-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Rzadko kiedy to robili, bo matka była tak wpatrzona w treningi jej córki, że praktycznie zapominała o sobie, a także swoim mężu, który ciężko pracował na ich dobrobyt. Teraz jednak miało nie być taryf ulgowych. To była ich rocznica. To miała być bardzo ważna data, którą jej ojciec zaplanował grubo wcześniej, przypadkiem zahaczając o datę osiemnastych urodzin ich jedynej córki.
To, że puścił jej wymowne oczko, gdy się żegnali, to już inna kwestia.
Oczywiście obiecała żadnych imprez i odwalenie treningu, jak w każdą sobotę.
Przynajmniej w jednej kwestii nie kłamała.
Gdy tylko samochód zjechał z podjazdu, Raven pobiegła do telefonu, aby potwierdzić na czacie grupowym datę oraz poinformować ludzi, że Pirania odjechała, więc plan był aktualny.
Młoda Heist może nie chodziła na wszystkie imprezy i domówki organizowane przez innych uczniów ze względu na krótką smycz jej matki, ale znajomych miała całkiem sporo. Chociażby ze względu na swój wyszczekany charakter, który się albo uwielbiało, albo nienawidziło. Nie tylko w środowisku sportowym. Dlatego też, gdy nadeszła długowyczekiwana okazja, zamierzała z niej w pełni skorzystać i zaprosić każdego, kto w jej mniemaniu nadawał się na domówkę.
Przygotowała się do tego dnia. Alkohol nawet zorganizowała, prosząc trochę starszych znajomych o to, aby kupili to co było trzeba. Nie zamierzała korzystać z domowych zapasów, bo jej matka szybko by zwęszyła, że coś jest nie tak. Wtedy musiałaby skłamać i przyjąć na klatę wykład na temat tego, jak alkohol jest niedobry dla zawodowych sportowców.
Gdy nadchodził wieczór, jej koleżanki przyjechały, aby pomóc jej wszystko przygotować. Muzykę, dekoracje, a także jakieś przekąski oraz całą resztę. Już wtedy zaczęły popijać kolorowe drinki zrobione przez jedną z nich, a w okolicy godziny dwudziestej zaczęli pojawiać się pierwsi goście.
W ciągu godziny dom zapełnił się nastolatkami.
Alkohol się lał, muzyka dudniła z głośników, a ludzie tańczyli lub się dobrze bawili na różne sposoby. Raven jednak ostrzegła, że żadna rzecz nie może zostać zniszczona, bo wtedy rozbije coś na czyjejś twarzy. Nie mówiąc o tym, że do jej pokoju oraz sypialni rodziców wstęp był zabroniony.
Właśnie wracała z kolejnym drinkiem, kiedy do drzwi zadzwonił dzwonek, przebijający się przez muzykę. Raven machnęła ręką do znajomych na znak, że idzie otworzyć i zaraz przyjdzie. Sięgnęła do klamki, a gdy jej oczom ukazała się doskonale jej znana, po tych kilku tygodniach, osoba, zadowolony uśmiech pojawił się na jej pomalowanych wargach.
No i nie był sam.
— Trener Morningstar — zaczęła jakże grzecznie witając się z mężczyzną. — Do końca nie wierzyłam, że przyjdziesz — dodała. W końcu zawsze mogło to być tylko czcze gadanie, aby się zamknęła. Mógł się wywinąć obowiązkami albo tym, że nagle zachorował mu pies. — Pani musi być Sora. Cieszę się, że pani również przyszła.
— Tylko nie pani, wystarczy Sora — odpowiedziała z przyjaznym uśmiechem.
— Tym lepiej — stwierdziła i podała kobiecie rękę. — Raven — przedstawiła się, a po zapoznaniu, odepchnęła się bokiem do framugi, wpuszczając tym samym parę środka. Zamknęła za nimi drzwi, witając ich tym samym w świecie alkoholu i nastoletniej rozpusty.
— Zrobić wam drinka? — spytała, popijając swojego, świeżo zrobionego. — Naprawdę nie są złe, a wy jesteście mocno w tyle — powiedziała, zerkając na jedno i drugie dość wymownie.
Soren wraz z narzeczoną właśnie weszli do paszczy lwa. I chyba nie wiedzieli w co się pakowali, bo nowe pokolenia potrafiły być... nieprzewidywalne.
Hunter na pewno by się tu odnalazł. Mentalnie byli na jego poziomie.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Niemniej był towarzyski i dość szybko odnajdował się w każdym gronie. Podjął decyzję, że pójdzie, ale nie na długo. Nie zamierzał brać Huntera, bo nieszczególnie dobrze zapatrywał się na jego towarzystwo, kiedy sam postanowił nie zabawić na miejscu zbyt długo. Przyjaciel był dość imprezową bestią, więc pewnie nieprędko by z nim wyszedł. A zostawiać go tutaj też nie zamierzał.
Sora była dobrą opcją. Była w końcu jego partnerką i choć różnie się ostatnio układało, bo coraz częściej wydawali się być poirytowani pewnymi rzeczami, które stawały im na drodze, to i tak był w nią zapatrzony. I swojej decyzji o ślubie nie odwoływał. W końcu tak go wychowano – że kiedy coś się psuło, to się to naprawiało. A nie wymieniano na nowe.
Gdy Raven im otworzyła, kiwnął głową w pierwszej reakcji, zaraz za tym posyłając niewielki uśmiech, a także krótkie cześć, młoda. Nim zdołał przedstawić swoją partnerkę, podopieczna sama ją rozpoznała i przywitała. Nie opowiadał o Sorze za dużo, bo nie od tego były treningi, ale zdarzało mu się wspominać o tym, że jest. No i kim dla niego jest.
Nie mówiąc o tym, że niemalże na każdej formie kontaktu miał swoje zdjęcie wraz z nią w ramach zdjęcia profilowego. O tapecie nie wspominając.
