takie zagrania to proponowała ona a nie dawała sobą zagrać innym. Przez moment faktycznie stała w miejscu, nieco zmęczona konfrontacją z tym człowiekiem, który w jej oczach burzył trochę obraz przystojnego i miłego strażaka z marzeń i mokrych snów co drugiej kobiety. Po chwili wróciła jednak na ziemię i rozejrzała się w poszukiwaniu innego strażaka, zapytała go o sytuację i czy coś wie albo zna całą sytuację. Dopytała także o to czy faktycznie ma komendanta czy kapitana oddziału. Najwyraźniej obaj mieli swoje rzeczy do zrobienia, więc faktycznie - musiała jeszcze tu wrócić w innym terminie.
Mierząc siły na zamiary oraz czując niesmak po rozmowie, postanowiła wrócić do Wildera. A przynajmniej spróbować naprzeć aż sam ją wyrzuci albo po prostu zapamięta doskonale kim jest Melanie Campbell. Weszła więc po upływie parunastu minut na przestrzeń, w której się znajdował, na miejsce wspólne dla strażaków, na miejsce ich oczekiwania na sygnał alarmowy, to ich "dom" jako jedności. Nie wiedziała czy powinna się odezwać i zaburzać jego chwilową medytacje, ale chwilę ciszy też im się przyda. Nie chciała tak do końca na jego najeżdżać, wyzywać go od dupka i takie tam. Jeszcze nie.
Rocket Wilder
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoenieobecnośćniewątki 18+takzaimkion/jegotyp narracji3 osoba liczba pojedyńczaczas narracjiprzeszlypostaćautor
Każda minuta tej rozmowy dokładała kolejną warstwę zmęczenia, jakby zamiast powietrza oddychał czymś gęstym, lepkim. To nie była już złość. Ta spaliła się wcześniej, szybko i intensywnie. Zostało po niej coś znacznie gorszego — poczucie bezsensu. Słuchał jej uważnie. Naprawdę. Nie dlatego, że musiał, ale dlatego, że chciał zrozumieć, po co tu stoi. Słyszał o tym, że nikt nie ucierpiał. Słyszał o zwierzętach, o tym, że miały znaczenie, choć nie były osią sprawy. W tym momencie najważniejsze dla każdego byly zera na koncie, dla jednym bardziej ważne, dla drugich mniej. Rocket zdecydowanie należał do tej drugiej grupy. I właśnie wtedy coś w nim cicho pękło.
Nie z gniewu.
Z rozczarowania.
Nie powinien się dziwić kobiecie, która za wszelką cenę chciała szybko doprowadzić sprawę do końca. Przypływ gotówki ułatwiłby jej dalsze funkcjonowanie, zapuszkowanie strażaka zdecydowanie wpłynęło by na jej renomę, otworzyłoby drzwi do spełniania kolejnych planów i marzeń. Biedna nie wiedziała, dlaczego tak naprawdę Wilder tak reagował. Że on też kiedyś miał być jednym z tych, którzy albo osądzają, albo ratują. Że gdyby nie pewne wydarzenia z przeszłości sam równiez pracowałby w jednej z kancelarii. Po pracy wracałby do swojej dziewczyny, może żony. Może nawet do dzieci i psa.... Płomienie zabierają jednak wszystko. I to nie tylko życie, zabierają dorobek i marzenia.
Gdy skończyła mówić, Rocket nie odpowiedział od razu. Jego wzrok błądził po remizie, po znajomych kształtach, które zwykle dawały poczucie stabilności co oczywiście Melanie mogła odebrać lekceważąco. Teraz nawet one wydawały się obce. Przetarł dłonią kark, czując napięcie mięśni, które od dawna domagały się odpoczynku.
— Wiesz, co jest w tym wszystkim najbardziej wyczerpujące?To to, że kiedy nikt nie ginie, wszyscy zaczynają szukać winnego — odezwał się w końcu, głosem niskim, pozbawionym ostrości. — To nie twoje pytania. Nawet nie twój klient.Podniósł na nią wzrok. W jego oczach nie było już ognia. Była pustka po nim.
