-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Jechał więc teraz swoim nowiutkim porsche panamera w sportowej wersji. Czarny lakier błyszczał tak mocno, jakby grupa ludzi całą noc siedziała w garażu i na zmianę go polerowała różnymi fancy kosmetykami, ale nie to wprawiało bruneta w największy zachwyt, a jego środek. Ciemnowiśniowe fotele kubełkowe i wstawki na plastikach robiły robotę. Wszystko pachniało jeszcze nowością, czego Joel nie zamierzał, póki co, maskować żadnym odświeżaczem, napawając się autem, na które czekał długie, dłuuugie miesiące. Ale tak to już było, gdy chciało się zamówić swoją, niepowtarzalną konfigurację, zamiast auta dostępnego od ręki.
Z głośników leciał Kanye West z czasów swojej świetności, a Delaney bez pośpiechu przemieszczał się po mieście, mrucząc pod nosem tekst piosenki. Gdyby nie gęsty śnieg, który sypał nieprzerwanie od wczoraj, byłby idealny dzień na przejażdżkę. Jednak w obecnej sytuacji, brunet najchętniej nie wychodziłby ze swojego mieszkania, ale niestety - obowiązki go wzywały.
Parę razy zdążył się już przekonać, że na ulicach było bardziej ślisko, niż mogłoby się początkowo wydawać. Firmy porządkujące miasto nie nadążały zgarniać zalegającego puchu, którego z każdą minutą jeszcze przybywało. Ach, zima.
Sygnalizacja świetlna zaświeciła się na zielono, a ciąg samochodów powoli ruszył przed siebie. Szło to wyjątkowo wolno i miał wątpliwości, czy uda mu się przejechać w tej turze, które niestety zaraz okazały się prawdziwe. Światło zmieniło się na żółte, a w obecnych warunkach, Joel od razu zaczął powoli hamować, nie dociskając mocniej pedału gazu, jak to zwykle miał w zwyczaju. Był nawet z siebie dumny, że tak się zachował, ale jego zadowolenie nie trwało długo. Krótko po tym usłyszał klakson, a następnie uderzenie, które szarpnęło całym porsche. Odruchowo popatrzył w lusterko wsteczne i zobaczył, że auto za nim znajduje się zdecydowanie zbyt blisko, a za kierownicą siedzi jakaś kobieta.
- Kurwa mać! - ze złością uderzył dłońmi w kierownicę, by następnie zamaszystym, nerwowym ruchem odpiąć pas bezpieczeństwa. Wysiadł z auta i od razu powędrował na tył, nie zważając na to, że stali na środku ulicy, a dookoła nich dalej toczyło się życie.
Spojrzał na swój uszkodzony zderzak i palcami obydwu dłoni przeczesał ciemne, kręcone kosmyki włosów, biegnąc nimi aż do karku, gdzie splótł je na moment, szeroko rozstawiając łokcie na boki. `Miał to auto dwa tygodnie. DWA. I to wystarczyło, żeby jakaś pinda wjechała mu w dupę.
A propos…
Z wściekłością wymalowaną na twarzy odwrócił się na pięcie i ruszył do drzwi od strony kierowcy w samochodzie za nim.
- Jak jeździsz do chuja?! - nawet nie próbował się hamować. Doskonale pamiętał, ile czekał aż to auto wyjedzie z salonu. - Słyszałaś kiedyś o czymś takim jak bezpieczny odstęp? Hmm? - kontynuował, ani trochę nie przejmując się blondynką i tym, czy takie wrzeszczenie na ulicy było odpowiednie. Targały nim tak silne emocje, że gdyby miał coś odpowiedniego pod ręką, to pewnie by w to uderzył.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nigdy nie była w tym szczególnie dobra, dlatego na rękę było jej to, że ojciec od samego początku przydzielał jej kierowcę, który zawoził ją wszędzie tam, gdzie tylko potrzebowała. Za młodu uznawała to za przywilej, który miał pokazać wszystkim dookoła to, że należała do wyższej klasy społecznej.