— Wszystkiego najlepszego, wreszcie jesteś pełnoletnia, chociaż dalej nie możesz pić i palić. Ale możesz za to wziąć kredyt i się hajtnąć. Na zaproszenie na ewentualny ślub też czekam — powiedział, puszczając jej krótko oczko, później pozwalając Sorze przekazać prezent od nich. Z pewnością fajny i z pewnością niosący jakiś inside-joke.
Podniósł spojrzenie na zebranych wewnątrz posiadłości ludzi, na całą zgraję nastolatków, robiących rzeczy, które nie były do końca legalne w Kanadzie w ich wieku – wiedział o tym, bo czytał, planując te jakże zmyślne życzenia dla Raven.
Wrócił spojrzeniem do dziewczyny, gdy zaproponowała im drinka.
— Idź się w końcu baw na imprezie — powiedział, podnosząc nieznacznie siatkę z zakupami, które zrobili z Sorą w sklepie po drodze tutaj. Znajdujące się w środku butelki zaklekotały głośno, na tyle, by były słyszalne w ich gronie. — Starzy ludzie zajmą się smutnymi obowiązkami — dodał, od razu przyznając sobie rolę nadwornego barmana. Jechał tu z podobnym zamiarem, bo była to pewna stabilność, w której mógłby się odnaleźć w grupie nastolatków, z którymi tak naprawdę nie miał nic wspólnego i których język nie do końca ogarniał. Sora miała po cichu googlować część młodzieżowych stwierdzeń, aby faktycznie nie wyszli na skończonych boomerów.
Nie zamierzał się też przepychać czy kłócić. On postanowił przejąć obowiązek obsługi ze strony alkoholowej imprezy. Przeszedł więc do kuchni, odstawiając siatki na blat. Jeśli zamierzała jeszcze z nim dyskutować w przejściu to chyba teraz stała tam i gadała do drzwi, gdy on sam wprosił się do środka i na zasadach samoobsługi organizował sobie miejsce do pracy.
Odwrócił się w stronę Raven, która zmaterializowała się przy niej i bez pytania też wyciągnął jej z dłoni trzymanego przez nią drinka. Powąchał, zmarszczył nos w wyrazie dezaprobaty i pozostawił szklankę poza jej zasięgiem. Mogła skakać, mogła próbować go odzyskać, ale oddać go nie zamierzał.
Bo to była profanacja.
— Jakiego chcesz drinka? Słodkiego? Kwaśnego? Gorzkiego? Zaskocz mnie? — Ten ostatni smak był akurat jego ulubiony; rzadko to się słyszało w pracy, a jeśli już, to w momencie tabaki, kiedy szło się zesrać co najwyżej, a nie zaskakiwać klienta wyszukanymi, czasochłonnymi eksperymentami.
I wcale nie ignorował Sory! Jej preferencje znał, poza tym to młoda była tu solenizantką.
Raven Heist
-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Niczego tak naprawdę nie planowała. Nie miała żadnego złego planu, aby go tu rozbestwić. Uważała, że skoro już znajdowali się w stosunkach „koleżeńsko-profesjonalnych”, to mogli zrobić jeszcze lepszy bonding na jej urodzinach, gdzie nie będą musieli być jako trener i podopieczna.
Dlatego nie miała nic przeciwko, aby przyszedł z narzeczoną.
Przejęła kwiatki i prezent od nowych gości, łapiąc się za okolicę serca, gdy przyszło do życzeń.
— Ooooh, dziękuję. Na ślub będziecie musieli poczekać, bo jestem zaręczona z moim łukiem, a to trochę nielegalne i mało akceptowalne. — Niestety mieli jakie mieli społeczeństwo i chociaż LGBT już nie było tematem tabu, to jednak związek z przedmiotem mógł dalej uchodzić za dziwny.
Przynajmniej jak ktoś poślubił pracę to wszyscy rozumieli.
Zaprosiła ich do środka, gdzie toczyło się nastoletnie, imprezowe życie. Teraz Sora i Soren mogli wrócić chwilowo do swoich lat licealnych. O ile w ogóle uczęszczali na tego typu domówki.
Przeniosła wzrok na siatkę z obijającymi się szklanymi butelkami, a kąciki ust jej drgnęły wyżej w zadowolonym uśmiechu. Niby nie mogła jeszcze pić, ale ktoś chyba nie zamierzał się tym przejmować. Nawet jeśli miał być „starszy i mądrzejszy”. Dobrze, że jej matka wierzyła, że w tej chwili Raven grzecznie odpoczywa i pewnie ogląda stare zawody łucznicze.
Nie zamierzała oponować, kiedy para zdecydowała zająć się sobą, spodziewając się raczej, że skoro przynieśli ze sobą dużo różnych butelek, to po to, aby Soren mógł jej pokazać jak się robi faktyczne drinki. A kim ona była, aby mu się stawiać?
— Bawcie się super — rzuciła, odwracając się na pięcie. Uniosła rękę bez drinka w geście chwilowego pożegnania nowych gości i poszła do starych, którzy właśnie zaczynali jakąś nową pijacką grę.
Sora przeszła z nim do kuchni, aby mu ewentualnie pomóc w krojeniu jakichś cytryn czy miażdżeniu mięty na Mojito, bo przecież to drink numer jeden wśród lasek. Pewnie to była kwestia czasu zanim nastolatkowie się zorientują, że Raven ma nagle na imprezie prywatnego barmana i się rzucą na zamówienia.
W trakcie trwania jednej z gier, gdzie ludzie pili i się przekrzykiwali, starając się odgadnąć hasła, Raven przeszła do kuchni, aby zobaczyć jak reszta jej gości sobie radzi w pomieszczeniu, które sami sobie przydzielili. Usiadła przy kuchennej wyspie, opierając się przedramionami o marmurowy blat.
— Kwaśnego — powiedziała, unosząc wyzywająco kącik ust wyżej. Jeśli zrobi jej coś, co faktycznie wykrzywi jej twarz, a jednocześnie kopnie ukrytym alkoholem, to będzie pod wrażeniem.