— Jakby brak ofiar był czymś podejrzanym. Jakby trzeba było koniecznie znaleźć haczyk, żeby historia nadal się opłacała. Zera na koncie są nawet ważne go tego wszystkiego.
Odepchnął się delikatnie od wozu i zrobił kilka kroków wzdłuż linii pojazdów. Ruch był powolny, ciężki, jakby każde przesunięcie ciała wymagało zgody mięśni.
— Nikt nie ucierpiał — powtórzył. — I to powinno zamknąć sprawę.
Zatrzymał się, odwrócił do niej bokiem, gdy zaczęła mówić o skali problemu, o adekwatności.
— Rozumiem twoją robotę — przyznał. — Naprawdę. Analiza. Równowaga. Fakty.
Uniosł brew.
— Ale akcja ratunkowa nigdy nie będzie „adekwatna”. Zawsze będzie za szybka albo za późna. Za brutalna albo za miękka. Bo papier nie oddycha dymem.
Kiedy wspomniała o pożarze w innej części, o kontroli, Rocket poczuł, jak coś w nim drgnęło — nie gniew, a zmęczona frustracja.
— „Kontrolowany” oznacza tylko tyle, że jeszcze nie wymknął się spod kontroli — powiedział cicho. — Jeszcze. Nie ma pewności, bo byłoby za 5, 10 minut, nawet za półgodziny.
Spojrzał na nią uważnie.
— A ja nie czekam na „jeszcze”.
Gdy przytoczyła słowa właściciela, Rocket wysłuchał ich do końca. Każde zdanie brzmiało jak coś, co słyszał już setki razy, tylko w innych konfiguracjach. Nadpobudliwy. Ostry. Nadużycie siły.
— Zauważyłaś, że nie wspomniał ani słowem o zwierzętach? — zapytał spokojnie. — Tylko o mnie. Może ich nie lubił. Może łatwiej było mu zrzucić winę na faceta w mundurze. A może po prostu zobaczył okazję.
Wzruszył ramionami.
— I wtedy pojawiają się pieniądze. Odszkodowania. Umowy. Kancelarie. — Spojrzał na nią uważnie. W jego tonie się coś zmieniło. Nie było w tym już pogardy. Była świadomość. Kiedy przeszła na „Pan”, skinął lekko głową.
— Robimy swoje — zgodził się. — Tylko że moje „swoje” dzieje się w kilka minut, w chaosie. A potem miesiącami wraca do mnie w cudzych pytaniach.
Odstąpił krok, czując, że rozmowa zaczyna go przygniatać fizycznie. Niby strażacy mają mocne psychiki, w końcu tyle przechodzą, na tyle rzeczy się uodporniają. Więc powinno to po nich spłynąć jak woda po kaczce. Ale nie po Rockecie. Mógł nawet pójść za to siedzieć. Musieli mu, aby udowodnić to, że coś zrobił źle. Tak po prostu. Czarno na białym, jak na tych wszystkuch materiałach, raportach, aktach.
— Jeśli chcesz dzwonić, wracać, drążyć — rób to — powiedział. — Ja nie uciekam.
Zamilkł. Cisza między wozami była gęsta. I właśnie w tej ciszy Rocket wiedział już, że to jest moment, w którym musi odejść, zanim holdowany w nim ciężar zmieni się w coś, czego nie da się cofnąć.
Rocket stał przy blacie już od kilku chwil zwrócony aktualnie plecami do drzwi , po kilku łykach wody, które zdążyły ostudzić gardło i uspokoić oddech, ale nie zmyły ciężaru, jaki w nim siedział. To nie było zmęczenie, które mija po napiciu się czegokolwiek. To było to głębsze — osiadające w barkach, w kręgosłupie, w głowie. Takie, które sprawia, że człowiek przestaje reagować impulsywnie, bo zwyczajnie nie ma już z czego wybuchać. Towarzyszyły mu jedynie dźwięki. Metaliczne stuki, czyjś śmiech, przesuwane sprzęty. Normalność, która wracała zbyt szybko po akcji, jakby nic się nie wydarzyło. Jakby nie było rozmów, oskarżeń, akt i spojrzeń mierzących go od góry do dołu. Dopiero po czasie dotarło do niego, że w tej ciszy jest coś jeszcze.