Wtedy może nawet imponowała w ten sposób innym, jednocześnie nigdy nie zyskując dostatecznej motywacji ku temu, aby r e a l n i e przyłożyć się, kiedy sama ubiegała się o uprawnienia do jazdy. Zdobyła je, choć nie przyszło jej to z łatwością. Oblała kilka egzaminów, jednak nie chciała ponieść porażki, odrobinę obawiając się tego, co dostrzegłaby w oczach własnego ojca.
Zdała w końcu, a pośród dokumentów, które zwykle znajdowały się w jej torebce, było również prawo jazdy. Wyrobione niemal dziesięć lat temu, a od tamtej pory używane raczej sporadycznie, ponieważ nigdy nie miała ku temu potrzeby. Zawsze był przy niej ktoś, kto gotów był odstawić ją na miejsce, a jeśli nawet nie, sama sięgała po samochód tylko wtedy, kiedy pogoda dopisywała.
Tego nie sposób powiedzieć o dzisiejszym dniu.
Od kilku godzin sypało, a temperatura sprawiała, że śnieg miejscami rozpuszczał się na ulicy, wywołując w ten sposób strasznie śliską pluchę. Wystarczyło więc wyłącznie niezdarnie najechać na niego kołem, aby samochód został zarzucony i doprowadził do katastrofy.
Mniej więcej tak wyglądało to w przypadku Mindy.
Akurat dzisiaj dała swojemu kierowcy wolne. Wyskoczyła mu nagła sytuacja rodzinna, która wymagała jego obecności, a Mindy wbrew temu, co próbowała pokazywać, nie była wierną kopią swojego ojca. Niekiedy wykazywała się empatią i jak na złość, padło akurat na dzisiaj. I akurat dziś w urzędzie a w a r y j n i e potrzebowano jej.
Mogła poprosić o podwózkę kogoś innego, ale oczywiście musiała udowodnić, że była s a m o d z i e l n a. Spieszyła się, czemu nie sprzyjały warunki na drodze. Stojąc od dłuższego czasu w korku miała nadzieję, że teraz uda jej się przedostać przez skrzyżowanie, ale nim zdołała zarejestrować zmianę światła, samochód przed nią zatrzymał się.
Ona też próbowała, ale właśnie wtedy ją zniosło.
Zaklęła pod nosem, kiedy usłyszała i p o c z u ł a uderzenie. Sama dość niefortunnie ruszyła głową, łukiem brwiowym uderzając o wsteczne lusterko. Zabolało, dlatego w pierwszym odruchu potarła ranę dłonią. Nim zdążyła zrobić coś więcej, przy przedniej szybie znalazł się chłopak, który bynajmniej nie wyglądał na zadowolonego.
Nie musiała skupiać się na jego słowach, by mieć świadomość tego, że nie czeka ich przyjemna rozmowa.
Mimo to odsunęła szybę w drzwiach. — O mój boże — wymamrotała pod nosem, a później głośniej wypuściła powietrze. — To niby moja wina, huh? Trzeba było nie hamować na ostatnią chwilę! — podniosła głos, ponieważ nie lubiła, nie, szczerze n i e z n o s i ł a, kiedy ktoś na nią krzyczał.
Jeszcze bardziej nie lubiła sytuacji, w których nie miała racji, a ta właśnie czymś takim mogła się stać.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Z tego wszystkiego, patrząc przez opuszczoną szybę na blondynkę w fotelu kierowcy, nie zastanawiał się, czy u niej wszystko w porządku i czy to uderzenie nie wpłynęło negatywnie na jej fizyczne samopoczucie. Był zbyt zaaferowany, by nawet zauważyć jej uszkodzony łuk brwiowy. A poza tym, miał to wszystko w dupie. Liczyło się dla niego tylko to, że przez jej nieuważną jazdę miał rozwalony zderzak i tracił czas na środku ulicy, a za kilka minut powinien być na jakiejś konferencji prasowej.