— Zaskocz mnie! — wykrzyczała rudowłosa, podpita koleżanka, która wyjrzała zza łuczniczki. Zielone oczy pasowały do burzy, pomarańczowych wręcz loków na jej głowie. — A pan to? — spytała, lustrując mężczyznę zaskoczonym spojrzeniem, bo ewidentnie nie kojarzyła go ze szkoły.
— Catrina, to jest Soren i jego narzeczona Sora. Soren jest moim trenerem od łuku.
— Soren i Sora, jak słodko! — powiedziała, zajmując miejsce przy solenizantce.
— Cat, czegoś potrzebujesz? — spytała Raven.
— Nie, przyszłam po drinka, bo widziałam, że tu jakieś czary-mary się dzieją — odpowiedziała, okręcając się na swoim hokerze dookoła osi.
— Widzisz, twoja reputacja cię prześciga, a nawet jeden drink jeszcze nie wyszedł. Może nie jesteś taki dobry — powiedziała. Każdy mógł powiedzieć, że robi spoko drinki, nie? Ona też była tego zdania jak łączyła colę z wódką i dodawała do tego jeszcze tajemniczy składnik, który znalazła na dnie lodówki. Im dłużej jednak patrzyła na to jak działał, jakie składniki łączył i w jakich proporcjach, to brew jej drgnęła wyżej, bo… no nie wyglądał jak amator, który tylko udawał, że wie co robi.
Trener, barman… ciekawe czego jeszcze się dowie.
— Ty serio to ogarniasz — powiedziała zaskoczona, obserwując jego pracę. Ruda koleżanka wpatrywała się w jego kolejne kroki jak zaczarowana. — Co jeszcze poza łucznictwem ogarniasz? Rybołóstwo? — No co? Tego też by się po nim nie spodziewała.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
— Z niczym innym mi się nie kojarzysz — odparł, jeszcze zanim przy jego prowizorycznym barze zmaterializowała się jakaś inna dziewczyna. Mrugnął przy tym jeszcze znacząco, zmiękczając tym samym tę i tak niewinną uszczypliwość, na którą sobie pozwolił.
Przeniósł spojrzenie na rudowłosą, kiedy ta rzuciła jego – jednocześnie znienawidzonym, ale także ukochanym – hasłem. Jego relacja z tym zdaniem była oparta na standardowych zasadach love-hate, w głównej mierze zależnie od pory, w jakim je słyszał. Obecnie skłaniałby się jednak bardziej w kierunku tej pierwszej części, w stronę miłości, bo ciężko było nawet próbować porównać ruch, jaki tu miał, do jakiejkolwiek, nawet najchudszej wersji tabaki.
Przez chwilę słuchał ich rozmowy, w tym samym czasie szykując to, co było mu potrzebne. Zerknął w stronę Sory, sprawdzając to, jak w ogóle się czuła w tym całym towarzystwie, a następnie wrócił spojrzeniem do nastolatek, akurat gdy Raven się do niego odzywała.
— Na pewno znajdą się lepsi — odpowiedział. Nie był raczej typem osoby, która opowiadała, co to nie ona. Zdecydowanie bardziej wolał być skromny, a później pozytywnie zaskoczyć, niż ewentualnie zostawić miejsce na rozczarowanie.
Chociaż raczej prosto było zaskoczyć zgraję nastolatków, którym, na dobrą sprawę, w ogóle nie powinien niczego polewać, bo pewnie większość z nich, a na pewno łuczniczka, nie powinni legalnie spożywać alkoholu. Niemniej chodziło o to, że takie osoby nie chodziły do barów, więc raczej nie poznawały się z innymi drinkami niż wódka zabarwiona sokiem lub colą.
— Najpierw chcę zobaczyć dowód — dodał, jakże zabawnie. Z pewnością, gdyby wpadła tutaj policja, zaalarmowana przez sąsiadów, to najpewniej zostałby zamknięty za rozpijanie młodzieży. Nie mówiąc już o tym, że matka łuczniczki pewnie oskórowałaby go żywcem, nie tyle co za polewanie nieletnim, a przez fakt, że lał alkohol sportowcowi na ścisłej diecie.
Dla Raven drink był raczej prosty – jeśli chodziło o koktajle kwaśne, to niewiele było opcji, tym bardziej ograniczonych niewielkim asortymentem. Gdyby miał za sobą całą ścianę z alkoholi i, co ważniejsze, jeszcze drugą z softnerami i likierami, mógłby znacznie bardziej pokombinować. A tak? Tak bazował na tym, co miał. Na burbonie, na cytrynie, syropie cukrowym. Wrzucił je do szejkera, by początkowo potrząsnąć przez kilkanaście sekund, a następnie dodał lód i przez podobny czas znów wstrząsał składnikami. Wypełnił szerok, niską szklankę zawartością naczynia, by następnie obrócić w palcach sprawnie łyżeczkę, którą oparł o ściankę, ponad nalanym napojem, a po której spokojnym, wyuczonym ruchem nalał wina, tworząc odrębną, burgundową warstwę. Podobnie zrobił z ubitym białkiem z jajka, którym zajęła się Sora, ostatecznie zdobiąc drinka skórką z cytryny.
— Z łucznictwa nie da się od razu wyżyć — odpowiedział, jak standardowy boomer, uśmiechając się pod nosem, na krótko tylko łapiąc kontakt wzrokowy z dziewczyną, gdy przesuwał w jej stronę drinka. — Jakoś trzeba było sobie radzić po szkole. — I po szybkim zakończeniu kariery również. Aby nie być dłużej jedynie depresyjnym ciężarem dla rodziny.
Na dobrą sprawę to tym zajmował się nawet tutaj. Gdy dostał propozycję od matki Raven, to wcale nie rzucił wszystkiego tylko po to, by trenować dziewczynę. Nieważne jak dobrze by mu kobieta nie płaciła, to nie starczyłoby na utrzymanie domu w Toronto, a przecież nie zamierzał pozwalać, ani tym bardziej słuchać, o tym, że to Sora utrzymuje domostwo ze swojej pracy. Ogólnie finanse były dość drażliwym tematem ostatnio. Również takim, przy którym Hunter znikał z domu.