Czyjaś obecność. Oddech, jakieś minimalnie słyszalne potwierdzenia tego, że ktoś jeszcze tu jest.Zmieniło się powietrze. Zmieniła się cisza. Rocket zamknął butelkę, odstawił ją na blat i dopiero wtedy spojrzał w bok. Przez ułamek sekundy poczuł w sobie coś na kształt irytacji — krótkie ukłucie, szybko jednak zagłuszone przez zmęczenie. Nie wyszła. Nie odpuściła. Nie zostawiła tej rozmowy tam, gdzie ją przerwali. I choć część jego chciała westchnąć ciężko i powiedzieć „nie teraz”, wiedział, że to byłoby kłamstwo. Teraz było jedynym momentem, kiedy był jeszcze w stanie mówić bez wybuchu.
Oparł się biodrem o blat, dłonie miał luźno opuszczone, ramiona wyraźnie mniej napięte niż wcześniej.
— Widzę, że nadal tu jesteś — odezwał się spokojnie. Ton miał równy, niski, pozbawiony zadziorności. Nie było w nim ani zarzutu, ani zaskoczenia. Tylko stwierdzenie faktu. Przez chwilę milczał, przyglądając jej się uważnie, jakby próbował ocenić nie ją samą, a intencję. To, czy przyszła po kolejne argumenty, czy po domknięcie rozmowy, która zbyt długo wisiała w powietrzu. Cholera wiedział...
— Nie wyszedłem stąd, żeby urwać rozmowę — wyjaśnił po chwili. — Po prostu… tam, między wozami, wszystko brzmi ostrzej, niż powinno.
Wskazał krótko głową w stronę uchylonych drzwi, zza których nadal dochodziły dźwięki jednostki.
— A to nie jest rozmowa na pokaz.
Zawiesił głos na moment, jakby ważył kolejne słowa. W końcu przesunął spojrzenie w stronę automatu do kawy, stojącego przy ścianie. Zrobił to bez pośpiechu, bez teatralności.
— Jeśli zamierzasz tu zostać, mogę zaproponować kawę — powiedział neutralnie. — Nie po to, żeby było milej. Po prostu łatwiej się rozmawia, kiedy człowiek nie stoi na resztkach adrenaliny.
Znów spojrzał na nią. Uważnie. Bez nacisku.
Odsunął się minimalnie od blatu, robiąc gest, który równie dobrze mógł oznaczać zaproszenie do stołu, jak i pozostawienie jej wyboru.
— Możemy to dokończyć tutaj— powiedział. — Na spokojnie. Bez świadków. Ja przedstawie swoje stanowisko, a ty zrobisz z tym co będziesz uważać za konieczne.
Jego głos pozostał wyważony, kontrolowany, pozbawiony tej ostrej energii, która wcześniej wisiała między nimi. Jakby Cambell rozmawiała z całkiem innym człowiekiem. Nie była to luźna pogawędka. Była to propozycja rozmowy w neutralnej przestrzeni — bez ataku, ale też bez cofania się z tego, co już zostało powiedziane. Taka normalna, jak podczas pierwszego zapoznania, kiedy bada się towarzystwo i decyduje czy relacja będzie normalna, czy też nie. Może w innej sytuacji ich znajomość nie zaczęła się od takiego ataku słownego? Nie od starcia tytanów, bo w końcu Rocket prywatnie jest całkiem innym człowiekiem. Tylko niewiele osób go takim zna.
— Tylko konkretnie — zakończył. — Bo oboje wiemy, że ta sprawa nie potrzebuje więcej hałasu.
Teraz decyzja była po stronie prawniczki, czy spędzą najbliższe kilkanaście minut na rozmowie normalnej przy kubkach z kawą, czy będą zabijać się znowu słowami i emocjami, tak jak tam na dole.
Melanie Campbell
-
Melanie chodź silna z zewnątrz, krucha w środku. Waleczna prawniczka, cicha romantyczka, czekająca aż miłość zapuka do jej drzwi.
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
A czy sama ich nie lubiła i nie marzyła o jakimś romansie z jednym z nich? To już inna para kaloszy, tutaj musiała pozostać skupiona na prawnych aspektach, na swojej robocie. Sam konflikt powstałby już gdyby jej się przypomniało, że z którymś romansowała czy kiedyś coś miała no i... ogólnie szał ciał.