- Chyba sobie żartujesz… - popatrzył na blondynkę z niedowierzaniem, gdy zarzuciła mu, że to on zahamował na ostatnią chwilę, co było okropnym kłamstwem. Przez moment zastanawiał się, czy ta aby na pewno nie próbuje go wkręcać, ale uważnie obserwował jej twarz i nie zauważył niczego, co mogłoby na to wskazywać. - Dla twojej informacji, zaświeciło się żółte i nie zdążyłbym przejechać, bo przede mną ledwo co się toczyli! - powiedział, żywo gestykulując ręką i wskazując na sygnalizator wiszący przed nimi.
- Co niby miałem zrobić, huh? Utknąć na środku skrzyżowania?! - kontynuował swój wywód, a jego głos w dalszym ciągu był rozemocjonowany i podniesiony. Zorientował się o tym, zrobił pauzę i wziął kilka głębokich wdechów i wydechów.
- Gdybyś nie pędziła za mną jak wariatka, to na pewno zdążyłabyś wyhamować, uwierz - dodał już spokojniej, ale kosztowało go to sporo energii, by ściszyć głos i utrzymać zszargane nerwy na wodzy.
Ktoś na nich zatrąbił, bo blokowali cały jeden pas, który był dość kluczowy, zważając na zakorkowanie miasta spowodowane opadami. Joel rzucił niecierpliwemu kierowcy gromiące spojrzenie i zaraz ponownie spojrzał na blondynkę.
- Tu zaraz obok jest parking - powiedział, wskazując gestem dłoni kolejny kierunek. - Jedź za mną i nie próbuj mi uciec, bo mam wszystko nagrane na kamerce z tyłu - polecił, szybko uprzedzając, jeśli kobieta miałaby jakieś niecne zamiary. W końcu widział ją pierwszy raz w życiu i nie wiedział, jak ta może się zachować w zaistniałej sytuacji.
Dalej obrócił się na pięcie i wsiadł do swojego auta, powoli jadąc przodem.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
To jednak nie miało znaczenia, kiedy warunki pogodowe były takie, jak obecnie. Śnieg sypał, a jednocześnie się roztapiał, co sprawiało, że Mindy musiała wykazywać znaczną podzielność uwagi, aby skupić się na tym, by nie wpaść w poślizg i jeszcze uważnie przyglądać się temu, co znajdowało się przed przednią szybą, którą uparcie oczyszczały wycieraczki.
Kiedy gwałtownie szarpnęło nią do przodu, zaniedbała chyba tę drugą kwestię, choć kolizja była efektem obu. Zdenerwowała się, a myślami momentalnie wróciła do wypadku sprzed trzech lat, który nadal kojarzył jej się przede wszystkim z n i e b e z p i e c z n y m otoczeniem jej ojca. Odruchowo też zacisnęła mocniej dłonie na kierownicy, a kiedy przed jej drzwiami pojawił się jakiś mężczyzna, nie potrafiła przyjąć swojego wybryku ze skruchą z dwóch powodów.
Po pierwsze, nie wiedziała, czy nie była to przypadkiem powtórka z rozrywki, a po drugie była też zwyczajnie zbyt uparta na to, aby to komuś innemu przyznać rację.
— No popatrz, zahamowałeś, a i tak tu utknąłeś — skomentowała, zanim w ogóle zdołała pomyśleć o tym, że być może najlepszym scenariuszem w tej chwili byłoby ugryzienie się w język. Mindy bowiem zdecydowanie nie była tą, która byłaby w stanie jako pierwsza powiedzieć sobie pas, na pewno nie w obliczu tego, że sama czuła się sprowokowana. Za nic w świecie nie przyznałaby przecież, że ta stłuczka była jej winą. Skłonna była przystać wyłącznie na to, że winę ponosili o b o j e.