Potem zajął się drinkiem dla koleżanki, dość szybko wybierając coś dla niej. Hasło ‘zaskocz mnie’ było też zapalnikiem do strzału na ślepo, bo nie dawało w ogóle kierunku, co do smaku. Dlatego zwykle grało się bezpiecznie, albo oceniało książkę po okładce. Jak w przypadku Raven – gdyby miał wybierać, to również wksazałby drinki kwaśne.
Niemniej pomysł miał, co do faktycznej części zaskakiwania. Na taką okazję zaopatrzył się przecież w sok z klitorii ternateńskiej (blue pea, googlowałam ok), bo ta była odpowiedzialna za efekt zmiany koloru, jeśli dodano odpowiednie składniki. I tak też, dość sprawnie, opracował jej galaktycznego, gradientowego drinka, którego przesunął w jej stronę, po krótkim czasie oczekiwania.
Cofnął się, krzyżując ramiona na piersi.
— Czekam na opinię, bo o napiwki nie wypada prosić. — Na pewno nie w Korei. W Kanadzie, podobnie jak w USA, było kompletnie odmienne podejście, bo napiwki były obligatoryjne, nawet jeśli obsługa była beznadziejna.
Raven Heist
-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Zaskoczona jednak była faktem, że jej trener umiał w barmaństwo, albo raczej - miał pokazać, że umie zrobić coś więcej niż tylko wódka z colą. Nie żeby uważała, że jej wspaniałe mikstury, które serwowała ludziom czy sobie miały być beznadziejne, ale nie był to szczyt umiejętności miksologii.
Ruda koleżanka za to wydawała się być zachwycona tym, że był tu prywatny barman. W końcu na jakiej domówce mieli kogoś takiego? Nawet Kross nie miał takich udogodnień! Chociaż wolałaby, aby jej trener nie siedział cały czas w kuchni, robiąc kolejne drinki spragnionym i pijanym nastolatkom, bo nie po to go zapraszała. Nie był tu w pracy, tylko jako jej gość.
To, że trochę starszy od innych to tam mało istotne. Różnicę wieku dało się ukryć. Zwłaszcza jak wypije się odpowiednio dużo. Wtedy każdy był super i z każdym szło się dogadać, a Soren dodatkowo charakterem wcale nie odbiegał tak bardzo. Nie miał kija w dupie. Inaczej by go tu nie było.
Najpierw chcę zobaczyć dowód.
Ha-ha. Bardzo zabawne.
— Czekaj, narysuję go zaraz na serwetce. Wystarczy? — spytała, bo akurat to mogła zrobić. Talent artystyczny miała beznadziejny, ale bez problemu mogłaby mu pokazać prowizoryczny dowód. Nawet ludzika z patyczków by narysowała, który miałby przedstawiać jej osobę.
Obserwowała z pewnym zaciekawieniem, ale też fascynacją jak tworzył jej drinka. Jak łączył poszczególne składniki i alkohole, aby stworzyć coś, co miało w smaku być kwaśne. I musiała przyznać, że było to dość hipnotyzujące. Trochę jak w Harrym Potterze. Wyglądało to wszystko jednocześnie tak prosto, ale z drugiej wiedziała, że musiał mieć wiedzę na temat smaku i łączenia wszystkich alkoholi, aby wydobyć odpowiednie smaki oraz efekty.
Brew jej drgnęła w zaciekawieniu, gdy dodawał białko jajka.
— A to po co? Do alkoholu? — No nic, widać, że Raven to piła jedynie wódkę z colą lub piwo. I że nie była doświadczona w prawdziwych drinkach, widząc takie dodatki.
Podniosła wzrok na niego z napoju, a kąciki ust jej drgnęły w uśmiechu.
— No dobra, to co jeszcze robisz poza robieniem kolorowych drinków i trenowaniem gówniarzy z wkurzającymi matkami? — Bo wychodziło trochę, że to taki murarz, tynkarz i akrobata. Zaraz wyjdzie, że jest też korepetytorem z fizyki kwantowej, a w wolnym czasie jeździ na misje chrześcijańskie do Afryki, aby gotować biednym dzieciom.
W sumie chyba by się nie zdziwiła.
Nie piła od razu swojego drinka. Czekała, aż ten jej koleżanki zostanie zrobiony. Proces jego tworzenia także obserwowała z wyraźnym zaciekawieniem. I kiedy dodawane były kolejne specyfiki, Sora odebrała telefon. Wymieniła się z osobą po drugiej stronie słuchawki kilkoma zdaniami, po czym westchnęła ciężko pod nosem. Sięgnęła ręką do ramienia naczelnego barmana, aby zwrócić jego uwagę i zawiedziona poinformowała jego, a także solenizantkę, że musi iść, bo wzywają ją do pracy. Chuj, że jest późno, a ona ma wolne. Najwyraźniej nikogo to nie obchodziło.
Przeprosiła, pożyczyła wszystkiego najlepszego i po pożegnaniu się krótkim pocałunkiem w policzek z narzeczonym, powiedziała, aby dobrze się bawił. Jakby to miało ugasić jej wyrzuty sumienia, że go tu zostawia samego. Wśród pijanych nastolatków.
Raven pożegnała słownie dziewczynę, podziękowała też za przyjście, bo mimo wszystko była dobrze wychowana, a gdy ta zniknęła, wróciła spojrzeniem do kolorowych drinków przed nią i przed koleżanką. Sięgnęła szklankę i stuknęła się nią z rudowłosą, aby wypić pierwszego łyka.
— O kurde, ziomek — powiedziała zszokowana, gdy pierwsze smaki rozlały się po jej gardle.