Nie odezwała się więcej do niego, zajrzała w papiery, poprawiła się z nogi na nogę i pozwoliła mu też trochę na ucieczkę w tej konfrontacji. Może to było złe podejść go na starcie? Atakować go w tej przestrzeni gdzie każdy podniesiony głos działał jak echo roznoszące się po hali wśród wozów. Sama nie wiedziała co jest dobre a co nie w tej sytuacji.
Miała ochotę wrócić do siebie, zając się czymś innym czy nawet przestudiować konkretnie wszystkie wątki w tej sprawie. Wydało jej się jednak, że nie zamknęli tej rozmowy w sposób satysfakcjonujący. Strażak sam trochę dał się od startu nie lubić swoją aparycją czy maską, jaką przyjął na początek ich rozmowy. Melanie biła się z myślami czy wkraczać na jego teren, czy zostawić to co niedopowiedziane w powietrzu. Nic już nie wiedziała bo sama ta sprawa zmęczyła ją i irytowała jednocześnie.
Może dużo było jeszcze rzeczy, których powinna się nauczyć w tym zawodzie? Może powinna być bardziej twarda, uparta i... po prostu sukowata? A może lepiej zagrać miłą?
Jej głowa zawierała na ten moment pustkę.
Pchnęła te drzwi do socjalu i zjawiła się na nowo tuż pod jego nosem, nieco mniej ucieszona ale na pewno nieco łagodniejsza. Pozwoliła sobie nawet zając miejsce bo szpilki, które miała na nogach zaczynały nieco jej ciążyć, szczególnie jej stopom. Biedna ona.
- Zacznijmy od początku, okej? Jestem Melanie Campbell i... reprezentuje sam wiesz kogo. Jestem prawniczką i przyszłam zapoznać się tu ze szczegółami, których chętnie wysłucham ze strony strażaka, pod względem którego kierowane są pewne zarzuty o uszkodzenie mienia i nadmierną eskalację sił w procesie ratowniczo-gaśniczym. - powiedziała to prawie na jednym wdechu i w sumie dopiero teraz odetchnęła. Przyglądała mu się i obróciła głowę na bok aby się nawet delikatnie uśmiechnąć.
- Możemy uznać, że tamta rozmowa była jedynie wstępem. Fakt, mogłam zawołać na bok czy coś.. uznajmy, że to jest ta właściwa. - gdy tak wspomniał o tej głowie to pewnie przypomniało jej się, że w sumie dawka kofeiny by się przydała. Jej teczka opadła na stolik, a ona sama poprawiła się na miejscu i przytaknęła mu głową. Chciała zostać miło ugoszczona, bez tonu arogancji czy pretensji, tej maniery w jego głosie. - Poproszę chętnie mały kubek kawy jeśli to nie problem. - odpowiedziała mu i pewnie zaczekała aż zrobi swoje i dołączy do niej, przysiadając się tak po prostu po ludzku obok na wolnym miejscu. Nie musieli się przekrzykiwać czy też walczyć, mogła to być normalna rozmowa dwójki osób, co prawda stojących po przeciwnych stronach barykady, ale wciąż...
- Konkrety. Tak. Najpierw zacznę od weryfikacji tego jak się nazywasz. Wilder? Wybacz, nie mam więcej informacji, więc możesz zdradzić imię. Podasz w przybliżeniu ile już pracujesz w straży, jak długo w tej jednostce i tak dalej? - pytanie było proste, było także potrzebne dla potwierdzenia w stu procentach, że ktoś czepia się właśnie jego, właśnie tego strażaka. Podstawa i pierwszy krok, taki który powinni już na starcie wykonać bez tej całej scenki między wozami i innymi strażakami. Ale tego się nie cofnie. Napiła się za to kawy, gdy poprosiła o łyżeczkę cukru i drobną ilość śmietanki dla zniwelowania kwasowości czy ogólnie jakości kawy, którą tu mieli. Nie była wielką fanką zwykłej czarnej, czasami może wypijała na szybko espresso, które dawało kopa i było przez wielu uważane za... zdrowe.
Rocket Wilder