Miała ochotę pokazać mu środkowy palec, kiedy niebezpośrednio nazwał ją wariatką, ale tylko uśmiechnęła się sztucznie. Nim zdołała cokolwiek odpowiedzieć, jej uwagę skupiły na sobie jego kolejne słowa. — Moja też wszystko nagrała — choć prawdę powiedziawszy nie potrafiłaby nawet się do tych nagrań dokopać. Zwykle przecież to nie ona prowadziła, zatem obsługa takich drobiazgów, jak samochodowa kamerka, była jej kompletnie obca. — Prowadź — dodała, jedną dłonią wykonując wymowny gest, że zamierzała puścić go przodem.
Nie miała innego wyboru, skoro jej auto i tak było do niego p r z y k l e j o n e.
Podążyła za nim, w drodze biorąc jeszcze kilka głębszych wdechów, ale to było na nic. Kiedy zaparkowała na miejscu, a później wysiadła ze swojego samochodu i podeszła na przód, aby lepiej mu się przyjrzeć, zagotowała się jeszcze bardziej. — Jak zamierzasz to rozwiązać? — zapytała, kiedy Joel znalazł się w zasięgu jej wzroku. Skinęła głową w stronę wgniecionej maski i posłała mu wyzywające spojrzenie.
Nie próbowała być potulna, to zupełnie do niej nie pasowało.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Szczególnie że z kolejnymi wypowiedzianymi słowami tylko dolała oliwy do i tak już palącego się ognia. Automatycznie uniósł brew i popatrzył na blondynkę z nutą kpiny wymalowaną na twarzy.
- Mam nadzieję, że taki zajebisty humor będzie ci dopisywał, kiedy dowiesz się ile wyniesie naprawa mojego zderzaka - odburknął. Bo sprawa była oczywista, to ona ponosiła odpowiedzialność za zdarzenie i to ona miała płacić. Nawet jeśli nie bezpośrednio, to liczył na to, że chociaż koszt jej ubezpieczenia odczuwalnie wzrośnie. A zapewne tak będzie, bo zderzak do nowiutkiego porsche nie kosztował paru stów. No i Joel nie zamierzał iść na żadne kompromisy. Naprawa w autoryzowanym salonie i zwrot całego kosztu, bez wyjątków.
Prychnął śmiechem, gdy blondynka zaznaczyła, że jej kamerka również nagrała moment zdarzenia. Nie wiedział za bardzo, co to miało wnieść do sprawy, bo winę prawie zawsze w takich przypadkach ponosił kierowca z tyłu za niezachowanie wystarczającej ostrożności. Ale skoro była tak bezlitośnie pewna o swojej niewinności, to jeszcze lepiej. Może z jej kamerki widok był nawet lepszy, niż z jego i w ten sposób sama ukręci na siebie bata.
Pokręcił z niedowierzaniem głową i poszedł do swojego auta, zgodnie z tym co ustalili, jadąc przodem w kierunku parkingu. Przez całą drogą - która na szczęście trwała tylko chwilę - nerwowo stukał palcami o kierownicę, co jakiś czas zerkając we wsteczne lusterko i upewniając się, czy aby na pewno kobieta jedzie za nim. Był tak wkurzony, że gdyby tylko próbowała mu uciec, to pewnie zacząłby ją ścigać, nie zważając na przepisy drogowe czy trudne warunki. Nie mógł pozwolić, żeby uszło jej to płazem.
Na szczęście nic takiego nie nastąpiło i zaraz bezpiecznie dotarli na parking, gdzie Joel wysiadł z auta i powędrował w stronę drugiego samochodu. Wtedy też zobaczył Mindy po raz pierwszy w pełnej okazałości i mimowolnie przesunął spojrzeniem po jej sylwetce. Była bardzo ładna pomimo tego, że tak chujowo jeździła. Przez myśl mu przeszło, że w innych okolicznościach pewnie próbowałby ją czarować, ale teraz nie miał na to najmniejszej ochoty.