— Jaka pycha! — wyrzuciła podekscytowana koleżanka. Wstała i wzięła szklankę. — Idę im pokazać! — stwierdziła, zabierając drinka, aby najwyraźniej zrobić Sorenowi reklamę wśród reszty gości. Kilka minut i będzie mieć całą kolejkę ludzi.
— Jak ty to zrobiłeś? Jest zajebiste. — No, Raven, pewnie tego nie powtórzysz, chyba, że weźmiesz dodatkowe prywatne lekcje, tylko tym razem z miksologii.
Wzięła jeszcze dwa kolejne łyki, bo praktycznie nie było tu czuć alkoholu. Zdradzieckie, odpowiednio kwaśne, ale tak, że ta kwasota nie zabijała wszystkiego dookoła. Skubany ewidentnie wiedział co robić. I jak zaimponować nastolatkom. I nie tylko im.
— Dałabym ci napiwek jakby matka kartę zostawiła. Na ten moment musi ci wystarczyć moje dobre słowo — stwierdziła, unosząc szklankę do ust. — Ewentualnie mogę dać napiwek w naturze — dodała, wypowiadając te słowa już w szkło, ułamek sekundy później biorąc kolejne dwa łyki.
I oczywiście chodziło o coś niewinnego. Wianek z kwiatków na przykład.
Evander Kross
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
A to po co? Do alkoholu?
— Dla estetyki i dla walorów smakowych, koktajle powinny też wyglądać, dzikusie — odparł w temacie ubitego białka. Pewnie, że mógł to wszystko wrzucić do jednej szklanki, bez całych tych podchodów z warstwami, ale nie byłby sobą. I nie mógłby nazwać tego koktajlem, tylko szybciej – czymś na popijawę. Ale byłoby to z pewnością łatwiejsze do zrobienia, znacznie mniej czasochłonne.
— Poza robieniem drinków i trenowaniem raczej nie mam dużo czasu. Jeśli już, to jeżdżę rowerem po górach, chociaż tutaj jeszcze nie miałem okazji. I tak, jeżdżę na ryby. — To tak a propos tego rybołówstwa, które mu zarzuciła nie tak dawno temu. Łowienie ryb było bardzo uspokajające, no co? Żeby jeszcze tylko Hunter chciał z nim siedzieć na pomoście czy łódce, ale ten to szybko umierał z nudów.
Nawet nie zdawał sobie sprawy, ale spiął się, kiedy Sora oświadczyła mu, że musi wyjść, bo wzywają ją do pracy. Zerknął nawet odruchowo na zegarek, chcąc skontrolować godzinę. Nie chciał jednak robić dramy, a na pewno nie przy bandzie nastolatków, dlatego po prostu się zgodził, pożegnał i tyle. Ramiona jednak miał napięte jeszcze kilka minut po tym, jak narzeczona oddaliła się z kuchni i poza dom.
Starał się jednak skupić na dziewczynach przed sobą, które miały zająć się swoimi drinkami i nie myśleć przy tym o tym, jak to znowu do szału doprowadza go nieregularność i nagłość pracy Sory. Nic normalnie nie dało się zaplanować, a jak plany już powstawały, to z taką prostotą można było je rozbić.
Uśmiechnął się jednak półgębkiem na reakcję dwójki klientek, które miał przed sobą. Nie powinien się cieszyć, że zaimponował dziewczynom, które pewnie nigdy nie piły niczego poza mieszanką wódki i soku lub coli, ale teraz przynajmniej wiedziały, jak mógł smakować drink. Prawdziwy drink, a nie nastoletnia sieka. W dodatku ten potrafił także przewrócić, a nie trzeba było płakać i krzywić się z każdym łykiem, kiedy chciało się poczuć procenty.
— Normalnie, żadna filozofia — odpowiedział, wzruszając ramionami. Jak się znało przepisy i miało się w pamięci całą tę procedurę, to nie była już aż taka filozofia. Tylko, że do tego przychodziła pewna ręka, odpowiednia technika i charyzma. Bo barman bez charyzmy był beznadziejny. Albo bez napiwków. — Może kiedyś cię nauczę — rzucił, tak naprawdę nie planując w ogóle takiego zdarzenia. Raczej rzucił to jako oczywistą obietnicę bez pokrycia, bo nie sądził, że przyjdzie do momentu, w którym jako trener łucznictwa będzie pokazywał swojej podopiecznej jak zrobić New York Sour czy innego drinka.
Z drugiej strony nie sądził, że przyjdzie do momentu, w którym podopieczna zaprosi go na swoje osiemnaste urodziny.
Zajął się ogarnianiem stanowiska, by na bieżąco było czysto i aby miał czym pracować, bo nawet jeśli nie o to jej chodziło, kiedy zapraszała go na imprezie, to i tak wciąż poczuwał się w pewnym obowiązku. A może raczej: trzymał się swojego powołania. I tego, w czym naprawdę był dobry.
Zerknął na nią krótko, kiedy akurat przecierał przepłukany szejker.
— W naturze? — podchwycił, nie puszczając słów mimo uszu. — Chcesz przyjść mi, przepraszam, naczynia pozmywać w domu czy skosić trawnik? — dopytał, dodając do wcześniejszego spojrzenia dość wymowny sznyt. Jakby nie patrzeć, to płatność w naturze kiedyś była całkowicie normalna i tyczyła się wykonania jakiejś pracy, a nie dawania dupy. Teraz to zazwyczaj ciągnęło w jedną stronę, bo niczego nie rozliczano oficjalnie w ten wcześniejszy sposób.
A w obliczu młodej podopiecznej jedynie koszenie trawnika lub zmywanie naczyń mogło być brane pod uwagę w przypadku płatności w naturze.
Raven Heist
-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
Wolałaby już skoczyć z mostu niż słuchać do końca życia o tym jak zawiedziona była.
Uśmiechnęła się na jego odpowiedź, a raczej na to określenie. Naprawdę go słuchała. Może nawet coś wyniesie z tego, że oglądała jak przyrządzał drinki. Co prawda nie będzie teraz stać i wszystkim białko ubijać, ale może jak ją poniesie fantazja, to kiedyś się pokusi. Jak już będzie mieszkać na swoim.
