Nie doszukiwał się w ludziach dobra. Świat, w którym dorastał, nie promował altruizmu. Znaczy -
teoretycznie promował. Oczywiście, Charles nieraz wspierał różne fundacje, pojawiał się na imprezach i balach charytatywnych, a Northland Power fundowało stypendia na kilku uczelniach, ale... to była kwestia jednego telefonu, jednego spotkania zarządu i jednego podpisu. No i należało to do jego obowiązków. Wystarczyło, że porozmawiał z dyrektorem fundacji charytatywnej, zapozował do zdjęcia, podpisał dokumenty, i już mógł odhaczyć dobry uczynek, mimo że sam w rzeczywistości nie kiwnął nawet palcem przy organizacji takiego przedsięwzięcia. Od dobrych uczynków po prostu miał ludzi. Oni za niego planowali, oni przekazywali budżety, oni odpowiadali za organizację od A do Z. On tylko wszystko zatwierdzał, siedząc wygodnie w swoim gabinecie, patrząc z ostatniego piętra Northland Power na Toronto i pijąc kolejną kawę. A dlaczego? Bo był realistą do szpiku kości. Wierzył w liczby, fakty i twarde dane - wiara w bezinteresowność wydawała mu się luksusem dla tych, co nie mieli nic do stracenia. Właśnie dlatego delegował wszystko, co mógł, a sam skupiał się na tym, co potrafił najlepiej. Na zarabianiu pieniędzy. Na pewno nie należał do osób, które pojechałyby do Afryki, żeby kopać studnie z UNICEFem (chociaż bardzo prawdopodobne, że jakaś została ufundowana przez Northland Power).
-
Nie byliby zadowoleni? Dobrze panią usłyszałem? - zmarszczył brwi, posyłając jej zdziwione spojrzenie.
Z rodziną trzeba się trzymać, nieważne, jak nieznośna by była. -
Skoro z rodziną trzeba się trzymać to... dlaczego pani się nie trzyma? Proszę mi wybaczyć tę ciekawość, ale jestem... hm... ciekawy.
Zaintrygowała go, mimo że sytuacja była skrajnie nieodpowiednia na towarzyskie analizy. Powinien skupić się na ojcu, a nie rozpoczynać analizę psychologiczną przypadkowej rezydentki Mount Sinai Hospital, ale... cóż, wiele rzeczy był powinien zrobić, jednak Charles nie potrafił przejść obojętnie obok luki w logice.
Radio, muzyka, fakty. Znaczy - Charles Marshall, Northland Power, fakty. Gdy przechyliła głowę na bok, również miał niewyobrażalną ochotę to zrobić, bo mimo że była poważną rezydentką poważnego szpitala, jej głos, aura i mimika go... hm... hipnotyzowały? Było w niej coś niesamowicie kojącego, co nie pasowało do tego miejsca. Nie pasowała do świata, w którym obracał się na co dzień. W świecie biznesu każdy gest był wyliczony, a każdy uśmiech miał swoją cenę. Panna Harrison tymczasem wydawała się autentyczna w każdym calu, nawet gdy próbowała ukryć swoje zmieszanie. Widział jej rozmarzone oczy i prawie uległ tej optymistycznej wizji świata.
-
Może ma pani rację... - wymruczał jedynie pod nosem na jej słowa o nadziei. Poczuł, jak wewnątrz niego narasta znajomy opór. Choć słowa panny Harrison miały w sobie pewien poetycki magnetyzm, on sam nie czuł się dobrze w tym temacie - dla niego była to zbyt śliska kategoria, której nie dało się zamknąć w żadnym logicznym schemacie. Czuł, że rozmowa zaczyna niebezpiecznie „odlatywać” w niebezpieczne rejony, dlatego lepiej było zakończyć ten temat i kontynuować twarde stąpanie po ziemi. Szpital. Ojciec. Zawał.
Radio, muzyka, fakty.
Gdyby pan mógł, byłoby świetnie. Potrzebujemy tych danych, z pewnością ułatwiłoby to nam leczenie. Wiedział to doskonale, a jednak rozładowany telefon pokrzyżował ich plany. Wewnętrzna irytacja Charlesa zaczęła rosnąć, jakby od tego jednego telefonu zależało życie jego ojca. Och, chwila - od tego jednego telefonu naprawdę zależało życie jego ojca! Na szczęście, panna Harrison bardzo szybko znalazła rozwiązanie sytuacji.
Pójdzie pan ze mną do socjalnego? Ktoś na pewno ma ładowarkę do iPhone'a. Oczywiście, że pójdzie z nią do socjalnego! W końcu od tego zależało życie jego ojca. -
Panie przodem - odparł, kiwając jej głową. Nie mając innego wyjścia, skierował swoje kroki za panną Harrison, dając się poprowadzić w głąb korytarza do tej części szpitala, która była przeznaczona tylko dla personelu. Wszedł do pokoju z typową dla siebie pewnością siebie, zupełnie jakby wkraczał na posiedzenie zarządu, a nie do pokoju, gdzie rezydenci pili kawę lub herbatę. Zauważył wysłużoną kanapę, łóżko, stolik, stos książek o tematyce medycznej. Poczuł też zapach kawy. Taniej kawy.
-
Dziękuję - rzekł, przejmując od niej odpowiedni kabelek i podłączając swojego iPhone'a. Hm... No i co teraz? Stał tak przez chwilę, wpatrzony w pannę Harrison, nie bardzo wiedząc, czy powinien usiąść czy wyjść.
Może zaparzę panu melisę? -
Hmm... Tak, poproszę, to bardzo miłe z pani strony - przytaknął, po czym podszedł do okna i rzucił okiem na parking. Jego auto
bardzo wyróżniało się wśród reszty pojazdów. Kierowca czekał, oczywiście, w środku. Odwrócił się od okna z powrotem do rezydentki, która zapewne już wstawiała wodę na herbatę. -
Bardzo... przytulne miejsce - skomentował i uśmiechnął się do niej ciepło i szczerze. Był dobrze wychowany, więc nawet, jeśli sądziłby inaczej, panna Harrison nigdy by się o tym nie dowiedziała. -
A więc to tutaj odpoczywacie? - zagadnął, ponownie rozglądając się wokół siebie. Takie miejsce wyobrażał sobie trochę bardziej... hmm... luksusowo.
Ivy Harrison