- Jaja sobie robisz? - zapytał, gdy napotkał jej wyzywające spojrzenie. Nawet nie spojrzał na rozbitą maskę, twardo wlepiając spojrzenie ciemnych oczu w jej twarz. - Co mnie w ogóle obchodzi twój samochód? - zmarszczył brwi, nie rozumiejąc totalnie, o czym ona do niego gadała. Sprawa wydawała mu się tak absurdalnie prosta, a jednocześnie Mindy robiła z niej tak zagmatwaną, że jeszcze trochę i sam biedny uwierzy, że to jednak jego wina.
Och, niedoczekanie…
- Powiem ci, jak zamierzam to rozwiązać - zaczął i zrobił krok w jej stronę. - Albo możemy spróbować się dogadać, spisać wszystko i hajs leci z twojego ubezpieczenia, albo dzwonię na psy, bo kurwa nie mam czasu ani chęci użerać się z zadufaną w sobie paniusią - dokończył, energicznie gestykulując przy tym dłonią.
Mindy Montague
-
przyszła dziedziczka narkotykowego królestwa, córeczka tatusia i manager lokalnej filii rodzinnego kasyna - montague paradiso
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiżeńskietyp narracjitrzecioosobowaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nie powinna mu się dziwić, bo przecież gdyby role odwróciły się, byłaby równie nerwowa. Być może nawet rozkręciłaby z tego jeszcze większą szopkę, co może czyniło z niej hipokrytkę, ale tym najwyraźniej nie zamierzała się przejmować. Kierowała się głównie tym, jak bardzo nie znosiła nie mieć racji, jeszcze bardziej nie cierpiąc tych sytuacji, kiedy ktoś próbował przekonać ją do jej w i n y.
Nie potrafiła przyznać się do porażki.
Dziś odreagowywała to uszczypliwością, choć w rzeczywistości bynajmniej nie było jej do śmiechu. Uszkodzone auto nie było problemem, ponieważ z tak dużym pieniężnym zapleczem jak to, które posiadał jej ojciec, wymiana samochodu nie stanowiłaby najmniejszego kłopotu. Mało tego, odkąd Montague sprawowała nadzór nad rodzinnym kasynem właśnie tutaj, w Toronto, sama mogła się tym zająć.
Pieniądze nie stanowiły problemu, a tym, z czym miała największy problem, był jej własny honor.
Nie chciała przecież mówić na głos o tym, że zawiodła. Była świadoma własnych słabości i właśnie dlatego, że zdawała sobie z nich sprawę, chciała za wszelką cenę udowodnić, że tym razem stanie na wysokości zadania. Nie chciała dostrzec w oczach ojca, ani w oczach jej najbliższych współpracowników tego zrozumienia, które miało pojawić się tam, kiedy zakomunikuje, że wjechała komuś w tyłek. To zaś oznaczało, że z uporem maniaka zamierzała twierdzić, że nie była to jej wina.
— I co dokładnie zamierzasz im powiedzieć? Że wjechałam na ciebie tu, na parkingu? Przecież nie ma tu nawet żadnych śladów — pozostawała oczywiście ta nieszczęsna kamerka, której nagranie mogło zadziałać na jej niekorzyść. Wiedziała o tym, jednak nawet ta świadomość nie sprawiła, że Mindy wykazałaby się teraz choć trochę mniejszą pewnością siebie.