— Tak myślałam. Masz swoją własną wędkę, która ma imię? — Może jakiś George czy inny Bob, i wtedy mówi narzeczonej, że jedzie na ryby z kolegą, kiedy tak naprawdę siedzi sam. W końcu dużo osób chyba tak robiło, bo hałas płoszył im ryby. Tak słyszała, bo sama na rybach nigdy nie była i raczej nie zanosiło się na to, aby kiedykolwiek poszła.
Sama niespecjalnie przejęła się odejściem Sory, bo jej to koło nosa latało czy będzie, czy jednak zdecyduje się pójść. Przyszła później i wyszła jako pierwsza, ale nie jej to oceniać, prawda? Najważniejsze, że zostawiła swojego faceta. Nie zwróciła większej uwagi na jego reakcję, ale wydawało je się, że ich pożegnanie było dość… chłodne?
Nie żeby była ekspertką od związków.
I nie była też w pozycji, aby pytać czy wszystko jest w porządku.
Może kiedyś cię nauczę.
— Między treningami z łucznictwa? — No widzisz, Raven. Aktualnie między treningami chodził na twoje imprezy i jakoś dawało to radę, więc nie było to takie niemożliwe. Kto wie, może kiedyś jej matka stwierdzi, że pięć dni w tygodniu to za mało i dołoży jeszcze szósty, aby mogli się widzieć praktycznie codziennie poza niedzielą, gdzie miała przerwę od wszystkiego.
Nie narzekałaby. Morningstar jest pierwszym trenerem, którego faktycznie lubiła.
Nie sądziła jednak, że usłyszy jej propozycję zapłaty w naturze. Upiła dwa łyki swojego drinka i uniosła wyżej brew, gdy rzucił kilkoma propozycjami. Dokładnie o tym myślała jak to mówiła.
— Naprawdę dobrze koszę trawnik — powiedziała, zerkając na niego z wymowną propozycją, niczym pracownik, który chciał go przekonać do swoich umiejętności. Może robiła to zaledwie kilka razy w dzieciństwie, chcąc pomóc ojcu, ale potem już nie miała kiedy, bo zatrudniono ogrodnika, aby robił to za nich. Dzięki temu ten ogromny ogród wyglądał jak wyglądał, bo żadne z jej rodziców by o niego nie zadbało odpowiednio przez brak czasu. — A jak ci to nie pasuje, to zawsze można wymyślić coś innego — dodała, wzruszając ramionami.
Jak posprzątanie blatu w kuchni czy wyjście z psem na spacer.
Upiła jeszcze dwa łyki, po czym postawiła szklankę na blat i oparła się na nim ramionami, pochylając bardziej w jego stronę.
— A ty się nie napijesz? — spytała, lustrując go spojrzeniem z lekko uniesioną brwią. — Też mogę ci zrobić drinka, czekaj. — Wstała od blatu i przeszła dookoła, aby wepchnąć się przed swojego prywatnego barmana, co by zająć jego stanowisko. Rozejrzała się dookoła po składnikach, czując jego obecność za plecami. — Widziałam jak to robisz, więc totalnie ogarnę — zapewniła, szczerze niespecjalnie wiedząc od czego zacząć. Ale to podobno żadna filozofia, nie?
Sięgnęła po jakiś alkohol i wlała go jako pierwszy do czystej szklanki, a potem sięgnęła po jakieś śmieszne, metalowe narzędzia, które miały służyć chyba do odmierzania i mieszania.
— To i to? — spytała, zadzierając lekko głowę, co by na niego spojrzeć.
No cóż, najwyraźniej lekcja z przygotowywania drinków właśnie się zaczęła.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
Nawet nie zdał sobie sprawy z tego, że potaknął na jej zapytanie, raz jeszcze przypieczętowując rzuconą wcześniej propozycję nauczania, z której nigdy nie planował się tak naprawdę wywiązać. Wydawało mu się to na tyle abstrakcyjne, że żadne z nich nie brałoby tego realnie pod uwagę. Bo niby gdzie by się mieli spotkać, a przede wszystkim – jak umotywowaliby to przed jej matką? A przede wszystkim – jak on miałby jej spojrzeć w oczy po tym wszystkim?
Nie skomentował też jej autoreklamy, natomiast posłał jej dość wymowne spojrzenie; takie, które mówiło za niego, że nie brał jej na poważnie. Można było tę jego mimikę umiejscowić gdzieś pomiędzy ‘are you fucking kidding me’ a serią gifów z ‘are you serious’. Wolał też zostawić temat płatności w naturze, też nie przez to, że nagle miał jakieś dziwne skojarzenia (wcale nie napisałam nagie zamiast nagle).
Zresztą – szybko też znalazło się nieco inne zajęcie. Jeszcze zanim zdołał odpowiedzieć na jej pytanie w kwestii picia, ona sama podjęła inicjatywę i zaoferowała się ze zrobieniem drinka dla niego.
— O nie — westchnął, z teatralnym dramatyzmem. W taki sposób, jak gdyby teraz zaproponowała mu nagłą egzekucję; jak gdyby zrobienie przez nią drinka, miało mu przynieść rychłą i nieuchronną śmierć. Złamał jednak całą tę ostentacyjną otoczkę uniesionym, w zaczepnym rozbawieniu, kącikiem ust. Zaczepiał ją w lekki sposób, charakterystyczny dla niego i dla ich relacji, bo już jakiś jej zalążek był wypracowany. I przede wszystkim – nie było w niej sztywności. Ani w ich atmosferze, ani, co ważniejsze, w jego spodniach!
Więc kiedy wślizgnęła się między niego a blat wyspy, uniósł lekko brew, spoglądając na nią w dół. Mógłby ją jeszcze błagać, aby tego nie robiła, ale jakby nie patrzeć, to sam zaproponował jej lekcję z miksologii. Tyle, że wtedy to było hasłem rzuconym na wiatr. Deklaracją bez planowanego pokrycia. Więc rzeczywistość i Raven postanowiły go zweryfikować.
Zerknął jedynie kontrolnie, zgodnie ze zboczeniem zawodowym, na to ile i jakiego alkoholu nalewa. I oszacował, co realnie mogłaby z tego zrobi. Kiedy miało się w głowie całą listę przepisów, to nie było zaraz takie trudne.
Opuścił spojrzenie z powrotem na nią, niespecjalnie też się odsuwając.
— To zależy, co planujesz zrobić — odpowiedział, sięgając do jej dłoni. Z jednej wysunął miarkę. — To już ci nie będzie potrzebne, skoro już i tak polałaś na oko. — Mogła się bawić w odmierzanie reszty, tyle że to i tak zgubiło sens i należało improwizować. Co prawda on potrafił oszacować ile konkretnie wlała, bo po wielu latach pracy to też nierzadko już lało się na oko – chyba, że lało się przed klientami, to wszystko musiało być tip-top i na widoku.
— Zrobisz z tego Toma Collinsa. — Jakkolwiek to brzmiało. — Ten gin przelej do szejkera, ale najpierw wrzuć tam trochę lodu. Dodajemy potem syrop cukrowy, sok z cytryny, sok z limonki. — Pierwszy ze składników jej wskazał i nawet pomógł odmierzyć, zatrzymując jej nadgarstek przy nalewaniu. Przy cytrusach musiała być dużą dziewczynką i samodzielnie je przepołowić i wycisnąć przez palce, aby zatrzymać pestki. — No i potrząsasz. Z życiem. — Mięśnie ramion miała całkiem konkretne, a tę część mogli potraktować jako trening, w końcu – czemu nie?
Jeśli to jej dobrze pójdzie, to zostanie im przelanie zawartości do szklanki i uzupełnienie wodą gazowaną. I być może zrobią coś, co będzie mógł wypić. Inna sprawa, że nie planował dawać w szyję na kinder party, też nie z powodu, że po alkoholu wychodzi z niego debil, ale z czystej potrzeby komfortu. Ciekawe jaki to będzie komfort, jeśli pijana zgraja wyczai, że Soren nie jest pijany, i wsiądzie na niego, domagając aby nie był boomerem i napił się z nimi.
Raven Heist
-
I remember the night I made the deal
Trading my soul for power I could feel
The demon smiled with eyes of flame
And whispered softly my new name
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkiona/jejtyp narracjityp narracjiczas narracji-postaćautor
— Cicho tam — skomentowała tylko jego dramatyzm, bo nie brała go na poważnie. Nie mówiąc o tym, że była zdania, że świetnie sobie przecież poradzi. Dlaczego by nie miała? To chyba żadna filozofia łączyć ze sobą alkohole i smaki, nie? No, nie do końca, Raven, bo jednak ty to tam chuja wiedziałaś o procentach oraz tym co do czego dodać, aby nie było obrzydliwe, tylko na przykład gorzkość się zniwelowała.
No ale już z kilka drinków miała wypite. Nie mówiąc o jej pewności siebie, która teraz to już w ogóle wybijała się przed jakikolwiek szereg. W razie problemów i tak będzie mieć kogoś, kto jej pomoże. No, na pewno go nie otruje, nie? Jednym drinkiem go chyba nie poskłada.
Obejrzała się po wszystkim i zerknęła na jego rękę, gdy wysuwał jej profesjonalną miarkę z dłoni. Więcej sprzętu niż talentu, Heist.
— Wcale nie tak na oko. — No dobra, może trochę bardzo, bo nie ogarniała czy było tam pięćdziesiąt mililitrów czy sto. Ale prędzej skłaniałaby się ku tej drugiej opcji.
Brew jej lekko drgnęła gdy rzucił nazwą drinka, o którym wcześniej nigdy nie słyszała. Brzmiało bardziej jak aktor niż faktyczny alkoholowy koktajl, no ale co ona się tam znała, nie?
Wysłuchała wszystkich jego instrukcji, bo chociaż była wyszczekana, to umiała podążać za poleceniami. Zwłaszcza jeśli chciała się czegoś nauczyć i była w czymś nowa. W końcu gdyby tak nie było, to nie zaszłaby w sporcie tak daleko. Jak już wiadomo, szanowała ludzi z większym doświadczeniem, a on na pewno wiedział więcej nie tylko w temacie łucznictwa, ale też drinków.
Bardzo fajne połączenie.
Dodała lodu do shakera, przelała do niego gin i potem dopełniła syropem cukrowym oraz wyciśniętym sokiem z cytryny oraz limonki. Była dużą, silną i niezależną dziewczynką, więc upierała się, aby wszystko robić sama. Nie krzyczała na niego jednak, gdy zatrzymywał ją przy polewaniu lub rzucał kolejnymi wskazówkami. Co prawda polała pewnie trochę więcej procentów niż powinna, ale to dlatego, że był w tyle jeśli chodziło o wypite drinki.
Zatrzasnęła shaker i potrząsała energicznie, aby wszystko dokładnie wymieszać. Widziała jak to robili w telewizji, więc robiła podobnie. Podobno ruch wychodził z nadgarstka. Nie tylko w tym. Znaczy co?
Gdy wszystko dobrze się połączyło, sięgnęła do czystej szklanki i wlała mu wszystko przez sitko do szkła. I nawet trochę lodu dała mu do środka, aby wyglądało jakoś fancy. Brawo, Raven, teraz będziesz mogła się chwalić nową sztuczką na imprezach.
Pytanie tylko czy było to dobre. Chociaż nastolatki w dużej mierze mieli w to wywalone. Ważne, aby przede wszystkim kopało. I to dość prędko.
Sięgnęła po szklankę i odwróciła się do niego frontem, wciąż znajdując się między blatem, a jego osobą. Uniosła rękę wyżej z przygotowaną miksturą między palcami.