Skrzyżowała ramiona na piersi, ale pomimo tego, że na zewnątrz panował przejmujący mróz, wcale nie czuła, żeby było jej szczególnie zimno. Zdenerwowanie zapewniało znajome uczucie nieprzyjemnego gorąca. — Możemy spróbować się dogadać tylko wtedy, jeśli podzielimy to po połowie — skinęła głową w stronę własnego samochodu. — Jeśli masz jakieś wątpliwości, możemy też zadzwonić po mojego prawnika — był d o b r y, jednak nie miała pojęcia, czy aby na pewno na tyle, by wyłgać ją nawet z tak oczywistej sytuacji.
Skoro jednak za odpowiednią kwotę potrafili uchronić przed odpowiedzialnością nawet morderców, jak duży problem mogło stanowić udowodnienie tego, że nie wjechała w niego z własnej winy? Gdy o tym myślała, dochodziła do wniosku, że nie był to wcale aż tak najgorszy pomysł.
Joel Delaney
-
nieobecnośćniewątki 18+niezaimkizaimkityp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Joel nie miał na swoim koncie zbyt wiele zdarzeń drogowych, które zmusiłyby go do spisywania oświadczenia, ale jego poprzednie doświadczenia były znacznie przyjemniejsze. Pierwszy raz spotkał się z osobą tak upartą i pewną siebie, że mimo oczywistej winy, nadal twardo stała przy swoim. Delaney tego nie pojmował. Nie rozumiał jakim cudem można być tak zapatrzonym w siebie, by nie wyrazić chociaż nikłego cienia skruchy. Tak naprawdę, to wystarczyło posypać głowę popiołem, załatwić co trzeba i rozejść się w spokoju.
Brunet z pewnością też szybciej spuściłby z tonu, ale obecna postawa Mindy tylko podsycała jego rozdrażnienie. Więc mimo tego, że uspokoił ton głosu i już nie krzyczał, to w środku nadal wszystko się w nim gotowało.
Słysząc odpowiedź kobiety, parsknął śmiechem.
- Prawdę - wzruszył ramionami, twardo wpatrując się w twarz blondynki - Że wjechałaś we mnie na skrzyżowaniu i zjechaliśmy na bok, żeby nie blokować ruchu - dodał, trochę nie rozumiejąc, po co jej w ogóle to tłumaczył. - Chyba zapominasz, że mam wszystko nagrane. Z przodu, z tyłu, jak tylko chcesz. Na sygnalizacji też na pewno jest kamera - przypomniał, bo Mindy brzmiała, jakby nie miał żadnych dowodów na poparcie swoich zarzutów. A chodziło o to, że miał. I to dość konkretne.
Zaraz jednak pojawił się temat dzielenia kosztów, a Delaney powstrzymał się w ostatniej chwili, by nie postukać się palcem w środek czoła. Zamiast tego przez dłuższą chwilę przyglądał się kobiecie badawczo, jakby usiłując wyczytać, co tak właściwie siedzi w jej głowie.
- Podzielimy po połowie? Zamieniam się w słuch. Proszę, wytłumacz mi jak chcesz podzielić koszta po połowie - odezwał się w końcu i choć próbował z tym walczyć, to w jego głosie nadal dało się wyczuć nutę kpiny.
Nie spodobało mu się również to, że wyciągnęła temat prawnika. Absolutnie nie uważał, żeby prawnik był im w tym momencie do czegokolwiek potrzebny, ale jeśli próbowała go w ten sposób zastraszyć, to obrała zły kierunek.
- Nie ma co się ograniczać. Zadzwońmy również do mojego. Niech przyjadą obydwoje, a co! - popatrzył na Mindy z rozbawieniem. - Może trzy osoby wystarczą, by wytłumaczyć ci, że wjechanie komuś w dupę wiążę się z niezachowaniem ostrożności i to twoja wina - kończąc zdanie wskazał nią palcem wskazującym, dla podkreślenia swoich słów.
Oczywiście nie mówił serio. Nie zawracałby swojego prawnikowi głowy z takiego błachego powodu. A na pewno jeszcze nie teraz, póki sam próbował uporać się z ów sytuacją.
Mindy Montague