— Proszę — powiedziała, podając mu napitek. Wiedział ile i czego tam wlewała, więc nie miał super hiper niespodzianki, ale przynajmniej sama mu tego drinka zrobiła. No, w dziewięćdziesięciu pięciu procentach.
Gdy przejął szklankę, złapała się dłońmi za blat i podskoczyła, aby tyłkiem siąść na szary marmur kuchennej wyspy. Teraz chociaż była twarzą na jego wysokości. Pochyliła się lekko do przodu i przekrzywiła lekko głowę, unosząc przy tym kącik ust wyżej w nonszalanckim smirku.
— I jak mi poszło trenerze? Będzie ze mnie barmanka? — spytała, lustrując go spojrzeniem. W końcu chciała oficjalnej oceny jej umiejętności. Mógł to być pierwszy test, chociaż wtedy raczej powinna sama wszystko przygotować od podstaw.
No ale to był jej pierwszy, pełnoprawny drink, który nie był wódką z colą. I tak powinien być z niej dumny, bo tym razem może miało to jakiś smak, w dodatku inny od „chyba się porzygam”.
Soren Morningstar
-
a Canadian is somebody who knows how to make love in a canoe
nieobecnośćniewątki 18+takzaimkishe/her/bitchtyp narracjitrzecioosobowa, ograniczonaczas narracjiprzeszłypostaćautor
O tym, że to było prawnie niedozwolone nie zamierzał nawet mówił, bo ten wół nie zapomniał, jak cielęciem był – nie zapomniał też, jak kompletnie pijany wracał, w wieku piętnastu lat, z Hunterem do domu. Na piechotę, bo uciekł im ostatni autobus. I nie zapomniał ten wół, jak rozczarowana była nimi jego matka. Nie zapomniał również, jak bolało stłuczenie klapkiem czy inną gazetą.
Wydawało się wszystko iść zgodnie z przepisem, zgodnie z podstawami robienia drinka. Nawet zagryzł wewnętrzną część policzka, aby nie skomentować dramatycznie na głos tego, że przelała zawartość z szejkera, zaraz po wykonaniu czegoś, co nie było dry shake, bo miało już w sobie lód, przez sitko. A potem jeszcze dodała czysty lód. Jeśli miał umierać, to tylko wewnętrznie. Po to, aby jej nie zniechęcić za pierwszym razem – w końcu dopiero się uczyła.
Wykończenia nie komentował, ale i tak patrzył jej na ręce. W myśl, tak zwanego, zboczenia zawodowego. Gdy odwróciła się do niego z gotowym produktem, najpierw spojrzał na nią, chyba nie odnotowując, że akurat w tym ustawieniu, to była zdecydowanie za blisko kogoś, kto był zaręczony i teoretycznie planował już ślub.
Przejął od niej szklankę, oglądając ją z każdej strony, by spojrzeć z powrotem na nią, gdy wskrobała się na blat wyspy, na którym usiadła.
— To jeszcze daleka droga przed nami — odpowiedział, pół żartem, pół serio, cytując przy okazji klasyk. Dla siebie klasyk, teraz podobno nastolatkowie nie znali starych bajek Disneya, takich jak właśnie Mulan.
Nie, że zamierzał ją demotywować od razu. Ale wypił nieco drinka i mógł się pewnie doszukać kilku niedociągnięć, jak choćby ten nieszczęsny lód, który miał dalej w pamięci. Niby różnica żadna, dla niego już traumatyczna.
— Nie jest źle. Jeszcze trochę poćwiczysz, to może będziesz miała co robić po szkole — rzucił. Chociaż wątplwie było, aby Raven, z rodziny która mieszkała w takim domu, musiała jeszcze dorabiać do własnego sportu, jak to robiła znaczna większość sportowców przy niszowych, nie tak popularnych kategoriach. Jak właśnie łucznictwo. Profesjonaliści bardzo często mieli normalne prace, bo ich sport, nieważne jak dobrzy by nie byli, często był mało wypłacalny.
— Raven, a ty długo będziesz flirtowała z barmanami, zamiast dołączyć do nas?
Pojawił się on. Mistrz niewyparzonej gęby i król nad królami, w dodatku samozwańczy. Evander Kross. Stał on nieopodal, po drugiej stronie kuchennej wyspy. Odstawił pustą szklankę na blat, zaraz potem krzyżując ramiona na piersi.
— Trochę słabo, że nas zostawiasz, kiedy wszyscy przyszliśmy tu, aby powłazić ci w dupę. I, w odróżnieniu od niektórych, chcemy robić to tylko metaforycznie.— Spojrzał na nią dostatecznie wymownie, unosząc przy tym brew. — Możecie poczekać, aż sobie stąd pójdziemy — dodał, chociaż nikt nie pytał. — Chodź, Malcolm znalazł twojego konika na biegunach na strychu i teraz jeździ na nim po parkiecie w salonie. — A to się mogło równać zniszczeniom, których nie dałoby się tak prosto ukryć przed resztą domowników. — Śmierdzi tu emerytem — dodał na koniec, marszcząc nos, po czym odwrócił się, zerknął przez ramię, czy dziewczyna w ogóle się zbiera, a następnie odszedł w stronę epicentrum całej tej imprezy.
Song przez całą tę sytuację, cały ten monolog, początkowo stał, a potem dość odruchowo, choć bez nagłości, odsunął się od Raven, kiedy jej przesympatyczny kolega wspomniał coś o podrywaniu i niemetaforycznym wchodzeniu w dupę. Nie był na tyle stary, aby tego nie zrozumieć. Przynajmniej nie gadał nic o aurze.
— No leć. Jeszcze zaczniesz pachnieć emerytem — zachęcił ją, całkowicie niewzruszony tą obelgą. Musiałby nie być świadomy różnicy wieku między nimi, aby miało go to dotknąć. Albo musiałby próbować udawać, że jest inaczej.
Puścił jej przy tym oczko, on akurat sytuację rozumiał a nie zamierzał dołączać, no bo… No właśnie. Cały salon przesiąknie zapachem dziadka!
@raven